Czerwona zaraza, czarna śmierćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografie na okładce

© Everett Collection/Shutterstock

© Li Xueyi/Unsplash

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

JACEK RING

Korekta

MAGDALENA SZAJUK

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Copyright © 2021 by Jarosław Sokół

Polish edition © Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6093-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

Dzień pierwszy

Dzień drugi

Dzień trzeci

Dzień czwarty

Dzień piąty

Dzień szósty

Dzień siódmy

Dzień ósmy

Dzień dziewiąty

Dzień dziesiąty

Dzień jedenasty

Przypisy

Skoczyła.

Naprawdę miała nadzieję, że upadek ją zabije – że uderzy o powierzchnię wody, straci przytomność i od razu pójdzie na dno. Ale z górnego pokładu było zaledwie kilka metrów. Ciemna toń rozstąpiła się miękko pod jej ciężarem i po chwili wyparła ją z powrotem na powierzchnię.

Na statku rozległy się okrzyki i szczęk przeładowywanej broni. Zapalił się reflektor. Snop światła zaczął przeszukiwać powierzchnię morza jak pies gończy.

Rozejrzała się. Ze wszystkich stron otaczała ją noc. Musiała znaleźć latarnię morską, żeby nie popłynąć w stronę otwartego morza. Jest! Dalekie światełko pulsowało miarowo przy wejściu do portu.

Obróciła się i znów zanurkowała, żeby uciec przed zbliżającym się snopem z pokładowego reflektora. Płynęła w zupełnej ciemności przez dobrą minutę. Woda była zimna, ale o tej porze roku nie groziło jej śmiertelne wychłodzenie. Ciało powinno wytrzymać te kilka godzin, których potrzebowała na dopłynięcie z morskiej redy do brzegu.

Kiedy znów się wynurzyła, była już poza zasięgiem reflektora. Dalekie głosy na statku też wsiąkały w noc. Przez chwilę utrzymywała się pionowo w wodzie, uspokajając oddech. Raczej nie mieli żadnych pontonów pościgowych. Nic nie mogli jej już zrobić. Przynajmniej na razie.

Obróciła się z powrotem w stronę pulsującej latarni morskiej i zaczęła płynąć regularnym rytmem. Teraz trzeba było skupić się na oddechu. Przede wszystkim nie myśleć więcej o tym, co zobaczyła na statku.

Wcale nie było to łatwe. Choć statek znikał powoli w ciemności, w oczach zbiegłej pasażerki wciąż płonęło piekło.

DZIEŃ PIERWSZY

Zarażeni: 1

Ofiary śmiertelne: 1

1

Umarli zaczęli pojawiać się w mieście w pierwszych dniach czerwca. Była to prawdziwa epidemia. Przypadki zmartwychwstania szerzyły się jak zarazki tyfusu, nie zważając na powojenne granice i traktaty. Do życia wracali z taką samą determinacją żołnierze Wehrmachtu jak sowieccy sołdaci czy polscy robotnicy przymusowi. Z jakiegoś powodu wszyscy ciągnęli do bałtyckiego kurortu Swinemünde na wyspie Usedom. Nie było teraz dnia, żeby ktoś nie spotkał tutaj poległego męża, rozstrzelonego brata albo powieszonej służącej. Nie były to radosne spotkania. Umarli nie mieli zazwyczaj nic do powiedzenia. Głównie patrzyli. A potem rozpływali się w nadmorskiej mgle, pozostawiając po sobie bolesną pustkę.

O tych wydarzeniach nie można było przeczytać w prasie. W czerwcu czterdziestego piątego roku w Swinemünde nie wychodziły żadne gazety. Czasem na murach budynków pojawiały się obwieszczenia sowieckiej komendantury wojennej, ale te nie zajmowały się opisywaniem świata, lecz urządzaniem go na nowo: ustalały coś w rodzaju nowego szczegółowego dekalogu – o której godzinie gasić światło, ile gramów chleba zjadać dziennie i co dokładnie jest śmiertelnym grzechem przeciwko sowieckiej władzy. Wszelkie niepraktyczne wiadomości na temat życia na wyspie można było wymienić tylko w jednym miejscu: w piekarni Hochwelt i Syn.

Piekarnia działała zaledwie od paru tygodni, ale już zdążyła stać się sercem miasta. Codziennie przez kilka porannych godzin, aż do wyczerpania nowego wypieku, stał tutaj tłum mieszkańców, podekscytowanych zapachem świeżego chleba i najnowszymi doniesieniami o kolejnych zmartwychwstaniach.

– Widziałam go, tak jak panią teraz widzę! – zarzekała się Gertruda Rieske. – Stał pod drzewem na ulicy i patrzył się prosto na mnie.

– Nie mówię, że pani nie widziała – odparła pani Moltke. – Tylko dziwię się, bo co w nocy można zobaczyć, jak latarnie nie świecą.

– Księżyc świecił! – wybuchła Gertruda. – Niech pani nie robi ze mnie wariatki. Wszystko było widać jak na dłoni – mundur cały w strzępach, nawet piasek we włosach.

– Może z plaży wracał – zakpił szesnastoletni Markus, ale zaraz tego pożałował. Nikt przed piekarnią nie był skory do żartów.

– Chłopcze! – skarcił go pan Gutman, przedwojenny nauczyciel historii. – To, że wysługujesz się Rosjanom, nie daje ci prawa do szkalowania niemieckiego narodu.

Przez tłum przebiegł szmer aprobaty i podziwu dla profesora Gutmana. Smarkacz mógł przecież donieść do komendantury, że nauczyciel przejawia sympatie nazistowskie czy coś w tym rodzaju.

– Kto szkaluje?! – obruszył się Markus. – I nikomu się nie wysługuję. Jakbym się wysługiwał, to nie musiałbym stać w tej kolejce!

W takich sytuacjach profesor Gutman miał zwyczaj chwytać bezczelnego ucznia za ucho i wystawiać za drzwi, ale tamte czasy bezpowrotnie minęły. Teraz pierwszy lepszy smarkacz mógł strzelić profesora w pysk i nie byłoby nawet komu się poskarżyć.

– Niech pani nie zwraca uwagi, pani Rieske – powiedział Gutman, wzruszając ramionami. – Proszę opowiadać.

– Kiedy już wszystko powiedziałam. Manfred stał na ulicy pod drzewem i patrzył się na mnie.

– Odezwał się?

– To było właśnie najgorsze. Pomyślałam sobie, że to pewnie nie on, tylko ktoś podobny, więc wołam do niego: „Halo! Potrzebuje pan pomocy?”.

Urwała dla wzmocnienia efektu wśród słuchaczy.

– I co? I co? – rozległy się głosy.

– Powiedział, że to mnie powinno się pomóc.

– Już wiem! – skwitował Markus, który od dłuższego czasu obmyślał, jak odgryźć się profesorowi Gutmanowi. – To był aryjski anioł, z tych, co pan profesor o nich wykładał!

– Co ty za bzdury wygadujesz! – wybuchnął profesor Gutman. – Ja historię wykładałem, nie o żadnych aniołach.

– Nie? To gdzie ja słyszałem o tych praprzodkach Aryjczyków, co żyli na Atlantydzie? A, może faktycznie nie w szkole, tylko na pogadance dla Volkssturmu[1] pan to opowiadał.

Profesor Gutman zaczerwienił się po czubki uszu. W tłumie zapadło niezręczne milczenie. Każdy miał coś do ukrycia i nie palił się do obrony starego nauczyciela.

– Co to się dzieje, co to się dzieje – skwitowała pani Moltke pojednawczym tonem. Wcale nie chciała awantury z sąsiadami. Poza tym sama ostatniej nocy widziała jednego umarłego, ale nie mogła się do tego publicznie przyznać, bo chodziło o jej francuskiego kochanka, zastrzelonego podczas próby ucieczki. Henri usiadł nawet na łóżku i chwycił ją za rękę. Wciąż czuła jego lodowaty dotyk.

Nagle zapanowało lekkie poruszenie. Ulicą zbliżał się Polak, było nie było przedstawiciel zwycięzców.

– Przejście! – krzyknął Markus. – Przejście!

Tłum przed piekarnią rozstąpił się bez wahania. Profesor Gutman spojrzał pogardliwie na Markusa, ale też zszedł posłusznie z drogi nadchodzącemu zwycięzcy.

 

– Dzień dobry, Herr Kostrzewa! – zawołał Markus. Wcale nie uważał się za sługusa czerwonych. Naprawdę lubił tego Polaka. To przecież on dopadł zabójcę pastora Friedkego. A poza tym gość wcale nie był czerwony, tylko udawał przez Sowietami. Tak jak wszyscy.

Adam nie odpowiedział na pozdrowienie. Zatrzymał się tylko, patrząc z pobłażaniem na ustępujących mu Niemców. Jeszcze niedawno ci sami ludzie bez wahania wysłaliby go do policyjnej katowni, do obozu śmierci, a w najlepszym wypadku do niewolniczej pracy.

Ruszył ostrożnie przed siebie. Wyszedł z domu pierwszy raz od kilku tygodni. Wygnał go głód. Zapasy w spiżarce Frau Pohl skończyły się nieodwołalnie. Trzeba było albo zacząć szabrować, czyli okradać innych mieszkańców, albo zwrócić się do sowieckiej komendantury o jakieś racje żywnościowe. Oba wyjścia wydawały mu się równie paskudne. Wybrał więc trzecią drogę: kredyt konsumencki w nowo otwartej piekarni Hochwelt i Syn. Wierzył, że uda mu się przekonać właściciela tego przybytku do swojej wypłacalności.

W środku zapach świeżego chleba był tak odurzający, że omal nie zakręciło mu się w głowie. Klienci przy ladzie zamarli na widok wchodzącego.

– Czym mogę służyć? – spytał głośno i dosyć obcesowo piekarz Hochwelt. Był to krępy mężczyzna około sześćdziesiątki, w okrągłych okularach. Z wyglądu przypominał raczej buchaltera niż piekarza.

– To chyba oczywiste. Gwoździ tu się nie sprzedaje – odburknął Adam. – Wezmę bochenek.

– Można zobaczyć kartę żywnościową?

Adam nie znał ostatnich rozporządzeń w sprawie zaopatrzenia ludności, ale był przygotowany na podobne pytania.

– Mnie zarządzenia w sprawie Niemców nie dotyczą.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale to jest sklep dla mieszkańców...

– Nur für Deutsche?[2]

Hochwelt zawahał się. Zimny błysk w oczach Polaka nie wróżył nic dobrego. Różne rzeczy mówiono o nim na mieście. Że był spadochroniarzem szkolonym przez Anglików. Że walczył w Norwegii, we Francji, w Afryce, we Włoszech i w Warszawie. Nawet jeśli każda z tych pogłosek mijała się z prawdą, to jedno było pewne: ten człowiek miał specjalne względy u Komendanta Wojennego Miasta Swinemünde. Inaczej Rosjanie już dawno wysłaliby go do łagru.

– Chciałem powiedzieć, że powinien pan zaopatrywać się bezpośrednio w komendanturze – powiedział Hochwelt, nachylając się do Adama. – Dostarczamy im tylko wypieki pierwszej jakości.

Mrugnął porozumiewawczo, dając do zrozumienia, że na miejscu można liczyć najwyżej na jakość drugiego i trzeciego stopnia.

– Wystarczy mi to, co tutaj – odparł Adam.

– Oczywiście. Jak pan sobie życzy.

Hochwelt sięgnął po bochenek chleba.

– Proszę to wpisać na moje nazwisko. Zapłacę w przyszłym miesiącu – powiedział Adam.

– Piekarnia nie prowadzi sprzedaży na kredyt...

Adam odchylił lekko swój prochowiec, ukazując zatknięty za pasem pistolet luger, który dostał od komendanta Osipowicza w nagrodę za rozwiązanie ostatniej sprawy.

– Ale pański przypadek jest wyjątkowy... – dodał Hochwelt.

Adam chwycił z lady bochenek, schował go pod pachą i wyszedł.

– Przejście! – krzyknął Markus na widok wychodzącego.

Tłum przed piekarnią znów rozstąpił się posłusznie.

– Herr Kostrzewa, pan im wszystkim powie, że to bzdury z tymi duchami – powiedział Markus, zachodząc Adamowi drogę.

– Co takiego?

– Wszyscy teraz widzą duchy. Pani Rieske to nawet ze swoim zmarłym mężem pogawędkę sobie ucięła!

– Daj mi spokój, Markus.

Markus posłał pozostałym triumfujące spojrzenie: Polak pamiętał jego imię!

Adam odszedł szybko, nie oglądając się za siebie. Odurzający zapach gorącego chleba wzmagał ssanie w żołądku. Jak najszybciej chciał zaspokoić głód, ale za dobrze znał Niemców, żeby zrobić to na ich oczach. W Warszawie nic nie bawiło ich bardziej niż widok głodnego człowieka rzucającego się na pajdę chleba. Skręcił więc za róg najbliższego domu i dopiero wtedy oderwał zębami kawał gorącego bochenka.

Ssanie w żołądku powoli ustępowało. W ogóle poczuł się znacznie lepiej, jakby ktoś nagle wyjął mu gwóźdź z serca. Ruszył przed siebie lekkim krokiem. Wcale nie miał już ochoty wracać do pustego domu po wdowie Pohl, gdzie zaszył się na kilka tygodni po ostatnich wydarzeniach.

Mimo wszystko dobrze było żyć. Sam zdziwił się, że taka myśl przyszła mu do głowy, ale nic nie mógł na to poradzić. Powojenny świat wydał mu się całkiem znośny. Co z tego, że w ruinie? Najważniejsze, że już go nie ścigali. Można było zwyczajnie iść przed siebie w środku dnia i wdychać morską bryzę. Wokół nie szalały pożary, na ulicy nie leżały gnijące trupy. Gotyckie litery niemieckich szyldów zdawały się łasić do niego radośnie.

Szedł coraz szybciej, chociaż wcale nie przyspieszał kroku. Po prostu odbijał się stopami od ziemi i szybował coraz dalej, a właściwie coraz głębiej we własną przeszłość. Przechodził przez drzwi niezliczonych cel więziennych, przez bramy obozowe, futryny konspiracyjnych kryjówek, aż wreszcie dotarł do pierwszego komisariatu, gdzie nadkomisarz Strzelczyk przyjmował go do pracy.

Dlaczego właściwie chce pan zostać detektywem? Pensje nie są u nas najlepsze. Jako początkujący prawnik zarobiłby pan znacznie więcej.

Prawnik zajmuje się zaciemnianiem prawdy, a ja chcę ją wyjaśniać.

Filozof z pana, młody człowieku.

Przeciwnie. Nie chcę grzebać się w intelektualnych zawiłościach. Morderstwo to rzecz prosta: jest motyw, jest morderca, jest ofiara.

Tak pan uważa?

O co właściwie chodziło wtedy nadkomisarzowi z tym dziwnym pytaniem? Czy morderstwo nie było dla niego prostą rzeczą, lecz filozoficzną zagadką? Nigdy się tego nie dowiedział. Najważniejsze, że został przyjęty. Był to szary deszczowy dzień na początku czerwca. Dokładnie taki jak teraz, tyle że sześć lat wcześniej. Adam wracał z komisariatu jak uskrzydlony. Pędził, żeby przebrać się jak najszybciej i pobiec na Walkirię do Teatru Wielkiego. Widział ten spektakl już kilkanaście razy, ale nie z namiętności do germańskiej mitologii ani do muzyki Wagnera. Występowała w nim Mira Szymańska – kobieta, którą kochał do szaleństwa w tamtym dziwnym życiu, kiedy woda leciała z kranu na każde zawołanie.

Ocknął się gwałtownie. Wspomnienie Miry wciąż było ostre jak krawędź stłuczonego szkła. Ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że wcale nie siedzi na kanapie w domu Frau Pohl, gdzie zamierzał wrócić natychmiast po desperackiej wyprawie do piekarni. Leżał na plaży, a chłodny wiatr sypał mu piaskiem w twarz. Jak się tutaj znalazł?

Sytuacja się zmieniła – odezwał się jakiś znajomy głos.

Adam obrócił się gwałtownie. Kilka metrów dalej na wydmie siedział martwy nadkomisarz Strzelczyk i przesypywał piasek w dłoniach.

Miał pan już więcej nie przychodzić – powiedział z wyrzutem Adam.

Sytuacja się zmieniła – powtórzył nadkomisarz skupiony na przesypywaniu piasku. – Mamy nową sprawę.

Jaką sprawę?

Nadkomisarz Strzelczyk podniósł wzrok, popatrzył na morze i wyciągnął rękę. Adam spojrzał w tamtym kierunku.

W pierwszej chwili wydało mu się, że morze wyrzuciło na brzeg ławicę martwych ryb.

Ale to nie były ryby.

Wszędzie leżały kawałki ludzkiego mięsa, wypluwane leniwie przez morskie fale.

2

W ilu workach zmieści się batalion żołnierzy?

Zbierając z plaży kawałki ludzkich ciał, Adam przypomniał sobie ulubione zadanie matematyczne swojego profesora z gimnazjum. Nie było to całkiem do rzeczy, bo wcale nie wyglądało na to, że porozrzucane na morskim brzegu kawałki rąk, nóg i torsów należą do żołnierzy. No i okazało się, że jest ich znacznie mniej, niż zdawało się na pierwszy rzut oka. Na pewno nie cały batalion.

Adam pożałował, że zgłosił sprawę do komendantury. Trzeba było wracać do domu i zapomnieć o znalezisku. Prędzej czy później ruscy sami odkryliby szczątki. A może i nie? Nic go to nie obchodziło. Był na siebie wściekły. Przez kilka tygodni z rozmysłem schodził Sowietom z oczu, a teraz przypomniał im o sobie w tak spektakularny sposób. Zerknął w stronę komendanta Osipowicza. Drań stał pod wydmami, palił papierosa i wyraźnie mu się przyglądał. Może zmienił zdanie? Może prosto z plaży zabiorą go do aresztu, a jutro wywiozą do Moskwy?

– Uuuu! – wrzasnął mu nagle ktoś do ucha.

Adam odskoczył, błyskawicznie sięgając po pistolet.

– Spokojnie! – powiedział Pietia Fedoruk. – Sturmbahnführer Arschloch[3] chciał się tylko z wami przywitać. Heil Hitler!

Pietia trzymał w ręku dłoń uciętą tuż przy nadgarstku. Zamachał nią do Adama w faszystowskim pozdrowieniu.

– Głupi jesteś, Fedoruk – burknął Adam, chowając czym prędzej pistolet za pas. Rzucił okiem w stronę komendanta w nadziei, że nie zauważył całego zajścia.

Zauważył.

Pietia parsknął śmiechem. Dobrze się bawił. Był w wyśmienitym nastroju od dnia, kiedy Dziadzia Arłam postanowił nie odsyłać go jednak do Rosji i zapomnieć o całej aferze z grożeniem mu bronią. Pietia Fedoruk miał ochotę śpiewać na całe gardło i biegać na golasa ze szczęścia. Podłe to było, prawda, wobec pamięci dopiero co zaszlachtowanej matki. Biedaczka jeszcze w grobie nie ostygła, a tu jej syn, zamiast ją opłakiwać, żarty sobie stroi na plaży. Nic nie mógł jednak poradzić na okrutną i bezlitosną wolę życia.

Pułkownik Arłam Osipowicz przyglądał się swoim ludziom, którzy zbierali z plaży kawałki ludzkiego mięsa i wsadzali do brezentowych worków. Na razie nie widział w tej sprawie nic szczególnie niepokojącego. Pewnie były to szczątki załogi jakiegoś rozwalonego okrętu, który próbował przedostać się do Szwecji. Chłopcy z radzieckiego niszczyciela posłali mu torpedę i tak się skończyło.

Bardziej niż szwabskie ręce i nogi zajmował komendanta Polak Adam Kostrzewa. To znaczy człowiek, który ukrywał się pod tym nazwiskiem. Dlaczego właściwie został w Swinemünde? Każdy na jego miejscu wyjechałby bez wahania i zatarł za sobą wszelkie ślady. Osipowicz dał mu przecież na to szansę, a ten po prostu mieszkał sobie dalej w mieście. Może ukrywał znacznie więcej?

– Towarzyszu dowódco, to już chyba wszystko! – zameldował mu jego osobisty szofer i ochroniarz, Mikutin.

– Ile tego wyszło?

– Jedenaście worków.

– Ładujcie – rozkazał, wskazując głową do tyłu, gdzie czekała wojskowa ciężarówka.

– Tak jest.

Żołnierze dźwignęli wypełnione worki i ruszyli w stronę ścieżki przecinającej wydmy.

Osipowicz przywołał ręką Kostrzewę.

– I co sądzicie?

– Nie jestem specjalistą, ale to na pewno nie są trupy z wojny.

– Ale Niemcy?

– Trudno powiedzieć.

W tym momencie podbiegł do nich Pietia, wciąż rozochocony świeżym powietrzem i atmosferą wspólnej zabawy.

– Przecież widać, że to szwabskie ryje, a nie nasze!

– Nie znaleźliśmy ani jednej głowy – przypomniał spokojnie Adam.

– Jak nie!? – zaperzył się Pietia, ale zaraz uświadomił sobie, że istotnie żadnej głowy na brzegu nie było. – Chociaż może i prawda...

– A ciebie kto o zdanie pytał! – huknął Osipowicz. – Bierz się do dźwigania!

– Tak jest!

Pietia wyprężył się jak struna i pobiegł od razu w stronę worków, które jego towarzysze ładowali sobie na plecy.

– Ilu ich jest? – spytał Osipowicz.

– Też nie potrafię powiedzieć.

– Z ciebie detektyw jak z krowiej dupy harmoszka, Kostrzewa. Co tu właściwie robiłeś?

Adam wzruszył ramionami.

– Nie ma zakazu chodzenia nad morze.

– Tylko mi nie mów, że przyszedłeś się opalać.

W głowie Adama zapaliła się ostrzegawcza lampka. Rozmowa zaczynała przypominać jego pierwsze spotkanie z komendantem, które omal nie skończyło się dla niego utratą reszty zębów.

– Chyba nie podejrzewacie, że to ja ich wszystkich zatłukłem i porąbałem na kawałki?

Osipowicz milczał przez dłuższą chwilę, świdrując go wzrokiem. Wreszcie rzucił niedopałek na piasek.

– Pojedziesz z nami.

– Jestem aresztowany?

– Do kostnicy z nami pojedziesz. Muszę napisać raport o tym, co i jak się stało.

– A co ja mam do tego?

– Pomożesz obejrzeć zwłoki.

– Mieliśmy umowę, że nie pracuję dla was.

– Nie przeciągaj struny, Kostrzewa. Ja już zapomniałem wasze prawdziwe nazwisko, ale zawsze mogę sobie przypomnieć!

Osipowicz odwrócił się i poszedł przez wydmy w stronę ciężarówki. Adam stał jeszcze przez chwilę w miejscu, a potem ruszył za komendantem. Wiedział już, że popełnił błąd, a właściwie dwa karygodne błędy: zameldował o swoim odkryciu na plaży i nie wyjechał z tej przeklętej wyspy, kiedy był na to czas.

 

Pojechali na skróty leśną drogą. Ciężarówkę prowadził Mikutin. Osipowicz i Adam siedzieli obok. Pietia i reszta żołnierzy kolebali się z tyłu na workach wypełnionych ludzkimi szczątkami.

– Mamy nowego doktora – odezwał się pułkownik Osipowicz niemal przyjacielskim tonem. – Niemiec, ale dobry komunista.

– Nie mogę doczekać się spotkania – odparł kwaśno Adam.

Osipowicz gruchnął śmiechem. Mimo wszystko miał słabość do tego drania. To pewnie dlatego jeszcze nie zameldował o nim Moskwie. Zresztą nie było to wcale takie proste. Od razu zaczęłyby się niewygodne pytania: dlaczego nie zgłosił tego wcześniej i takie tam. Pułkownik natomiast zastanawiał się, czy jednak nie pozbyć się go po cichu.

Nowy doktor wyszedł im na powitanie, kiedy wyładowywali worki z ciężarówki na dziedzińcu miejskiego szpitala. Był niewysoki, ze starannie wypielęgnowaną brodą i paznokciami. Sprawiał wrażenie, jakby przyjechał na międzynarodowy kongres medyczny do Genewy, a nie na podrzędne stanowisko do zrujnowanej mieściny nad Bałtykiem.

– To z Czerwonego Krzyża? – zapytał z ożywieniem na widok pełnych worków.

– Trupy – zgasił go krótko Osipowicz. – Pomożecie ustalić, co to za jedni. Kostrzewa, to jest doktor Rosenblatt, nowy dyrektor szpitala. Będziecie razem pracować.

Adam zdawkowo skinął głową doktorowi. Po ostatnich doświadczeniach z jego poprzednikiem na tym stanowisku wolał zachowywać rezerwę.

– Polak? – zaciekawił się Rosenblatt. – Mieliśmy tu jednego pacjenta Polaka, ale niedawno wyjechał.

Adam nie zamierzał podejmować tematu, choć doskonale wiedział, że doktor ma na myśli sierżanta Kwasigrocha. Wszystko to było już przeszłością. Nie chciał więcej do tego wracać[4].

– Później będziecie obwąchiwać sobie tyłki – powiedział Osipowicz. – Brać się do roboty. Do jutra rana chcę wiedzieć, ilu ich jest i jak zginęli. Pietia będzie wam pomagał.

– Tak jest!

Pietia wyprężył się uszczęśliwiony. Czyli nie musiał wracać do bicia aresztantów po mordach! Miał ochotę ucałować Dziadzię Arłama z wdzięczności. I jak tu nie kochać życia?

3

Podczas gdy Pietia przeżywał w szpitalnej kostnicy duchowe odrodzenie, pułkownik Osipowicz wracał do domu z gorzkim przekonaniem, że dla niego życie skończyło się raz na zawsze. Nic go już nie cieszyło: ani amerykańskie papierosy, ani szkocka whiskey, ani luksusowa kwatera w nadmorskiej willi. Ta ostatnia wydawała mu się wręcz więzieniem gorszym niż niejeden łagier. Najchętniej w ogóle by tam nie wracał, tylko spał w swoim gabinecie w komendanturze wojennej. Niestety, było to niemożliwe. Czekali na niego strażnicy znacznie surowsi niż wartownicy w łagrze: jego prawowita żona Anuszka i pięcioletni syn Anton.

Zjawili się przed niespełna dwoma tygodniami. Osipowicz dobrze pamiętał ten dzień. Poprzedniej nocy zdrowo popili sobie z Mikutinem i zabawili się z siostrami Braun. Baby znały się na rzeczy. Może i nie były za ładne, ale braki w urodzie nadrabiały burżuazyjnym rozpasaniem, o jakim do tej pory Osipowicz słyszał tylko na szkoleniach politycznych. Same zaproponowały, żeby po każdym numerku zamieniać się partnerami. Osipowicz opierał się z początku, ale w końcu dał się przekonać. I nie pożałował. To była naprawdę pamiętna noc.

Rano obudził się w wyśmienitym nastroju. Nawet głowa go nie bolała. Na wszelki wypadek nalał sobie dla zdrowia szklankę whiskey i wyszedł na taras, żeby zapalić i nasycić się widokiem morza. Było ciepło, więc usiadł sobie w samych gaciach i położył nogi na wiklinowej ławie. Ogarnęło go upojne poczucie życiowego sukcesu. Jeszcze niedawno gryzły go wszy we frontowych ziemiankach, a teraz proszę – siedział sobie w luksusach niczym amerykański generał. To, co przy ognisku w partyzanckich czasach wydawało się szaloną fantazją, teraz stało się rzeczywistością.

Odetchnął głęboko. Morze falowało łagodnie. Daleko na horyzoncie widać było okręt pod sowiecką banderą. Stał tam od pewnego czasu, ale Osipowicz nigdy nie spotkał jego dowódcy. Jeśli o tym pomyśleć, było to trochę irytujące, że jakiś tam komandor lekceważył sobie komendanta wojennego miasta, ale Osipowicz nie miał zamiaru robić z tego awantury. Flota mu nie podlegała, a poza tym nie miał serca do marynarzy. Uważał ich za pijaków i babiarzy. Miał gdzieś, co robią jacyś matrosi na dalekiej redzie Swinemünde. Mogli sobie nawet tam prowadzić pływający burdel. Byleby tylko nie wtrącali się do rządzenia miastem.

Na balustradzie tarasu usiadła mewa. Osipowicz zerwał się i natychmiast ją przegonił. Od pewnego czasu nie znosił tych ptaków. Przywodziły mu wspomnienia ostatnich wydarzeń. Swieta. Jej ciało z wydłubanymi przez mewy oczami. Kałuża krwi na tarasie. Pułkownik pokręcił głową, jakby chciał rozpędzić ogarniające go chmury. Na szczęście było to tylko przelotne zachmurzenie, które udało mu się bez trudu rozgonić słonecznym łykiem alkoholu. Osipowicz zawsze uważał, że nie należy rozpamiętywać wydarzeń, których nie można zmienić. Sprawdziło mu się to w partyzantce, sprawdziło na froncie, więc nie zamierzał porzucać tej mądrej zasady. Swieta nie żyła, i kropka. Zresztą pod koniec życia i tak nie było już z niej pożytku.

Niestety, nieprzyjemne wspomnienia ściągnęły kolejną chmurę, która tym razem zawisła nad przyszłością komendanta Osipowicza. Anuszka, jego prawowita żona. Jakiś czas temu przyszedł list zapowiadający jej przyjazd. Z synem Antonem. Nie pamiętał żadnego Antona, chociaż faktycznie, kiedy wyruszał na wojnę, Anuszka była w ciąży. Zresztą jej też już nie pamiętał. Od tamtej pory minęło ładnych parę lat. Baba mogłaby dać mu po prostu spokój. Co z tego, że w świetle radzieckiego prawa nadal byli małżeństwem? Wcale nie miał ochoty wracać do tego, co było.

Już chciał pociągnąć kolejny łyk ze szklanki, kiedy z głębi domu dobiegł gong elektrycznego dzwonka. Osipowicz zaklął na głos i pomaszerował z wściekłością przez salon, żeby obić mordę intruzowi i zrzucić go ze schodów. Żaden z jego ludzi nie odważyłby się niepokoić go w niedzielę w prywatnej kwaterze, więc musiał to być któryś z nowych Niemców mianowanych przez niego na stanowiska w miejskiej administracji.

W progu stała kobieta o szerokich biodrach, z czarnym meszkiem pod nosem. Za rękę trzymała dobrze odżywionego malca. Żołądek podszedł Osipowiczowi do gardła, ale wcale nie był to skutek wypitego alkoholu.

– Anuszka?! – wykrztusił.

– Przyjechaliśmy – oznajmiła jego legalna żona, jakby chodziło o powrót do domu z dwutygodniowych wakacji na daczy.

Obróciła się w stronę szofera Mikutina, który stał przy gaziku, wyraźnie zakłopotany.

– A ty czego tam sterczysz? Dawaj walizki – rzuciła Anuszka.

Mikutin posłał komendantowi pełne rozpaczy spojrzenie, jakby miał jeszcze iskierkę nadziei, że szef wyrzuci bezczelną babę na zbity pysk.

– Daj te walizki, Mikutin – powiedział z rezygnacją Osipowicz.

Wszelka nadzieja zgasła. Widać, to naprawdę była żona komendanta i trzeba było się z tym pogodzić. Mikutin wetchnął i z ciężkim sercem zabrał się do noszenia bagaży.

Anuszka weszła do środka z Antonem za rękę, nie pytając o pozwolenie. Osipowicz stał wciąż boso, w samych gaciach, ale kiedy minęło pierwsze oszołomienie, postanowił przejąć kontrolę nad sytuacją.

– Wy będziecie mieszkać gdzie indziej – powiedział. – Już kazałem zarekwirować...

– Sprzątaczkę jakąś mamy? – przerwała mu Anuszka, rozglądając się po zaśmieconym salonie.

Osipowicz urwał na chwilę, po czym podjął na nowo, z naciskiem:

– Kazałem zarekwirować dla was oddzielny dom w innej dzielnicy.

– Tu miejsca jest dosyć. Nie tyle, co u Kolcewa, ale pomieścimy się – odparła wyzywająco Anuszka, patrząc mu prosto w oczy.

Aż go skręciło z wściekłości. Zrozumiał. Przeklęty Kolcew! Pewnie żyła z nim na kocią łapę, a teraz generał postanowił pozbyć się wojennej kochanki i osobiście odesłał ją do prawowitego męża.

– Więc mamy jakąś sprzątaczkę czy nie? – powtórzyła Anuszka z triumfalnym błyskiem w oku. Nazwisko Kolcewa na każdym robiło wrażenie. Wszyscy wiedzieli, że generał pił z samym Berią[5].

– Wyjechała na Zachód – odparł z rezygnacją Osipowicz.

– To tylko jedna Niemra jest w tym mieście? – zadrwiła Anuszka.

Osipowicz obrócił się do Mikutina, który właśnie przytaszczył dwie wielkie walizy.

– Mikutin, załatw no jakąś nową babę do sprzątania.

– Tak jest.

Szofer trzasnął obcasami i wyszedł czym prędzej, jakby uciekał z płonącego budynku.

– To jest Anton, twój syn – oznajmiła Anuszka, kiedy zostali sami. – Anton, przywitaj się z ojcem.

Okrągły chłopczyk z zadartym nosem posłusznie objął wskazanego mu mężczyznę. Był przyzwyczajony do tego, że ojcowie się zmieniali.

– Mógłbyś chociaż spodnie włożyć – burknęła Anusza. – Komendant, a przy ludziach w gaciach chodzi.

Tak minęła cała niedziela. Rozkazy, pokrzykiwania, wojskowy dryl – zupełnie jak w łagrze. Osipowicz szczerze współczuł nowej sprzątaczce, którą Mikutin przywiózł w ciągu niespełna godziny. Kobiecina uwijała się jak w ukropie pod komendą Anuszki. Biegała wte i wewte, szorowała, czyściła, polerowała. Znacznie bardziej komendant Osipowicz współczuł jednak samemu sobie. W jednej chwili jego spełniony sen z partyzanckich lat zamienił się w koszmar. Nadmorska willa, do której wracał z rozkoszą, przestała być cichą przystanią. Wypełniła się teraz krzykami i obcymi ludźmi.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Późnym wieczorem, kiedy udręczony dom odpoczywał po całodziennym szorowaniu, Anuszka bez ceregieli wpakowała się do łóżka Osipowicza i zaczęła się do niego dobierać. Meszek pod jej nosem, cebulowy oddech, obwisłe piersi – wszystko to omal go nie zemdliło. Poczuł się jak gwałcona Niemka.

Osipowicz wzdrygnął się na myśl o powrocie do domu. Słońce zachodziło, a to oznaczało jedno – że znowu trzeba będzie to robić z Anuszką.