Ognie Świętego WitaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ognie Świętego Wita
Ognie Świętego Wita
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Ognie Świętego Wita
Ognie Świętego Wita
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odsunął ją na długość wystawionych ramion i spojrzał prosto

w wilgotne oczy.

– Na twoim miejscu zachowałbym całą sprawę dla siebie. Jeśli zależy ci na tym, aby dziecko doczekało połogu – oznajmił.

Katarzyna zrobiła krok w tył.

– Dlaczego miałabym tobie zaufać? – spytała prosto z mostu.

– Aliści znam Andrzeja Kościeleckiego trochę lepiej, niźli ty. Ty masz go, za jakiego franta. Myślisz, że go ulepisz podle własnej chęci. Ale to żaden gach, żaden filut. Poznałem się na nim, zresztą między innymi dzięki twojej sprawie. Andrzej, to jest basior, noszący owczą skórze, Katarzyno. Wilk, który zagryzłby własne młode, gdyby mu uczyniły groźbę.

Dziewczyna bez słowa przysiadła się do ogniska.

– Czyli aliści rozważysz, co żeś usłyszała?

– Nie myśl, żeś mnie odgniewał – odparła, obracając się do niego bokiem. – Nie zapomnę ci tych wszystkich dopytek. Jeszcze pożałujesz, burgrabio.

– Niejedna tak mówiła.

– Nie jestem byle dziewką. Zapamiętaj to sobie – odparł z przekonaniem.

Coś w jej spojrzeniu sprawiło, że Bartłomiej odwrócił twarz, a uśmiech na jego ustach zamarł.

Rozdział 1

12 marca Roku Pańskiego 1488, zamek w Kruszwicy.

Jan z Oporowa, starosta kruszwicki, siedział sztywno, pogrążony w myślach. Miał serdecznie dość hałaśliwej, ogłuszającej uczty, którą wydał na cześć syna, skądinąd też Jana. Powodem było przyjęcie przez chłopaka niższych święceń kapłańskich. Bohater uczty siedział u boku ojca i niemrawo skubał kapłona. Jemu także nie przypadało do gustu zachowanie gości. Nad wyraz poważny, był ulubionym synem starosty. Długie, czarne włosy chłopaka opadały na łagodną, lecz nie zniewieściałą twarz o mocnym, stanowczym spojrzeniu. Gdyby wszyscy zebrani byli tacy, pomyślał Jan z Oporowa. Powyżej uszu miał swoich gości. Potrafili tylko mlaskać i wypluwać przy mówieniu resztki jedzenia. Szkoda wybornych potraw, pomyślał, zacierając zgrabiałe z zimna dłonie. Pasztet z dzika i mięso jelenia z kruszwickich lasów, udziec sarny i jeż w cieście. Połowa z tych rzeczy pozostała na stole, nietknięta. Powinien podać zupę z rzepy i rybich łbów. Pewnie to właśnie jadali w swoich rodzinnych stronach. Najwyborniejsze wino, a oni żłopią je, jakby to był samogon. Najprzedniejsi komedianci, a ci durnie i tak zagłuszają występ swym ochrypłym rykiem.

I oni mają się za elitę kulturalną Kujaw. Wystarczy na nich popatrzeć. Syn Jana Kościeleckiego i jego siostry, Katarzyny, kasztelanki przemyskiej, ledwo utrzymywał się w pionie. Podobnie szwagier Jana, Kasper Leszczyński. Jasne brwi i wąsy Kaspra poruszały się w miarę

wypowiadanych zdań. Miecznik inowrocławski, Mikołaj Dąbrowski, wywołał na początku biesiady karczemną burdę z Marcinem Budzisławskim na temat praw jego małżonki, siedzącej zresztą obok w ponurym milczeniu, do majątku Wilamowa. Miecznik inowrocławski bez ustanku wydymał pokryte czarnymi wąsami wargi. Z daleka czuć było ciągnący od mężczyzny odór gorzałki. Jedynie bracia świeżo upieczonego duchownego, Feliks oraz Andrzej, zachowywali się, jak należy. Nic w tym dziwnego, skoro Andrzej starał się właśnie o włocławską kanonię, a Feliksa trawiła od trzech dni silna gorączka. Byli jak zawsze nierozłączni. Podkrążone oczy Andrzeja spoglądały z bystrym błyskiem, a czerwoną twarz Feliksa, okalała szczecina tygodniowego zarostu. Długie, mysie włosy opadały na ramiona mężczyzny. Jedyna obecna siostra młodego duchownego, Helena, przybyła na uroczystość specjalnie z klasztoru w Strzelnie, gdzie była zakonnicą u św. Norberta. Piotr Moszyński, biskup włocławski, przez tłuste palce spoglądał na swawolę możnych panów. On jeden, prawdziwie wykształcony, na pewno pożałował, że nie odmówił zaproszenia na uroczystość. Wystarczyło popatrzeć w surowe, nalane oblicze biskupa, w falujące siwe włosy, opadające na twarz. Oblicze mężczyzny było jak księga. Boku biskupa nie odstępowali jego

przyboczni. Mężczyźni rozglądali się po sali nieufnym, oceniającym spojrzeniem. Odziany w powłóczystą szatę Kallimach siedział zatopiony w rozmowie z innym cudzoziemcem, Gallusem z Zadaru, który do tej pory nie tknął nawet kęsa jedzenia. Maciej Drzewicki, młodziutki uczeń Kallimacha, obserwował otoczenie zza przymrużonych powiek, mierzwiąc swą czarną, kozią bródkę.

Moszyński upatrywał w młodym Janie Oporowskim nadzieję na przyszłość. Chłopak był wykształcony i miał lotny umysł. Na pewno daleko zajdzie– pomyślał z dumą ojciec.

"Co za hołota!", dodał w myślach kolejny komentarz. Obserwował całą tę zgraję marszcząc krzaczaste brwi i co i rusz przeciągając dłonią po krótkich, szpakowatych włosach. Upił wina i potarł gęstą brodę, pokrywającą dolną szczękę. Skostniałe palce rozpostarł na pobrużdżonym czole. Jak do tego doszło, że musi jadać w takim towarzystwie? Z jednej strony wykształceni ludzie, z drugiej, ta banda. Wstyd mu się zrobiło. Powinien odwołać ucztę, pomyślał, usiłując wykrzesać z siebie resztkę opanowania. Zła pogoda utrzymywała się od miesiąca. Zadymka ustępowała niezwykle rzadko, a i wtedy po obejściu hulał zimny, nieprzyjemny wicher. Na dziedzińcu zalegały głębokie pryzmy śniegu. Zamek obrósł od zewnątrz grubymi zaspami, a drogi stawały się coraz mniej przejezdne...

Połowa znamienitych gości nie pojawiła się... Na nieszczęście dla rodziny Oporowskich, biskup, rezydujący na stałe w Raciążku, miał do Kruszwicy stosunkowo blisko. Wizytował zdaje się okoliczne dobra, gdy zaskoczyła go nawracająca zima. Jan szczerze wolałby, aby on i jego świta wcale nie przyjechali. Nie musiałby się wtedy tak bardzo wstydzić. W dodatku dzień, na który zaplanowano biesiadę, zaczął się feralnie. Małżonka Jana z Oporowa, Zofia Ordowążówna, poważnie zachorowała i nie zjawiła się wcale na uczcie. Choroba przydusiła też Feliksa, który zawsze był duszą towarzystwa, a teraz tkwił niczym kruk, pogrążony w ponurych myślach.

Starosta kruszwicki rozejrzał się znudzonym wzrokiem. Przebiegł szybkim spojrzeniem po malowanych pięknie tarczach, zdobiących kolumny wielkiej sali. Połowę najbliższej tarczy zdobił czarny orzeł z rozciągniętymi skrzydłami na żółtym polu. Poniżej, na polu czerwonym, widniały trzy kamienie. We wgłębieniach pod kapitelami gnieździły się cienie. Obrzucił wzrokiem gnijące na ścianach gobeliny. Powrócił skrzącymi się światłem oczami do kolumn. Większość tarcz sczerniała ze starości, a korniki wyżarły w nich dziury, których nie sposób zakryć farbą. Kruszwica jest

dziurą. Pięćset kominów, wliczając osadę przymostową i kruszwickie sioło po drugiej stronie Gopła. A on, Jan z Oporowa, musi w niej tkwić. Nawet Grodztwo, należąca do starosty wieś, nie przynosi już należytego dochodu. Naraża jedynie Jana na ciągłe zatargi z duchownymi od świętego Piotra, których ziemie graniczą z wsią. Księża nie mogą znieść, że znajdującą się na terenie królewszczyzny karczmę, prowadzi dla Jana z Oporowa jako jego pachciaż pewien Żyd. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że pozostałe okoliczne gospody ma w ręku włocławska kapituła. A karczma Żyda najlepiej z wszystkich prosperuje.

Natrafił spojrzeniem na tę osobliwą dziewkę, podesłaną mu kilka dni temu przez Andrzeja Kościeleckiego z Bydgoszczy. Siedziała po drugiej stronie stołu. Wbił w nią spojrzenie i zagryzł wargę. Z tego co wiedział, była zwykłą mieszczką. Nie powinna była siedzieć między szlachcicami. Budziła zgorszenie duchownych z Włocławka swoimi długimi, rozpuszczonymi włosami. Ale to Jan z Oporowa ją tam usadził. I po cóż? Żeby w wolnej chwili na nią spoglądać.

Podobno rudowłosa i starosta bydgoski, Andrzej Kościelecki byli kochankami. Pomimo zimna, docierającego przez okno, poczuł pot na karku. Targnął się gwałtownie. Coś osobliwego się z nim działo na widok tej kobiety. Muszę nad sobą zapanować – pomyślał, wznosząc milczący toast za samego siebie. – Muszę trzymać nerwy na wodzy i nie dać po sobie poznać trawiących mnie namiętności.

Niewiasta napotkała jego wzrok i wyraźnie się zmieszała. Podobnie jak cudzoziemcy, nie tknęła w ogóle jedzenia. Ta kobieta coś ukrywa – pomyślał starosta.

Lodowaty podmuch wdarł się do izby, postrącał ogień z pochodni i świec. Jana z Oporowa przeszył dreszcz, na chwilę go otrzeźwiając. Spojrzał w okno. Śnieżyca rozszalała się na nowo.

Ocknął się z melancholii i rozejrzał wokół, tak naprawdę nie patrząc na nic w szczególności. Ktoś trącił go przed chwilą łokciem. Kto? Tego nie wiedział. Wkoło otaczały go szczerzące się,

zapite mordy.

Poczuł znużenie. Wciągnął w nozdrza zapach zbutwiałego drewna i piwa. Obdarzył niechętnym spojrzeniem gości. Najchętniej zostałby sam na sam z rudowłosą nieznajomą.

Ale, ale... Gdzież ona jest?

Spojrzał w odległy kąt sali. Rudowłosa dziewka zniknęła.

***

Katarzyna się bała. Bała się tego miejsca, gdzie przywiózł ją Niecieszewski, ale nie tylko. Miała od momentu przybycia tutaj osobliwe i nieuzasadnione, ale bardzo silne złe przeczucia. Jakby wiedziała, że ma się wydarzyć coś złego. Pamiętała, że Andrzej wspomniał jej na początku ich znajomości o alchemiku, mieszkającym w kruszwickiej wieży. Zdążyła już wypytać trochę służbę na temat jego osoby. To zadziwiające, lecz Czech zignorował całkiem rozkaz starosty Jana i nie pojawił się na uczcie, wymawiając się prowadzeniem poważnych badań”. Och – pomyślała dziewczyna – gdybym to ja mogła być taka niezależna i wolna. Wszystko bym za to oddała. Starosta musi bardzo cenić sobie osobę alchemika. Ponoś gdy przebudowywał zamek, stawiając murowane budynki w miejscu drewnianych, dodał zewnętrzne drzwi do zamieszkiwanej przez badacza sztuk tajemnych wieży. A wszystko dla wygody często wychodzącego w różnych podejrzanych sprawach alchemika.

W chwili gdy stanęła w korytarzu, wiodącym na mur i dalej, w kierunku wieży, strach uderzył w nią z całą mocą. Lepki, oślizły i lodowaty. Zaczęła dygotać. Żeby coś lepiej zobaczyć przyświeciła sobie pochodnią.

 

Wtem usłyszała jakby szept, bardzo blisko, jakby to mur do

niej przemawiał. Stanęła jak wryta. Przez chwilę słyszała tylko syk palącej się pochodni. Potknęła się w ciemności. Potem znów doszedł ją jakiś chrobot, może to było skrobanie myszy. Zerwała krępującą jej ruchy wierzchnią szatę, krótki, futrzany płaszczyk i porzuciła go bezwiednie na schodach. Przyparła do ściany. Zaczęła skradać się wzdłuż niej, wymacując drogę wolną dłonią. Posuwała się na zachód, więc cały czas zbliżała się do wysuniętej w tym kierunku wieży. Znów doszły ją jakieś głosy. Zaklęła cicho, uwalniając się od długiego, rozciętego rękawa sukni. Poczuła

zimny dotyk czerwonej ściany na odsłoniętych plecach. Ogień mienił się na materiale jej szaty, jakby była wykonana z maleńkich, czerwonych klejnotów.

Krótki korytarzyk doprowadził ją do trzech stopni, prowadzących ku ukrytej w ciemnościach wnęki, gdzie znajdowały się drzwi. Gdy tylko uchyliła wrota, w oczy uderzył ją wirujący śnieg.

Niesiony przez świszczący wiatr, padając niemal poziomo. Wściekłe ciosy lodowatych podmuchów uderzały w twarz.

Jakoś udało jej się pokonać wolną przestrzeń. Pod koniec zawiodły ją nogi. Opadła na ścianę w mrocznym wnętrzu wieży, śmiejąc się niczym opętana. Pochodnia zgasła. Podniosła wzrok. Gdzieś nad głową dziewczyny tlił się migoczący ognik. Ruszyła pod górę, nic tak naprawdę nie widząc. Mozolnie, wymacując drogę ręką. Było jej potwornie zimno. Czuła, jak napinają się

mięśnie jej nóg. Gardło dziewczyny ścisnął strach, czoło skleił zmieszany z roztopionym śniegiem pot. Stopnie trzeszczących, drewnianych schodów, roztapiały się w gęstej jak pajęczyna ciemności.

– Kim jesteś? – usłyszała nagle z góry mocny, męski głos. – Czemu mi przeszkadzasz?!

Nie potrafiła dobyć z siebie słowa. Oparła się o ścianę i czekała.

– Ogłuchłeś?! – rozległ się ponownie krzyk. – Jeśli jesteś pijany i zamierzasz upaść z moich schodów to wiedz, że będziesz czekał tam połamany do rana. Ja bowiem jestem bardzo zajęty. I nic mnie nie obchodzi wasza cholerna uczta.

Parsknęła cicho pod nosem.

– Odezwij się, albo do ciebie wylezę! Nie znoszę smrodu wymiocin!

– Nie jestem żadnym dmidzbanem, mistrzu Bohumile – wykrzyknęła. Nastała grobowa cisza. Następnie zaczęły rozlegać się kroki, poprzedzane przez długi, postrzępiony cień, bijący od przytrzymujących

płomień kaganka palców.

W końcu stanął spokojnie przeciwek niej, mrużąc oczy. Nosił na sobie długą, mieniącą w ciemności tunikę, a na nogach ciemne rajtuzy i ciżemki. Odsunęła się instynktownie. Podkrążone

powieki mężczyzny rozszerzyły się ze zdziwienia. Zobaczyła, jak napina się cały, od stóp po ramiona, jak kot do skoku.

– Niewiasta? – zapytał.

– No, chyba widać – odparła.

– Oj, widać – zmierzył surowym wzrokiem kobietę. Był krępym mężczyzną o gładko ogolonych, obwisłych policzkach i kościstym nosie. Zaczesane do tyłu włosy poznaczyła na skroniach siwizna, a choć jego szyja była mocno pobrużdżona, piwne oczy świeciły młodzieńczym wigorem.

– To nie jest miejsce dla ciebie – uciął, tym samym, wysublimowanym głosem, w którym akcentował każdą głoskę.

– Tak? A skądże ten afront? Jeśli chodzi ci o to, że skręcę sobie kulasa, stetryczałemu starcowi pełnemu doległości, chyba o to snadniej, nie?

– Na dole mieści się więzienie starosty – ostrzegł. – Są tam akuratnie trzej skazańcy. Jeden jest obłąkany. W nocy czasami słyszę jego wycie. Chyba myśli, że jest wilkiem.

– A może to jaki wilkołak? Azaliż, panie, uznajesz wilkołactwo za jakąś chimerę?

– Czemu miałbym w nie wierzyć? – odparł ze wzruszeniem ramion. – Nigdy żem na oczy lykantropa nie widział.

Ruszyła, mijając mężczyznę, po stopniach schodów.

– Hola! – stanął rudowłosej na drodze. – A ty dokąd?!

– Chcę ujrzeć laboratorium na własne oczy.

Wyglądał na rozbawionego.

– Nawet staroście nie pozwalam tam zajrzeć. Skąd mniemanie, że pozwolę tobie?

– Bo inaczej nie dam wiary w jego istnienie – oznajmiła. Parsknął śmiechem.

– Dedukuję, żem ci się zabawna wydałam? – ściągnęła brwi. - Kiedy ja z powagą to mówiłam. Jako i ty, studyjami magicznemi się param.

Tym razem już otwarcie parsknął. Wytrzymał wzrok, którym go obdarzyła.

– Zaiste, osobliwa z ciebie samka - przyznał. - Lecz zreflektuj się, zanim mnie tym wzrokiem o pomór przyprawisz. Rozmawiasz z człowiekiem, który terminował u samego Nicolasa Flamela. Przy mnie ktoś taki jak ty jest... – zmierzył z góry na dół kobietę. – Nie więcej jest wart, niźli wiejska guślarka.

– Flamel żył dwieście lat temu – odpowiedziała zaczepnie.

– Chcesz powiedzieć, że mi nie wierzysz? – pozwolił przejść Katarzynie, śledząc ją jednak cały czas spojrzeniem. – I ty śmiesz nazywać siebie czarownicą? Nicolas Flamel uzyskał dzięki swej tajemniczej księdze nieśmiertelność.

Odwróciła się raptownie. Na jej twarzy pojawił się zuchwały uśmiech.

– Widziałeś księgę Nicolasa Flamela?

– Widziałem notatki, sporządzone ręką mojego mistrza.

– Dajże mi jaki dowód – odparła, wbiegając po schodach.

Zanim zdołał wykrzyczeć ripostę, przekroczyła próg pracowni.

Gdy wszedł za nią, obróciła się i przyjrzała mężczyźnie z dezaprobatą.

– Spodziewałam się retor, chemikaliów, albo choćby kotła.

Rozłożył szeroko ręce. Stali pośrodku niemalże pustej izby. Zaopatrzone w dodatkowe drzwi i w ozdobione witrażem okno, pomieszczenie tonęło w blasku świec, rozstawionych w licznych trójnogach. Na środku izby stało lectrinum, a na nim otwarta pergaminowa księga w świeżej, skórzanej okładce, zapisana ręcznie, niezwykle ozdobnym pismem.

– Moja droga probantko... Są tam – alchemik wskazał drzwi, położone w ścianie przeciwek pierwszych, lecz gdy ruszyła w tamtą stronę, złapał za rękę rudowłosej. – Ani mi się waż.

– Dlaczego cię nie ma na uczcie? – zapytała prosto z mostu.

– A jest li tam kto ciekawy? Nie. Same opoje i ich nudne historyje. A na cieszenie się wiktuałami dawno mi zdrowie nie dozwala. To nie miejsce dla mnie, bo ani na łakocie, ani z nudy zdechnąć mi się nie kce. Tam jeno smęt mnie czeka, a ja od smętków stronię. Jak i od zanadto ostrej poczesny.

– Jest biskup kujawski. I kilku z jego świty.

– Piotr z Bnina?! – otworzył szeroko oczy. – No, to nienie zaczynam letko choćby żałować, że mnie tam nie ma. Ale nic straconego. Na pewno śniegi przetrzymają ich na zamku iże dwie niedziele. Zdążę zamienić z biskupem kilka słów.

– Ty? – skrzywiła usta. – Ty i biskup? Będziecie tak po prostu rozmawiać? Biskup z czarownikiem?!

Prychnęła.

– Zgadza się, przyjaciółko. Piotr z Bnina jest znawcą kroniki mistrza Wincentego, którą to widzisz na podwyższeniu. Powiedz mi, jest z nim może Kallimach?

– Kto zacz?

– Filippo Buonaccorsi de Tebadis Experiens – wyrecytował. – Należy do biskupiej świty. To cudzoziemiec, który przemierza się do napisania kroniki o naszym kraju.

– A bo ja go wiem? Jest z nim kilku cudzoziemców, same safanduły.

– No i widzisz – pokręcił głową alchemik. – Sama widzisz, jak mało wiesz, dziecko.

– Nie jestem dzieckiem – fuknęła, okrążając pulpit. Stanęła przed księgą. – Na co ci to? To nie jest chyba księga magiczna?

– Notatki mego mistrza wspominają o zdarzeniu, zawartym w tej księdze. To jeden z niewielu fragmentów, że tak powiem, fabularnych. Stąd moja obecność w Kruszwicy.

– Jakże to?

– Ano widzisz... Flamel zdobył swą słynną księgę przypadkiem. Kupił ją za dwa floreny od jakiegoś Żydka. Od razu uznał, że jest wyjątkowa, to było jak miłość od pierwszego wejrzenia. I nie

chodzi o to, że była w pozłocie, bardzo stara i duża. Książka nie była też z papieru ani z pergaminu, jak inne, lecz z cienkiej kory. Okładkę miała miedzianą, wielce delikatną, całą pokrytą dziwnemi znakami. Flamel domyślił się, że jest to księga alchemiczna, choć w chwili, gdy ją oglądał, nic jeszcze o alchemii nie wiedział.

– I co dalej? – spytała Katarzyna, zaciekawiona historią. Poczuła, że osobliwy alchemik z chęcią odpowie na tak postawione pytanie. Odczytała w jego spojrzeniu, że musiał się czuć samotny przez te wszystkie lata. Znała się na ludziach i wiedziała, że ma go w garści.

– Siła tu opowiadać. Całe lata odcyfrowywał dziwną zawartość księgi. Jak bowiem wszystkie podręczniki alchemii, i ten celowo spisany został sekretnym językiem, a najgłębsze tajemnice zawarte były nie w słowach, ale w nieprzeniknionych symbolicznych rysunkach. Z nikim nie rozmawiał o książce i cały czas sporządzał notatki.

– I w tych notatkach odnalazłeś coś, co nawiązuje do tego twojego Napierśka?

– Kadłubka – poprawił ją Bohumil. – I nie. Nie nawiązuje do Kadłubka, jeno do wydarzenia, zawartego w księdze. Czytać umiesz?

– Kpisz sobie ze mnie?

– Ale czy po łacinie?

– A po jakiemu?

– To podejdź no do księgi i samopas odczytaj – zachęcił.

Z wahaniem podeszła. Księga napisana była niezwykle ozdobnym pismem, a tekst zlewał się w półmroku, czytała więc powoli, z trudem radząc sobie z pożółkłymi stronicami. Jej usta poruszały się w miarę czytania kolejnych wyrazów.

Nader słusznie rozpaliła się surowość Bolesława przeciw święto-

kradczym bałwochwalcom i nader słusznie do zemsty przydał zemstę.

Zaledwie bowiem wygasła owa zaraza, mścicielka świętokradztwa, gdy

ani wiary świętej nie uszanowali, ani żadnej nie dotrzymali wierności

układom politycznym.

Nie boją się bezwstydni odstępcy unikać zbawienia

i nie wzdragają się obrzydłe psy wracać do tego, co wyrzygały.

Toteż Bolesław ściąga zewsząd wszystką swoją moc zbrojną,

siły wszystkich ćwiczy i ocenia.

Wojska wyruszają na Pomorze, a jadący przodem

biskup woła, że dzieje się sprawa Boża, a nie ludzka.

– Skąd masz ową księgę? – przerwała czytanie.

– Ukradłem z Krakowa – odpowiedział wprost. Kiedy wzniosła oczy ujrzała, że bezwstydnie się uśmiecha.

– No nie łyp tak na mnie. Oddamże ją, przy najbliższej sposobności – rzekł. – Nie moja wina, że nie była imprymowana, jak należało.

Wzruszył ramionami, jakby to, co mówi, było nader oczywiste.

Jest bowiem w Kruszwicy kościół Św. Wita,

na którego szczycie widziano jakiegoś młodzieńca

niezwykłej postaci i urody, od którego bił tak

niewypowiedziany blask, że, jak mówią, oświetlał nie tylko miasto, lecz

również przedmieścia. Młodzieniec ten spłynął z tego szczytu ze złotą

włócznią i daleko wyprzedził oddziały. A wielu widziało tę oczywistą

moc boską i w milczącym uwielbieniu zdumiewało się nad tajemnicą

tak niezwykłego zjawiska, aż nie znikł machnąwszy włócznią, którą

niósł, jakby w stronę Nakła.

Trwało chwilę, nim dokończyła. Wreszcie wyjrzała znad księgi. Alchemik spoglądał cierpliwym wzrokiem, splatając z tyłu dłonie.

– Co to ma znamienować? Coż to li za Święty Wit?

– Wedle podań, był tu od... zawżdy właściwie. Drzewiej nazywano go aliści inaczej.

– Światowidem, tak?

– Myślałem, żeś jeno pełna animuszu, a tyś światła zaprawdę - przyznał z podziwem. - A i owszem. Jest jeszcze inna wersja tej samej legendy. Wedle tejże wersji, król Bolesław Krzywousty był stanął z wojskami w Kruszwicy, szykując się do zdobycia Kołobrzegu. No i w przeddzień wymarszu w Oraculum św. Wita, kapliczce pełniącej role zamkowej, odprawiana była uroczysta msza. Jako kielich posłużyło kapłanom tajemnicze naczynie, pokryte dziwacznym, a nieznanym chrześcijanom wzorem. Kiedy msza dobiegała już końca, na wieży stanął młodzieniec w złotej zbroi, z lśniącą włócznią w ręku i śnieżnobiałym płaszczu na karku. Rycerz zeskoczył i cisnął włócznię w stronę Nakła. Wojska hnet ruszyły na Pomorzan. Ci zaś, widząc tajemniczą włócznię, wpadli w panikę. Polskie wojska odniosły tego dnia wielkie zwycięstwo.

– Święty Wit, tak?

Alchemik kiwnął z przekonaniem głową.

– Mistrz Flamel ma inne zdanie na temat natury tego fenomenu. W jego notatkach jest ustęp, odnoszący się do wezwania wszechpotężnego anioła, zsyłającego „światło natchnienia”. Na początku myślałem, że to zwykła inwokacja, którą zawiera niejedna księga magiczna. Tak jak teksty chrześcijańskie, które poczynają się od modlitwy o zesłanie na piszącego Ducha Świętego.

– Atoli nie jest tak?

 

– Nie do końca. W kaplicy świętego Wita, badając legendę Kadłubka, natrafiłem na osobliwą rycinę, nawiązującą do kabalistycznego wizerunku anioła, zwanego w kabale „Uchem Boga”. Jest to przydomek anioła oczyszczenia, piętnastego anioła kabały, zwanego Harielem. Rycina widnieje na ścianie, wkomponowana w przedstawienie świętego Wita, lecz nijak do reszty nie pasuje. To hebrajski znak, a wolej ciąg znaków, przedstawiający kolejno płomień, ucho, oraz drzwi.

– Hebrajskie znaki? Znaczy się, żydowskie jakie?

– Zgadza się. Co więcej, także w notatkach Flamela, natrafiłem na ślad Hariela. Przeczytać tam można na temat cherubina, który objawił się dzikim ludom wschodu, pomagając w utrzymaniu w wiary.

– Nie bardzo miarkuję – ściągnęła brwi.

– Hariel jest podług magicznych pism kabały, aniołem chóru cherubinów. Jego żywiołem jest ogień i potrafi się weń przeistaczać. Opiekuje się nauką i sztuką. Wywoływany w zaklęciach przeciw bezbożności, może wywołać powrót wiary, ale również, wezwany przez nieodpowiednią osobę, także rozlew krwi. Wedle kabalistów, jego ogień przynosi nieśmiertelność.

– Zaklęcia przeciw bezbożności? – wyłowiła Katarzyna. – Takiej, jak atak pogańskich Pomorzan?

– Właśnie. Uważam, że tutejsi mnisi parali się czarną sztuką. Jakąś formą kabały. To oni wezwali siłę, opisaną przez Kadłubka. Siłę, która do tej pory obecna jest w Kruszwicy.

– Ale skąd francuski alchemik wiedział o tym, co miało miejsce nad Gopłem? Snadź to mało go interesować musiało?

– Tego nie wiem. Ale wygląda na to, że zdarzenie, o którym rzecz u Kadłubka i w kronice Galla Anonima, było powszechnie znane wśród magów i kabalistów. Kruszwica od dawna była przez nich odwiedzana. Nic tu jednak nie odkryli.

– A ty? Baczenie masz na to miejsce już lat ładnych parę. Biedzisz się nad sekretami zamku, atoli coś tu nowego odkryłeś?

– Wiem jeno, czego tamci poszukiwali. Ale moje badania wciąż trwają, bałykuję jeno śladami poprzedników. Choć ostatniemi czasy, znalazłem się na dobrej drodze do opracowania rytuału, pozwalającego na kontakt z siłą, mieszkającą nad Gopłem. Mogę się pochwalić pierwszymi, znaczącymi sukcesami.

– Ach tak? A jakimiż to? To ty wywołałeś powrót zimy? – zakpiła.

– Nie – odparł poważnie. – Ale wywołałem światło, którego pochodzenie było zupełnie obce. Nienie potrzebuję tylko Czakramu Mocy, znajdującego się w jednym z kruszwickich kościołów.

– Czakramu? A cóże to takiego?

– Naczynie. A dokładnie kielich. Według legendy Czakram, został przyniesiony na nasze ziemie z Indii, przez Persów. Był to ten sam kielich, który wręczył Chrystusowi święty Melchior i to samo naczynie, z którego Jezus pił podczas Ostatniej Wieczerzy.

– Święty Graal?

Alchemik kiwnął z przekonaniem głową.

– Nie wiem, ilkoż w tych legendach prawdy. Natomiast według moich ustaleń, to właśnie tego czakramu użyto, podczas pamiętnej mszy w kościele świętego Wita. Pełnił rolę kielicha. Księża dobrze pojmowali sprawę z jego pochodzenia, oraz niesamowitych właściwości.

– Właściwości? – rzuciła zaciekawiona Katarzyna. – Jakich?

– Czakram jest wymieniony w księdze Flamela na liście komponentów, potrzebnych do przywołania siły. Obok krwi trzech rodzajów. Za Krzywoustego użyto krwi trzech pogan, z których

jeden był kapłanem, drugi wojownikiem, przemienionym w wilka, a trzeci czarownikiem. Przynajmniej tak mówi legenda.

– Ale nie posiadasz jeszcze kielicha, prawda? A w wilkołactwo nie wierzysz?

Alchemik posłał Kucharczykowej słaby, ale wymowny uśmiech.

– Na szczęście znalazłem już kilku łotrów, gotowych wykraść dla mnie naczynie.

– Ja zdobędę dla ciebie to naczynie – oznajmiła Katarzyna. – Szybciej, niż jakieś rzezimieszki. I za darmo. To znaczy, za możliwość terminowania u ciebie.

Przez chwilę alchemik mierzył dziewczynę, niepewny, co ma odpowiedzieć.

– Zgoda – rzekł po namyśle. – Możesz u mnie terminować. Lecz Czakramem zajmę się sam. Wynajęci przeze mnie ludzie są pewni, no i przede wszystkim, już zostali przeze mnie opłaceni. Ale

przyznać przed tobą muszę, zawżdy marzyłem o uczniu. Choć inaczej go sobie wyobrażałem. Wierzę aliści, że to spotkanie jest zrządzeniem losu. Wierzysz w los?

To mówiąc, raz jeszcze przyjrzał się uważnie Katarzynie. Nie doczekał się odpowiedzi.

– Więc mogę zostać? – rozpromieniła się. – Tak po prostu? Zaufałeś mi?

– Obaczym, do czego się zdasz. Jeśli tylko powiesz mi, ktoś jest. Widzisz, ja bardzo szybko

poznaję się na ludziach. No i wiem, żeś jest przy nadziei. Ciężarne białogłowy nie są tak groźne, jak wszystkie inne. Wybrałaś już imię dla synka?

Te słowa wbiły Katarzynę w ziemię. Jak to możliwe? Przecież nic jeszcze nie było widać.

– Mateusz mu dam.

– Ładnie, a przy tym biblijnie – parsknął. – A jak na ciebie wołają?

– Katarzyna – wyciągnęła dłoń. Uścisnęła rękę maga, pewnie i po męsku. Dłoń alchemika byłą żylasta i sucha. – Co to za „krew trzech rodzajów”?

– Tu natrafiłem na kłopoty w tłumaczeniu. Choć sądzę, że chodzi o krew bezbożnika, krew duchownego i krew czarownicy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?