Pożądanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Wygląda na to, że będzie miał pan spie­przone święta — mówi Robert bez­na­mięt­nym tonem.

Powi­nien teraz wstać i wyjść, Piotr tego wła­śnie chce, bo napię­cie i nie­pew­ność wydają się nie­zno­śne. Nie­mal to widzi: chło­pak, który wygląda cał­kiem jak dziew­czyna, pod­nosi się i kie­ruje do drzwi, ciężki i nie­zgrabny od prze­peł­nia­ją­cego go smutku. Osta­tecz­nie jed­nak jego rze­czy­wi­stość prze­grywa z rze­czy­wi­sto­ścią Roberta i chło­pak wciąż tkwi na kana­pie. O szyby zaczyna bęb­nić deszcz, słońce roz­myte sza­ro­ścią gru­dnio­wego poranka.

— Cza­sem pan tak na mnie patrzy… — zaczyna chło­pak, a Piotr, choć nie chce, jed­nak zadaje pyta­nie:

— Jak?

— Jakby miał pan na mnie ochotę. — Piotr nie ma pew­no­ści, co jest w tych oczach: kpina, wyzwa­nie czy zwy­czajna mło­dzień­cza prze­kora. — To prawda?

Wpa­trzony w sie­dzącą na tap­cza­nie istotę, męż­czy­zna nie czuje ani odro­biny pod­nie­ce­nia. Powoli kręci głową.

— Może to przez to ubra­nie? Wolałby pan, żebym zało­żyła spodnie? Żebym była chło­pa­kiem?

— Nie wiem, może.

— Sorry, nie ten adres.

Robert wstaje i idzie w stronę drzwi. W progu jesz­cze się odwraca.

— A tak w ogóle pana wspo­mnie­nie, to z papie­ro­wym stat­kiem, jest z filmu, tytuł wyle­ciał mi z głowy. Tam coś podob­nego było.

Zamyka za sobą drzwi. Deszcz wciąż bębni w okno, a Piotr ledwo ma odwagę oddy­chać, bojąc się, że lada moment roz­pad­nie się jak szyba, o którą zbyt mocno ude­rzył wiatr.

* * *

wpis piąty:

W jesienny dzień chło­pak i dziew­czyna sia­dają na ławce w parku. Ona mówi do niego coś z prze­ję­ciem, on uśmie­cha się, kiwa głową i nawija na palec kosmyk jej wło­sów.

wpis szó­sty:

W jesienny dzień chło­pak i dziew­czyna sia­dają na ławce w parku. On mówi do niej coś z prze­ję­ciem, ona uśmie­cha się, kiwa głową i nawija na palec kosmyk jego wło­sów.

Dzień dogasa w zimo­wej sza­ro­ści, gdy Piotr tkwi na komen­dzie, a gruba poli­cjantka spi­suje jego zezna­nie. Robi przy tym mnó­stwo lite­ró­wek; Piotr widzi to, ale nie ma śmia­ło­ści zwró­cić jej uwagi.

Imię, nazwi­sko, adres.

Patrzy przez okno, sma­ku­jąc w ustach słowo gru­dzień: szorst­kie i zimne. Gru­dzień jest bryłą lodu pełną ziemi i kamieni, starą zmar­z­liną, która zalega w cie­niu jesz­cze wtedy, gdy słońce dawno zaczęło świe­cić wio­sen­nym bla­skiem w kolo­rze cytryny.

Prze­nosi wzrok na poli­cjantkę, która pew­nie wola­łaby być w domu, przy­go­to­wu­jąc się do kola­cji wigi­lij­nej. Piotr ją rozu­mie, choć sam nie­dawno zadzwo­nił do sio­stry i nie bez pew­nej satys­fak­cji poin­for­mo­wał ją, że się spóźni, bo musi iść na prze­słu­cha­nie – wtedy był innym czło­wie­kiem, takim, który uwa­żał to wszystko za nie­zły żart. Teraz nie pamięta już, na czym wła­ści­wie ten żart miałby pole­gać.

Poli­cjantka od czasu do czasu zerka w stronę leżą­cej na biurku komórki, by dys­kret­nie spraw­dzić godzinę. Tele­fon roz­dzwa­nia się w pew­nym momen­cie świą­teczną melo­dyjką, a kobieta uci­sza go nie­cier­pli­wym gestem. Z zaci­śnię­tymi ustami czyta SMS-a. Mąż czy dzieci, które nie mogą się docze­kać, aż mama wróci z pracy?, prze­lot­nie roz­waża Piotr. Poli­cjantka opa­no­wuje iry­ta­cję i zadaje kolejne pyta­nie.

Piotr zasta­na­wia się, czy komuś tu przyj­dzie do głowy, że mógłby naprawdę zabić. Im dłu­żej nad tym myśli, tym bar­dziej wydaje mu się, że tak; obo­jętna twarz gru­bej kobiety wydaje się kryć oczy­wi­ste, choć nieme oskar­że­nie.

— Nie zabi­łem jej — mówi, gdy napię­cie staje się nie­zno­śne. — Nawet jej nie zna­łem.

Poli­cjantka unosi brwi.

— Jej?

— Mariki — mówi Piotr. — Nie zna­łem Mariki.

— Marika Miko­łaj­czyk ma się zna­ko­mi­cie, to prze­słu­cha­nie w spra­wie zabój­stwa Roberta Miko­łaj­czyka. O czym pan mówi?

Piotr patrzy pustym wzro­kiem, sekundy upły­wają w ciszy. Zamyka wresz­cie oczy.

— Roberta?

Poli­cjantka się iry­tuje.

— Niech pan nie udaje idioty. Prze­cież zna­lazł pan jego ciało.

Ciało, ach tak, przy­po­mina sobie Piotr. Dosko­nałe ciało mło­dego męż­czy­zny, który wyglą­dał tro­chę – ale na szczę­ście nie za bar­dzo – jak dziew­czyna.

— Ładny chło­piec — mam­ro­cze.

— Ładny? — Gruba poli­cjantka robi się mniej obo­jętna, a odro­binę bar­dziej podejrz­liwa. — Jak dobrze pan go znał?

— Prze­lot­nie, spo­ty­ka­li­śmy się cza­sem na scho­dach, wie pani, jak to sąsie­dzi… Myśla­łem o nim cza­sem, choć on się ze mnie śmiał.

— W jakim sen­sie pan o nim myślał?

— Nie wiem. Że chciał­bym go dotknąć. To ma sens, prawda?

Kobieta patrzy na niego, w jej oczach widać nagły błysk stra­chu.

— Panie Szul­kow­ski, czy zabił pan Roberta Miko­łaj­czyka? — pyta, jakby sama nie była pewna, czy chce usły­szeć odpo­wiedź.

— Tak — mówi Piotr z ulgą. — Musia­łem to wła­śnie zro­bić.

Poli­cjantka prze­łyka ślinę – Piotr ją zasko­czył, co w pew­nym sen­sie spra­wiło mu przy­jem­ność. Uśmie­cha się, chcąc zła­go­dzić lęk w jej oczach, a potem znowu prze­nosi wzrok na okno. Jest pra­wie zupeł­nie ciemno, na kola­cję wigi­lijną i tak pew­nie już nie zdąży. Trudno. Mimo to czuje się nie­mal szczę­śliwy, kiedy prze­szłość układa się wokół niego miękko jak fałdy dobrze skro­jo­nego płasz­cza. Oczy­wi­ście wszystko dobrze pamięta. Ni­gdy tak naprawdę nie inte­re­so­wały go dziew­czyny, jego zami­ło­wa­nie do chło­pię­cych bio­der i małych piersi było w isto­cie skry­wa­nym pożą­da­niem chło­pię­cego ciała. Dopiero Robert mu to uświa­do­mił. Teraz wszystko nabiera sensu: jego dłu­go­let­nia samot­ność, fakt, że ni­gdy nie czuł się dobrze w towa­rzy­stwie kobiet.

Jak powie­dział tam­ten młody poli­cjant, to naprawdę była pro­sta sprawa.

Piotr nie prze­staje się uśmie­chać, nawet gdy na jego rękach zatrza­skują się kaj­danki. Przez krótką chwilę, która obej­muje całą jego prze­szłość i przy­szłość, czuje się wresz­cie czło­wie­kiem kom­plet­nym i cią­głym.

Jakub Nowak
Zimno, gdy zaj­dzie

Wciąż nie mogę patrzeć w lustro. Boję się, że się roz­pła­czę, z żalu nad Anią, nad sobą i z tęsk­noty za tobą, synku.

Nasza pierw­sza próba. Jej wspo­mnie­nie pali od środka. Wstyd i bez­sil­ność wsią­kły w skórę i wciąż wra­cają, jak nie­chciany zapach, przy każ­dym gwał­tow­nym ruchu.

Nasza pierw­sza próba.

Ania czeka na mnie w sypialni. Stoję w łazience, tyłem do lustra, w samych bok­ser­kach. Bose stopy na zim­nych kafel­kach. Jest bar­dzo gorąco. Rury żyją, posa­pują w ścia­nach, a może te dźwięki docho­dzą ze mnie, szum życia i stra­chu. Dło­nie mro­wieją, spo­glą­dam na nie, choć nie powi­nie­nem. Znam je i jed­no­cze­śnie ich nie poznaję, drobne, nie­sfa­ty­go­wane ręce mojego czter­na­sto­let­niego dziecka. A niżej, poza głę­bią ostro­ści, wybrzu­sze­nie w bok­ser­kach. Sztywne, skromne, dziwne. Erek­cja.

Nie­mal się uśmie­cham. Erek­cja. Boże.

Ania czeka na mnie w sypialni. Ruszam do niej. W pół­mrok.

Sie­dzi w łóżku, w dziw­nej pozy­cji, jakby chciała poło­żyć się do snu i jed­no­cze­śnie móc wysko­czyć przez okno. Chowa się, zapada w bawełnę piżamy, w cie­nie czy­nione przez nocną lampkę. Kon­fi­gu­ra­cja jej ciała mnie nie uwzględ­nia.

Patrzy, jak wcho­dzę, i zamyka oczy. Stoję, tuż za pro­giem, daleko i długo. Zasłony w oknie falują, mia­sto oddy­cha. Ania jest taka piękna, gdy jest w roz­pa­czy. Coś puch­nie mi w gar­dle, gorące i lep­kie.

Wresz­cie spo­gląda na mnie. Pró­buje coś powie­dzieć, prze­łyka ślinę.

— No chodź do mnie — mówi. Jej głos nie­mal wywo­łuje łzy. Czuła litość i rezy­gna­cja, i sam już nie wiem, czy robi tak spe­cjal­nie.

Sia­dam obok niej, w pół gestu do jej ciała. Idę za jej spoj­rze­niem i koń­cem koł­dry przy­kry­wam namiot w bok­ser­kach. Czuję bijące od niej cie­pło, przy­po­mi­nam sobie, jak potrafi pach­nieć, kiedy już nic nie mówi i przy­ci­ska mnie do brzu­cha. Ania patrzy w noc, w szparę mię­dzy zasło­nami. Bez­pieczne rutyny umarły wraz z moim cia­łem, tam­tym, pierw­szym, trwamy więc w bez­ru­chu, jak mane­kiny przy­pad­kowo poło­żone obok sie­bie.

Ania odwraca się do mnie. Bie­rze głę­boki oddech, jakby miała sko­czyć do wody. Zbliża dłoń do mojego policzka. Jej palce pachną czosn­kiem. Lubię, gdy tak pach­nie.

Sięga za sie­bie i wyłą­cza lampkę. Mrok połyka nas jak zdra­dliwy staw.

Cze­kam, chło­nąc jej cie­pło. Sły­szę nasze odde­chy w ciem­no­ści.

Cze­kam. Ruch, sze­lest mate­riału, sap­nię­cie mate­raca. Zapa­chy: jej szam­pon, i płyn do płu­ka­nia tka­nin, i jej spo­cony kark, który całuję znie­nacka, gdy Ania gotuje. Fał­szywa cisza: szum mia­sta, odde­chy. Czer­nie wokoło, o róż­nych fak­tu­rach i gęsto­ściach, mar­twe i żywe, wszyst­kie cie­płe.

Jej dłoń na moim ramie­niu, deli­kat­nie. I niżej, moc­niej, łapie mnie za nad­gar­stek. Ten dotyk pod­nosi mi wło­ski na karku. Pod jej pal­cami wyczu­wam swoje tętno. Powoli przy­ciąga moją dłoń ku sobie. Jest wresz­cie: chłod­niej­sza, gładka i miękka. I ta zna­joma, gęst­sza fak­tura, opusz­kami pal­ców widzę ciemny kolor bro­dawki jej piersi. Wspa­niały, pełen życia. Zawrót głowy.

Wzdy­cha. Doty­kam jej moc­niej, opie­ram dłoń na jej ciele. Prze­chyla się do tyłu, lecz nie wiem, co to zna­czy. Gdy bro­dawka reaguje na dotyk, drugą dło­nią się­gam do jej uda. Bawełna spodni. Dreszcz: jej palce na mojej szyi, paznok­cie, przy­jem­nie kon­kretne i chłodne, lekko, potem mocno.

 

Dziwny dźwięk. Zabie­ram ręce. Fru­stra­cja nie­mal urywa mi głowę.

Ania pła­cze. Cień pośród cieni.

— Aniu.

— Cicho — odpo­wiada.

Się­gam ku jej dło­niom, ale się wyrywa.

— Aniu.

Sły­szę, jak się ubiera.

— Aniu.

— Zamknij się.

Włą­czam lampkę i widzę, że leży na skraju łóżka. Sie­dzę nad nią i patrzę tępo, wciąż ze ster­czą­cym chuj­kiem.

Wresz­cie gaszę świa­tło. Ukła­dam się z dru­giej strony.

Leżymy długo, tyłem do sie­bie. Nad mia­stem krąży heli­kop­ter. Ściany sypialni drgają spo­cone, jest zimno i gorąco jed­no­cze­śnie.

— Jaruś — mówi wresz­cie. — Prze­pra­szam.

Cisza wyżęta przez bła­galne ocze­ki­wa­nie.

Nie odpo­wia­dam.

— Kocha­nie — mówi do mnie.

Nie odpo­wia­dam. Zasy­piam dopiero o świ­cie, gdy ona wresz­cie prze­staje pła­kać.

* * *

Ania ucieka z łóżka z pierw­szym dźwię­kiem budzika. Udaję, że śpię, zagrze­bany w pościeli. Mam wzwód, oczy­wi­ście.

Sły­szę, jak wraca do sypialni, już wyszy­ko­wana i pach­nąca. Moc­niej zaci­skam powieki i cię­żej mi się wtedy oddy­cha. Gdy sły­szę, że rusza w stronę łóżka, zawar­tość mnie na chwilę prze­staje dzia­łać. Nachyla się, jej włosy sme­rają mnie w ucho, ska­pują z nich wonie per­fum, lakieru, szminki, kawy. Szybki, cie­pły całus.

Ania wycho­dzi do pracy, a ja zasta­na­wiam się, któ­rego z nas poca­ło­wała, ojca czy syna. W łóżku, gorą­cym, lep­kim bar­łogu jest jakby lepiej. Mogę pła­wić się we wła­snym smro­dzie i nie­szczę­ściu, nie muszę patrzeć na nie swoje ciało, nie czuję go, skrę­po­wa­nego pościelą.

Zwle­kam się wresz­cie. I jak każ­dego ranka: sto pom­pek, na kost­kach, zwal­nia­jąc dopiero po dzie­więć­dzie­sią­tej. Gdy wstaję, serce uspo­kaja się nie­mal natych­miast, mię­śnie i płuca chcą wię­cej. I wciąż mi stoi. Per­fek­cyjna maszyna, młoda i zdrowa. Nie­na­wi­dzę jej, nie­na­wi­dzę two­jego ciała, synku. I kocham je, poko­cha­łem je szcze­rze i nie­mal od razu.

Ania wróci wie­czo­rem. Ja – przy­wró­cony, Łazarz, który zaje­bał ciało swo­jemu zmar­łemu dziecku – nie muszę pra­co­wać. Kosmiczny zgry­wus dał mi dru­gie życie, a rząd hojną rentę. Nie ma sprawy, nie, to nie.

Polu­bi­łem je po powro­cie: twoje bluzy z kap­tu­rem, trampki, desko­rolkę. I rap w empe­trójce, kro­niki świata asfaltu i mari­hu­any.

Wie­dzia­łem, gdy tylko spoj­rza­łem na deskę. Pamięć mię­śniowa, szcze­gólny jej rodzaj, wyjąt­kowy, jak to, co się nam przy­da­rzyło. Leżała pod łóż­kiem, nie­ru­choma, mar­twa, jak­bym patrzył na bez­dom­nego kun­dla. Od razu czu­łem, że potra­fię. A skoro tak, to że powi­nie­nem.

Pamięć mię­śniowa. Gar­dzę windą i zbie­gam po scho­dach, sie­dem pię­ter w dół, po trzy stop­nie naraz, w mia­sto. Nabie­ram pręd­ko­ści i mocy, chod­niki witają się kle­ko­tem i wibra­cją, a ja jadę, jadę i żyję. Ulice parują spa­li­nami, a resztki traw­ni­ków psim gów­nem, gdy prze­dzie­ram się przez tłum.

Jadę, słu­cha­jąc two­jego hip-hopu, który nagle jest bar­dzo na miej­scu. Jadę i żyję, i już śmieję się na głos, do sie­bie i do cie­bie, bo wiem, że to ty jedziesz, nie ja, ty pro­wa­dzisz, a ja z tobą, pasa­żer na gapę. Śmi­gamy przez mia­sto razem, wszyst­kie świa­tła są zie­lone, kra­węż­niki niskie, dziew­czyny śliczne, i czuję, że cię przy­tu­lam, a ty się wyry­wasz, lecz bez prze­ko­na­nia, bo lubi­łeś, gdy bra­łem cię w ramiona.

Kle­kot deski i tłu­ste bity, sło­neczne pro­mie­nie zała­mują się w ulicz­nym smogu. Wjeż­dżamy w nie, uda­jąc, że wcale nie umar­łeś i że tam, przed nami, coś jesz­cze na cie­bie czeka.

* * *

Pod­glą­dam ją, gdy się prze­biera. Stoję w przed­po­koju, w kuchni skwier­czy nie­mal gotowy obiad.

Roz­rzuca ciu­chy po całym pokoju, robi tak od zawsze, byle szyb­ciej strzą­snąć z sie­bie pracę. Na pod­ło­dze sypialni lądują fir­mowe uni­formy: żakiet, spód­nica, bluzka.

Ania wró­ciła i prze­strzeń pokoju nabiera sensu, to ona ją spaja i legi­ty­mi­zuje. Zmę­czona kró­lowa na wło­ściach i jej atry­buty: ele­gancka koronka sta­nika; prze­sło­nięta raj­sto­pami Ato­mówka, lecąca wzdłuż pośladka po baweł­nie maj­tek; płatki sło­necz­nika, wyta­tu­owane pod­czas urlopu w Ber­li­nie, które falują, kiedy masuję jej krzyż.

Pod­glą­dam ją, gdy w ruty­no­wych gestach szuka odpo­czynku. Prze­ciąga się, tyłem do mnie, długo i nie­spiesz­nie, jakby bolało ją, gdy jej skóra prze­suwa się wzdłuż krę­go­słupa, i jakby ten ból lubiła. Gdy przy­siada na łóżku i zdej­muje raj­stopy, wydaje mi się, że czuję ich zapach. Ania pro­stuje nogi, wyciąga je daleko przed sie­bie, aż mię­śnie wokół kolan zaczy­nają drżeć. Chciał­bym poło­żyć dło­nie na jej gład­kich, chłod­nych udach, ale tylko stoję i patrzę, jak ona dra­pie się po kostce, popra­wia gumkę maj­tek, zdej­muje oku­lary, zwią­zuje włosy. Wtedy mnie zauważa.

Uśmie­cha się, dziw­nie zwy­czaj­nie, wspa­niale. I sięga dło­nią za sie­bie, do haftek biu­sto­no­sza.

Roze­pnie go, pozwoli spaść na pod­łogę i zrobi to, co robi tak rzadko: opusz­kami pal­ców dotknie bro­dawki, jakby nie­zde­cy­do­wana i nie do końca świa­doma, i spoj­rzy na mnie tym wyjąt­ko­wym mato­wym spoj­rze­niem.

Ania posyła mi jesz­cze jeden uśmiech i znika z pola widze­nia.

— Przy­pali się — mówi zza ściany i dopiero gdzieś tam koń­czy się prze­bie­rać.

Przy­pali się.

Wspólne posiłki są dobre, w tych rolach, na tych pozy­cjach jeste­śmy bez­pieczni.

— Jak było?

— Weź — mówi Ania. — To są tacy debile. Nie wiem, jak ta firma jesz­cze działa.

— Ma cie­bie.

Celuje we mnie widel­cem.

— Monika z księ­go­wo­ści — mówi.

— Ta pie­go­wata.

— Ta pie­go­wata. Idzie na rentę, bo instruk­torka jogi znisz­czyła jej krę­go­słup.

— O.

— Co robi­łeś?

Dole­wam nam soku, się­gam po sól, wzru­szam ramio­nami.

— Nic. — Pró­buję sobie przy­po­mnieć, czy pamię­ta­łem, żeby odło­żyć deskę pod twoje łóżko. — Łazi­łem.

— No i dobrze — odpo­wiada, a ja nie wiem, co ma na myśli.

— No, ale od razu na rentę?

— Będzie mieć ope­ra­cję. Podała tę babę do sądu.

— Umó­wi­łem się z Art­kiem — mówię.

Na chwilę prze­rywa jedze­nie.

— Tak?

— Wpad­nie w sobotę, koło połu­dnia. Obej­rzymy jakieś mecze, wypi­jemy piwo.

— Przyj­dzie sam?

— Tak.

— W tę sobotę?

— Tak.

Mam wra­że­nie, że jej ulżyło.

— W sobotę muszę iść do pracy — odpo­wiada.

— Wiem, ale ina­czej mu nie paso­wało — kła­mię.

To będzie pierw­szy raz, chcę być wtedy sam.

— Faj­nie — mówi wresz­cie i być może naprawdę tak myśli. — Wresz­cie się zoba­czy­cie.

Minęło ponad pół roku, odkąd wró­ci­łem, już czas. Mam to dobrze prze­my­ślane, teraz albo ni­gdy.

— Zosta­nie w fir­mie? — pytam Anię. — Na ren­cie?

— Nie wiem.

— Artek pew­nie jesz­cze będzie, jak wró­cisz.

— Coś jej się prze­su­nęło, jakby prze­pu­klina, tylko z tyłu. Poka­zała nam dzi­siaj.

— Krąg?

— Wła­śnie nie. Ale nie pamię­tam, co. Tro­chę wystaje, jak piłeczka do ping-ponga.

— Piłeczka do ping-ponga.

— Tak.

— Kurwa.

— No.

Dole­wam soku. Wspólne posiłki, bez­pieczne pozy­cje.

* * *

Jak pozna­łem twoją mamę.

Prysz­cze, jabole, plaża. Pło­nące poma­rań­cze toczące się nocą w dół pagórka.

Sie­dzimy we trójkę, po turecku, na pod­ło­dze. Pełni ufno­ści prze­glą­damy się nawza­jem w pięt­na­sto­let­nich twa­rzach. Butelka wam­pira krąży z ust do ust: obo­wiąz­kowo prze­cie­rasz dło­nią szyjkę, pijesz, poda­jesz dalej. Mię­dzy nami leży mied­nica, jądro tego pozor­nie sta­tycz­nego układu. Rze­czy­wi­stość drga.

Gorąca let­nia noc, gęsta i nama­calna. Tek­tu­rowy let­ni­skowy domek pach­nie stę­chli­zną, wnę­trzem tram­pek, zle­ża­łymi kanap­kami z serem. Na żół­tym jam­niku pana­so­nicsa leci Pan­tera. Mię­dzy pio­sen­kami sły­szymy szum morza albo tak się nam wydaje i to tylko trza­ski zajeż­dżo­nej taśmy. Zabi­jamy komary przy­sia­da­jące na przed­ra­mio­nach. Jest wspa­niale, żyjemy.

Wino krąży, mied­nica leży raczej dla zwięk­sze­nia dra­ma­tur­gii niż z rze­czy­wi­stej potrzeby. Artek zdjął koszulkę, gęste loki głasz­czą mu kark przy każ­dym łyku. Na prze­mian bawi się sygne­tem z tru­pią czaszką i mlecz­no­bia­łym kłem, wiszą­cym na szyi. Z naszej trójki tylko jemu przy­stoi biżu­te­ria, i on dobrze o tym wie. Z wystu­dio­waną non­sza­lan­cją roz­pusz­cza włosy, frotkę wsuwa na chudy nad­gar­stek. Gdy pochyla się, się­ga­jąc po butelkę, kieł koły­sze się nad pla­sti­kową miską.

Bizon ma tiszert z Metal­liką, ten z woj­sko­wym cmen­ta­rzem, pod­róbkę, bra­kuje hełmu na jed­nym z krzyży. Pije naj­wię­cej, rzuca we mnie palusz­kami, które skru­pu­lat­nie zbie­ram i zja­dam. Bizon śmieje się gło­śno i prze­klina moją matkę.

Mamy w dupie opie­ku­nów obozu i, co waż­niej­sze, oni mają w dupie nas. Są sta­rzy, zajęci piciem wódki i obra­ża­niem się na sie­bie. Jedyny doro­sły, który poświęca nam tro­chę uwagi, to Sier­giej, rosyj­ski kon­ser­wa­tor. Cier­pli­wie kołuje z kuchni pla­stry cebuli, któ­rymi okła­damy uką­sze­nia os i psz­czół. Jedyny doro­sły, poza nami oczy­wi­ście.

Z Art­kiem znamy się od zawsze. Bizon to nowość, pozna­li­śmy się dopiero tu, na obo­zie. Oka­zało się, że będziemy cho­dzić do tego samego liceum. Bizon jest w porządku. To już druga butelka wam­pira tej nocy.

Artek nagle odma­wia.

— Muszę się odlać — mówi.

— Pij, pedale — zachęca Bizon.

— Weź.

— Pij, psi wytry­sku.

Artek pod­nosi się, ale pije. Bizon recho­cze.

Czuję pot spły­wa­jący po brzu­chu. Opie­ram się o ścianę, uśmie­cham do nich i jest dobrze.

Puka­nie do drzwi domku. Do środka zagląda dziew­czyna.

— Cześć — mówi Sowa.

— Hej — witamy ją, Artek i ja, i tylko Bizon mil­czy.

Sowa jest star­sza i ma fajne włosy: far­bo­wane i krótko przy­cięte. Nosi dłu­gie weł­niane swe­try, takie jak nasze, tylko ze sklepu, a nie z bazaru. Słu­cha dwóch rodza­jów zespo­łów. Tych, któ­rych ni­gdy nie słu­cha­łem, i tych, o któ­rych ni­gdy nie sły­sza­łem. Ma je od brata, który już stu­diuje, w Kiel­cach.

— Idziesz na plażę? — pyta Sowa. Pyta m n i e.

Strona w kase­cie zaraz się skoń­czy, taśma trzesz­czy na popi­sku­ją­cych rol­kach.

Zry­wam się na równe nogi.

— Jasne.

Sowa uśmie­cha się i, nie cze­ka­jąc, wycho­dzi.

Odwra­cam się do przy­ja­ciół, tro­chę prze­ra­żony.

— Spier­da­laj, Jarek — mówi Bizon.

— Tak — odpo­wia­dam.

— Może też się przej­dziemy na plażę — pro­po­nuje Artek — Na luzie.

— To byłoby pedal­skie — odpo­wiada Bizon.

Uśmie­cham się do nich i bie­gnę za dziew­czyną.

To jak zaciem­nie­nie pod­czas zmiany levelu: idziemy ścieżką w lesie, w mrok, szyszki strze­lają pod sto­pami. Idziemy w stronę szumu, cichego i jed­no­cze­śnie gło­śnego, odbie­ra­jąc go czymś czu­łym głę­boko w żołąd­kach.

Gdy dziew­czyna bie­rze mnie za rękę, natych­miast mi staje. Daję słowo, że sły­szę, jak ona się uśmie­cha.

Kła­dziemy się na plaży, patrzymy w niebo. Pia­sek jest miękki, miły i zimny. Gwiazdy są tak nisko, że boję się wycią­gnąć rękę.

— Słu­cha­łeś L7? — pyta mnie.

— El-sewen?

Nawet nie wiem, czy dobrze usły­sza­łem.

— Tak.

— Tak — odpo­wia­dam jej. — Rewe­la­cyjni goście.

— Jareczku! — Sowa śmieje się. — L7 to panny.

Nachyla się nade mną i całuje mnie w usta.

Ktoś robi mi tak pierw­szy raz i od razu wiem, że to o to zawsze cho­dziło. Dziwna trans­ak­cja: dziew­czyna daje mi tę świa­do­mość i jed­no­cze­śnie zabiera nie­śmier­tel­ność.

Długo leżymy, zajęci sobą, skon­cen­tro­wani i czujni, i cału­jemy się tylko, i to jest tak wiele. Już ni­gdy potem nie będzie tak nie­win­nie, ni­gdy potem nie poca­łuję dziew­czyny, kobiety, nie mając świa­do­mo­ści per­spek­tywy na coś wię­cej.

Wresz­cie odpo­czy­wamy, choć wcale nie chcę. Moje usta pul­sują, zmę­czone. I pul­suje mi w gaciach. Pia­sek wyzię­bia się i wil­got­nieje. Szum morza koja­rzy mi się z jej śliną.

Wra­camy przez las, bez słowa. Gdy wcho­dzimy na teren ośrodka, Sowa pusz­cza moją dłoń.

— Musisz ich posłu­chać — żegna się.

— Co?

 

— L7.

— Posłu­cham — kła­mię i nawet o tym nie wiem.

Wra­cam do przy­ja­ciół.

Bizon sie­dzi na pod­ło­dze. Butelki są puste.

Patrzymy sobie w oczy.

— Gdzie Artek?

— Odlewa się.

Nie umie spy­tać, zresztą ja i tak nie umiał­bym odpo­wie­dzieć.

Gdy Artek wycho­dzi z kibla, wska­kuje tam Bizon. Sły­szymy, jak rzyga.

— I jak? — pyta mnie Artek.

Uśmie­cham się ner­wowo.

— Wiesz.

Prze­cież nie wie. Bizon wraca. Dotyka języ­kiem zębów.

— Który ma zie­loną szczo­teczkę?

— Ja — odpo­wia­dam. Błysk zro­zu­mie­nia.

— Kurwa, Bizon — krzy­wię się. — Noż kurwa mać.

Bizon śmieje się, śmie­jemy się wszy­scy.

— Macie poma­rań­cze z obiadu?

Mamy. Bizon wraca do łazienki po dez­odo­rant. Wycho­dzimy przed domek. Jeste­śmy na górce, w naj­wyż­szym punk­cie ośrodka. Bizon spry­skuje owoce makle­rem, pod­pala je i pusz­cza po tra­wie z górki. Aro­ma­tyczne pło­nące kule toczą się w ciszy, jak naj­da­lej od nas.

Noc koń­czy się, roz­rze­dza i zaczyna spły­wać z nieba nad czer­nią lasu. Kapie na nas, gdy tak sie­dzimy na mokrej tra­wie, a my wchła­niamy ją chęt­nie, bo przy­nosi ulgę roz­grza­nej skó­rze. W sza­ro­ści na dole leżą nasze poma­rań­cze.

Ni­gdy wię­cej nie poroz­ma­wiam z Sową i dostanę za nią wpier­dol od naj­star­szych chło­pa­ków, gdy będziemy wra­cać pocią­giem do domu.

Artek będzie, jest moim przy­ja­cie­lem.

Bizon, Ania Bizacka, będzie, jest moją żoną, miło­ścią życia.

* * *

— Co sły­chać u Anny?

— Nic — odpo­wia­dam. — Po sta­remu.

— Po sta­remu.

Nie lubię, gdy ona powta­rza, co mówi­łem, koja­rzy mi się ze sta­rym pro­gra­mem tele­wi­zyj­nym Szczy­gła. Mówi­łem jej parę razy, że mnie to wku­rza, ale prze­sta­łem, bo chyba o to jej cho­dzi.

— Tak — odpo­wia­dam nie­chęt­nie. — Po sta­remu. Instruk­torka jogi roz­wa­liła krę­go­słup jej kole­żance. Takie tam.

— A jak ona się czuje?

— Kole­żanka?

— Anna.

Wzru­szam ramio­nami.

— Dobrze.

Wyplu­wam tro­czek sznurka z kap­tura two­jej bluzy, który żuję osten­ta­cyj­nie pod­czas tych roz­mów.

— Dobrze — powta­rza.

— Dobrze.

— I na­dal nie chce takich spo­tkań.

— Źle jej się koja­rzysz.

— To nie muszę być ja.

— Na­dal nie chce takich spo­tkań.

Kiwa głową.

— Cho­dzi­łam kie­dyś na jogę — mówi. — Ale zmie­ni­łam ją na pila­tes. Daje mi więk­szą świa­do­mość ciała.

Patrzę na nią i zasta­na­wiam się, czy to kolejny ele­ment kre­acji, roli przy­bra­nej na potrzeby naszych spo­tkań.

Rytuał co drugi czwar­tek: fał­szywa tak­sówka wie­zie mnie do nie­po­zor­nej willi, gdzie cały tłum ludzi bada mnie i opo­mia­ro­wuje, wszy­scy rów­nie mili, co enig­ma­tyczni. I potem roz­mowy, we dwoje, w prze­stron­nym gabi­ne­cie, peł­nym przed­wo­jen­nych, zbyt dużych mebli. Kiedy przy­zwy­cza­iłem się do tego miej­sca i prze­sta­łem się roz­glą­dać za kame­rami, od razu polu­bi­łem widok za oknem: przy­tulny sad, jakby z serialu na Dwójce.

Spo­ty­kamy się koło połu­dnia i roz­ma­wiamy do wie­czora. Sie­dzimy naprze­ciw sie­bie, w roz­ło­ży­stych fote­lach, pach­ną­cych środ­kami na kurz. Ona pyta, ja odpo­wia­dam. Nawet lubię jej się przy­glą­dać, a jej to chyba nie prze­szka­dza.

Wygląda jak nie­spójny remiks przy­pad­kowo dobra­nych popkul­tu­ro­wych tro­pów. Ma włosy jak Harry Pot­ter i wąskie oku­lary, któ­rych oprawki w cie­li­stym kolo­rze wrzy­nają się w skro­nie. Ubiera się w osten­ta­cyj­nie nija­kie kostiumy, zbyt duże i jed­no­cze­śnie zbyt cia­sne, obo­wiąz­kowe uni­formy pod­sta­rza­łych brzyd­kich kaczą­tek z ame­ry­kań­skich roman­tycz­nych kome­dii. I jesz­cze to nazwi­sko, nie wie­rzę w nie rów­nie mocno, jak w całą resztę. Dok­tor Marianna Szulc, psy­cho­log kli­niczny i psy­cho­te­ra­peuta, rzą­dowe narzę­dzie do rycia mi bani.

— Jakie macie plany na week­end? — pyta mnie.

— W sobotę przy­cho­dzi Artek.

I tak by się dowie­działa. Pew­nie już wie­dzą. Pod­słu­chują, pod­glą­dają, czy­tają.

— Twój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

Nie lubię, gdy ktoś tak mówi.

— Nie lubię, gdy ktoś tak mówi — mówię jej.

— Dla­czego?

Wzru­szam ramio­nami. Żuję sznu­rek. Patrzę w okno.

Mógł­bym zerwać się, roz­pę­dzić i prze­bić szybę, wyła­mać futrynę, miękko wylą­do­wać na tra­wie i ruszyć bie­giem przez sie­bie, za płot, wzdłuż ulicy. Pew­nie by mnie gonili, radio­wozy inco­gnito, jakiś heli­kop­ter, fil­mowe kli­sze. Może po pią­tej prze­cznicy zabra­kłoby mi tchu, a może nie. W myślach piesz­czę tak twoje ciało, uru­cha­miam jego frag­menty, silne i gotowe, upa­jam się jego świa­do­mo­ścią.

— Roz­ma­wia­łeś już z Artu­rem — mówi Marianna Szulc. — Po twoim powro­cie.

— Tak. Przez tele­fon.

— Dowie­dział się od cie­bie.

— Ode mnie.

— Jak zare­ago­wał?

Odkle­jam spo­cone plecy od opar­cia fotela. Nie chcę iść, gdzie ona mnie pro­wa­dzi.

— Wie­dział już o wypadku — odpo­wia­dam. — Myślał, że to pomyłka i pomy­lili infor­ma­cje, kto zgi­nął. Że to Łukasz zadzwo­nił i osza­lał. Albo że to z powodu szoku.

— Kiedy uwie­rzył?

— Opo­wie­dzia­łem mu parę rze­czy. Takich, które wiemy tylko my dwaj. I Ania. Zresztą, sam nie wiem, czy wie­rzy. Może przy­cho­dzi spraw­dzić.

— Z rodziną?

— Sam.

— Będzie­cie we trójkę.

— Ania będzie w pracy.

Marianna Szulc kiwa głową.

— Dla­czego spo­ty­ka­cie się dopiero teraz?

Bo się boję.

— Pew­nie się boi. Nie śpie­szył się z tym. To ja zadzwo­ni­łem.

— Oba­wiasz się tego spo­tka­nia?

Patrzę na twoją drobną, gładką dłoń.

— Ja się teraz oba­wiam wszyst­kiego.

Marianna Szulc nie­spo­dzie­wa­nie uśmie­cha się.

— Przy­szło mi coś do głowy — zaczy­nam.

— Tak?

— Ile lat miał naj­młod­szy retur­ner?

— Naj­młod­szy przy­wró­cony?

— Tak. To zna­czy nie. W jakie naj­młod­sze ciało tra­fił?

— Wiesz, że nie wiem. Zresztą…

— I tak nie mogła­byś mi powie­dzieć.

— Ale nie wiem.

— A co, jeśli nie­któ­rzy zmarli wra­cają w cia­łach nie­mow­ląt? I nowo­rod­ków?

Popra­wia się w fotelu, który sapie pod nią.

— Z jaką świa­do­mo­ścią by wra­cali? — pytam ją.

I tak nic mi nie powie.

— No bo ja — uśmie­cham się do niej kwa­śno. — Ja wró­ci­łem w ciele czter­na­sto­latka. I fizycz­nie mogę tyle, co czter­na­sto­la­tek. Czy raczej: aż tyle.

— Fizycz­nie.

— Tak — kiwam głową. — Ale nie tylko. Bo widzę, że mam lep­szą pamięć niż kie­dyś.

— Masz świetną pamięć.

— Tak wynika z testów?

— Tak.

Uśmie­cham się sze­roko i jestem zasko­czony swoją reak­cją. Rozu­miem po chwili: jestem z cie­bie dumny.

— No wła­śnie — kon­ty­nu­uję. — I jed­no­cze­śnie mam swoje wspo­mnie­nia, oso­bo­wość.

— Jesteś sobą.

— Jestem sobą. Ale tro­chę jakby nim. Jakby prze­cie­kał, ze skóry, z kości, do wewnątrz mnie.

— Cie­kawe.

— Jego odru­chy, gusty, zain­te­re­so­wa­nia.

— Jak język?

— Nowo­rodki — mówię.

— Tak.

— Ich ciała to wię­zie­nie. Ale co ze świa­do­mo­ścią? Kim byłby przy­wró­cony w ciele nie­mow­lę­cia?

Mil­czy.

— Co wie­działby i czego byłby świa­domy? Co zapa­mię­tał?

I tak mi nic nie powie.

Zer­kam na jej bio­dra, opięte przez grube weł­niane spodnie. Mate­riał sze­le­ści, gdy Marianna Szulc zakłada nogę na nogę. Stoi mi, oczy­wi­ście.

* * *

W poprzed­nim życiu.

Gorąca woda i zimne powie­trze: to przez te kon­tra­sty dostała gęsiej skórki. Patrzę na jej piersi. Resztę skrywa piana.

— Ostat­nio znowu się nad tym zasta­na­wiam — mówi Ania. — Kto spra­wia, że ludzie wra­cają.

— Że zmarli wra­cają?

— Tak, że zmarli wra­cają. — Robi mi miej­sce w wan­nie: przy­suwa kolana do sie­bie, ramio­nami obej­muje nogi. — Boże, jak to brzmi.

Sia­dam naprze­ciw niej. Aż mnie zatyka, woda jest gorąca.

— Ale dla­czego ktoś musi to spra­wiać? — pytam ją.

— Nie wiem. Bo to nie mogło tak samo. Wtedy wszystko byłoby bez sensu.

— Życie jest bez sensu.

— Nie jest bez sensu — odpo­wiada i widzę, że naprawdę jest prze­jęta.

— To przez tę kobietę — mówię.

Ania spo­gląda w stronę drzwi.

— Zamkną­łeś?

— Tak.

— Tak, przez nią. Wyobraź sobie. Idziesz spać. Budzisz się i widzisz wła­sne ciało. Leży obok, mar­twe. W pokoju obok leżą mar­twe dzieci.

Histo­ria sprzed tygo­dnia. Zepsuty pie­cyk, cała rodzina się zacza­dziła. Żona wró­ciła.

— A ty jesteś w ciele zmar­łego męża — mówię.

— A ty jesteś w ciele męża. — Ania kręci głową, mruży oczy. Para kręci jej włosy i przy­kleja je do twa­rzy. — Boże.