Pożądanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Kań­toch
Czło­wiek nie­cią­gły

Dziew­czyna jest nie­wia­ry­god­nie piękna.

Jej skóra ma barwę śmie­tany kła­dą­cej się na języku miękką gęsto­ścią aksa­mitu, a po krzy­wiź­nie piersi język śli­zgałby się jak po wzgórku wani­lio­wych lodów, zwień­czo­nych kan­dy­zo­waną wisienką. Piotr jest pewien, że tak wła­śnie by sma­ko­wała – słodko, świeżo i chłodno, gdyby tylko odwa­żył się jej skosz­to­wać. Roz­sy­pane na poduszce włosy są jasne z czer­wo­nym poły­skiem, lecz powie­dzieć o nich „rude” rów­na­łoby się nazwa­niu V sym­fo­nii Beetho­vena „nie­złą muzyką”. Barwa tych wło­sów to czy­sta poezja, duet skom­po­no­wany ze słońca i ognia. Ten sam kolor wychyla się spo­mię­dzy bia­łych ud i roz­sze­rza w zgrabne ser­duszko, czego Piotr nie omieszka zauwa­żyć z dresz­czem pod­nie­ce­nia. Patrzy, gro­ma­dząc w ulot­nej pamięci szcze­góły, tak jak dziecko gro­ma­dzi swoje skarby: pełne wargi i słodki, zgrabny nosek, wąskie bio­dra i stopy z wyso­kim pod­bi­ciem, tam gdzie skóra jest roz­kosz­nie różowa niczym wnę­trze muszli. Oczy są zamknięte, ale Piotr wie, że gdyby je otwo­rzyła, ich błę­kit napeł­niłby jego serce spo­ko­jem, jakiego zaznać można w letni dzień, gdy czło­wiek koły­sze się na powierzchni morza ze wzro­kiem wbi­tym w wyso­kie niebo.

Oczy­wi­ście dziew­czyna jest też abso­lut­nie, cał­ko­wi­cie mar­twa, ale cóż, nie można prze­cież mieć wszyst­kiego.

Piotr nie­śmiało dotyka jej dłoni, po czym prze­suwa palce aż do nad­garstka, tam gdzie w białą skórę wgry­zła się czerń cia­sno zaplą­ta­nego kabla. Pod jego sto­pami sze­le­ści porzu­cona na pod­ło­dze foliowa rekla­mówka.

Pięć minut póź­niej stoi przed drzwiami miesz­ka­nia, czu­jąc na sobie wzrok poli­cjanta, któ­rego zwa­li­stość i kwa­dra­towa szczęka psują piękno wspo­mnień.

— To pan ją zna­lazł? — pyta surowo męż­czy­zna w mun­du­rze. Piotr nie zna jego nazwi­ska ani stop­nia służ­bo­wego; być może tam­ten je podał, lecz szcze­góły tak szybko wypa­dają z pamięci.

— Ja. — Plą­czący się język, pustka w gło­wie. — Otwarte drzwi, zoba­czy­łem, pan rozu­mie… To moja sąsiadka, coś mogło się stać. Wsze­dłem, woła­łem, potem ją zna­la­złem…

— Doty­kał pan cze­goś?

— Nie…

— Niech pan wraca do sie­bie. Darek, idź z nim. — Poli­cjant zwraca się do młod­szego funk­cjo­na­riu­sza, który posturą przy­po­mina wie­szak na ubra­nia, ma długi nos i skórę różową od trą­dziku.

Piotr odwraca się, otwiera drzwi wła­snego miesz­ka­nia i sły­szy za ple­cami uła­mek roz­mowy.

— Miesz­kała z chło­pa­kiem, może lubili ostre zabawy.

— To pew­nie on. Pro­sta sprawa.

Stara się zatrzy­mać pod powie­kami obraz rudo­wło­sej dziew­czyny, ale wspo­mnie­nia już z niego wycie­kają, już nie­mal prze­staje wie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek widział ją mar­twą. Z tru­dem się powstrzy­muje, by nie zawró­cić i nie prze­ko­nać się, że jej ciało istot­nie wciąż tam leży, ze skrę­po­wa­nymi rękami i cie­płem gasną­cym pod dosko­nałą skórą.

Zacho­wuj się natu­ral­nie, upo­mina sam sie­bie, ale prze­cież to nie­moż­liwe, zacho­wy­wać się natu­ral­nie może tylko ten, kto nie wie, że powi­nien to wła­śnie robić, a Piotr ma świa­do­mość każ­dego ruchu i gestu. Powi­nien teraz być prze­stra­szony czy smutny? A może po pro­stu zde­ner­wo­wany? Jak zacho­wy­wałby się w takiej sytu­acji nie­winny czło­wiek?

Jest pewny, że nie zabił rudo­wło­sej dziew­czyny, jed­nak świa­do­mość wła­snej nie­win­no­ści para­li­żuje go bar­dziej, niż mogłoby spa­ra­li­żo­wać poczu­cie winy. Sie­dzi sztywno, wyco­fany w głąb sie­bie; nie chce tego, ale jego ciało ma inne zda­nie i Piotr pod podejrz­li­wym spoj­rze­niem mło­dzieńca z trą­dzi­kiem odpo­wiada krótko, jakby się bał, że lada moment zdra­dzi go wła­sny język.

Tak, znał ją prze­lot­nie, byli prze­cież sąsia­dami. Nie, żadna głęb­sza zna­jo­mość, tyle tylko że pozdra­wiali się na klatce scho­do­wej i rudo­włosa dziew­czyna – Marika, Piotr dowia­duje się wresz­cie, że miała na imię Marika – raz czy dwa ode­brała dla niego prze­syłkę, bo listo­nosz przy­cho­dzi rano, kiedy on jest w pracy, a ona przez więk­szość dnia była u sie­bie. Nie wie, co robiła, może stu­dio­wała wie­czo­rowo, może pra­co­wała w domu albo jedno i dru­gie. Nie zna jej rodziny ani chło­paka, z któ­rym miesz­kała, jego też spo­ty­kał tylko prze­lot­nie, na scho­dach, gdy spie­szył się do pracy albo sklepu i rzu­cał zdaw­kowe „Dzień dobry”, a ostat­nio także „Weso­łych Świąt”, bo prze­cież nie­długo Boże Naro­dze­nie. Nie zapa­mię­tał nawet twa­rzy tego chłopca – był prze­cież nikim, tylko dodat­kiem do pięk­nej dziew­czyny, to ją Piotr pamię­tał, nie jego.

Tego ostat­niego już nie mówi, choć może jed­nak tak? Cały kło­pot z prze­szło­ścią polega na tym, że jest rów­nie nie­pewna co przy­szłość; słowa tak szybko wyśli­zgują się z ust i wpa­dają w miej­sce, skąd nie ma powrotu, nie spo­sób ich wydo­być, obej­rzeć, prze­ko­nać się, czy wciąż są takie, jak pod­po­wiada nam pamięć.

Piotr pro­po­nuje poli­cjan­towi her­batę, a potem dwa razy wraca do kuchni.

Czy wyłą­czył gaz?

Czy powie­dział coś, co zdra­dziło jego fascy­na­cję tą dziew­czyną?

Piotr jest bowiem czło­wie­kiem nie­cią­głym, zawsze taki był, a przy­naj­mniej tak mu się w tej chwili wydaje – bo Piotr teraź­niej­szy nie ma wiele wspól­nego z Pio­trem sprzed godziny, a ten z kolei różni się od Pio­tra wczo­raj­szego. Kolejne wer­sje Pio­trów gładko prze­cho­dzą jedne w dru­gie, a on cza­sami myśli, że udaje mu się zacho­wać przy tym rdzeń swo­jej oso­bo­wo­ści, a cza­sem, że nie.

O swo­jej nie­cią­gło­ści Piotr myśli w spo­sób nie­cią­gły wie­czo­rem, już po wyj­ściu poli­cjanta, gdy odpi­suje sio­strze na e-maila. To tra­dy­cyjne zapro­sze­nia na święta, które przyj­muje, choć wcale nie ma na to ochoty; nie prze­pada za Bożym Naro­dze­niem, jed­nak kon­se­kwen­cje odmowy mogłyby zbyt poważ­nie zachwiać jego kru­chym świa­tem, w któ­rym tak mało jest rze­czy pew­nych.

Potem szy­kuje kola­cję i wraca przed kom­pu­ter, by kilka razy spraw­dzić treść wysła­nej już wia­do­mo­ści.

Czy odpi­sał Doro­cie, że chęt­nie przyj­dzie na kola­cję wigi­lijną, czy może zdra­dziec­kie ręce wystu­kały „Pier­dol się, głu­pia krowo”?

Piotr bie­rze prysz­nic, potem wraca przed kom­pu­ter, wstaje, znowu siada. Spraw­dza po raz kolejny, czy gaz pod czaj­ni­kiem na pewno jest wyłą­czony.

Czy zabił Marikę, tak jak sobie to wyobra­żał?

* * *

Marika – imię sma­kuje jak suszona śliwka. Kle­ista sło­dycz dłu­giego „ma” zła­mana lekko kwa­sko­wa­tym „ri” i dymne „ka” na samym końcu, niczym ostat­nia nuta w bukie­cie wina.

Ma-ri-ka.

Piotr powta­rza jej imię w myślach, gdy po połu­dniu odpala samo­chód, by poje­chać do naj­bliż­szego mar­ketu. Trzeba kupić sio­strzeń­cowi pre­zent (Dorota z wła­ściwą jej sub­tel­no­ścią wymie­niła w e-mailu tytuł gry kom­pu­te­ro­wej, nie musi się więc wysi­lać), chleb, tro­chę wędliny, może parę puszek piwa. Niczego wię­cej nie potrze­buje, i tak prze­cież nie będzie spę­dzał świąt u sie­bie.

Świat na zewnątrz utknął pomię­dzy jesie­nią a zimą. Chwila tuż przed pierw­szym śnie­giem, gdy w powie­trzu wisi zapo­wiedź lodo­wa­tej zamieci, roz­cią­gnęła się do dwóch tygo­dni w nie­zno­śnym napię­ciu jak z fil­mów Taran­tino. Odarte z ostat­nich liści drzewa, brą­zowa trawa, niebo w kolo­rze chłod­nego oło­wiu – to pozba­wiony bło­go­sła­wień­stwa bieli mar­twy świat, w któ­rym zima jest przy­cza­jo­nym za drzwiami obcym. Nie widać jej, ale ją czuć; wiatr nie­sie zapach cięż­kiej od wil­goci ziemi i korzeni gni­ją­cych pod war­stwą noc­nego lodu. Śnieg mógłby przy­nieść ulgę, ale śniegu nie ma i w tej chwili Piotr nie­mal wie­rzy, że Boże Naro­dze­nie ni­gdy nie nadej­dzie.

Nie jest jedyny – w mar­ke­cie prze­brany za Świę­tego Miko­łaja męż­czy­zna potrząsa dzwon­kiem, któ­rego głos brzmi pła­sko i fał­szy­wie, a ludzie pcha­jący wyła­do­wane wózki uśmie­chają się bez prze­ko­na­nia.

Weso­łych Świąt, ho, ho, ho.

Ma-ri-ka, sma­kuje imię Piotr.

Gdy wraca do domu, jest już pra­wie ciemno; niebo zacią­gnięte nocą jak burzo­wymi chmu­rami, któ­rych jało­wość drażni nerwy. Pod klatką widzi przy­cza­joną syl­wetkę, a może tylko mu się zdaje? Ode­rwana skle­powa mar­kiza łopo­cze w podmu­chach gru­dnio­wego wia­tru, przy śmiet­niku, od któ­rego cią­gnie słodki zaduch, buszują bez­domne koty. Nagle w krąg rzu­ca­nego przez latar­nię świa­tła wska­kuje łaciaty cień i miau­cząc prze­raź­li­wie, prze­biega obok Pio­tra. Męż­czy­zna klnie i wtedy wła­śnie w ślad za zwie­rzę­ciem z mroku wynu­rza się drob­no­ko­ści­sty wyro­stek.

Robert – Piotr pamięta nawet jego imię – chło­pak Mariki. Czy poli­cja już z nim roz­ma­wiała, czy może Robert się przed nimi ukrywa?

Piotr przy­staje, a potem, ziry­to­wany wła­snym tchó­rzo­stwem, rusza. Robert odsuwa się, nie spusz­cza­jąc wzroku z nad­cho­dzą­cego męż­czy­zny. Ma na sobie obszerną bluzę z kap­tu­rem, zbyt cienką jak na tę tem­pe­ra­turę, kuli się, dło­nie trzyma w kie­sze­niach dżin­sów. Po raz pierw­szy Piotr na niego patrzy, nie – prze­lot­nie zauważa, lecz naprawdę patrzy i ude­rza go podo­bień­stwo do Mariki. Są nie­mal tego samego wzro­stu, oboje szczu­pli, z obo­jęt­nymi twa­rzami elfów. Ona była nieco chło­pięca, włosy ści­nała krótko, miała wąskie bio­dra i drobne piersi, w nim nato­miast jest coś dziew­czę­cego: w dłu­gich rzę­sach i wykroju ust, w spa­da­ją­cych na oczy lokach, które odrzuca nie­cier­pli­wym ruchem głowy. Jakby wią­żąc się, wycho­dzili jed­no­cze­śnie sobie naprze­ciw, by spo­tkać się gdzieś pośrodku andro­gy­nicz­nej jed­no­ści.

Robert – imię nie ma smaku, jest twarde, zgrzy­ta­jące w zębach jak ubru­dzone zie­mią kamie­nie.

 

Nie­mniej jest też w tym chłopcu pewna dostęp­ność, która mogłaby wyda­wać się pocią­ga­jąca, gdyby Piotr gusto­wał w przed­sta­wi­cie­lach swo­jej wła­snej płci. Oto moż­liwy sce­na­riusz: Piotr pro­po­nuje Rober­towi kubek gorą­cej her­baty, a chło­pak idzie za nim do miesz­ka­nia na dru­gim pię­trze, gdzie pozwala zdjąć z sie­bie tę okropną bluzę i zro­bić ze swoim mło­dym cia­łem wszystko, a nawet jesz­cze wię­cej.

Piotr wcho­dzi w mrok klatki scho­do­wej, pod­czas gdy moż­li­wość roz­sz­cze­pia się za jego ple­cami w wachlarz nie­speł­nio­nych prze­szło­ści. Czy minął Roberta w mil­cze­niu, czy może jed­nak zapro­po­no­wał mu her­batę i został odrzu­cony? A może stało się coś jesz­cze innego, w wyniku czego idąc teraz po scho­dach, czuje wypa­lony na karku wzrok chłopca w zbyt obszer­nej blu­zie?

W domu wkłada jedze­nie do lodówki, a grę dla Bartka kła­dzie na biurku. Potem odpala kom­pu­ter, otwiera puszkę piwa i wcho­dzi na czat ero­tyczny. Posłu­guje się róż­nymi nic­kami, gar­dząc w skry­to­ści ducha tymi, któ­rzy nie potra­fią nawet popraw­nie napi­sać: „Skąd kli­kasz?”. Gar­dzi także pry­mi­tyw­nymi spo­so­bami budo­wa­nia wize­runku: dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów i klata jak kalo­ry­fer to zde­cy­do­wa­nie nie jego metody. Piotr jest sub­tel­niej­szy, uwo­dzi, two­rząc od nowa nie tylko sie­bie, ale cały świat: dziś jest nie­śmia­łym chłop­cem (ubra­nym w zbyt obszerną bluzę z kap­tu­rem?), który pro­po­nuje sce­na­riusz swo­jej fan­ta­zji: on będzie stu­den­tem kon­ser­wa­to­rium, a spo­tkana na cza­cie kobieta nauczy­cielką, któ­rej zain­te­re­so­wa­nia nie ogra­ni­czają się tylko do muzyki.

Cóż, przy­naj­mniej ma nadzieję, że to naprawdę kobieta.

Jest w tej chwili jeden, kon­kretny i stały. Jutro, tak samo poje­dyn­czy, choć zupeł­nie inny, pój­dzie do pracy, gdzie przez osiem godzin będzie odbie­rał tele­fony i wkle­py­wał do kom­pu­tera dane.

Pew­nego dnia Piotr roz­pęk­nie się i wypadną z niego wszyst­kie inne Pio­try: te, któ­rymi był przez dzień albo pół minuty, te, któ­rymi mógł być i któ­rymi bał się stać. Zdra­dzą go rze­czy, o któ­rych śni i które jedy­nie prze­mknęły mu przez myśl – jak to nie­szczę­sne zapro­sze­nie na her­batę, które było prze­cież opo­wie­dzia­nym samemu sobie żar­tem.

Być może naj­wyż­sza pora, by wresz­cie coś z tym zro­bić: zna­leźć sobie praw­dziwą, nie­wir­tu­alną dziew­czynę, zacząć nor­mal­nie żyć. Sio­stra powta­rza mu to każ­dego roku, gdy sie­dzą przy wigi­lij­nym stole, a Piotr robi wtedy rachu­nek sumie­nia i posta­na­wia się zmie­nić: nie tylko wyobraża sobie wtedy sie­bie jako innego czło­wieka, ale się nim staje, na godzinę, dwie, cza­sem wię­cej.

Miał kie­dyś praw­dziwą dziew­czynę, Wero­nikę, jesz­cze na stu­diach. Twier­dziła, że potrafi odróż­nić wio­snę od jesieni po kolo­rze sło­necz­nych pro­mieni. Wio­senne świa­tło jest ostre i żółte jak cytryna, mawiała, chłodne, ale pełne życia; jesienne, za to łagodne niczym bursz­tyn z opi­ło­wa­nymi przez wodę kan­tami. To jedyny w natu­rze para­doks, kiedy zimno jest cie­płe, a cie­pło zimne.

Miesz­kali razem przez jakiś czas, jed­nak już wtedy real­ność uwie­rała Pio­tra jak źle dopa­so­wane buty. Przy Wero­nice czuł się nie­kon­kretny, gra­nice jego płyn­nej oso­bo­wo­ści bez­u­stan­nie były ata­ko­wane przez samą jej obec­ność. Dopiero gdy ode­szła, potra­fił stwo­rzyć samego sie­bie na nowo.

Przed dwu­na­stą, gdy sce­na­riusz fan­ta­zji roz­kręca się na dobre, do Pio­tra pisze mar­twa dziew­czyna.

* * *

„Nie­zna­jomy prze­syła wia­do­mość” – migo­cze ikonka komu­ni­ka­tora, a Piotr zamiera. Być może stało się wresz­cie to, czego tak bar­dzo się oba­wiał: on ni­gdy nie podaje publicz­nie swo­ich danych, ale inne Pio­try mogły prze­cież być mniej ostrożne.

„Cześć, tu Marika, chcesz poczy­tać naszego bloga?”.

Wstaje, wycho­dzi do kuchni i sięga do lodówki po następne piwo. Wypija je z cichą nadzieją, że nim wróci, prze­szłość zmieni się w taką, w któ­rej żad­nej wia­do­mo­ści nie było. Pod­nie­ce­nie cał­kiem z niego opa­dło, pozo­sta­wia­jąc po sobie mdlący osad nie­po­koju. Kim­kol­wiek był męż­czy­zna, który przed chwilą zaba­wiał się z poznaną na cza­cie kobietą, już go nie ma i Piotr nie może uwie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek go znał.

Wraca przed kom­pu­ter; ekran pul­suje kolejną wia­do­mo­ścią – tym razem jest to adres inter­ne­towy. Piotr po chwili waha­nia klika w link, czu­jąc się jak roz­bi­tek dry­fu­jący na falach naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych moż­li­wo­ści. Nie spo­sób teraz prze­wi­dzieć, jaka będzie przy­szłość ani jaka była prze­szłość; przez krótką chwilę Piotr naprawdę wie­rzy, że dziew­czyna jed­nak żyje, że wcale nie widział jej mar­twej – może tylko mu się śniło? Jed­nak i to jest nie­pewne, jak wszystko wokół, cią­gnący się wstecz i naprzód czas roz­mywa się i kształ­tuje na nowo.

Myśl, że Marika mogła zauwa­żyć jego zain­te­re­so­wa­nie i teraz w tak oso­bliwy spo­sób chce nawią­zać kon­takt, spra­wia, że Pio­trowi zaczyna się krę­cić w gło­wie.

A więc klika, szybko, zanim napły­nie kolejna moż­li­wość.

Blog jest czarno-biały, w stylu, który Pio­trowi nie­ja­sno koja­rzy się z malar­stwem Alfonsa Muchy – dużo zawi­ja­sów i esów-flo­re­sów, a do tego sty­li­zo­wana na przed­wo­jenną czcionka. Z pierw­szego zdję­cia patrzy na Pio­tra Marika: sie­dzi na ławce w parku z głową wspartą na ramie­niu Roberta, na jej twarz pada cień roz­ro­słego ponad miarę buka. Piotr z jakie­goś powodu ma pew­ność, że to jesień, choć na czarno-bia­łej foto­gra­fii nie widać koloru liści – jest jed­nak w tej sce­nie jakaś łagodna melan­cho­lia, Piotr mógłby się zało­żyć, że świa­tło tam­tego dnia miało kolor bursz­tynu, który tak długo leżał w wodzie, że jest teraz krą­gły i gładki, bez żad­nych kan­tów.

Marika patrzy na niego tak, jak spoj­rzała wtedy, gdy zwró­cił na nią uwagę po raz pierw­szy. On wcho­dził po scho­dach, ona po nich zbie­gała, w pośpie­chu zapi­na­jąc kurtkę, na uszy już miała nacią­gniętą czapkę, dło­nie tkwiły w ręka­wicz­kach o bar­wie tak czer­wo­nej, że zawsty­dzi­łaby polne maki. Rzu­ciła mu spóź­nione „Dzień dobry”, patrząc z roz­tar­gnie­niem ponad porę­czą, a on jej zapra­gnął. Nie od razu, to przy­szło póź­niej, powoli, tak iż prze­ga­pił moment, kiedy Marika nagle wypeł­niła jego świat, gdy jed­nak to się wresz­cie stało, prze­szłość zwi­nęła się z kocim pomru­kiem i ukształ­to­wała na nowo, a on wie­dział już, że pożą­dał tej dziew­czyny od początku, od tam­tej chwili, kiedy jesz­cze pozdra­wiali się obo­jęt­nie na scho­dach.

Wtedy też zro­zu­miał, że ona się z niego śmieje i zawsze się śmiała. Kpina w jej gło­sie, kiedy mówiła „Dzień dobry”, cień drwiny w błę­kit­nych oczach. Nie zasta­na­wiał się nad przy­czyną, pew­nie wystar­czyło, że mło­dość i piękno Mariki zmie­niały go w zgar­bio­nego, łysie­ją­cego męż­czy­znę po trzy­dzie­stce, a tego nie potra­fił wyba­czyć – być może dla­tego pomy­ślał kie­dyś, przez chwilę, przez całe życie, że mógłby ją zabić.

Nie byłoby to trudne; Marika, gdy była w domu, nie zamy­kała drzwi na klucz – wie­dział o tym, bo dwa czy trzy razy widział, jak Robert wcho­dzi, po pro­stu naci­ska­jąc klamkę. Piotr też mógłby tak zro­bić.

Moż­liwy sce­na­riusz: wcho­dzi cicho, ostroż­nie, ledwo ośmie­la­jąc się oddy­chać. W nowym miej­scu jest zdez­o­rien­to­wany, ale to szybko mija, w końcu roz­kład miesz­kań w całym bloku jest podobny. Znaj­duje więc pokój, który u sie­bie nazywa salo­nem – Marika tam jest, śpi na tap­cza­nie spo­wita w pro­mie­niu­jące od kalo­ry­fera gorąco, kro­ple potu spły­wają po uno­szo­nych rów­nym odde­chem nagich pier­siach. Zapach alko­holu jest ledwo wyczu­walny, ale gdy Piotr pochyla się nad dziew­czyną, zawie­si­sta woń prze­tra­wio­nego wina i piwa ude­rza go w nos, jakby wpadł na ścianę. Marika znowu wró­ciła nad ranem, a on znowu ją widział, jak wiele razy przed­tem – tyle że tym razem pocze­kał, aż z miesz­ka­nia wyj­dzie Robert, by potem zro­bić to, co chciał zro­bić.

Dal­szy ciąg moż­li­wego sce­na­riu­sza: wiąże jej ręce przy­nie­sio­nym kablem, a ona nie sta­wia oporu; budzi się tylko i mam­ro­cze coś nie­skład­nie – może bie­rze go za Roberta? Kiedy zro­zu­mie, co się dzieje, będzie już za późno: Piotr założy jej na głowę worek foliowy, zwy­kłą rekla­mówkę, jaką można dostać w każ­dym mar­ke­cie, a potem zacią­gnie brzegi wokół szyi i poczeka, aż dziew­czy­nie zabrak­nie powie­trza.

Ten worek zdej­mie póź­niej, by po raz ostatni nacie­szyć oczy wido­kiem jej twa­rzy – rekla­mówkę poli­cjanci znajdą na pod­ło­dze, a chwilę wcze­śniej Piotr spoj­rzy na nią, nie poj­mu­jąc, co wła­ści­wie widzi.

Piotr wstaje i wędruje do szafki, by spraw­dzić zapas czar­nego kabla, któ­rego używa cza­sem przy drob­nych napra­wach. Zwój znaj­duje się na swoim miej­scu, ale męż­czy­zna nie potrafi powie­dzieć, czy jest teraz mniej­szy, czy też nie.

Wraca przed kom­pu­ter, wstaje, znowu pod­cho­dzi do szafki i patrzy na zwi­nięty w cia­sny kłę­bek kabel, zamyka szu­fladę i znowu ją otwiera. Nawet prze­szłość sprzed kil­ku­na­stu sekund nie jest już pewna.

Czarno-biały blog mruga do niego zachę­ca­jąco z ekranu, mija jed­nak dobra chwila, nim Piotr nabie­rze na tyle odwagi, by zacząć czy­tać.

wpis pierw­szy:

Dawno, dawno temu byli sobie mały chłop­czyk i mała dziew­czynka.

Wymy­śli­łam nowy spo­sób podró­żo­wa­niapowie­działa pew­nego dnia dziew­czynka.Zie­mia obraca się wokół wła­snej osi w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech godzin, prawda? Wystar­czy­łoby więc tylko wejść gdzieś wysoko i pocze­kać, aż prze­su­nie się pod two­imi nogami. Wyobraź sobie, sie­dzisz w powie­trzu przez cały dzień, a potem hop!, zeska­ku­jesz już do Ame­ryki. Fajne, nie?

Ude­rzy­ła­byś po dro­dze w góry.Chło­piec jest scep­tyczny.Albo spa­dła­byś do oce­anu.

Uwa­ża­ła­bymupiera się dziew­czynka.A poza tym mogła­bym wybrać takie miej­sce, żeby po dro­dze nie było gór. Tylko musia­ła­bym zna­leźć punkt, który nie kręci się z całą Zie­mią. Gdyby mi się udało, była­bym już nie w środku, tylko na zewnątrz. Po pro­stu bym cze­kała, aż znajdę się dokład­nie tam, gdzie chcę.

Tej nocy prze­wraca się pod koł­drą nie­spo­koj­nie, śniąc samot­ność, która przy­sia­dła na jego łóżku. Naje­żona kol­cami, szara jak kłąb kurzu, pochyla się nad Pio­trem, a on czuje jej cię­żar i zapach, dra­piący w gar­dło, jakby pró­bo­wał oddy­chać węglo­wym pyłem. Śni mu się także upły­wa­jący czas, minuty, godziny i dni prze­śli­zgu­jące się przez palce z gład­ko­ścią namy­dlo­nych pacior­ków. Wio­senny pierw­szy raz i jesienny ostatni, oblany zło­tym smut­kiem jak roga­lik lukrem, a w końcu śni, że stoi na statku, wpa­trzony w nie­spo­kojne morze, i żuje kawałki pozba­wio­nego smaku mięsa, które rosną mu w ustach. Wypluwa je dys­kret­nie do wody, z nadzieją, że inni pasa­że­ro­wie tego nie widzą, ale mięsa jest coraz wię­cej i wię­cej. W końcu orien­tuje się, że to jego wła­sne ciało, że od środka odrywa zębami kawałki samego sie­bie i pożera je.

Budzi się rano zmę­czony, z bólem głowy i nie­od­par­tym wra­że­niem, że duch Mariki jest w jego miesz­ka­niu – być może spał z nią nawet tej nocy, choć nie­zu­peł­nie w taki spo­sób, jak sobie tego życzył.

* * *

wpis drugi:

Żadne nie pamięta cza­sów, gdy było samo, w ich wspo­mnie­niach zawsze są razem. Pierw­sze wspo­mnie­nie jego: wyciąga rękę w ciem­no­ści i ona tam jest, cie­pła i miękka, z wło­sami pach­ną­cymi tru­skaw­ko­wym szam­po­nem; jej obec­ność odga­nia cza­jące się pod łóż­kiem potwory i pozwala spo­koj­nie spać.

Jej pierw­sze wspo­mnie­nie: nie ma takiego, po pro­stu Robert był zawsze i już. Choć gdyby miała wybie­rać, wska­za­łaby dzień, gdy pła­kał przy huś­tawce, roz­ma­zu­jąc ciek­nącą z roz­bi­tego nosa krew, a ona pode­szła i objęła go – odpo­wie­dzial­no­ści, którą wtedy na sie­bie wzięła, nie będzie potra­fiła się zrzec do końca życia.

Robert przy­cho­dzi wie­czo­rem, na dwa dni przed Wigi­lią, gdy śniegu wciąż nie ma, a święta mimo natręt­no­ści kolęd i bożo­na­ro­dze­nio­wego wystroju mia­sta wydają się odle­głe o lata świetlne.

Pio­tra nie dziwi ta wizyta – w pewien spo­sób się jej spo­dzie­wał, prze­myka mu nawet przez myśl, że sam chło­paka zapro­sił.

W przed­po­koju Robert zdej­muje kurtkę, pod którą ma czer­woną sukienkę zało­żoną na nie­zbyt czy­ste dżinsy, jasno­rude włosy spa­dają na uma­lo­wane oczy.

 

— To jej, Mariki — tłu­ma­czy, widząc zdu­miony wzrok Pio­tra. — W ten spo­sób ona wciąż jest ze mną, rozu­mie pan?

Piotr kiwa głową, choć czuje się zbyt oszo­ło­miony, żeby cokol­wiek zro­zu­mieć.

— Zro­bię ci her­baty — mówi.

Chło­pak z uma­lo­wa­nymi oczami idzie za nim do kuchni. Czer­wona sukienka spra­wia, że jego mło­dzień­cze ciało wydaje się deli­kat­niej­sze, maki­jaż pod­kre­śla dziew­czę­cość rysów. Robert wygląda pra­wie ład­nie w swo­jej nie­okre­ślo­no­ści, w zawie­sze­niu pomię­dzy tym, co męskie, a tym, co kobiece. Dostęp­ność, którą Piotr dostrzegł w nim wcze­śniej, teraz jest widoczna jesz­cze bar­dziej – zakła­da­jąc sukienkę, Robert wyszedł poza gra­nice swo­jej płci, nie chro­nią go już kon­we­nanse. Jest czy­stą moż­li­wo­ścią, któ­rej może przy­da­rzyć się wszystko.

— Poli­cja cię szuka — wspo­mina Piotr, kiedy mil­cze­nie staje się krę­pu­jące.

Chło­pak wzru­sza ramio­nami.

— Już mnie zna­leźli. Roz­ma­wia­łem z nimi.

— I puścili cię?

— Na razie, ale pew­nie w końcu i tak mnie aresz­tują. Myślą, że to ja zabi­łem Marikę.

Piotr podaje mu kubek, o który chło­pak grzeje ręce. Wygląda na zmę­czo­nego, cie­nie pod jego oczami to nie tylko efekt maki­jażu.

— A zabi­łeś? — Nie chciał zapy­tać, ale słowa wymknęły mu się, zanim zdą­żył pomy­śleć.

Robert powoli kręci głową – ma to zna­czyć „nie” czy może raczej „nie wiem”? Z jakie­goś powodu Piotr nabiera pew­no­ści, że to dru­gie – może on też jest czło­wie­kiem nie­cią­głym, może Piotr zna­lazł wresz­cie brat­nią duszę?

— To powi­nie­nem być ja — mówi powoli Robert, pod­czas gdy Piotr obraca w ustach jego imię, sta­ra­jąc się odna­leźć w nim smak. — To ja powi­nie­nem nie żyć.

* * *

wpis trzeci:

Nie ma mowy o miło­ści, dopóki są jed­nym i tym samym; zaczyna jej pra­gnąć, dopiero gdy staje mu się obca – doj­rze­wa­jące ciało tak inne od jego ciała, jej miłość, tak bez­wa­run­kowa, nie­ogra­ni­cza­jąca się do nikogo ani do niczego. Kiedy ma jede­na­ście lat, dziew­czynka kocha się w Hen­rim de Toulo­use-Lau­trecu, który był brzydki i nie­szczę­śliwy, a prze­cież genialny; to namięt­ność, która wybu­cha pło­mie­niem i spala się we wła­snym ogniu w kilka wio­sen­nych tygo­dni. Potrafi kochać muzykę na for­te­pian, która brzmi jak kro­ple desz­czu roz­pry­sku­jące się na unie­sio­nej do nieba twa­rzy, nazwy geo­gra­ficzne takie jak „Indo­chiny” czy „Ladakh”, a także dźwięk słowa „piesz­czota”. Kocha opo­wie­ści: Kitty idącą na bal w tiu­lo­wej sukni na różo­wym spo­dzie, Cara­vag­gia i Hanę tań­czą­cych do melo­dii gra­nej przez gra­mo­fon oraz Corsa z jego kró­li­czym uśmie­chem, sypia­ją­cego z dziew­czyną, która była dia­błem.

Jemu całe to bogac­two uczuć wydaje się czymś dzi­wacz­nym i zupeł­nie nie­po­trzeb­nym. Jest zazdro­sny, jesz­cze zanim zacznie być zako­chany. Jego miłość od zawsze, od samego początku ma odcień gniewu: pra­gnie zabrać jej tę obcość, wyma­zać, jakby ni­gdy jej nie było, i na powrót uczy­nić dziew­czynę swoją.

Od chwili, gdy zoba­czył Marikę na scho­dach, każda kobieta, z którą flir­to­wał w sieci, miała jej twarz, a cza­sem także imię, jeśli tylko udało mu się nie­zna­jomą namó­wić.

Moż­liwy sce­na­riusz: zapra­sza Marikę do sie­bie po jed­nej z tych kłótni, któ­rych tak czę­sto jest mil­czą­cym świad­kiem – wrzesz­czą na sie­bie wtedy, a on nasłu­chuje przy cien­kiej ścia­nie gier­kow­skiego bloku, uda­jąc, że nie słu­cha wcale. To Marika zawsze gło­śniej krzy­czała, Robert był łagod­niej­szy, w jego gło­sie wię­cej było prośby niż zło­ści. Po takich sprzecz­kach dziew­czyna wypa­dała z miesz­ka­nia, trza­ska­jąc drzwiami, i wra­cała dopiero nad ranem, z roz­ma­za­nym maki­ja­żem i cuch­nąca papie­ro­so­wym dymem. Mógłby otwo­rzyć przed nią drzwi, powie­dzieć, że wygląda na zmę­czoną, a u niego dosta­nie fili­żankę świeżo zapa­rzo­nej kawy. Zgo­dzi­łaby się, był – czy może raczej cza­sem bywał – tego pewien. Miał swoją wizję takiego dnia: w okno bębni deszcz, słońce roz­myte sza­ro­ścią gru­dnio­wego poranka. Ten dzień mógłby taki wła­śnie być, ani jesienny, ani zimowy, zawie­szony w bez­cza­sie tylko dla nich. Dziew­czyna przy­mknę­łaby oczy, grze­jąc dło­nie o kubek z kawą, czer­wona sukienka pod­cią­gnięta do połowy uda poka­zy­wa­łaby zaró­żo­wioną od zimna skórę. Mógłby Marikę objąć, mówiąc do niej koją­cym tonem rze­czy, które nie mają żad­nego zna­cze­nia. W takich chwi­lach zaciera się gra­nica pomię­dzy pocie­sze­niem a pożą­da­niem, ręce tak zgrab­nie wśli­zgują się pod war­stwy zimo­wej odzieży, gładka i chłodna skóra czeka, aż ktoś ogrzeje ją dłońmi. Zdej­mo­wałby z Mariki po kolei wszyst­kie ubra­nia, aż wresz­cie zosta­łaby naga, cała biała, miękka i zimna od desz­czu – istota dosko­nała, bo ani kobieca, ani męska, zmę­czony anioł w jego łóżku, pozwa­la­jący Pio­trowi nasy­cić się do woli ide­al­nym cia­łem.

* * *

wpis czwarty:

Powie­dzą póź­niej, że to była jego wina, ponie­waż jest męż­czy­zną, a ona kobietą – on jed­nak ma pew­ność, że sprawy wyglą­dały zupeł­nie ina­czej, to ona od początku chciała go mieć, tak jak miała wszystko inne: chłop­ców i dziew­czyny, książki, muzykę i słowa. Sukienki zdej­mo­wane, gdy wie­działa, że patrzy na nią z ukry­cia, dotyk pach­ną­cych tru­skaw­kami wło­sów, gdy pochy­lała się nad nim, chi­cho­cząc. Czy można się dzi­wić, że wresz­cie jej zapra­gnął?

W któ­rymś momen­cie ona wystra­szy się tej miło­ści i będzie chciała odejść, zosta­wia­jąc go lekko, jakby mię­dzy nimi ni­gdy nic się nie zda­rzyło. Wtedy on wyj­mie z szafki tabletki, a ona wróci, kiedy będzie wymio­to­wał w łazience. Ni­gdy już póź­niej nie będą sobie tak bli­scy jak wtedy, gdy dziew­czyna trzyma rękę na mokrym od potu karku chło­paka, wyczu­wa­jąc pod pal­cami roz­ry­wa­jącą jego gar­dło kwa­śną roz­pacz.

— Ty prze­sła­łeś mi linka do waszego bloga, prawda? — Teraz, gdy Pio­trowi przy­szło to do głowy, wyja­śnie­nie wydaje się oczy­wi­ste. Jakim cudem mógł kie­dy­kol­wiek myśleć, że wia­do­mość prze­słała mar­twa Marika?

— Ja. — Robert sie­dzi na tap­cza­nie w jego miesz­ka­niu, ciemne raj­stopy opi­nają zgrabne łydki, krótka spód­niczka poka­zuje wię­cej uda, niż naka­zy­wa­łaby przy­zwo­itość.

— Po co?

Wzru­sza ramio­nami, dając do zro­zu­mie­nia, że pyta­nie nie jest warte odpo­wie­dzi. Pio­tra iry­tuje jego postawa: czy wszy­scy mło­dzi ludzie są tak obo­jętni i mru­kliwi, czy może Robert po pro­stu cierpi po śmierci Mariki?

— Które z was pisało ten blog? Ty czy ona?

— A co za róż­nica? Myśle­li­śmy tak samo.

— To prawda, co tam jest napi­sane?

Robert uśmie­cha się powścią­gli­wie uma­lo­wa­nymi czer­woną szminką ustami.

— Tam jest to, co pamię­tamy. Może wszystko wyglą­dało tak, a może ina­czej. Pan nie ma wspo­mnień, które nie są praw­dziwe?

— Nie, oczy­wi­ście, że nie.

— To co pan pamięta z dzie­ciń­stwa?

— Padał deszcz, a ja wysze­dłem z domu i pusz­cza­łem papie­rowy sta­tek na wodzie pły­ną­cej wzdłuż ulicy. — Piotr wymie­nia naj­żyw­sze ze wspo­mnień. — Mia­łem na sobie żółtą pele­rynę prze­ciw­desz­czową i taki zabawny żółty kape­lu­sik. Nie­ważne, mie­li­śmy roz­ma­wiać o Marice, nie o mnie. Ona chciała z tobą zerwać, tak jest tam napi­sane.

— Zry­wała ze mną już wiele razy i zawsze wra­cała. Nie zabi­łem jej z tego powodu, jeśli o to panu cho­dzi.

— Po co wła­ści­wie tu przy­sze­dłeś?

Chło­pak sięga do kie­szeni różo­wej bluzy i rzuca na stół zło­żoną wpół kartkę.

— Wezwa­nie na komendę, dla pana. Zosta­wili je u mnie dziś rano.

Piotr roz­kłada biały pro­sto­kąt – prze­słu­cha­nie ma się odbyć jutro, 24 grud­nia. To wydaje się nie w porządku, ale osta­tecz­nie prze­cież Wigi­lia jest zwy­czaj­nym dniem pracy.