Czerwony świtTekst

Z serii: Ze Strachem
Z serii: Nina Warwiłow #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwony świt
Czerwony świt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Czerwony świt
Czerwony świt
Czerwony świt
E-book
27,90 
Szczegóły
Czerwony świt
Czerwony świt
Czerwony świt
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Seria „Ze Strachem”:

Lars Kepler Świadek (wyd. 2)

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

Lars Kepler Stalker

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Zombie

Anna Kańtoch Wiara

Jędrzej Pasierski Dom bez klamek

Jędrzej Pasierski Roztopy

Jędrzej Pasierski W Imię Natury

Anna Kańtoch Pokuta

Więcej informacji: czarne.com.pl

Jędrzej Pasierski
Czerwony świt


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Joao Grisantes / Arcangel; Linda Perdue / Arcangel

Copyright © by Jędrzej Pasierski, 2020

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Małgorzata Uzarowicz

Korekta Justyna Żebrowska, Gabriela Niemiec

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-994-2

Dla Franka

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Na pewno ją rozpoznał. Przytrzymała spojrzenie, jednocześnie obsuwając nieco sukienkę. Chłopak był fajny, dobrze ubrany, może zagraniczny. W innym życiu nie miałaby nic przeciwko, żeby zabrać go do domu. W tym on musiałby się pochwalić przed całym światem. Po chwili zerwał kontakt wzrokowy i odwrócił się do kolegów.

Z lekkim rozczarowaniem Sara obróciła twarz do swojego stolika i podjęła ponowną próbę wysłuchania Lutka. Ten z kolei wodził za nią oczami jak pies. Ilekroć na niego patrzyła, widziała w tych oczach smutek i tęsknotę. I nie mogła już tego znieść. Podjęła szybką decyzję, przerywając mu w pół słowa.

– Idę potańczyć – oświadczyła i wstała, ale udała się prosto do baru, który rozciągał się na całą szerokość dolnego parkietu. Błyskawicznie wypatrzył ją tam barman. Wychylił głowę przez ladę i wytatuowaną po przeguby ręką zrobił jej przejście w kolejce oczekujących.

– Co dla ciebie? – zapytał.

Wzruszyła ramionami.

– Margarita?

– Poproszę – odparła.

Jakaś dziewczyna rzuciła z irytacją:

– Tu nie ma kolejki?

Barman nie zaszczycił tamtej spojrzeniem. Nawet jej się to podobało, ta władza barmanów nad klubowym tłumkiem. Po kilkudziesięciu sekundach na ladzie pojawił się drink, kryształki soli mieniły się na brzegach kieliszka o szerokim rondzie. Sara wyciągnęła kartę, ale barman zaprzeczył ruchem dłoni.

– Na koszt firmy – oświadczył.

Liczył na coś. Korzystny wpis w internecie i legion jej fanów w klubie. Wolałaby zapłacić.

– Dzięki – odparła jednak, uśmiechając się czarująco.

Pociągnęła łyk. Jak na klub nocny margarita była pyszna, po chwili w kieliszku została jej już tylko połowa. Sara zerknęła na parkiet, miała ochotę potańczyć sama i tak zabić tych kilka godzin do świtu. Z nadzieją poszukała wzrokiem Pawła i Karoliny, we dwójkę mogli ją trochę zasłonić. Musiała jednak przejść przez całą salę, żeby ich odnaleźć. Niemal równi wzrostem, tańczyli przyklejeni do siebie; niebaczni na zmianę rytmu i dziesięć lat związku.

Przez cały wieczór Paweł był nienaturalnie czuły i serdeczny. Nie chciała go takim widzieć.

– Jesteś – szepnęła Karolina, kiedy Sara do nich podeszła. – Bałam się, że Lutek cię połknął.

Uśmiechnęła się zdawkowo. Przynajmniej muzyka była w porządku, kochała syntezatory. Zaczęła rytmicznie poruszać biodrami. Błagała w myślach, by nikt się do niej nie zbliżył. Nie dzisiaj, nie teraz.

Sara była chodzącą gracją. Tańczyła, jakby poruszała się nad ziemią. Wykonywała minimalne ruchy, a inne dziewczyny wyglądały przy niej nieatrakcyjnie. Super im się rozmawiało przed chwilą, a Lutek odnosił wrażenie, że w ostatnich latach dyskutowali głównie na tematy finansowe jak stare, znudzone sobą małżeństwo. Zagapił się na tańczącą Sarę i dopiero po chwili dotarło do niego, że dwie dziewczyny przy stoliku obok rozmawiają właśnie o nim.

– Może ten? – zapytała niższa. – Nie jest taki zły.

Nie poczekał na odpowiedź. Odszedł od stolika i udał się w kierunku górnego baru, następnie minął szatnię i wyszedł przed klub, nie wkładając nawet płaszcza. Do Demo, klubu nocnego przy ulicy Foksal, schodziło się po schodkach. Służyły za palarnię; niewielu palaczom chciało się wspiąć wyżej, tam gdzie stał i marzł selekcjoner. Przed gośćmi mężczyzna o twarzy chłopca zakładał maskę aroganckiego buca, a kiedy ich nie było, kulił się przy piecyku gazowym.

Wraz ze świtem miała nadejść wiosna i zapowiadała się na wyjątkowo ciepłą, w nocy wiało jeszcze jednak chłodem. Na schodkach do klubu palił smagły dryblas, Bartek Borewicz. Stał z parą młodszych od siebie ludzi, krótko ostrzyżonym chłopakiem i jego dziewczyną w dżinsowej kurtce.

Lutek widział na twarzy przyjaciela lekkie znużenie. Chyba wszyscy byli już zmęczeni: dochodziła czwarta rano. To jednocześnie oznaczało, że impreza w Demo będzie powoli umierać, a ta w Koktajlu na placu Trzech Krzyży rodzić się i niemal jak co dzień zbierać zombie z całego miasta.

Poprosił Borewicza o papierosa i zapalił. Dzisiaj czerwone marlboro nie smakowało smołą, smakowało świetnie. Rześkie powietrze marcowej nocy przyjemnie chłodziło mu policzki. Rozmawiali o zaćmieniu słońca, od kilku dni każdy o tym mówił.

– Następne wypada w 2020 roku, ale płytkie – przemawiał Borewicz, jakby wykuł się Wikipedii na blachę przed imprezą. – A to będzie wyjątkowo głębokie.

– O której godzinie? – zapytał krótko ostrzyżony chłopak.

Tego Bartek już nie wiedział, pomógł mu Lutek.

– Po dziewiątej – powiedział. – Zaczyna się około dziewiątej czterdzieści.

Dziewczyna w dżinsowej kurtce spojrzała na niego z zainteresowaniem, zwykle zarezerwowanym dla takich jak Borewicz. Lutek spiął się i pogrzebał jeszcze chwilę w pamięci. W końcu pisali o tym wszędzie.

– A maksimum zaćmienia będzie o dziesiątej pięćdziesiąt siedem – dodał po chwili.

Borewicz zerknął na zegarek. Trudno go było zbić z tropu.

– No to musimy wytrzymać jeszcze sześć godzin – oznajmił.

Nie wszyscy byli przekonani, żeby już opuścić Demo, potem jednak poddali się pomysłowi Lutka i Borewicza. Na piechotę podążyli na plac Trzech Krzyży, zatrzymując się po drodze przy okienku gastronomicznym na Degolaku, żeby kupić, a potem wyrzucić do śmieci gumową pizzę, a następnie ruszyli w kierunku Koktajlu.

Tutaj już drugą godzinę wszyscy gubili się i na powrót znajdywali w labiryntach zaułkowatego klubu nocnego, za każdym razem coraz bardziej wykończeni. Jedynie Paweł zwyżkował i wszyscy wiedzieli, z czego wynika ta jego wyjątkowa forma.

Borewicz i Lutek stali przy barze, systematycznie wlewając w siebie wódkę z cytryną; Karolina spostrzegła, że zaczęła im towarzyszyć jakaś szczupła dziewczyna, którą usiłował poderwać Lutek. Słabo już się jednak trzymał na nogach i Karolina zastanawiała się, czy chłopak dotrwa do rana.

Ona sama wybrała ruch. Zaciągnęła Sarę na bardzo ciemny parkiet, wielkością i wystrojem przypominający wnętrze przyczepy kempingowej. Tańczyły w rytm nieco tantrycznej muzyki i niepokojących wizualizacji, rzucanych na ścianę za pomocą projektora.

Na szczęście dla dziewczyn Koktajl nie należał do miejsc, gdzie ktoś znienacka łapie za pupę. Większość imprezowiczów przebywała w swoim świecie, a ciemność niemal nie pozwalała odróżnić płci. I Sara z pewnością też nie narzekała; normalnie rozpoznawało ją osiem osób na dziesięć, a z tych ośmiu co najmniej trzy musiały podejść, zagadać, złapać za rękaw.

Karolina kursowała między dwoma grupkami: barową i parkietową, a nawet tą trzecią, toaletową, gdzie można było znaleźć Pawła. A to dlatego, że łazienki w Koktajlu nie służyły wyłącznie zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych. Przestronne i poplątane jak sam klub, tworzyły własną przestrzeń społeczną.

– Może już dosyć? – zapytała go, kiedy po raz trzeci wyszedł z ubikacji, wierzchem dłoni wycierając wilgoć nad górną wargą.

Paweł nic nie powiedział, za to pocałował ją w usta. Wiedziała, że przez najbliższą godzinę będzie jej szeptał do ucha, jak bardzo ją kocha, jak ona go pociąga i jaką są świetną parą.

– Chodź potańczyć – powiedziała, żeby nie przyssał się do Borewicza i Lutka, bo jeszcze tylko wódki tutaj brakowało.

Paweł ważył teraz niewiele ponad sześćdziesiąt kilo i choć wydawało mu się, że jest inaczej, nie miał takich możliwości jak koledzy. Złapała go mocno za rękę i pociągnęła na parkiet, usiłując wypatrzyć w ciemności Sarę.

Kilka godzin później słońce oślepiało już oczy i kiedy Karolina wyszła na zewnątrz, przez chwilę wydawało jej się, że wszystko powleka mlecznobiała substancja. Dopiero po chwili wyłoniły się z niej budynki, ulice i samochody.

 

Minęło wpół do dziewiątej. Mimo wczesnej pory zrobiło się już całkiem ciepło. Trudno było uwierzyć, że właśnie rozpoczynał się poranek 20 marca, pierwszy dzień wiosny. Wydawało się, że zadomowiła się na dobre, potwierdzając prognozy zapowiadające lato stulecia.

Koktajl wypluwał z siebie hałaśliwe grupki, które szybko pakowały się do taksówek parkujących pod niedalekim teatrem lalek. Może nie tylko ich paczka wpadła na pomysł after party w czasie zaćmienia słońca. Z klubu wytaczali się ludzie o zielonoszarych twarzach; niby mało przytomni, ale Sara została zaczepiona aż trzykrotnie.

Karolina dostrzegła zniecierpliwienie na twarzy Borewicza. Nie lubił, kiedy grupa robiła za ochroniarzy gwiazdy.

– Może już jedźmy – zaproponował.

– Gdzie? – zapytał Paweł.

– Do zaćmienia jeszcze czas – powiedział Lutek.

Wyprowadził z klubu swoją nową znajomą i najwyraźniej zamierzał ją ciągnąć za sobą aż do skutku. Sara zaś udawała, że tego nie widzi, nie chciała wchodzić w rolę psa ogrodnika. A może naprawdę nie interesował jej podbój Lutka.

Karolina zerknęła na telefon. Zbliżała się dziewiąta i wszyscy byli głodni. Naradzali się przez chwilę, gdzie jechać, decyzja zapadła jednak szybko. Cała piątka mieszkała na Pradze, więc i tak musieli przemierzyć Wisłę. A najlepsze kanapki w mieście serwował Dar przy ulicy Okrzei.

Karolina zamówiła jednego ubera, Lutek kolejnego – trafiła im się terenówka – i przejechali mostem Poniatowskiego, a następnie wzdłuż parku Skaryszewskiego, po to żeby pobudzić do życia obsługę kanapkarni na Pradze-Północ.

Paweł skubał swoje śniadanie bez apetytu, myśląc, że do łopatki wieprzowej dodałby inny sos, a awokado w środku było nieco za dużo. Chociaż uczciwie musiał przyznać, że Dar serwuje całkiem przyzwoite bułki.

W knajpie panowały pustki, tak samo jak na ulicach Jagiellońskiej i Okrzei, widocznych przez wysokie okna. Na słońcu ukazała się pierwsza czarna plamka; raz na jakiś czas ktoś z nich pokazywał ją palcem. Wystarczyło przyjrzeć się dłuższą chwilę, by dostrzec, że plamka się porusza, z sekundy na sekundę zajmując coraz większą powierzchnię słońca i wnosząc do światła nutę czerwieni.

Postępowało zaćmienie. Paweł poczuł niepokój, jakby w głowę wdzierał mu się jakiś cień. Zresztą wszyscy byli dziwnie milczący. Skupił spojrzenie na budynku praskiej skarbówki, postawionym po drugiej stronie ulicy. W przypływie geniuszu, a może psychodelicznego szaleństwa, urząd pomalowano we wszystkie kolory tęczy. Już ciągnęli do niego urzędnicy i interesanci. A stojące naprzeciwko kino Praha z pewnością szykowało się powoli do poranków dla dzieci. Pomysł, żeby schronić się w ciemnej i chłodnej sali kinowej, wydał mu się nagle bardzo pociągający.

– Lećmy już, Paweł – powiedział Borewicz.

Ociągał się. Już z minutę przeżuwał kawałek kanapki i doszedł do wniosku, że będzie ją musiał wypluć.

– Chyba że chcesz oglądać zaćmienie słońca, stojąc przed urzędem skarbowym? – zapytał Lutek.

– Nie przeszkadza mi to.

Reszta też już chciała iść. Paweł wiedział, że przeciąga.

– Ale mi przeszkadza – dodał Lutek.

– To dlatego, że się interesujesz pieniędzmi – wtrąciła Karolina.

– Znam się na nich.

– Potejto, potato – odparła.

– I stąd wiem, że skarbówka to złodzieje. – Lutek podniósł głos, efektywna i ostateczna taktyka w rozmowie, zwłaszcza że głos miał tubalny i donośny. Jednocześnie oznaczało to, że nie da sobie przerwać.

– Ta rozmowa jest absurdalna – powiedziała Sara. – Lutek ma rację. Chodźmy.

– Gdzie? – zapytał retorycznie Paweł.

Czy można było zorganizować after party w lepszym miejscu niż dwupoziomowe, stuczterdziestometrowe mieszkanie z widokiem na pół Warszawy? Apartamentowiec Sary przy ulicy Markowskiej był budynkiem z ogromnymi oknami, estetycznie wykończonym brązową cegłą, co przyjemnie korespondowało ze starą architekturą Szmulowizny. Stanowił jedną z niewielu oddanych inwestycji na obszarze wielkiego placu budowy, w który zmienił się obecnie plac Konesera – a w szerszej skali cała Praga-Północ.

Sara nie zdążyła się całkiem przenieść do swojego nowego mieszkania, może dlatego, że nikt nie miał czasu jej pomagać: Paweł był zajęty w Lawendzie, Karolina, kiedy nie zajmowała się swoimi sprawami, pomagała mu w pracy, a Borewicz cierpliwie czekał na zaproszenie. Tymczasem ten apartament, penthouse w zasadzie, nadawał się już do zamieszkania.

Borewicz przez chwilę przechadzał się po przestronnych pomieszczeniach, po czym przystanął przed oknem. Po dziesiątej światło na zewnątrz zrobiło się ciemne i dziwne, jakby dolano do niego szkarłatu, a księżyc wyraźnie zaczął już przesłaniać słońce.

Za plecami słyszał dyskusję. Każdy miał coś do powiedzenia. Najwięcej oczywiście Lutek, który specjalnie nie przejmował się swoim gościem, za to mianował się samozwańczym dyrygentem imprezy. Zawsze zresztą tak się zachowywał. Gdziekolwiek szli, wyszukiwał znajomych, kolegował się z kelnerami i barmanami i nigdy nie przepuścił okazji, żeby poklepać kogoś po plecach, czasami sięgając aż do policzków.

Dzisiaj jednak okazał się przydatny; mimo że Sara podobno już spała w nowym mieszkaniu, nie miała w nim dobrego rozeznania. Jedynym skolonizowanym pomieszczeniem była sypialnia, a kuchnia okazała się żałośnie zaopatrzona jak na dom siostry zawodowego kucharza. Barek prezentował się niewiele lepiej.

Lutek zaproponował, że przyrządzi swoje legendarne frappé. Ale jeśli chcieli zdążyć na szczyt zaćmienia, musieli się pośpieszyć, dochodziło już wpół do jedenastej. Borewicz zgłosił się na jego pomocnika – wystawianie się na słońce wywoływało u niego migrenę. Przypuszczał, że zaćmienie nie ma na to wpływu.

– Dobra, my z Karoliną idziemy już na taras – powiedział Paweł.

– Dla mnie w moim kubku – poprosiła Sara.

Obsesyjnie pijała kawę tylko w tym jednym poszczerbionym naczyniu, prezencie od jednego z tabunu byłych chłopaków. W mieszkaniu mogło zabraknąć mebli, ale na pewno nie zabrakłoby kubka z owcą.

Borewicz z Lutkiem zabrali się do roboty, jednak lodówka Sary szybko wyjawiła swoje niedobory, w tym ten kluczowy, brak lodu. Musieli więc zrobić szybki wyskok do marketu, który wykiełkował na niedalekiej Białostockiej. A kiedy wrócili, dosypali do kubków gotowych kostek, postawili sześć frappé na prowizoryczną tackę z tektury i wyszli na taras.

Na zewnątrz czerwonobrązowa poświata zdominowała już warszawski krajobraz. Rozciągała się nad Pragą-Północ jak gigantyczna kopuła. Przez moment Borewicz podziwiał ten niepokojący widok. Zresztą nie tylko mieszkanie Sary robiło wrażenie, również taras był jednym z najlepszych, jakie widział w Warszawie. Co najmniej sto metrów kwadratowych i kapitalny widok na Pragę oraz Wisłę, sięgający aż do Starówki. Przy tym jednak dyskretne osłonięcie od świata, z jednej strony budynkiem, z drugiej wysoką szybą z mlecznego szkła. Tutaj żaden sąsiad nie zajrzy ci do majtek, no chyba że z drona.

– Udało się? – zapytała Karolina i sięgnęła po jedno z frappé, które postawili przy wejściu.

Borewicz zatrzymał na wargach cięty komentarz. Sam potrzebował kofeiny, bo aura wywoływała u niego pewne otępienie. Pociągnął długi łyk.

Sara słaniała się na nogach i czuła, że na powierzchni podtrzymuje ją tylko złość na przyjaciela. Jak śmiał kogoś tu sobie sprowadzać? W dodatku skądś znała tę myszowatą dziewczynę i nie mogła sobie przypomnieć skąd. I czy to był jakiś komunikat od Lutka, który powinna odczytać? Bardziej przypominało to jednak pijacką lekkomyślność i chęć przygód.

Paweł z Karoliną już od dwudziestu minut bawili się telefonem, a ona sama bezmyślnie zerkała na słońce, dopóki nie przypomniała sobie, że to niedobre dla wzroku. Nie mówiąc już o zmarszczkach pod oczami i przede wszystkim na czole. Miała dwadzieścia osiem lat, a tydzień wcześniej odbyła pierwszą rozmowę o botoksie.

– Lepiej wcześniej niż później – poinformowała ją kosmetolożka.

– Dlaczego? To robi jakąś różnicę?

– Pani nie. Ale mediom tak. Jak się pani spóźni, wszyscy zauważą.

Więc nie mogła wystawać na świetle, jednocześnie nie bardzo miała gdzie się skryć. A zamiast dumy, że jest właścicielką takiego wspaniałego tarasu, odczuwała wstyd, że nie jest zagospodarowany. Karolina podsunęła jej pomysł wyścielenia tych stu metrów sztuczną trawą. Czy to jednak nie będzie tandetne, niczym scenografia najtańszej telenoweli? O co jeszcze powinna w takim razie zadbać? Papierowe rośliny i krasnale ogrodowe? Plastikowy las?

Ten taras powinien być wizytówką mieszkania, pomyślała, a potem ucieszyła się, widząc, że szklane drzwi otwierają się i wychodzą zza nich Lutek z Bartkiem. A na tekturowej tacy brzęczą kubki z chłodną kawą. W tym jej własny, z owcą, który otrzymała lata temu od Marcina. Podeszła i podziękowała za kawę – ale tylko Borewiczowi, chcąc, by Lutek zrozumiał przesłanie.

Pociągnęła łyk, frappé smakowało niestety gorzko. Lutek zaczął jednak wykrzykiwać, jak to – z wielkim poświęceniem – musieli udać się do sklepu po lód, wymruczała więc jakiś mdły komplement.

Z kubkiem w dłoni odeszła na bok, chcąc przez moment pobyć sama, choć przez chwilę nie być obserwowaną. Oparła się o barierkę i pociągnęła kolejny, głębszy łyk. Zamknęła oczy, pozwalając, by ciepło rozlało jej się po czole i policzkach. Minęło już apogeum zaćmienia i światło zaczynało się rozjaśniać, jakby następował powtórny świt. Ostrzeżenia kosmetolożki Sara miała w tym momencie gdzieś.

Borewicz puścił muzykę z minigłośnika i chciała jeszcze potańczyć, nie wyżyła się w Koktajlu. Poruszyła biodrami, żeby wejść w rytm, ciało miała jednak jak z waty. Błyskawicznie ogarniała ją senność. I to jak! Poczuła, że jeśli za chwilę się nie położy, to już nie dotrze do kanapy, padnie na goły beton. Odeszła od barierki, niepewnym krokiem minęła oszklone drzwi i spoczęła na sofie. Kubek z owcą postawiła na podłodze, a lewą rękę oparła sobie na brzuchu.

Zamknęła oczy. A w tej ostatniej sekundzie przytomności Sara Kosowska pomyślała, że to nie sen, ale coś innego, gorszego. Nie wiedziała, kiedy wchłonęła ją ciemność.

Zimno kawy podrapało Pawłowi gardło, było jednak orzeźwiające.

– Robi się już jaśniej – zauważył z rozczarowaniem Lutek.

– Nie przejmuj się – skomentowała Karolina. – Zobaczysz jeszcze zaćmienie.

– Takie za pięć lat – powiedział Borewicz.

– Mogę nie dożyć – zaśmiał się Lutek.

– Jesteś chory? – zapytał Paweł.

– Nie.

– To po co tak chrzanisz? – powiedział Paweł, a potem podszedł do telefonu i zmienił w nim muzykę. Poleciały dźwięki Syren Artura Rojka. Lutek wzruszył ramionami, a Bartek złożył palce w prostokąt i mrużąc oczy, skierował dłonie w stronę słońca.

– Do czegoś cię to inspiruje? – zapytała Karolina.

– Być może – odparł, mrugając. – Jeszcze nie wiem.

Paweł rozejrzał się.

– Gdzie jest Sara? – zapytał.

Lutek spojrzał na tackę z tektury, stał tam jeszcze jeden kubek z frappé. Nie był to jednak kubek z owcą.

– Pewnie wyszła – skomentował.

Karolina rzuciła Pawłowi pytające spojrzenie. Poczuł instynktowny niepokój.

– Sprawdzę, co u niej – powiedział.

W mieszkaniu, w którym zdążyli zapalić wszystkie światła, panowała teraz jasność jak na zewnątrz. Pół górnego salonu zajmowała gigantyczna, pachnąca jeszcze nowością kanapa. Paweł przyjrzał się leżącej na niej postaci. W rzeczywistości Sara była drobniejsza niż na ekranie. Obydwoje byli mali. Sara mierzyła niewiele ponad metr sześćdziesiąt, telewizja dodawała jej wzrostu. Niedawno obcięte krótkie blond włosy opadły jego siostrze na oczy, nie poruszała się.

Do pokoju weszła Karolina, za nią reszta. Paweł wyczuwał zapach spirytusu w powietrzu.

– Co z nią? – zapytał Lutek. – Jakoś dziwnie wygląda.

Paweł wzruszył ramionami, czując w mięśniach lekki paraliż. Minął go Lutek, usiadł na brzegu kanapy i położył dłoń na czole Sary. Obserwowali go, kiedy nachylił się nad jej ustami. Przystawił dwa palce do szyi dziewczyny, usiłując chyba znaleźć tętno, a potem spojrzał w ich stronę. Wyglądał na przestraszonego.

– Kurwa, nie oddycha – powiedział.

Nikt nie skomentował. Czas zatrzymał się w miejscu.

– Chyba musimy wezwać lekarza – dodał.

Ciszę przerwał zduszony krzyk Karoliny.