Komando śmierciTekst

Z serii: Śledztwa Szostaka #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4. Grabarz z Konstancina

ROZDZIAŁ 4

Grabarz z Konstancina

Szukając nowych terenów wpływów, ursynowscy otoczyli ochroną Sławomira B., pseudonim „Biały”, 52-letniego recydywistę z Góry Kalwarii. W Chynowie pod Grójcem prowadził dyskotekę Na Górce. Nie odbywało się to bez problemów, gdyż „Białemu” regularnie grożono, próbując ściągać od niego haracz. W końcu sytuacja stała się mocno napięta i w październiku 2001 roku ktoś strzela do „Białego”, ciężko go raniąc.

Mężczyzna ma podstawy, by obawiać się o swoje życie. Wtedy przychodzą mu z pomocą ludzie „Wojtasa”. Najpierw „Biały” ukrywał się u „Konia”, a później u „Ternita”. Ci dwaj członkowie gangu ursynowskiego stanęli zresztą na bramce dyskoteki w Chynowie, co uspokoiło atmosferę.

Kilka tygodni później z więzienia wychodzi Rafał B., znany bardziej jako „Bukaciak”. Ten gangster z Konstancina przysporzy wkrótce „Wojtasowi” wiele problemów. „Bukaciak” szybko orientuje się, że w Konstancinie rządzi Marek K., pseudonim „Muł”, z osławionego gangu „Mutantów”.

Grupa ta, na czele której stali Robert C. „Robson” i Jerzy B. „Mutant”, wywodziła się z Piastowa i bardzo szybko opanowała południowe obrzeża Warszawy. Konflikt interesów z grupą Rafała B. jest tu wyraźny.

„Mutanci” byli przeciwnikami, których nie można było zlekceważyć. W ciągu kilku miesięcy zyskali sławę bezwzględnych i gotowych na wszystko bandytów. Doszło nawet do tego, że w kwietniu 2001 roku porwali Bogusława K. „Bola”, księgowego gangu mokotowskiego, i zażądali za niego 200 tysięcy dolarów. Tym samym wypowiedzieli wojnę największej w tym czasie grupie przestępczej w Polsce.

– Jednak po tym, jak nasi oprawili „Maksa” i „Postka”, „Mutanci” się obsrali i wypuścili „Bola” – objaśni były członek grupy mokotowskiej.

Do zabójstwa „Maksa” i „Postka” jeszcze wrócimy. Bo to nie tylko jeden z najbardziej dramatycznych epizodów wojny gangów, lecz także wciąż nie do końca wyjaśniona zbrodnia.

W owym czasie „Mutanci” mieli na koncie kilka trupów. Później wsławili się strzelaniną z policją w podwarszawskich Parolach, gdzie funkcjonariusze odnaleźli zrabowaną dzień wcześniej ciężarówkę z telewizorami. Przestępcy próbowali ją odbić. Wtedy w wymianie ognia zginął jeden z policjantów. W 2003 roku dwaj członkowie gangu „Mutantów” zaminowali swoją kryjówkę w Magdalence. Gdy dom otoczyła policja, odpalili bomby pułapki. Zginęło wówczas dwóch antyterrorystów, a 16 zostało rannych. Jednak wydarzenia w Parolach i Magdalence miały dopiero nastąpić.

– „Bukaciak” był za krótki, by się przeciwstawić „Mułowi” i „Mutantom”. Doskonale wiedział, że może mieć poważny problem z handlem narkotykami na ich terenie. A z czegoś musiał żyć. Mimo że uchodził za twardziela, panicznie bał się konkurenta – nie ma wątpliwości jeden z byłych mokotowskich policjantów.

– „Bukaciak” tak naprawdę bał się własnego cienia. To był leszcz, nikt się z nim nie liczył – twierdzi Grzegorz K. „Ojciec”. – Mordował ludzi i dlatego urosła jego legenda.

Rafał B. szukał sprzymierzeńca. Najpierw prosił o pomoc Jacka K., „Młodego Klepaka”, syna zastrzelonego w Gamie Mariana K., bossa „Wołomina”. Jednak Jacek K. nie ma już takiego bandyckiego poważania, jakim cieszył się w warszawskim półświatku jego ojciec. Obiecuje jednak, że na temat problemów „Bukaciaka” porozmawia z „Korkiem”.

Wkrótce nadchodzi wsparcie. Do Rafała B. zadzwonił „Wojtas”. To właśnie on ma wybawić „Bukaciaka” z kłopotów. Nawet nie przeczuwa, że ściągnie je na siebie. Wówczas wydawał się zafascynowany gangsterem z Konstancina.

– Trafił swój na swego. Rafał jest bezwzględny i twardy jak ja – miał mówić „Wojtas” o nowym znajomym.

Jednak, gdy zapytałem go o to i przyjaźń z „Bukaciakiem”, odciął się od niego.

– „Przyjaciele” to słowo na wyrost, byliśmy znajomymi. Dużo wcześniej ostrzegałem przed nim chłopaków, mówiłem, by na niego uważać. Wiedziałem, jaki jest wredny i niebezpieczny.

Tymczasem współpraca ursynowsko-konstancińska stała się faktem. Gangsterzy wspólnie handlowali narkotykami i ściągali haracze. Wadził im tylko „Muł”. Należało zatem sprawdzić, na ile jest mocny i kogo ma po swojej stronie. Mógł się w tym orientować Grzegorz Z. „Pająk”, który utrzymywał z „Mułem” bliskie kontakty. Grzegorz Z. niedawno wyszedł z więzienia, gdzie siedział razem z „Bukaciakiem”. Jego pozycja w świecie przestępczym nie była zbyt imponująca, był złodziejem na dorobku. Niemniej uznano, że właśnie on może pomóc w rozpracowaniu „Muła”.

„Pająk” lubił się bawić na dyskotece w Chynowie, która należała do „Białego”. Ursynowscy uznali, że tym samym może mieć również coś wspólnego z nękaniem „Białego” i strzelaniem do właściciela klubu. Co gorsza, ludzie „Muła” zabili 15-letniego Pawła B., siostrzeńca „Białego”. We wsi Dobiesz pod Piasecznem ostrzelali samochód, który prowadził nastolatek. Do Pawła B. oddano serię strzałów z kałasznikowa. Zginął, gdyż – jak na swój wiek – był nazbyt dobrze zbudowany i z daleka przypominał „Białego”.

Zapadła zatem decyzja, że trzeba się zająć „Pająkiem”, a przez niego osaczyć „Muła”.

– Mamy plan, że „Pająk” już nie będzie wracał. Weź wykop wcześniej dół. To będzie test twojej lojalności – tak zdaniem „Bukaciaka” zwrócił się do niego „Wojtas”. Co miało definitywnie przesądzić o losie „Pająka”.

W nocy z 2 na 3 lutego 2002 roku do dyskoteki Na Górce weszło kilku uzbrojonych i zamaskowanych mężczyzn. Prawdopodobnie byli wśród nich „Wojtas” i „Janek”. Mimo że na bramce stali „Koniu” i „Ternit”, rzekomo nie rozpoznali swoich kolegów. A ci szybko wyłuskali spośród dyskotekowych gości „Pająka” i Jarosława P., któremu zabrali pistolet CZ, kluczyki do samochodu, i puścili go wolno. „Pająka” wrzucili do auta i odjechali z nim nad Wisłę, do Dębówki, gdzie często wędkował „Bukaciak”. Rafał B. organizował tam także zawody wędkarskie dla znajomych z koła wędkarskiego. I zakopywał swoje ofiary. Tam też Rafał B. czekał na „Pająka” w towarzystwie swoich ludzi – Łukasza A., pseudonim „Łuki”, i Norberta K. Wcześniej tym dwóm kazał wykopać dół.

– Rafał powiedział, żebym wziął szpadel i zaznaczył nim miejsce wykopu. To był dół szeroki na metr i długi na dwa metry oraz głęboki na około półtora metra – zeznawał wywodzący się spod Sochaczewa „Łuki”. – Pytaliśmy, po co ten dół, ale on odpowiedział, że to nieważne. Baliśmy się, że może chce komuś zrobić krzywdę. Rafał źle traktował Norberta. Wyzywał go od debili – dodaje „Łuki”.

To ustronne miejsce znakomicie nadawało się na bandyckie przesłuchanie.

Z auta wyciągnęli „Pająka” w czarnym worku na głowie. Ręce miał związane z tyłu i dodatkowo był jeszcze opleciony linką holowniczą. Nie mógł iść sam – „Łuki” i Norbert K. w zasadzie go nieśli. A on, jakby przeczuwając, co ma się zdarzyć, błagał o litość. Właściwie rozpaczliwie płakał.

Potem nastąpiło przesłuchanie, podczas którego słychać było przeraźliwe jęki, płacz i prośby „Pająka”. Jednak „Bukaciak” był nieczuły na błagania niedawnego kumpla spod celi. Bandyci chcieli wiedzieć, co łączy go z „Mułem”, ale pytali także o Heliosa B. To jeden z gangsterów pracujących dla „Bukaciaka”, który przepadł bez śladu. Rafał B. podejrzewał, że został zabity przez ludzi „Muła”.

– Masz ostatnią szansę, żeby powiedzieć, co te kurwy zrobiły z Heliosem! – krzyczy „Bukaciak”.

Po chwili na „Pająka” spadają kolejne ciosy, jest katowany. W końcu martwy trafia do dołu. Bandyci sprawnie zasypują go ziemią, układają na niej wyciętą wcześniej darń i odjeżdżają.

Zdaniem prokuratury to „Bukaciak” zabił i wrzucił do dołu Grzegorza Z. On jednak się wypiera:

– Nie zabiłem „Pająka”. Przecież był moim kolegą. Razem siedzieliśmy do jednej sprawy. Chciałem tylko się dowiedzieć, czy trzyma z „Mułem”, oraz wyciągnąć od niego, co się stało Heliosem B.

Po 12 latach od tej zbrodni Łukasz A. „Łuki” wskazał miejsce ukrycia zwłok „Pająka”. Ustalono wówczas, że przyczyną jego śmierci były urazy głowy. W czasie wykopywania ciała Grzegorza Z. natrafiono na kolejne zwłoki. To także była ofiara „Bukaciaka”.

Okazało się, że chodzi o Grzegorza P., pseudonim „Pekin”, z gangu „Szkatuły”. Zniknął 19 marca 2012 roku. Tego dnia został podstępem wywabiony z domu i zamordowany – dwoma strzałami w głowę – także w Dębówce. Jego ciało spoczęło obok „Pająka”.

W grudniu 2017 roku 42-letni wówczas „Bukaciak” został uznany za winnego 22 zarzucanych mu przestępstw i skazany na łączną karę 25 lat więzienia. Stało się tak, mimo że poszedł na współpracę z prokuraturą.

Sąd uznał, że Rafał B. kłamał na temat swojej roli w zabójstwie „Pająka” i usiłował przypisać to zabójstwo „Łukiemu”.

– Oskarżony miał motyw, by dokonać tego zabójstwa. Chciał pokazać swoją lojalność wobec Wojciecha S. z grupy mokotowskiej. I to Rafał B. mógł się czuć zagrożony działaniem grupy „Mutantów”, z którą związek miał mieć Grzegorz Z. – uzasadniał wyrok sędzia.

W marcu 2019 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał karę orzeczoną przez sąd pierwszej instancji. Sąd nie miał litości dla „Grabarza z Konstancina”. Mimo że ten, niemal płacząc, błagał o łagodny wyrok:

– Za to, że ja to wszystko ujawniałem, że dzięki moim zeznaniom zostały rozbite grupy mokotowska, szkatułkowa, wołomińska, kozienicka, sąd dał mi taką nagrodę. 25 lat to dla mnie jak dożywocie. Na mnie jest wydany wyrok śmierci, i to nie przez jedną czy dwie osoby, ale całe grupy – „Bukaciak” bezskutecznie szukał współczucia w składzie sędziowskim.

Jak się okazało, uprowadzenie i egzekucja „Pająka” nie rozwiązały problemów „Bukaciaka” z „Mułem”. A kolejne zdarzenie ściągnęło jeszcze większe problemy na „Wojtasa”.

Rafał B. nadal czuł zagrożenie ze strony „Muła”. Miał jednak nadzieję, że w konfrontacji z nim i jego ludźmi nadal będzie wspierał go „Wojtas”. Ten zaś rzekomo chciał się dowiedzieć, gdzie ukrywają się „Mutanci” i kto stał za zamachami na gangsterów związanych z „Mokotowem”. Tych informacji mieli mu dostarczyć dwaj drobni handlarze narkotyków – „Postek” i „Maks” – obaj pracujący dla „Muła”.

 

– Tak naprawdę chodziło o ustalenie, kto porwał „Bola” i gdzie go trzymają – wyjaśnia mi jeden z byłych mokotowskich gangsterów. – To była dla nas priorytetowa sprawa. Wtedy zniknął też Jacek P. „Rowerek”, on w tamtym czasie był z „Mutantami”, ale uznali go za szpiega „Mokotowa’ i chłop przepadł bez śladu. Do dziś go nie odnaleziono.

Uprowadzenie i zabójstwo Tomasza M., pseudonim „Maks”, i Jacka P., pseudonim „Postek”, miało miejsce 23 października 2002 roku. W porwaniu brali udział: „Bukaciak”, „Wojtas”, „Ternit”, „Morgan”, „Biały” i Mariusz K., zwany „Kokolino”.

„Maks” i „Postek” zostali ściągnięci podstępem na spotkanie w okolicach Karczmy Słupskiej [późniejsza restauracja Sowa i Przyjaciele – red.] w Warszawie. Czekali tam na nich „Bukaciak” i jego ludzie przebrani za policjantów. Zapakowali obu mężczyzn do samochodu i wywieźli do lasu nieopodal wsi Parcela-Obory. Tam przez wiele godzin poddawano ich torturom, między innymi toporkiem. W końcu „Maksa” i „Postka” zamordowano i zakopano w wykopanym wcześniej dole.

– Przy tej zbrodni było wiele osób – twierdzi mój informator – o niektórych z nich w ogóle nie wspominano w śledztwie, o akcie oskarżenia nie wspominając. Ale zakopywał ich „Bukaciak” i jego ludzie.

W lipcu 2014 roku prokuratura ujawniła, że w pobliżu Konstancina znaleziono ciała dwóch mieszkańców Piaseczna, którzy zaginęli w 2002 roku. W maju 2014 roku policja odkopała szczątki dwóch dilerów związanych z „Mułem”. Widać, że obaj byli zmasakrowani. „Postek” prawdopodobnie miał odrąbaną głowę.

Miejsce zakopania zwłok wskazał „Bukaciak” i obciążył zbrodnią „Wojtasa” i „Ternita”, a sąd mu w to uwierzył.

– Niech teraz każdy pomyśli, co czuły te ofiary, gdy wyprowadzano je z samochodu i prowadzono do dołu – grzmiał sędzia Andrzej Krasnodębski w czasie ogłaszania wyroku.

Za ten czyn 26 maja 2017 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał „Wojtasa” na dożywocie. Taki sam wyrok usłyszał Robert M., pseudonim „Ternit”.

Mimo to „Wojtas” słuchał słów sędziego z kamienną twarzą, niewyrażającą żadnych emocji. Czasami tylko rzucał zimne spojrzenie w stronę prokuratora.

– W przypadku tych oskarżonych nie można mówić o resocjalizacji. Ten wyrok ma spowodować ich eliminację ze świata wolnych ludzi – uzasadniał sędzia Andrzej Krasnodębski. I wyjaśnił, że sąd dał wiarę „Bukaciakowi”, znanemu też jako „Grabarz Konstancina”.

Jednak pod koniec kwietnia 2018 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok dożywotniego więzienia dla Wojciecha S. Zdaniem sądu doszło do naruszenia przez sąd pierwszej instancji prawa Wojciecha S. do obrony. W czasie procesu adwokat „Wojtasa” reprezentował też innego oskarżonego – Tomasza R., pseudonim „Morgan”. Tymczasem pod koniec procesu „Wojtas” obciążył „Morgana”. W tej sytuacji sąd powinien zdecydować o zmianie obrońców obu oskarżonych, by uniknąć kolizji ich interesów. Jednak tak się nie stało i decyzją sądu apelacyjnego sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Sąd apelacyjny mimo wszystko nie kwestionował dowodów winy „Wojtasa”.

Wojciech S. wydaje się jednak być dobrej myśli:

– Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się nowy proces – odpowiada na moje pytanie, czy może zostać uniewinniony od zarzutu zabójstwa „Postka” i „Maksa”.

Większość moich rozmówców nie ma wątpliwości, że za tą zbrodnią stał „Bukaciak”.

– On nie przyznawał się do zabójstwa Grzegorza Z. „Pająka” oraz Grzegorza P. „Pekina”, ale po dwóch latach zmienił zdanie, że jednak ich zabił. Za co między innymi dostał 25 lat. A pomiędzy zabójstwami „Pająka” i „Pekina” była egzekucja „Maksa” i „Postka”. Rafał twierdzi, że był przez nas zastraszony i przerażony. A potem poszedł siedzieć. W 2012 roku wyszedł i jak gdyby nigdy nic zabił „Pekina” – mój rozmówca wyłuskuje niekonsekwencje zeznań „Bukaciaka”. – Rafał zeznał, że rzekomo „Janek” trzymał go pod bronią i zmusił, aby był z nami w miejscu zabójstwa. Tak dla towarzystwa. „Bukaciak”? Twierdzi też, że jedynie chciał przesłuchać „Maksa” i „Postka”. Warto pamiętać, że Mariusz P., pseudonim „Marian”, od początku zeznaje, że uzgadniał wszystko z „Bukaciakiem”. I przyznaje się, że za jego namową wystawił „Maksa” i „Postka”. „Marian” nie obciąża w tej sprawie o zabójstwo ani „Wojtasa”, ani „Ternita”.

Wojciech S. jest także podejrzany o wydanie wyroku na Marka K., pseudonim „Muł”, bossa gangu z Piaseczna. Jego śmierć miała być odwetem „Mokotowa” na „Mutantach”. Rzekomo poszło o postrzelenie Sławomira B., pseudonim „Biały”, na dyskotece w Chynowie. Latem 2002 roku „Kierownik” ponoć dostarczył kilerom dwa pistolety maszynowe uzi. Do zamachu na „Muła” jednak nie doszło, gdyż Marek K. zorientował się, że jest celem mokotowskich.

Jednak wojna „Mokotowa” z „Mutantami” o wpływy w podwarszawskich miastach nie odbyła się bez ofiar. Tylko w latach 2001–2003 w bandyckich porachunkach zginęło kilkunastu gang-sterów oraz kilka przypadkowych osób.

– Po co wam była wojna z „Mutantami”? – pytam Andrzeja K., pseudonim „Koniu”.

– To „Bukaciak” miał wojnę z „Mutantami”, a nie my. Ale on nie miał kim wojować, to nas poprosił o pomoc: „Weźcie, pojedźcie z nami, pokażemy się większą grupą, to się wystraszą”. Tak nas w to wciągnął. Tak dokładnie było, to była wojna „Bukaciaka”, a nie nasza. W efekcie Wojtek dostał dożywocie za to pomaganie, chociaż nie ma tam żadnej jego winy. „Wojtas” kiedyś mi zdradził, że dostał dożywocie za „Bukaciaka”, za rzekome zabójstwo „Maksa” i „Postka”. Powiedział mi, jak to naprawdę było. On tam był, ale nie wykonywał żadnego wyroku. Jednak dostał dożywocie, jakby kogoś zabił.

– „Bukaciak” był przecież swego czasu dobrym kolegą „Wojtasa”.

– Był taki okres, że się bardzo kolegowali, a później „Bukaciak” Wojtka ugotował.

– Wracając do wojny z „Mutantami”, skoro jej nie było, dlaczego chcieliście odstrzelić Marka K., pseudonim „Muł”, jednego z bossów tej grupy?

– Konflikt z „Mułem” to także był problem „Bukaciaka”, a nie nasz. To „Janek” chciał zabić „Muła”, gdy prokuratorzy wzięli „Janka” w obroty, to nagle sobie przypomniał, że zamierzał to zrobić. Wojtek nie miał z tym nic wspólnego – zapewnia mnie „Koniu”.

Potwierdził to także sam „Muł”. Marek K. „Muł” zeznał 8 maja 2017 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie:

– Znam Wojciecha S. od początku lat 90. z uwagi na to, że przyjaźniłem się ze Zbigniewem C. [„Daksem” – przyp. aut.], który pracował wtedy w klubie Remont w Warszawie i tam poznałem Wojciecha S. Utrzymywaliśmy kontakt o charakterze koleżeńskim, jak to w dyskotece. Spotykaliśmy się w klubie i tak przebiegała nasza znajomość. Dość często się spotykaliśmy – dodaje „Muł”. – W żadnym wypadku nie byłem skonfliktowany z Wojciechem S. Nie posiadam wiedzy, by w latach 2001-2003 zamierzał on przejąć teren Piaseczna ode mnie i członków mojej grupy. Słyszałem o zaginięciu „Postka”, „Pająka” i „Maksa”, byli to moi koledzy. Z mojej wiedzy, z poczty pantoflowej i wielokrotnych przesłuchań wiem, że te osoby były ofiarami konfliktu między mną a „Bukaciakiem”. Sprawcą tych zabójstw jest „Bukaciak”, ale celem jego makiawelicznych działań byłem ja. „Bukaciak” usiłował mnie zabić. Wiem to, bo nie krył się z tym nigdy. „Wojtas” absolutnie nie chciał mnie nigdy zabić, wyłączam taką sytuację. Mieliśmy pozytywne kontakty, spotykaliśmy się często w klubach, restauracjach. Mogę wskazać osobę Zbigniewa C. „Daksa” jako tego, który przekazywał mi informacje i mnie ostrzegał przed „Bukaciakiem”, mówiąc, że mi się upiekło. „Bukaciak” mi zdecydowanie groził.

W ramach gangsterskich potyczek dochodziło często do porywania innych przestępców. O swoim przypadku opowiadał 5 marca 2019 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie 45-letni Mariusz K., pseudonim „Kruk”, który został doprowadzony do sądu w kajdankach, gdyż od kilku lat przebywa w więzieniu. Ten diler narkotykowy nie był związany z żadną z dużych grup przestępczych, co ściągało na niego liczne problemy.

– Od 2002 roku wiele grup chciało mnie porwać. Mówiło się wtedy, że mam dużo kasy. Z tego, co wiem, wielu z tych, co chcieli mnie porwać, już nie żyje. Kręcił się też wokół mnie „Bukaciak”. On chciał, abym mu pomógł w walce z „Mutantami”, żebym dał mu na to kasę – wyznał mężczyzna. – W 2002 roku byłem jako świadek na weselu Rafała K. Wtedy pierwszy raz usłyszałem, że chcą mnie uprowadzić. Od tego momentu cały czas chodziłem na oriencie [czaić się, być ostrożnym – przyp. aut.], byłem czujny, często zmieniałem samochody. Pod koniec czerwca 2002 roku pojechałem z kuzynem do Konstancina. Zostałem tam wystawiony „Mutantom”. Usiłowali mnie porwać z motelu. Ja zdołałem im uciec, ale zabrali mojego krewnego. Przetrzymywali go około tygodnia, w tym czasie trwały negocjacje. Dzwonili do mnie różni ludzie: „Maks”, „Pikus”, „Cieluś” – świadek wymienia członków gangu „Mutantów”. – Rozpoznawałem ich po głosach. Potem pod McDonaldem w Jankach wraz z żoną krewnego przekazywałem porywaczom pieniądze. Zabrał je motocyklista.

Jak mówi Mariusz K., porwanie to mogło mieć związek z walką gangów o wpływy w Grójcu.

– Kiedyś ktoś do mnie przyjechał z Grójca z prośbą, abym im pomógł, bo „Maks” ich tam mocno dojeżdża. Chciałem się z nim spotkać na rozkminkę [rozstrzygnięcie, rozwiązanie spornej sprawy – przyp. aut.]. Być może to było przyczyną, że chcieli mnie uprowadzić? – zastanawia się głośno świadek. – Na moim osiedlu na Gocławiu cały czas pojawiali się ludzie od nich. Były groźby, próby zastraszenia. W tym czasie, żeby uniknąć porwania, cały czas chodziłem do lasu na grzyby. Tak było do czasu, aż mnie aresztowali – Mariusz K. wyjawia swój sposób na „Mutantów”.

ROZDZIAŁ 5. Mafijne egzekucje

ROZDZIAŁ 5

Mafijne egzekucje

Prokuratura przypisuje „Wojtasowi” także udział w mafijnej egzekucji Włodzimierza C., pseudonim „Buła”, i Macieja S., pseudonim „Konik”. Tych dwóch gangsterów zastrzelono 17 października 2003 roku w siłowni Paker na warszawskim Gocławiu. Trzej zamaskowani bandyci wtargnęli do lokalu i zastraszyli obsługę. Aby po chwili w sali ćwiczeń oddać kilkanaście strzałów. „Buła” i „Konik” zginęli na miejscu.

„Buła” w tym czasie pretendował do kierowania „Żoliborzem”, równocześnie usiłował przejąć kierownictwo gangu „Szkatuły”. Do tego poczuł się na tyle pewnie, że zaczął grozić „Korkowi” oraz „Daksowi”. Mówiło się nawet, że „Buła” wynajął na nich ruskich kilerów, którzy przyjęli zlecenie, wzięli zaliczkę i o wszystkim opowiedzieli bossom „Mokotowa”.

Zdaniem niektórych była to wymyślona przez policję informacja, celowo wypuszczona do „Korka”. Ta prowokacja zakończyła się jednak tragicznie nie tylko dla „Buły”, który rzekomo nie miał nic wspólnego z planami zamachu na „Króla Mokotowa”.

– „Buła” i „Konik” poczuli się mocni po tym, gdy przejęli okup za Krzysztofa Olewnika – twierdzi mój kolejny rozmówca z grupy mokotowskiej. Według tej wersji Wojciech Franiewski [członek grupy porywaczy Krzysztofa Olewnika – przyp. aut.] wynajął ich do odbioru pieniędzy.

– Zgarnęli z tego ponoć sto tysięcy dolarów i sodówa im uderzyła do mózgów. Poczuli się wyjątkowo mocni. „Buła” przyszedł do „Korka” i mówi, że starzy z „Żoliborza” dali mu władzę i on będzie teraz pertraktował z „Mokotowem” w sprawie wpływów na Wolumenie.

– A kim ty jesteś, żebym z tobą rozmawiał?! – zbeształ go ponoć „Korek”.

Minęły trzy tygodnie, jak „Buła” pożegnał się ze światem, a wraz z nim odszedł „Konik”.

Ten drugi był w gronie mokotowskich rebeliantów, którzy nie chcieli podporządkować się „Daksowi” i knuli z „Żoliborzem”. To tak, jakby sam sobie wykopał grób.

Na czele buntowników – obok „Konika” – ponoć stanęli: Adam K. „Kamyk”, Tomasz P. „Tomson” oraz Krzysztof K. „Kruszynka”. Mieli silne parcie do władzy. Zwłaszcza po narkotykach czuli się odważni. Uważali też, że są zbyt obcesowo traktowani przez Zbigniewa C. „Daksa”. Stąd rzekomo miał się zrodzić pomysł usamodzielnienia. Co okazało dla nich się wyjątkowo nierozsądnym projektem.

Pierwszym celem – latem 2001 roku – był „Kamyk”, któremu podłożono ładunek wybuchowy pod jeepa grand cherokee. Jednak kiler, instalując bombę, przypadkowo uruchomił zapalnik. W efekcie sam w trybie pilnym pożegnał się z tym światem.

W grudniu tego samego roku ostrzelano „Tomsona”, gdy wychodził z domu. Trafiło go 9 kul, mimo to przeżył. Musiał jednak szukać kryjówki przed dawnymi kolegami. Dopadli go w grudniu 2002 roku. Tym razem nie spudłowali. Trzy miesiące potem zginął „Kruszynka”.

Wróćmy jednak do siłowni Paker. Jest 17 października 2003 roku, dochodzi godzina 10.30. Pod budynek przy ulicy Brygady Pościgowej na Gocławiu podjeżdżają dwa auta, z których wysiada trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn. Wbiegają do lokalu. Jeden z bandytów terroryzuje bronią recepcjonistę. Pozostali wchodzą do sali treningowej. W kącie dostrzegają swoje ofiary. 30-letni „Konik” i 35-letni „Buła” zaledwie kilka dni temu wykupili miesięczne karnety do tej siłowni, modnej wówczas wśród ludzi z miasta.

 

Na oczach przerażonych świadków trzej członkowie komanda śmierci dokonali błyskawicznej egzekucji. Wpakowali w swoje ofiary kilkanaście kul. Nikt z obecnych nie zareagował. Zamachowcy wybiegli z siłowni, wsiedli do samochodów i odjechali z piskiem opon, zostawiając na parkingu ślady spalonej gumy.

Policja rozpoczęła natychmiast obławę: na Pradze rozstawiono patrole z długą bronią, które sprawdzały niemal każdy pojazd, nad Warszawą krążyły policyjne helikoptery. Niestety, nie zdołano zatrzymać zamachowców ani nawet trafić na ich ślad.

– Ta egzekucja na Gocławiu w siłowni Paker to była taka sprawa, o której nie wiedziałem, czym się zakończy – tłumaczył w sądzie „Koniu”. – Myślałem, że jadę na uprowadzenie, a doszło do strzelaniny. Mieliśmy rzekomo porwać faceta spod siłowni. Być może coś wymknęło się spod kontroli – tłumaczy gangster, który jako jednego z kilerów wymienia Janusza M. „Janka”.

Również „Wojtas” jest zdania, że rola „Janka” w tej sprawie nie została dobrze zbadana przez śledczych, a Janusz M. na dodatek został małym świadkiem koronnym.

– Nie mam z tym nic wspólnego – kwituje krótko „Wojtas”. – „Janek” mnie w to wrobił.

Jak się okazuje, po zabójstwie „Buły” i „Konika” Janusz M. zeznał, że z „Wojtasem” topił broń w Jeziorku Wilanowskim. Wojciech S. miał – zdaniem „Janka” – rozebrać się do slipek, wejść do wody i wyrzucić broń z dala od brzegu. Potem wydobył część broni, ale jedna czy dwie jednostki nadal zostały w wodzie. Tak wynika przynajmniej z zeznań „Janka”, które zainspirowały policję do ich zweryfikowania. Na miejsce wskazane przez Janusza M. udała się ekipa nurków. Nie zdecydowali się jednak wejść pod wodę, gdyż było to bardzo niebezpieczne. W końcu wpuścili robota, który nic nie znalazł. Zatem wydaje się mało prawdopodobne, by „Wojtas” wszedł tam w samych kąpielówkach.

Miesiąc po strzelaninie w Pakerze kule dosięgły Arkadiusza K., pseudonim „Kieł”, który kumplował się z „Bułą” oraz „Konikiem” i był uważany za bliskiego współpracownika „Szkatuły”. Nikt nie miał wątpliwości, że to ciąg dalszy wojny gangów, a za zamachem stoi komando śmierci „Mokotowa”.

W listopadzie 2003 roku 24-letni Arkadiusz K. umówił się na tak zwaną rozkminkę z ludźmi z „Mokotowa” na parkingu przy ulicy Polinezyjskiej 2, w pobliżu Multikina na Ursynowie. Na spotkanie przyjechał w towarzystwie 26-letniej dziewczyny. Nie zdążyli nawet wysiąść z pomarańczowego peugeota 206, gdy oddano do nich strzały.

Jedna z kul trafiła „Kła” w szyję, druga w klatkę piersiową. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił do szpitala. Jego towarzyszce nic się nie stało.

Zamachowcem miał być niewysoki mężczyzna ubrany w bluzę z kapturem. Po oddaniu strzałów zniknął wśród budynków osiedla. Arkadiusz K. przeżył. Do dziś jest sparaliżowany i porusza się na wózku inwalidzkim, co ponoć nie przeszkadzało mu w kontynuowaniu działalności przestępczej.

Wyglądało na to, że „Mokotów” po kolei eliminuje wszystkich ludzi powiązanych ze „Szkatułą” i „Szymonem z Łomianek”. Kilku ich żołnierzy zaginęło już wcześniej bez śladu. I nikt raczej nie łudzi się, że żyją.

Straty w ludziach ponosił także gang mokotowski. W wielu przypadkach na własne życzenie i ze swojej inspiracji. Przypomnę tylko kilka niewyjaśnionych do dziś zbrodni.

6 września 2002 roku został zabity Krzysztof K., pseudonim „Benek”, o czym pisałem w prologu tej książki.

27 września 2005 roku o godzinie 13 do siłowni przy ul. Koński Jar na Ursynowie weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Zbliżyli się do 32-letniego Wojciecha S., pseudonim „Szela”, który ćwiczył akurat wyciskanie sztangi na ławeczce. Bez słowa oddali do niego kilka strzałów i wyszli. Większość kul trafiła „Szelę” w klatkę piersiową, a jedna w głowę. Prawdopodobnie użyto broni z tłumikiem. Wojciech S. – mimo młodego wieku uważany przez policjantów za starą mokotowską gwardię – zawsze trzymał się nieco z boku grupy. Pojawiały się informacje, że za wyrokiem na „Szeli” może stać „Kurd” z grupy „Szkatuły”.

Problemów mokotowskim gangsterom nastręczały nie tylko konkurencyjne gangi, lecz także kompani, którzy poszli na współpracę ze śledczymi. Jednym z nich był „Siwy”.

W październiku 2004 roku doszło do próby porwania Pawła S., pseudonim „Siwy”. Ten były członek grupy mokotowskiej został świadkiem koronnym i obciążał dawnych kolegów. Jego wyjaśnienia składane śledczym były dla „Mokotowa” niemal tym, czym zeznania „Masy” dla „Pruszkowa”.

„Siwy” zeznawał w wielu procesach, obciążył między innymi „Korka”, „Daksa” i „Ojca”. Takich rzeczy się nie zapomina. Na „Siwego” wydano wyrok. Miał być uprowadzony i zlikwidowany.

– To był pomysł „Ojca” – twierdzi „Koniu” i dodaje: – Ten „Siwy” miał budę na bazarku na Woli, gdzie sprzedawał między innymi narkotyki. On swoimi zeznaniami poważnie obciążył „Ojca”. Zresztą z jego zeznań to pół Białołęki siedzi. O jego porwaniu słyszałem tylko z opowieści, bo nie brałem w tym udziału. Z tego, co mi wiadomo, „Ojciec” chciał zmusić „Siwego” do napisania pewnych rzeczy i przekazania tego prokuraturze, a później „Siwy” zniknąłby bez śladu.

Niewiele brakowało, a plan by się powiódł. Co prawda „Siwy” miał status świadka koronnego, jednak nie chciał ciągłej ochrony policji, jaka mu z tego tytułu przysługiwała. Mimo to cały czas był dyskretnie obserwowany.

Gdy pewnego dnia wracał do domu, na ulicy Nowolipie zatrzymał się przy nim dodge znany w świecie przestępczej Warszawy jako „Gryzelda”, z którego wyskoczyło dwóch mężczyzn. Krzycząc „policja!”, rzucili Pawła S. na ziemię. Błyskawicznie skuli i wciągnęli do auta.

Na szczęście w tym momencie do akcji wkroczyli prawdziwi policjanci, którzy z ukrycia ochraniali świadka koronnego. Doszło do strzelaniny – w efekcie gangsterzy porzucili samochód z „Siwym” w środku.

– Wtedy na Nowolipiu była niezła awantura przy samochodzie „Ojca”. Ruszył na mnie i prawie mnie przejechał – wspomina „Koniu”.

– Czy to byłem na pewno ja? – docieka Grzegorz K. „Ojciec”.

– Nie widziałem jego samego, ale on jeździł tym autem – Andrzej K. „Koniu” zwracał się do składu sędziowskiego.

– Ja nie miałem nic wspólnego z bezpośrednim uprowadzeniem. Jeździłem jedynie za „Siwym” z „Wojtasem” jego passatem i go obserwowaliśmy – objaśnia „Koniu”. – Za nami z kolei jeździła policja.

Mimo to do tej sprawy zatrzymano „Ojca”, „Wojtasa” i „Konia”. Po roku spędzonym w areszcie „Wojtas” został zwolniony. Stało się to w okolicznościach, które – zdaniem niektórych – budziły wątpliwości. Mówiło się nawet, że Wojciech S. kupił sobie wolność.

– Naprawdę nie wiedział pan, że jest planowane porwanie „Siwego”? A jednak to pana i „Wojtasa” zatrzymano w tej sprawie – zauważam w rozmowie z „Koniem”.

– To prawda. To ludzie „Ojca” usiłowali porwać „Siwego”. Mnie i Wojtka w ogóle przy tym nie było. Nie mam z tym nic wspólnego. Niech pan pyta o to „Ojca” – kończy temat Andrzej K.

W strukturach „Mokotowa” można było bardzo szybko zrobić karierę i piąć się po szczeblach gangsterskiej drabiny. Jednak jeszcze szybciej można było popaść w niełaskę, co zwykle kończyło się śmiercią.

Doskonale ilustruje to historia Bartosza W., znanego jako „Łysy Bartek”. Bartosz i jego ludzie przez pewien czas stanowili ramię zbrojne „Mokotowa”.

Przez wiele lat „Łysy Bartek” uchodził za jednego z liczących się członków grupy. Był lojalny wobec „Korka” i bezwzględny wobec wrogów „Mokotowa”, a zwłaszcza swoich.

Niektórzy twierdzą, że dla Bartka – na początku swojej przestępczej kariery – pracował „Wojtas”, rzekomo miał kraść dla niego samochody. Jednak Wojciech S. zdecydowanie temu zaprzecza:

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?