Ognie Świętego WitaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ognie Świętego Wita
Ognie Świętego Wita
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Ognie Świętego Wita
Ognie Świętego Wita
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

białych równych zębów. Stała pochylona przy studni, skąd jeszcze przed chwilą nabierała wody. Obwiązała wilgotny sznur dookoła kołka, blokując kołowrotek i wyprostowała się, łapiąc pod boki.

Uwadze mężczyzny nie uszła zgrabna figura niewiasty, podkreślona przez obcisłą górę poszerzonej od bioder klinami spódnicy, z dużym, odsłaniającym ramiona i wydatne piersi łódkowym de-

koltem i długimi, zakrywającymi połowę dłoni, wąskimi rękawami.

Wpatrywała się w przybysza jak zaczarowana. Jej spojrzenie było jednocześnie zuchwałe i urocze. Wytarła brudne dłonie w wierzchnią suknię o stonowanej zielonej barwie i poprawiła wywinięty przy uszach kapturek. Zmierzchające słońce rzucało czerwony blask na bladą twarz kobiety. Największy skwar co prawda minął, ale powietrze wciąż czuć było ciepłe, panowała duchota. Ponad dachami domów fruwały jaskółki, rzadziej nietoperze. Kobieta rozejrzała się niepewnie, jakby pierwszy raz oglądała dobrze znane jej miejsce. Podwórko było niemalże puste.

Promienie słońca padały na wielkie dęby, pokryte przez bluszcz.

– A po cóż szanownemu panu potrzebny mistrz Kaźko? – odparła lekko zachrypniętym głosem.

Młodzian zeskoczył żwawo z klaczy i uśmiechnął się pod wąsem.

– Chciałem mu zlecić jaką robotę. Bardzo intratne zlecenie. To panny szanownej ojciec?

– Mąż – odparła lodowatym głosem. – A co to za praca?

Mężczyzna spokojnie sięgnął po cembrowinę i odczepił ją, ujmując w obie ręce. Woda chlusnęła na noski jego butów.

– Przy miejscowym kościele świętego Mikołaja. Ojciec mój, ufundował tam kaplicę Przenajświętszej Panience. Niestety, wymaga już renowacyji. Są i inne prace wykończeniowe, do których mus mi znaleźć zdolnego rzemieślnika.

– Na miły Bóg – oczy kobiety stały się okrągłe, niczym monety.

Mężczyźnie przebiegło przez myśl, że niewiasta zaraz padnie na kolana. – Mości pan jest naszym nowym starostą!

– Spokojnie, gospodza – to mówiąc, pan Andrzej rozejrzał się raz jeszcze po podwórzu. Zatrzymał spojrzenie na kobiecie.

– No? To gdzie go znajdę, coby o temacie uradzić?

– Pojechał do Fordonu. Wróci dopiero na świętych Apostołów

Kościelecki zatrzymał wzrok na dziewczynie. Poczuł, jak tętno mu przyspiesza. Bez słowa podszedł do progu domu, a dokładnie jego wpółotwartych drzwi. Budynek był jednopiętrowy, kryty

czerwonym, dwuspadowym dachem i mało okazały. Poza czarno białym szachulcem, nic nie ozdabiało fasady domu.

Niby to mimochodem ostawiając drewniane wiadro, starosta pchnął wzmacniane żelaznymi sztabami wrota. Pochyliwszy głowę, zajrzał do środka, w sień. Przywitała go ciemność, zapach trocin, dymu z węgla drzewnego i ziół.

Kobieta spojrzała za Kościeleckim, odwracając się ze zdziwioną miną w kierunku drzwi domu.

– Macie jaką służbę? – zapytał Andrzej.

– Nie potrzebujemy służby – odparła cicho, śmiejąc się do mężczyzny oczami. Patrzyła na Kościeleckiego bez skrępowania, nawet z dziwnym wyzwaniem w zielonych oczach.

– Jak tu wielmożny pan trafił? – spytała.

– Klacz mnie przyniosła.

– Nie o to pytam – skrzywiła się.

– Chodzi ci, czemu tu kogoś nie posłałem?

– Ano właśnie.

– Cóż, bezpośredni jestem. Jak się dowiedziałem od ludzi, że w moim mieście pobydla taki mistrz, jak Kaźko, chciałem go poznać we własnej osobie.

– Ludzie wiedzą najwyżej w którą stronę iść, żeby się odlać. Z Kaźka żaden sztukmistrz. Azali czy lepsiejszych w mieście nie znajdziesz? Mój mąż, prawda to, zdolność w rękach ma. Ale żaden tam z niego artysta.

– Ciekawe masz maniery.

– Przynajmniej obcym ludziom się do chaty nie pcham – odparła zaczepnie.

Starosta się zdumiał, że kobieta tak się do niego bezczelnie zwraca. Stał jednak milczący, nie bardzo wiedząc, jak się teraz zachować, gdy pierwszy raz ktoś tak go ugodził. W końcu kobieta nagrodziła jego milczenie wybuchem serdecznego śmiechu. Odchyliła przy tym głowę, uwalniając spod czepka pukiel miedzianozłotych loków.

– Co cię tak śmieszy? – Andrzej przestąpił z nogi na nogę. - Za takie słowa niejedna skończyłaby w lochu.

– Ty mnie bawisz, panie – położyła dłoń na biodrze, między czerwoną suknią spodnią, a zieloną, wierzchnią. – O, gdybyś się mógł zobaczyć, jak oblewa cię rumieniec... Od razu widać, że nie wiesz jak postępować z niewiastami. Ale młody jeszcze jesteś. Nauczysz się.

– Ja się nauczę? – uśmiechnął się zuchwale. Poczuł na sobie dziwny, pełen namysłu wzrok kobiety.

– To co? Do ciemnicy mnie zawiedziesz?

- Może - odparł z uśmiechem.

- Straszny upał... – rzuciła, zdejmując kapturek i wachlując się po twarzy. - Chłodniej by mi w tym twoim loszku było.

Westchnął na widok włosów kobiety. Były gęste i rude niczym płomień, zebrane z tyłu głowy zielonymi wstążkami, poczuł nagle ochotę by zobaczyć je w pełnej krasie, uwolnione, rozsypane na jego dłoni. W słońcu przybierały ciemno złoty odcień, mieniąc się odblaskami promieni.

Przez chwilę przyglądała się mu z wyczekiwaniem w zmrużonych oczach.

– Po co naprawdę tu przyjechałeś? – zapytała.

– Nie rozumiem, do czego pijesz.

– Rozumiesz, rozumiesz – kiwnęła głową. – Widziałam cię już. Na targu, w zeszłą sobotę. Przyglądałeś mi się z oddalenia.

Pokręcił głową.

– To nieprawda.

– Azaliż? – nie spuszczała z niego spojrzenia. Trwali chwilę w ciszy.

Nagle rudowłosa odwróciła się na pięcie i z gracją przekroczyła próg domu.

– Może w środku będzie chłodniej i nie będziesz mnie musiał po ciemnicach prowadzić? – rzuciła na odchodnym przez ramię, a potem znikła we wnętrzu sieni i stamtąd dodała. – Sam chciałeś zobaczyć naszą izbę. Chodź zatem, wszystko ci pokażę.

Andrzej stał chwilę, namyślając się. Potem przekroczył próg.

Pochylił głowę.

W sieni poczuł zawrót głowy. Przejął go osobliwy chłód. Po karku mężczyzny przebiegły nieprzyjemne mrówki. Prawie runął na masywną skrzynię i złapał ręką płaszczy, zwisających z wieszaka. Usłyszał, jak szarpnięty materiał drze się po całej długości szwu.

Wypuścił płaszcz. Poczuł pod palcami nierówną powierzchnię rzeźbionej deski. Jakoś złapał równowagę.

– Pani? – rozejrzał się, ostrożnie wchodząc w izbę. Poczuł ukłucie podejrzenia. Wciągnął w nozdrza woń słomy, wyściełającej klepisko. W kącie stało okazałe łoże, jeszcze jedna skrzynia, dalej wznosiły się wiodące na piętro schody. Zapewne mieścił się tam magazyn... Trzy pozasłaniane okiennicami, długie okna, musiały wychodzić na ulicę Polską. Dawały w sumie niewiele światła. Między pierwszym a drugim stał sporych rozmiarów piec chlebowy z metalowymi drzwiczkami.

Za to dach był w jednym miejscu hojnie podziurawiony.

– Pani?! – powtórzył natarczywie. Mróz zaczął kłuć mężczyznę w policzki. Zobaczył parę, wydobywającą się z jego ust. Wyciągnął rękę, dotykając omiecionego okruszkami stołu. Wrażenie chłodu w tej samej chwili ustąpiło.

Rozejrzał się. Nigdzie nie było dziewczyny. Izba sprawiała wrażenie większej, niż na to wskazywała wielkość budynku. Sztylety słońca poruszyły się i zaczęły przemieszczać po pomieszczeniu. Gdzieś z końca mrocznej izby dobiegł uszu mężczyzny głęboki kobiecy śmiech.

– Gdzie jesteś?! Pokaż no się! – odskoczył od ściany i obszedł całe pomieszczenie. Wpadł w półmroku na jakiś stojący wolno zydel.

Dłoń mężczyzny spoczęła na przytroczonym do pasa sztylecie. W tej samej chwili kobieta wyszła mu naprzeciw, z dłońmi splecionymi razem.

– Ktoś ty? – zapytał. Mówił powoli, jak w śnie. – Czarownica? Zauroczyłaś mnie?

– Mam na imię Katarzyna.

– Nie o to mi chodzi.

– Nie jestem wrogiem, panie.

– A skąd ty to wiesz?

– Kobiecy instynkt.

Zmrużyła oczy, pochylając głowę. Wiodła za nim wzrokiem, gdy podchodził do stołu, stanął jakby niezdecydowany. Ruszyła w jego stronę.

W tej samej chwili rzucił się w kierunku kobiety. Rozbłysł nóż. Ostrze znalazło się między nimi. Przytknął sztylet do brody rudowłosej, chwytając drugą ręką za szyję.

– Puść mnie... – warknęła. Jej dłoń prawie sięgnęła jego twarzy, ale złapał ja i przytrzymał.

– Bo co? – zachichotał. – Patrzcie ją, jaka dzika kotka... Jak się buci...

– Bo pożałujesz, bezecniku!

– Pożałuję. Jas... – nie dokończył. Poczuł, że zabrakło mu powietrza. Osunął się, czując potworny ból w kroku.

– Ostrzegałam cię! – stanęła nad mężczyzną. Nagle ręka Kościeleckiego ucapiła Katarzynę za rąb spódnicy. Andrzej poderwał się w górę i całą masą swego ciała pchnął kobietę na ścianę.

– Wiedźma! – docisnął jej nadgarstki do desek ściany. Patrzyła prosto w twarz gwałtownika, mrużąc nienawistnie oczy. Kościelecki zaśmiał się w odpowiedzi.

– Wyglądasz jak żmija – zauważył.

– Też nadobny łacno nie jesteś, gałganie jeden! – uśmiechnęła się nieszczerze.

– Pytałem cię o coś, kwiatuszku.

– Odpowiem, jak mnie puścisz – odparła przez zaciśnięte zęby. – Puszczaj, bo jak cię ćwiknę!

– Puszczę, jak odpowiesz – oznajmił spokojnie.

– Czujesz li to? To moje kolano przy twoim przyrodzeniu, głowniku jeden. A nienie puszczaj.

Zabrał ręce i cofnął się o krok.

Przez chwilę tarła nadgarstki. Potem obróciła się, obserwując mężczyznę, który przechadzał się po izbie. Podszedł, powoli wymacując ostrzem drogę, w kierunku wielkiego, chlebowego pieca. Rzucił okiem na zawieszone wkoło pieca zioła. Czarci pazur, dziurawiec, mniszek pospolity, szałwia lekarska, męczennica cielista, naparstnica wełnista...

Powoli obchodził piec. Jego palce same natrafiły na wyżłobienia, pokrywające boczną ściankę.

 

– Podchodzić się nie waż! – Katarzyna zrobiła niepewny krok w stronę

pieca. Lecz już było za późno.

– Co za ciekawy piec masz tutaj – w głosie mężczyzny brzmiało rozbawienie. – Żywię nadzieję, że nie używasz go też do pieczenia chleba? To bardzo osłabia efekt gusków.

Katarzyna stała, jak wryta. Starosta wyszedł zza pieca, trzymając w ręku jedną z trzech nóżek niewielkiego, za to całkiem osmolonego kociołka. Przyglądała się uważnie naczyniu, po chwili przeniósł wzrok na dziewczynę.

– Symbole żywiołów i pentakl na ścianie pieca trochę niedbale wyrysowane, ale miarkuję, że nie miałaś lepszych narzędzi.

– Musisz być taki z siebie kontent? – wymruczała, krzywiąc blade wargi w sarkastycznym uśmieszku.

– Po prawdzie, to zawżdy się dobrze miewam.

– Jesteś guślarzem?

– Ja? Trochę jeno. Ale ty za to, jesteś pełną gębą wiedźmą. Za taki ołtarz, poszłabyś na stos. I te wszystkie ustrojstwa... Dzwonek, kielich do wina, rytualne noże...

Gwizdnął przeciągle.

– Chyba tylko raz, jak żyję, widziałem lepiej doposażoną izdebkę – oznajmił. – Twoja jest oczywiście stworzona w, że tak powiem, przydomowych warunkach. Kaźko wie, kogo pojął za żonę, czy też żyje w błogiej nieświadomości?

Zmieszała się, odwracając twarz.

– Czyli kiep z niego i nie wie – ocenił.

– Czego chcesz?

– A ty? Chcesz, abym komuś rozgadał, co tutaj trzymasz? – zapytał.

– A czyń sobie komeraże, komu chcesz. Rano i tak mnie już tu nie będzie. Poczekam jeno, aż przestanie dżdżyć.

– Dżdżyć? Dyć nie pada.

– Zobaczysz, że będzie – oznajmiła. Podeszła do stołu. Cały czas śledzili się kątem oka. Oboje.

– Kędy widziałeś tą drugą pracownię? – zapytała.

– W Kruszwicy. Siedzi tam jeden alchemik. Czech.

– Aha – uchyliła okiennicę. Za przedzielonym przez łączone ołowiem gomółki żebrowanym oknem, już zbierały się chmury. Ostatnie, czerwone promienie słońca iskrzyły się na dachówkach okolicznych domów, lecz nad nimi kłębiły się coraz ciaśniej pomalowane ciemnością chmury. Miasto zdało się płonąć. Lecz nie minęła krótka chwila, a cienie pochłonęły całą Bydgoszcz. Powiał

chłodny, orzeźwiający wiatr.

– Faktycznie – pokręcił głową, siadając po drugiej stronie stołu i pochylając do okna. – Na słotę zanosi. Skąd wiedziałaś?

– Nie łypaj tak na mnie, łotrze. Jestem czarownicą.

Zmierzył Katarzynę.

– Masz tu jakie wino? – zapytał.

– Jedynie mszalne.

Z dworu dobiegł ich głos strażnika miejskiego, nawołującego, żeby gasić światła. Po chwili ujrzeli blask pochodni, przesączający się z ulicy przez szparę między skrzydłami okiennicy..

Kościelecki obserwował ją. Siedział ponury, z ręką opartą na kolanie.

– Dobrzy gospodarze! Gaście światła! – rozbrzmiewało.

Po niecałym pacierzu lunęło. Okna rozświetlały co i rusz przecinające niebo błyskawice. Dach szybko zaczął przeciekać. Kościelecki ustawił w środku izby miednicę. Zrobiło się całkiem

ciemno. Katarzyna zapaliła kawałek świeczki. Niewiele dawała światła, ale zawżdy coś.

– Czego tu jeszcze chcesz? – zapytała znienacka, przerywając ciężką ciszę Katarzyna.

– Na wino czekam. I twojego pana męża. Pogadamy sobie z Kaźkiem, jak para starych druhów. Na twoim miejscu zachowałbym się w tym czasie jak należy. Pomna bądź, z kim rozmawiasz.

– Wino znajdziesz w spiżarce – mruknęła Katarzyna. – A zachowywać się będę wedle własnego uznania. Nie obchodziłoby mnie, gdybyś był samym papieżem.

Usiadła w kącie izby. Stało tam wielkie łoże z drewnianą ramą, obudowaną z obu stron przez skrzynię. Łóżko przykrywały pledy i łaciate skóry. Rudowłosa ściągnęła przez głowę wierzchnią spódnicę i rozsupłała wstążka za wstążką włosy. Cały czas mierzyła gościa nieodgadnionym spojrzeniem zmrużonych oczu.

Andrzej wstał i przemierzył izbę. Jego kroki współbrzmiały w w półmroku z szumem stukoczącego w okna deszczu. Wrócił z dzbankiem. Postawił go na stole z takim impetem, że Katarzyna aż podskoczyła.

– Chcesz? – zapytał, wznosząc naczynie.

– Ależ mnie panie nędzisz – odpowiedział zaspany, zniecierpliwiony głos. Leżała już pod skórami. Pokręciła głową, aż wkoło jej głowy zawirowały złote pukle. Były jeszcze piękniejsze, niż sobie wyobrażał. Ich miedziana barwa podkreślała bladą, nakrapianą piegami skórę dziewczyny. Położyła się. Chwilę zwlekał. W końcu podszedł, stając u wezgłowia.

– Nawet nie miej mrzonek – usłyszał pomruk kobiecego głosu.

– Chciałem cię tylko spytać, nadobna pani.

– Słucham – odpowiedział zaspany, niecierpliwy głos.

– Masz jakie jadło? – zapytał, choć wcale nie był głodny.

Usiadła i ziewnęła, przykrywając derką. W ciemności jej oczy świeciły się, jak u kota.

– W spiżarce nie znalazłeś? – rzuciła opryskliwie. – Toż tam mnożność. Powinny być jabłka, solona wieprzowina, kapusta kiszona i bochen chleba. Zjedz wszystko. Chudy jesteś.

Przysiadł przy stole i wyciągnął nogi. Kasia znowu się położyła.

– Naprawdę zrejterujesz? – zapytał, gdy cisza zaczęła się wydłużać.

– Mhmmm... – odparła, odwracając plecami. – Wraz z jutrznią.

- Kaźkowi nic nie powiesz?

Zerwała się, tym razem nie dbając o przykrycie piersi. Blade krąglizny sutków wyzierały spod futra i byle jak zarzuconej koszuliny z rozsznurowanym stanem.

– Ale ty głupi kiep jesteś – oznajmiła. – Dziewczyna cię zaprasza, przy tobie się roznegliża i do wyra kładzie. A ty jak ten idiota siadasz w kącie. Chodźże tu w końcu... Tylko zzuj buty.

Zrobiła mu miejsce i poklepała powierzchnię łóżka.

– Jak sama rzekłaś. Nie znam się na białogłowach – odparł bez cienia uśmiechu, po czym poderwał się w górę.

– Za to ja znam się na was. Wszyscy jesteście podobni. Ty jeno niezbornego udajesz, jako że przystojne masz obyczaje. Ale radnie byś ze mną poswawolił, sierdziwy chłopcze.

– Duże masz doświadczenie?

– Ech, panie... Za dużo czasu naszego wspólnego mitrężysz. Zimno mi się robi, a ty zamiast się umizgiwać, jak trza, ty ze mną jak na zarękowinach poczynasz... – jej słowa zabrzmiały, jak przygana.

– Nie powinienem ci ufać – wstał, odpinając pas. – Jesteś czarownicą.

– A ty ciągle to samo. Żywo się jeno zakrzątnij, a nie mnie tu bałamucisz, jakbym jakim niemowlątkiem była. – odchyliła całkiem nakrycie, rozkładając białe uda. Podciągnęła skraj koszuli i posłała mężczyźnie lubieżny uśmiech rozchylonymi wargami. Miała mocne i długie nogi, oraz bardzo kształtne stopy.

Przełknął ślinę. A potem przysiadł na skraju łóżka.

– Na początku mnie nie chciałaś – zauważył.

– A ty długo jeszcze? – zapytała. Zobaczył w jej oczach głód rozkoszy. – Teraz cię chcę. Odmieniło mi się.

– Bom czarownik?

Podniosła głowę, opierając ją na łokciu i przyjrzała się mu z uśmiechem. Miał piękne oczy i mocno zarysowaną żuchwę.

Ogarek prawie dopalił się do cna. Spojrzała w kierunku stołu. Przeciągnęła się prowokująco.

– Bo ochoty nabrałam – rozległ się jej senny, przejmująco erotyczny głos. – Ty także.

– Wcale nie.

Posłała mężczyźnie wymowny uśmiech.

– To czemu patrzysz mi się na draźnięta?

– Bo duże są nadspodziewanie.

Zmrużyła zjadliwie oczy.

Nie wiedział nawet, kiedy zaczęli się całować. Całowali się do upadłego. Nawet nie wiedział, kiedy zaczęli się kochać. Izbę wypełniły urywane oddechy, głębokie pomruki i okrzyki rozkoszy dwójki kochanków. Pożądanie ogarnęło ich bez reszty. Katarzyna przeżywając swą rozkosz wyglądała jak święta, ogarnięta ekstazą.

***

– Dokądś się wybierasz? – Andrzej podniósł głowę. Było już rano. Na dworze śpiewały ptaki. Cykały świerszcze. Katarzyna stała na progu, odwrócona plecami. Musiała walczyć ze sobą, zanim się odwróciła. Na jej twarzy ujrzał odmieniający twarz kobiety, skrępowany uśmiech.

– Nie chciałam cię budzić.

– Chciałaś uciec, jak jaki nocownik – wstał. Bez słowa wyszli na zewnątrz. Tam czekał na kobietę bułany koń. Nie tak piękny, jak kara klacz starosty. Przełożyła mu przez boki juki.

Kościelecki rozejrzał się. Stał w samych portkach, szukając wzrokiem czarnej klaczy. Nawet nie pamiętał, czy ją do czegoś przywiązał.

W jego ospałość poranną wdarł się głos kobiety.

– Dobrze nam w nocy było nawzajem naśmieszyć się sobie, pocałusować – oznajmiła. – I podobasz mi się. Jesteś nadobnym mężczyzną. Może w innym czasie i miejscu. Ale to była tylko jedna noc, jedna przytrafina. Nic więcej, bo na więcej sobie nie możemy pozwolić. Ja oddana, ty wysoki urząd piastujesz, wystawny jesteś, a ważny. Nie możesz się związać z kimś takim jak ja. Dlatego wyjeżdżam na czas jakiś, co by ci w głowie ulżyło.

– Możemy się spotykać. Mogę cię przyjąć na służbę, do zamku.

– Nie – uśmiechnęła się. – Nic mi po tobie nie będzie.

– Mogę ci despekt uczynić, że się złymi praktykami zajmujesz – to miała być tylko krotofila. Lecz w tej samej chwili wejrzał w jej palące spojrzenie. Wzięła jego słowa serio.

– Wynoś się, gałganie jeden – oznajmiła.

– Nie. Nie odejdę.

Odrzuciła włosy i przyjrzała się Andrzejowi.

– A czemu nie?!

– Prawdę ci powiem. Dziś rano się obudziłem i czułem się inaczej. Nie wyjeżdżaj. Potrzeba mi cię.

– Gwoli, że to są słowa mężczyzny, który nie potrafi kochać? Wynośże się, panie Andrzeju. Pókiś hoży.

– Spójrzże mi w oczy – zażądał. – Wiesz, że to nieprawda.

– No dobrze, zrobimy tak, że w mieście pozostanę – odparła. – O spotkaniach też może w przyszłości pomówim. Ale teraz... Teraz to już idź stąd, starosto, póki mi cierpliwości staje. Sama z sobą chcę zostać.

Po chwili namysłu pokiwał głową. Pojął, że nic nie zdziała.

***

Ołowiane drzwi otworzyły się z głośnym łoskotem. Do środka wlało się światło i namalowany nim cień ogromnego mężczyzny. Ujrzała błyszczące chucią, a może jedynie odbiciem płomienia kapiącej ogniem pochodni, wyłupiaste oczy. Pomiędzy oczami ogromny, połamany wiele razy nos chwytał w nozdrza piwniczny smród celi. Kwadratową szczękę strażnika pokrywał trzydniowy zarost. Mężczyzna miał na głowie misiurkę, a na piersi mieniącą się białą strzałę w zwieńczeniu podkowy.

– Wstawajże, czarci pomiocie – rzucił wchodząc do środka. Za nim wmaszerowali inni. Ich twarze kryły się w cieniu, padającym zza placów wielkiego draba. Poczuła z daleka smród przetrawionego wina, wolała więc podnieść się, zanim wymierzą jej bata, albo kopniak w brzuch.

***

Kiedy prowadzili ją wąskim, ciemnym korytarzem, jedyne co widziała, to odblask pochodni, malujący ścianę sylwetkami demonów. Wkoło rozlegało się brzęczenie kolczych nogawic i szuranie skórzanych buciorów. Nagle przejście się skończyło i oczom dziewczyny ukazało się rozgwieżdżone, nocne niebo. Wiał chłodny wiatr, wzbudzając w ruch ścianę ogołoconego z liści żywopłotu. Krzewy roztapiała ciemność, urozmaicana blaskiem pojedynczej pochodni.

Rozejrzała się. Na rozdeptanym podejściu roiło się od ka- łuż, wypełnionych brudną, stojącą wodą. Podlane wodą czapy zbitego śniegu leżały przyklejone do skrajów chat. Z dachów kapała woda. Śnieg przyklejał się gdzieniegdzie do błota, niczym pasemka siwizny. Prędko jednak znikał. Czerwone w tym monochromatycznym świecie tuniki otaczających kobietę zbrojnych, były jedynym kolorowym akcentem, równoważącym szarości. Na początku nie wierzyła własnym oczom. Poczuła szarpnięcie. Ściskające jej ramiona karwasze przepełniły ciało tępym bólem, wiedziała zatem, że nie śni. Usłyszała parskanie koni i zobaczyła drepczącego w miejscu, łaciatego niczym krowa wierzchowca. Stał przy nim ubrany w czarny, zapinany na guziki kaptur człowiek. Ściskał w ukrytej w rękawicy dłoni wodze drugiego zwierzęcia. Nie widziała jego twarzy. W drugiej ręce ściskał kubek. Dopił, co miał dopicia, a resztę chlusnął w błoto. Oddał kubek jednemu ze zbrojnych i pozwolił przykryć swoje plecy czarnym płaszczem. Oba konie były okulbaczone. Przy łaciatym stanął parobek. Przez chwilę milczała nie odrywając wzroku od mężczyzny. Tak, jakby nie była do końca pewna, co powiedzieć.

– Co to ma znaczyć? – obejrzała się, pozwalając jednak złożyć sobie na ramionach ciepły płaszcz z kapturem. Chwyciła opończę palcami i przygarnęła do siebie, zakrywając piersi.

– Cichajcie, pani. Nie ma co mieszkać – przemówił cicho mężczyzna w kapturze.

– Czy... Czy to... Czy to Andrzej cię przysłał?

– To ja wydałem wszystek rozkazów – usłyszała. Mężczyzna wyciągnął obie dłonie do przodu. Splótł z sobą palce i przerzucając nogę nad zadem konia, wbił się w kulbakę.

 

Nieznacznym ruchem palców nakazał podciągnąć kobietę w górę. Rosły strażnik chwycił Katarzynę pod boki i uniósł, umieszczając w siodle tak, aby nogi zwisały po jednej stronie.

Przeniosła obojętny wzrok na zakapturzonego mężczyznę i przełożyła stopę przez koński kark. Spojrzała wyzywająco na żołnierza, lecz ten spuścił oczy. Odziany w czarny płaszcz jeździec ruszył bez słowa wzdłuż żywopłotu. Instynkt podpowiedział Katarzynie, aby uczynić to

samo.

– Załóżże na głowę kaptur – mruknął mężczyzna nie znoszącym sprzeciwu, natężonym głosem.

Nie zauważyła nawet, kiedy podjechali do sklepionej wąskim tunelem bramy. Zatrzymali ich tam strażnicy, lecz na krótki sygnał tajemniczego mężczyzny, wszyscy odstąpili. Przejechali przez krótki tunel, wsłuchując się w łomot uderzających o bruk kopyt. Senne podgrodzie majaczyło we mgle, rozbrzmiewając krótkim, urywanym wyciem jakiegoś psa. Zaraz potem ruszyli kłusem w pola, poprzecinane wstęgami dróg, wyglądających jak wielkie węże, rzucone w czarną glebę. Wkrótce bruzdy pól zniknęły, zastąpione rzędem wyniosłych drzew, których białą korę przecinały brudne, czarne cętki. Tu zwolnili do stępu. Katarzyna cały czas wodziła spojrzeniem wokół siebie. Rozglądała się, nerwowo i czujnie. Niektóre drzewa rozdzielała zupełnie pusta przestrzeń. Gdzie indziej rosły węzły splatających się, krzyżujących korzeni. Owiewał ją zimny, świszczący wicher, a otaczała ciemność, oblepiona przez rzadką mgłę. Stęp poprzedzającego ją mężczyzny, przeszedł w kłus. Ściana lasu czerniała tuż przed oczami jeźdźców. Przypominała mur, rozgałęziony na szczycie. Wstęga wysypanej piaskiem drogi wiła się, wnikając w chromatyczną ciemność. Przecięli skraj lasu w tej samej chwili, gdy migotliwy blask pochodni przeciął gościniec. Zalało ich okropne, trupie światło. Drzewa wykrzywiły się w świetle, przemieniając w potworne sylwetki, korzenie upodobniły do gniazd ruchomych węży, a mrok całkiem ustąpił.

– Co to za bałuch? – zapytała Katarzyna. Otoczyły ich głosy i mężczyźni w kaftanach. Mieli brudne twarze, skołtunione włosy na głowach. Rozmawiano po niemiecku, a ten język Katarzyna znała bardzo słabo.

– Jesteś zdrożona i pewnie nie jadłaś dziś nic porządnego – odparł mężczyzna, zdzierając kaptur z głowy. – To nie był dobry pomysł pozostawać w mieście na noc. Ale tak samo głupie jest jeżdżenie po nocy knieją. Tu przenocujemy. Insze są to warunki, niźli te, do których przywykłaś, ale muszą ci na dziś wystarczyć.

Z tymi słowy przerzucił nogę przez kark konia. Obok przeszło kilku mężczyzn w zadymowych kapturach. Ktoś rozpalał ognisko.

Kucharczykowa wciągnęła w nozdrza zapach pieczonego królika, zmieszana z wonią ziół i zapachem sosen.

– Kimże jesteś? – zapytała, wbijając spojrzenie w plecy zgarbionego mężczyzny. Odwrócił się, dźwigając w obu rękach ciężką kulbakę.`

– Ty!!! – rozpoznała burgrabiego.

– Ano. Jam to – odparł bez cienia uśmiechu.

Zeskoczyła z siodła, ale zawahała się, czy podejść do mężczyzny, który jeszcze kilka pacierzy temu zamierzał ją wysłać na stos.

– Jakże to może być? Przecież... Proces...

– Proces, nie miał znaczenia, iżbyś miarkowała inaczej – spojrzał na nią bez mrugnięcia. Cisnął siodło sobie pod nogi. – Żadnego znaczenia on nie miał, gwoli jednak sytuacyji, odbyć się musiał.

Uśmiechnął się zagadkowo.

– Nic do ciebie nie mam – rzekł z zaskakująca łagodnością – Impertynencje tobie czynione musem były. Zwykły familijny zatarg. Gdyby to ode mnie zależało, mogłabyś się chędożyć z samym Jagiellonem.

Przez chwilę mierzył kobietę.

– No, co milczysz? Dopięłaś swego. Jesteś wolna, konać w ciemnicy nie będziesz, kondemnaty unikniesz. I tylko czekać, aż twój miły cię najdzie cię tam, dokąd jedziemy.

– To znaczy? – zapytała. Wydawała się nie słyszeć słów Bartłomieja. – Zabierasz mnie pewnie do jakiegoś klasztoru, żeby ze mnie posłusznicę sprawić?

– Ty i śluby? Za takiego aż mnie masz popiśnika?

– To gdzie mnie zatem wleczesz?

– Nie mogę na razie powiedzieć. Im wiedzy mniej masz, tym sierce twe mniejsza trwoga uciąży.

– Naprawdę wierzysz, że jestem wiedźmą?

– Nie – odparł z krzywym uśmiechem. – Ja w ogóle nie wierzę w gusła. Moim zdaniem twój obłąd polegał na tym, że się wemknęłaś w nieodpowiednie łoże. Znam ja trochę Andrzeja. Tkliwy to on jest, jak go chuć bierze. Wtedy on chwacki i oddany. Ale potem? Czy pomógłby ci w sprawie męża? No? Nie pomógłby, nawet gdyby mógł. Bałamuciłby cię tylko, bez opamiętania.

Katarzyna kręciła cały czas głową.

– Co więcej, na twoim miejscu porządnie bym się zastanowił nad tymi wszystkimi zbiegami okoliczności – dodał. – Czy są to zaprawdę zbiegi okoliczności, czy nie daj Bóg, czyjeś celowe czynienie?

Sam nie wierzył w to, co mówi, ale musiał zdobyć zaufanie Katarzyny.

– Co masz na myśli? – ściągnęła brwi dziewczyna.

– Zmiarkuj. Pierwej wpadasz w oko staroście, ale odrzucasz jego amory. Potem, wskutek śmierci małżonka, idziesz do jegomościa w łaskę, jak jakaś babka proszalna. A co on ci oferuje? Żebyś rozkraczyła nogi. “Pokaż kuśkę, to zobaczymy, co się da zrobić.” Nie powiedział tak?

– Nie musiał – odparła zuchwałym głosem. Niemal wykrzyczała burgrabiemu w twarz.

– Oho! – odpowiedział. – A to dopiero sztuka z dowcipem!

Zzuł z rąk rękawicę, palec po palcu. Ścisnął drugą, po czym oddał je kłaniającemu się w pas parobkowi.

Rudowłosa spojrzała w bok. W jej oczach zalśniły łzy.

– Nie wierzę ci – wychrypiała. – Słyszysz?! Nie wierzę w ani jedno kłamliwe zdanie. Dla mnie to duby smolone są i fortel!

Zerknęła prosto w oczy burgrabiego. Wyglądał na zadowolonego Obróciła niemal mechanicznie głowę, wlepiając spojrzenie w ognisko.

– Ty chyba nie do końca pojmujesz, w jakiej się znalazłaś sytuacji, kochane dziecko – zauważył Neciszewski. – To, czy mi wiarę dajesz, czy impertynencyję wyrzucasz, nie ma tutaj znaczenia. W Bydgoszczy jesteś spalona. Dosłownie.

Poczuła, jak grunt umyka jej spod stóp. Zalewająca kobietę fala gorąca nie była jednak wynikiem szarpiącej nią wściekłości.

O, nie, Katarzyna wiedziała, co dzieje się z jej ciałem.

– No już, nie rycz – wyciągnął ku niej ramiona burgrabia. Przyciągnął kobietę ku sobie. Na ustach Bartłomieja pojawił się drwiący uśmiech.

– Zabieraj te łapy, fagasie jeden! – wykrzyknęła, zagryzając zęby. Odepchnęła mężczyznę.

Nieciszewski posiniał ze złości, ale nic nie wyrzekł. Stał tylko ze spuszczonymi oczami.

Przez chwilę milczała, niepewna, na ile jeszcze sobie może pozwolić. W końcu buta przeważyła.

– Możesz powtórzyć staroście, że wolałabym, aby czort, którego noszę w łonie, wychował się bez ojca, niż żeby miał nim być taki hultaj, jak on.

Przez chwilę wymieniali spojrzenia. W końcu kobieta odwróciła wzrok. Nie mogła dłużej patrzeć w oczy burgrabiego. Czaiła się w nich ciemność, która przeraziła Katarzynę.

– Tak, tak. Jestem przy nadziei – mruknęła w kierunku żarzącego się ognia. – Pozwoliłeś swoim ceklarzom dłażyć kobietę w stanie błogosławionym.

Bartłomiej zerknął w niebo, na którego sinym tle pojawiły się rzadkie śnieżynki. Owinął się płaszczem, jakby mu nagle zrobiło się bardzo zimno.

– Azali wiedziałem? – przywołał na oblicze sztuczny uśmiech. – Nadto, wykonywałem jeno rozkazy. Nie możesz mieć do mnie pretensji gwoli tych bezeceństw, które ci czyniono.

– Wszyscy mówicie zajedno.

– Prawda to – zgodził się. – Ale teraz mus mi zgłosić mocodawcom, że nosisz w łonie bękarta, że babić im go przyjdzie. A wtedy, moja droga, gmin Bydgoszczy to twa najmniejsza doległość. Długo oboje nie pożyjecie, ani ty, ani dziecię.

Po raz kolejny tego wieczora poczuła, że popełniła ogromny błąd, którego już nie da się naprawić. Mężczyzna przyciągnął ją mocno do siebie. Tulił ja jak ukochaną istotę.

– Nie biedź się ze mną. Nie smuć – wyszeptał Katarzynie do ucha. – Nikomu słowa nie wyrzeknę o dziecku. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. Sama postanowisz, czy powiedzieć Andrzejowi, czy nie.

Zmrużyła oczy, odwracając się od niego. Jej ciężkie włosy poruszyły się na ramionach, niczym żywe stworzenie. Emanowały wilgotną miękkością. Zapach tej kobiety był wprost odurzający. Pomimo nocy, spędzonej w celi pachniała słodko. Burgrabia poczuł przyjemność, płynącą z dotyku jej ciepłych palców. Choćby przelotnego. Choćby miały go odpychać. Potrząsnął głową. Nie powinienem, to zbyt niebezpieczne – pomyślał.