Sceny z życia za ścianąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

Wydanie pierwsze

Delivery of this copy of the work does not amount to any transfer of copyright to the work. Any publication orany other use, disclosure or disposal of this work in whole or in parts, in the original or in any translation, in adaptation or as an artistic performance, reading, broadcasting is subject to prior consent of Wydawnictwo Literackie. The consent should be in writing under pain of nullity.

Redakcja

Dorota Wierzbicka-Sarabura, Wiesława Otto-Weissowa

Korekta

Etelka Kamocki, Ewa Kochanowicz, Paulina Małochleb

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Anna Pol

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2008

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04649-4

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp z o.o.

Wirtualność

„Bo teraz, w sierpniu, nagle w środku upalnego lata spadł śnieg wprost pod moje bose stopy. I nie pragnę już niczego więcej, jak tylko podeptać i roztopić te płatki”. Pamiętasz te zdania? Pamiętasz! Oczywiście, że tak! Ty pamiętasz każde, nawet najmniejsze zadrapanie na swoim ego.

Napisałam do Ciebie w ciągu tych dwóch lat kilka tysięcy zdań, ale te dwa były tak naprawdę najważniejsze. Natychmiast, co także było wyjątkowe, zareagowałeś agresywnym zdziwieniem. Potem w złości napisałeś: „Liczyłem wprawdzie na poezję, ale na tę o wiele mniej patetyczną, a bardziej erotyczną”. Pomyślałeś więc, że się na mnie zemścisz. Uciekłeś bez pożegnania i zamilkłeś na kilka dni. Niczego wtedy tak bardzo nie chciałam jak tego, abyś zniknął raz na zawsze. Nie zniknąłeś. Po powrocie – nawet nie zaczekałeś do poniedziałku i łamiąc wszelkie ustalone „zasady bezpieczeństwa”, wysłałeś tego e-maila z domu – przepraszałeś, byłeś skruszony, znajdowałeś wymyślne usprawiedliwienia dla swojej nieobecności podczas tych „kilku samotnych dni” i prosiłeś, abym „została”. Postanowiłam zostać tylko dlatego, że nie potrafiłeś mi do końca wytłumaczyć, co to znaczy „zostać”. A ja bardzo chciałam się tego dowiedzieć.

Przez tych „kilka samotnych dni” byłeś z nią w Białogórze. Nagle przypomniałeś sobie, że to jej ulubione miejsce, znalazłeś czas, aby przejrzeć oferty i zarezerwować hotel. Odwołałeś – i nic takiego się nie stało – wszystkie piątkowe spotkania, odważyłeś się wyłączyć firmowy telefon i w akcie niebywałego u Ciebie heroizmu nie wziąć ze sobą komputera. Nagle, przez niecałe trzy doby byłeś dokładnie taki, jakiego ona pragnie. I jakiego pamięta sprzed kilku lat. Co się z Tobą stało? Przypomniałeś sobie, jak bardzo jest dla Ciebie ważna? Przestraszyłeś się samego siebie? Dotkliwiej niż dotychczas poczułeś się winny? Czy tylko chciałeś ukarać mnie za odrzucenie? W dzień, pod plażowym parasolem, nachylałeś się nad nią, aby posmarować kremem jej plecy, uda i piersi, opowiadałeś jej książkę, którą właśnie czytasz, a ona, po bardzo długim oczekiwaniu, miała wreszcie całą Twoją uwagę i okazję, aby przypomnieć Ci, albo raczej powtórzyć, że jesteś dla niej najważniejszy. Czy wiesz w ogóle, co to znaczy być dla kogoś najważniejszym? Wieczorami, po kolacji, spacerowaliście po plaży, zbierałeś dla niej muszle, trzymałeś ją za rękę, ukradkiem brałeś do ust jej włosy i wsuwałeś dłonie pod bluzkę lub sukienkę. Potem siadaliście obok siebie przytuleni i podczas zachodów słońca objaśniałeś jej szeptem kosmologię. Gdy zaczynało robić się ciemno, wracaliście pośpiesznie do hotelu. Ona rozbierała się dla ciebie już w windzie, a Ty nerwowo szukałeś w kieszeni klucza do pokoju. Rano budziła Cię pocałunkami, robiła z Tobą wszystko to, o czym nawet nie ośmielałeś się fantazjować, a Ty dziwiłeś się, skąd ona tak dokładnie wie, czego pragniesz. Zauważyłeś, że ona przy tym płakała? Zapytałeś chociaż raz, dlaczego płacze?! Jasne, że nie. Własnych żon nie pyta się o tak naturalne rzeczy. Jeśli własne żony płaczą w takich momentach, to mężowie oczywiście zakładają, że one mogą płakać wyłącznie z rozkoszy. Dlaczego, gdy napisałam Ci, że ja płaczę w takich momentach, robiłeś wszystko, aby dowiedzieć się dlaczego? I dlaczego, gdy już upewniłeś się, że to przez Ciebie, przestawało Cię to zupełnie interesować?

Dlaczego w ogóle ja? Mam dokładnie tyle lat co ona, mam ten sam kolor włosów, tak samo jak ona chciałabym mieć większe piersi, więcej butów i więcej seksu. Słucham tej samej muzyki, czytam te same książki i tak samo jak ona nie znoszę Warszawy oraz śledzi w śmietanie. Poza tym, tak samo jak ona kąpię się w zbyt gorącej wodzie, nigdy nie piję słodkiego wina, lubię orientalne restauracje, uwielbiam czarne koty, wysyłam kartki świąteczne do mojego ginekologa, nienawidzę internetu, histerycznie boję się pająków, dżdżownic i polityków, i dokładnie tak samo jak ona zasnę na prawym boku dopiero wtedy, gdy jestem pewna, że mój mąż zasnął obok mnie. Ponad dwa lata temu, w listopadzie, wysłałam swój pierwszy w życiu e-mail. Do mojego męża. Wcale nie miał być anonimowy. Założyłam swoje pierwsze w życiu konto e-mailowe. Ponieważ nie chciałam być jakąś tam „Anią99999”, wybrałam swoje drugie imię. Napisałam mu, tak po prostu, że jestem w nim zakochana. Bo byłam. Nie rozpoznał ani mojego drugiego imienia, ani mnie. Przez ponad dwa lata o wszystkim, co najważniejsze w jego życiu, najpierw dowiadywała się ona. To znaczy my obie, tyle że ja – tylko czasami – dowiadywałam się o tym drugi raz.

Przez ponad dwa lata bardzo chciałam, abyś był mi droższy niż moja godność. W sierpniu przestałam chcieć. A wczoraj zaczął się nowy rok i spełniając swoje najważniejsze postanowienie, zaczęłam Cię nienawidzić. Jutro znowu wrócisz późno do domu. Bo znowu masz bardzo ważne zebranie. Jutro ma znowu padać śnieg pod moje stopy. I jutro mnie zobaczysz...

Wyspa kobiet

Ponoć kiedyś Bóg, zmęczony tworzeniem świata dla ludzi, postanowił stworzyć coś tylko dla siebie. Wziął więc garść najpiękniejszych pereł i rozsypał je na środku oceanu w pobliżu równika. I tak powstały Malediwy...

Taką bajkową historię powstania tych wysp prezentują angielskie, włoskie, niemieckie i ostatnio także rosyjskie przewodniki zachęcające turystów, aby bez wahania opróżniali swoje konta bankowe, wsiadali w samoloty we Frankfurcie, Londynie, Moskwie czy Rzymie i po prawie dziesięciu godzinach lotu lądowali w Male – stolicy państwa, gdzie przesiądą się do powietrznych taksówek, a te przetransportują ich na wyspę, którą wybrali sobie w katalogu.

Kennedy, czterdziestokilkuletni Irlandczyk z katolickiej części Belfastu, nie wybierał żadnej perły. W 1999 roku, po tym jak jego żona uciekła z „obleśnym grubym protestantem”, sprzedał samochód i poleciał medytować na Sri Lankę. Gdy kończyły mu się pieniądze, kupił gazetę i znalazł pracę z ogłoszenia. Szwedzka firma szukała człowieka, który mówi płynnie po angielsku, zna się na nurkowaniu, instalacjach elektrycznych, ogrodnictwie, hydraulice, komputerach i „nie boi się wyzwań”. Kennedy nie znał się wtedy na niczym. Nawet dzisiaj nie uważa, by mówił po angielsku. Tym bardziej że mówi płynnie. Człowiek z Belfastu nigdy nie przyzna się, że mówi po angielsku. Chyba że działa w „akcie najwyższej konieczności”. Do dzisiaj nie wie, jak udało mu się przekonać pracownicę działu personalnego w agencji, która reprezentowała Szwedów w Colombo. Pewnie dlatego, że kobiety zawsze wierzyły w każde jego kłamstwo. A może dlatego, że słowo „Kennedy” działa na nie tak magicznie.

Za wypłatę po pierwszym miesiącu wykupił przelot do Male i transport łodzią motorową na wyspę. Dopiero po wylądowaniu dowiedział się, że jest na atolu Faadhippolhu. Do dzisiaj nie wymawia tego poprawnie, chociaż od ośmiu lat mieszka i pracuje – tak naprawdę jako „dozorca wyspy od wszystkiego” – na eliptycznej plamie z piasku, porośniętej palmami, pod którymi wybudowano trzydzieści drewnianych, dekadencko luksusowych bungalowów. Od ośmiu lat spędza tutaj także swój czternastodniowy urlop, podczas którego pracuje. Szwedzi nie zgodzili się, aby mógł zostawać w tym czasie na wyspie. Wakacje na Malediwach są i mają być drogie. Nawet ich rozumie. Inaczej zrobi się tutaj Majorka.

Gdy zapytałem, czego mu w tym raju brakuje, odpowiedział bez chwili zastanowienia:

– Kobiet... i wcale nie chodzi mi o orgazmy – dodał natychmiast. – Chodzi o zespolenie dusz. Orgazmy mogę sobie ściągnąć z internetu. Nawet na tak słabym łączu, jakie jest tutaj. Żeby się zespolić, musisz się najpierw zachwycić, potem się zapomnieć, a na końcu, gdy już nie pożądasz, chcieć trwać w mozolnym celibacie tylko jednego ciała. Bo okazało się, że jej dusza i mózg są o wiele ważniejsze. Tutaj spotykam wielu mężczyzn, którym się to udało. Przylatują na wyspę z takimi właśnie kobietami.

Jak Arthur i Madame. Tak ją nazywamy. Są tutaj już piąty raz. Spędzają tu Boże Narodzenie i wracają do Europy w połowie stycznia. Arthur ma tyle pieniędzy, że gdyby tylko chciał, mógłby kupić tę wyspę na własność. Ma kilka banków w Londynie, trzy w Edynburgu, dwa wieżowce w Dubaju i dwie firmy w Hongkongu. Sprawdziłem to w „Google”. Pięć lat temu spotkał przypadkowo Madame na lotnisku w Male. I zachwycił się. Zostawił wszystko i przyleciał za nią. I tutaj się pewnie zapomniał. I zapewne dlatego tutaj wraca. Ta wyspa podoba się im, choć jest jak marny camping nad jeziorem w porównaniu z innym wyspami. Mogliby wynająć sami dla siebie całego Hiltona, ale przylatują tutaj do bungalowu. Bo tutaj się wszystko zaczęło. On ma pięćdziesiąt osiem lat, a ona czterdzieści pięć. Wiem to od Nisayyam, która pracuje w recepcji i widziała ich paszporty. Moja żona, gdy braliśmy ślub, nie wyglądała jak ona teraz. A była wtedy sporo przed trzydziestką. Madame, w tajemnicy przed nim, przychodzi do mnie i prosi, aby nie pozwalać jej mężowi na korzystanie z internetu w czasie pobytu na wyspie. Mam kłamać, że nie działa. I zostawia kopertę z banknotami. Potem on przychodzi do mnie i prosi, abym sprawdzał, w tajemnicy przed jego żoną, jego pocztę elektroniczną i drukował mu e-maile przychodzące z wybranych adresów. I także zostawia kopertę z banknotami. Każdego dnia rano, przed śniadaniem, gdy skończy biegać po plaży wokół wyspy, wpada do mnie zdyszany do biura i czyta e-maile jak chłopiec, który robi coś bardzo złego w tajemnicy przed rodzicami. W tych tekstach są sumy, których ja nie mogę sobie nawet wyobrazić. Czasami Arthur pisze na kartkach odpowiedzi, które potem wysyłam. Nieraz mam wrażenie, że to ja, a nie on, kupuję lub sprzedaję coś za prawie milion funtów. Jego żona nie może się „w żadnym wypadku” dowiedzieć, że on bywa w moim biurze, bo „byłaby bardzo smutna”. Każdego wieczoru około północy, obchodząc wyspę podczas ostatniej kontroli, spotykam ich na plaży. Siedzą wtuleni w siebie i rozmawiają...

 

Zawiść

Elżbieta nienawidzi świąt Bożego Narodzenia. Tych noworocznych także. Najbardziej boli ją bliskość, do której zmusza się w Wigilię. Członkowie rodziny z opłatkiem w dłoniach, życzenia, które musi wypowiedzieć w taki sposób, aby nie zabrzmiały fałszywie, dotyk osób, których wcale nie chce dotykać, niezrozumiałe dla niej łzy wzruszenia, którego ona nie przeżywa, uroczyste uniesienie, którego nie znajduje w sobie i którego zupełnie nie pojmuje. Dla Elżbiety wigilijny wieczór to nieudolnie wyreżyserowane przedstawienie, w którym przyszło jej zagrać. Gra tę rolę, ponieważ tego się, jej zdaniem, od niej oczekuje. Ale gdy nareszcie kończy się ten spektakl, czuje się udręczona. Wcale nie życzy „spełnienia marzeń” bratowej, która nie powinna mieć już żadnych marzeń, ponieważ ma wszystko, czego Elżbieta nie ma. Trójkę zdrowych dzieci, ich imion Elżbieta nie zapamiętała do dzisiaj, i męża – jej brata – którego Elżbieta demonstracyjnie zazdrościła każdej dziewczynie, którą przyprowadzał do domu. Wcale nie życzy „dalszych sukcesów” kuzynce, gdyż, jej zdaniem, osiągnęła każdy możliwy sukces, jaki kobieta może sobie wymarzyć: co drugi tydzień bywa służbowo w Nowym Jorku, Mediolanie lub Sztokholmie, robi „w międzyczasie” doktorat z zarządzania nowymi mediami, sypia z mężczyznami, o których pisują gazety, i przy tym wygląda jak gdyby nigdy nie wychodziła od kosmetyczki lub z fitness centrum, chociaż teoretycznie nie powinna mieć na to czasu. Poza tym, mają te same geny, a kuzynka, która jest od niej dziesięć lat starsza, powinna też starzej wyglądać. Wcale także nie życzy „nowych wyzwań” swojej młodszej siostrze Natalii; ta z kolei lata na lotni, wozi kartony darów na koniec świata z Akcją Humanitarną Ochojskiej i marzy, aby pilotować F16.

Elżbieta nie życzy niczego dobrego nikomu, a jeśli już musi, to nie życzy szczerze. I na dodatek nie żałuje tego. Jak można uczciwie żałować czegoś, czego się pragnie, a co przynosi spełnienie? Nie potrafi nad tym zapanować. Elżbieta jest chora. Chora na zawiść. Musiało minąć wiele lat, aby sama zauważyła, że to choroba. I że musi oraz że chce się z niej wyleczyć. Ponieważ tak naprawdę, gdy spojrzy głęboko w siebie, chce spełnienia marzeń bratowej, cieszy się każdym sukcesem kuzynki i podziwia Natalię.

Istnieje niewiele katastrof, które czynią nas bardziej nieszczęśliwymi niż domniemane lub prawdziwe szczęście innych, prawda? – zapytała podczas pierwszej rozmowy psychoterapeutka po wysłuchaniu jej historii. Przytaknęła z zawstydzeniem. Zawiść jest dziwna. Na pewno nie jest tym samym co zazdrość. Zazdrość skierowana jest na cudze dobra lub właściwości, których jesteśmy pozbawieni. Zazdrościmy tym, którzy mają więcej niż my, mają coś, czego nie mamy, a chcielibyśmy mieć. Natomiast zawiść jest bardziej bezinteresowna. Zawiść najczęściej wcale nie chce posiadać. Ona tylko chce, aby ktoś inny czegoś nie posiadał. Chce mu to zabrać, zniszczyć lub przynajmniej zmniejszyć tego wartość lub znaczenie. Opętani zawiścią najbardziej pragniemy tego, aby ktoś coś utracił. I gdy tak się stanie, czujemy się lepiej. Nasze poczucie niższości, tęsknoty za tym, co ma druga osoba, lub po prostu uczucie złej woli wobec niej, staje się w ten sposób mniej dokuczliwe. Czujemy się natychmiast lepsi. Niektórzy zauważają, że to uczucie „lepszości” trwa w nich bardzo krótko. Potem przychodzi wstyd, następnie utrata szacunku, a w końcu nawet pogarda w stosunku do samego siebie. Wielu, nie mogąc żyć w tej notorycznej pogardzie, szuka pomocy u psychologów. Jak Elżbieta.

Nie jest żadnym wyjątkiem w swojej chorobie. Gdyby zawiści towarzyszyła gorączka, cały świat miałby dreszcze. Tego też dowiedziała się od psychoterapeutki. Zawiść jest jak każdy inny grzech. Na tyle powszechny, że jako czwarty znalazł się na chrześcijańskiej liście siedmiu grzechów głównych. Mimo to mało kto wyznaje go w konfesjonale. Broni go przed tym poczucie własnej wartości i mylne przekonanie, że zawiść jest jedynie projekcją poczucia tak zwanej uzasadnionej sprawiedliwości. Niesprawiedliwie ona lepiej wygląda, niesprawiedliwie ma mądrzejsze dzieci, niesprawiedliwie awansuje, niesprawiedliwie trafiła na lepszego męża i niesprawiedliwie jest lepiej wykształcona. I w tym poczuciu „niesprawiedliwości” budzi się w nas Kain, który chce zabić brata, i pojawia się w nas myśl, aby raz na zawsze usunąć z tego świata Królewnę Śnieżkę. W przełożeniu na dzisiejszy świat Kain zgodzi się chętniej na 100 000 euro dochodów rocznie, pod warunkiem że wszyscy inni będą mieli 85 000, niż na 150 000 z wiedzą, że inni mają 200 000. Dla profesora Roberta H. Franka z Cornell University w Ithaca (USA), gdzie przeprowadzono taką ankietę, nie ma w tym nic dziwnego. Poczucie hierarchii jest równie ważnym dobrem jak wszystkie inne. Dla niego gotowi jesteśmy zrezygnować z wielu rzeczy. Mało kto zauważa, że wynika to najczęściej z czystej zawiści.

Za kilka dni Elżbieta będzie witać Nowy Rok w domu brata. Pierwszy raz od wielu lat cieszy się na to, co wydarzy się o północy...

Biochemia macierzyństwa

Stefan od sześciu lat odwiedza w Dzień Matki pewien śmietnik w pobliżu wielkiego centrum handlowego na przedmieściach Darmstadt. Przypuszcza, że właśnie tam po raz ostatni był bardzo blisko swojej matki. Ponad dwadzieścia pięć lat temu, w mroźną lutową noc 1982 roku, pewna kobieta o czwartej nad ranem zadzwoniła do komisariatu we Frankfurcie z informacją o noworodku pozostawionym na śmietniku. W pustym kontenerze policjanci znaleźli granatową sportową torbę. Obok zawiniętego w gruby jasnobrązowy koc noworodka znajdowała się butelka z ciągle jeszcze ciepłym mlekiem, kilka sztuk jednorazowych pieluch przewiązanych opaską z bandaża i skrawek poplamionego papieru, na którym ktoś koślawymi literami napisał „Stefan”. Kobieta, która skontaktowała się z policją, zadzwoniła kilka godzin później po raz drugi z innego numeru. Dziękowała. Po dwóch latach bezowocnego śledztwa sprawa została umorzona. Matki Stefana nigdy nie odnaleziono. Po kilku dniach w szpitalu i trzech miesiącach pobytu w sierocińcu chłopiec trafił do rodziny zastępczej. Miał normalne, szczęśliwe dzieciństwo. Pełne miłości i troski. O tym, że Kornelia – jego matka – go nie urodziła, dowiedział się w dzień po swoich osiemnastych urodzinach. Od czterech lat Stefan poszukuje swojej biologicznej matki.

„Nie byłem jej obojętny, inaczej nie zadzwoniłaby na policję – mówi spokojnym głosem – nie mam do niej żalu. Chciałbym tylko wiedzieć – dlaczego”.

Założył forum internetowe dzieci porzuconych zaraz po urodzeniu. Szuka. Tak jak ponad tysiąc ośmiuset innych, którzy zarejestrowali się na tym forum.

W Niemczech notuje się rocznie około 80 przypadków porzuceń dzieci zaraz po urodzeniu. Jeśli porównać ten odsetek z odsetkiem w innych krajach europejskich, Niemcy nie są niczym wyjątkowym. We Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii lub Polsce statystyki są zadziwiająco podobne. Zjawiskiem tym zajęli się ostatnio psychologowie, psychiatrzy, socjologowie i, o dziwo, neurobiolodzy. Ci ostatni zbadali dokładnie biochemię macierzyństwa, przeprowadzając tomografie funkcjonalnego rezonansu magnetycznego w mózgach rodzących kobiet. Wszystko wskazuje na to, że większość matek definitywnie odrzucających swoje potomstwo działało okresowo – z różnych powodów osobistych – w „stanie nie zrealizowanej do końca procedury hormonalnego zbliżenia”. W trakcie porodu w mózgu, po niebywałej eksplozji endorfin, które w działaniu są skuteczniejsze niż kojąca ból morfina, następuje okres objawów odstawienia i w większości przypadków rodzaj głębokiej depresji. Dopiero dłuższy w czasie, wielokrotnie ponawiany kontakt matki z noworodkiem może odmienić ten stan. Każdemu takiemu kontaktowi – u wszystkich bez wyjątku ssaków – towarzyszy proces wytwarzania przez podwzgórze mózgu (i gromadzenie na zapas w przysadce) hormonu oksytocyny. Uwalnianie oksytocyny, nie bez powodu zwanej „hormonem czułości”, pojawia się przy każdym dotyku noworodka, ale jest najbardziej intensywne podczas podrażniania brodawek sutkowych w trakcie ssania piersi. Towarzyszy temu natychmiastowe wytwarzanie innego niezwykłego hormonu – prolaktyny. Okazało się, że prolaktyna do bardzo niedawna kojarzona wyłącznie z inicjacją i podtrzymywaniem laktacji u karmiących matek, odpowiada także za cały zestaw, jak nazywają to chłodnym językiem naukowcy, „ewolucyjnych zachowań prospołecznych”. Im większe stężenie prolaktyny w mózgu matki, tym silniejsza jej więź z potomstwem i determinacja do jego bezwarunkowej obrony i ochrony. Kobiety „na prolaktynie” – jak pisze Helen Fisher, autorka licznych książek, jedna z najbardziej uznanych w świecie antropologów XXI wieku – „przeżywają pierwsze dni lub nawet tygodnie swojego macierzyństwa jak długotrwały orgazm”. Jest to nie tylko efektowne literackie porównanie. Stężenie prolaktyny w mózgu szczytującej seksualnie kobiety wzrasta, na krótki czas, o około 400%. U kobiet rejestruje się podobne stężenie przez dłuższy czas podczas kontaktów z noworodkiem, ale dopiero po kilku dniach po porodzie. Badacze, zajmujący się syndromem porzucania dzieci przez matki tuż po porodzie, uważają, że te „kilka dni” jest niezwykle ważnych, i sugerują, że po depresji poporodowej nie nastąpił okres budowania więzi związanej z działaniem oksytocyny i prolaktyny.

Stefan zna te wszystkie „naukowe kawałki”. Policja po umorzeniu śledztwa oddała torbę i znaleziony w niej skrawek papieru jego przybranym rodzicom. Każdego dwudziestego czwartego lutego Stefan zabiera ją do samochodu, przyjeżdża wieczorem pod śmietnik w Darmstadt i czeka całą noc. W Dniu Mat ki przyjeżdża tutaj także. Wierzy, że w końcu odnajdzie swą biologiczną matkę. Chciałby popatrzeć jej w oczy i zapytać na przykład, gdzie i dokładnie kiedy się urodził. Lekarz sądowy oszacował to z dokładnością do kilku dni. Poza tym chciałby wiedzieć, dlaczego akurat na śmietniku...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?