Bandyci i celebryciTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Od Autora

Prolog niczym epilog

Rozdział 1. Celebryta w kominiarce

Rozdział 2. Dekadencja „Pruszkowa”

Rozdział 3. Gwiazdy w cyrku

Rozdział 4. W jaskini rozkoszy

Rozdział 5. Kuchnia grecka

Rozdział 6. Beverly Hills po polsku

Rozdział 7. Imperium piękna

Rozdział 8. Miss kokainy

Rozdział 9. Aktor i recydywista

Rozdział 10. Jasnowidz i mafioso

Rozdział 11. Show w więzieniu

Rozdział 12. Jak hartowało się disco polo

Rozdział 13. Odwrócony czuje się przekręcony

Rozdział 14. Dziennikarze i gangsterzy

Rozdział 15. W salonie u „Dziada”

Rozdział 16. Dałem ochronę gangsterowi

Rozdział 17. Kapłan i mafioso

Rozdział 18. Kamienna twarz

Rozdział 19. Szybkie życie tygrysa

Rozdział 20. Puszczony w skarpetkach

Rozdział 21. Western po poznańsku

Rozdział 22. Gangster, który chciał być poetą

Rozdział 23. Dżentelmen wśród mafiosów

Rozdział 24. Mafia nie słucha Ich Troje

Kartoteka Szostaka


Copyright@ by Janusz Szostak 2018

Redaktor prowadzący

Sławomir Jastrzębowski

Projekt okładki

Piotr Dąbrowski

Redakcja

Katarzyna Litwinczuk

Korekta

Firma Korektorska UKKLW – Mirosława Lenart

Zdjęcia na okładce

Piotr Kucza/Newspix, Materiał Prasowe (2)

ISBN 978-83-66012-39-4

Warszawa 2018

Wydawca

ZPR MEDIA SA Harde Wydawnictwo ul. Dęblińska 6 04-187 Warszawa www.facebook.com/hardewydawnictwo/ www.instagram.com/hardewydawnictwo/

Chcesz z nami pracować? Prosimy o kontakt:

marketing manager Wydawnictwa Harde Edyta Wysokińska

ewysokinska@grupazpr.pl

Wersję cyfrową przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Od Autora

OD AUTORA

W latach 90. minionego wieku świat gangsterów i świat ówczesnych celebrytów mieszały się ze sobą praktycznie na co dzień. Aktorzy, sportowcy, gwiazdy estrady, a nawet politycy nie widzieli niczego złego w pokazywaniu się w towarzystwie znanych przestępców. Czuli się nawet w pewien sposób nobilitowani, że znają kogoś z tak zwanego miasta. Gdyż dzięki temu mogli choćby liczyć na odzyskanie skradzionego samochodu, zmobilizowanie do efektywnej pracy ekipy remontowej czy dostawę kokainy.

Ładne i uległe aktoreczki, modelki i piosenkarki dzięki gang-sterom robiły kariery, które w żaden sposób nie były proporcjonalne do ich talentów. Dzięki dobrym relacjom z gangsterami takie artystki przeżywały swoje pięć minut.

– Lgnęli do nas tacy ludzie, że czasami sam się temu dziwiłem, że nie boją się kompromitacji – wyznaje Jarosław Sokołowski. – Na szczęście nie były to czasy smartfonów, bo wybuchłoby sporo skandali, a dziennikarze długo mieliby o czym pisać. A tak, to tylko my napiszemy o tym w tej książce.

W czasie, gdy w Polsce przestępczość zorganizowana święciła największe sukcesy, kierowałem działem sensacji w „Expressie Wieczornym”, popularnej wówczas warszawskiej popołudniówce. Zajmowałem się tam sprawami kryminalnymi, w tym dokonaniami rodzimych gangsterów. Z wieloma z nich stykałem się w swojej pracy. Niejednemu zależało na medialnej popularności, gdyż niewątpliwie podnosiło to ich znaczenie w gangsterskiej hierarchii. Stawali się też swego rodzaju celebrytami, znanymi niemal wszystkim Polakom. Doceniali zatem rolę mediów w budowaniu ich popularności.

Nie da się ukryć, że w tym czasie była całkiem spora grupa dziennikarzy, którzy pisali pod dyktando gangsterów. Niektórzy z nich do dziś uchodzą za dziennikarzy śledczych. Jedni robili to za pieniądze, inni ze strachu, a niektóre dziennikarki za seks.

– Pewna gwiazda dziennikarstwa weszła mi do łóżka w hotelu, praktycznie przy ekipie telewizyjnej – zdradza „Masa”, który w latach 90. był popularny niczym gwiazdy estrady.

W tej książce wspomnimy też o innych ówczesnych celebrytach z przestępczego świata: „Pershingu”, „Dziadzie”, „Nikosiu”, „Słowiku”, „Rzeźniku”, „Makowcu”, Lechu Grobelnym, „Westernie” czy Ricardo Fanchinim. Ich ksywki i nazwiska pojawiały się na pierwszych stronach gazet, byli powszechnie rozpoznawalni.

Dziś wiele osób oburza się, że byli przestępcy stają się na naszych oczach celebrytami. Choć wydaje się, że lata sławy dawno mają już za sobą. I teraz tylko usiłują – jedni lepiej, a drudzy gorzej – odcinać kupony od dawnej popularności. Kreując się głównie przez internet.

W tej książce nie budujemy pomnika dla bandytów – pokazujemy jedynie, jak wyglądała Polska w latach 90. minionego wieku. Jak wielką popularność dawało czynienie zła i jak znani ludzie lgnęli ku temu złu. Bo zło bywa kuszące.

Janusz Szostak

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog niczym epilog

PROLOG NICZYM EPILOG

Wkrótce po napisaniu tej książki Jarosław Sokołowski został zatrzymany i aresztowany. Było to całkowitym zaskoczeniem nie tylko dla niego. Przyznam, że zupełnie nie spodziewałem się takiego przebiegu zdarzeń.

Przez ostatnie osiem miesięcy – przygotowując dwie książki o „Masie” – wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy zerwał on całkowicie z przestępczą działalnością. Jak było naprawdę, oceni to zapewne sąd.

Po zatrzymaniu „Masy” jeden z jego dawnych kumpli powiedział do mnie z wyczuwalną satysfakcją w głosie:

– Pamiętaj, że można wyjść z „Pruszkowa”, ale „Pruszków” nigdy nie wyjdzie z człowieka.

Sprawa zatrzymania 16 maja 2018 roku najsłynniejszego świadka koronnego odbiła się szerokim echem w mediach. Wielu przyjęło ten fakt niemal entuzjastycznie. Dotyczy to głównie przedstawicieli półświatka, z którym „Masa” był identyfikowany w latach 90. ubiegłego wieku. Trudno jednak oczekiwać, by przestępcy, których zaprowadził za kraty, solidaryzowali się z nim, gdy on sam trafił do celi.

Niektórzy z nich – jak choćby Jarosław Maringe, pseudonim „Chińczyk” – niemal wprost przypisywali sobie zasługi w zatrzymaniu Sokołowskiego.

„Masa” – zdaniem „Chińczyka” – pozował jedynie na skruszonego gangstera, lecz w rzeczywistości nie zmienił swojego postępowania:

„Stał się nietykalny dzięki prokuratorom, którzy zrobili kariery na jego zeznaniach. Był i jest bandytą, tyle tylko, że bezkarnym. Sam jestem świadkiem w kilku postępowaniach związanych z »Masą«, gdzie w grę wchodzą korumpowanie czy powoływanie się na wpływy wśród urzędników i prokuratorów” – stwierdził „Chińczyk” w rozmowie z „Super Expressem”.

Zwolennikiem teorii o bezkarności „Masy” jest także Piotr Pytlakowski, który w jednej ze swoich książek sugeruje, że policja i prokuratorzy patrzyli przez palce na to, co robi Sokołowski.

Do tej tezy przychyla się też Roman O., pseudonim „Sproket”, były przyboczny „Masy”. Na pytanie:

– Jak człowiek objęty programem ochrony świadka koronnego mógł dokonywać przestępstw i gdzie byli w tym czasie funkcjonariusze z Zarządu Ochrony Świadka Koronnego? – „Sproket” odpowiada:

– Policja patrzyła w drugą stronę, bo wcześniej otrzymała polecenie służbowe, aby się nie wpierdalać.

Trudno jednak wyobrazić sobie sytuację, aby świadek koronny, który jest inwigilowany i strzeżony przez 24 godziny na dobę, popełniał przestępstwo na oczach policjantów. To tak, jakby oni byli jego wspólnikami.

Przy okazji pisania poprzedniej książki (Od pakera do gang-stera) zapytałem „Masę”, czy nie przeszkadza mu całodobowa inwigilacja.

– Przyzwyczaiłem się do tego. Nic mnie to nie uwiera, bo to są wspaniali ludzie. Poza tym czuję się bezpieczny.

– Ale w zasadzie wszystko o tobie wiedzą.

– Muszą wiedzieć. Czasami zadają mi pytania, i to często niewygodne, a ja im mówię wszystko.

– Zatem wiedzą o każdej twojej rozmowie.

 

– Może nie o każdej, ale mój telefon jest oficjalnie na podsłuchu.

– Zatem nie masz teraz szansy na złamanie prawa?

– Gdybym złamał, to oni będą o tym natychmiast wiedzieć.

– I co wówczas?

– Miałbym poważne problemy. Może gdyby chodziło o jakieś drobne przewinienie, to przymknęliby na to oko.

– Co masz na myśli, mówiąc o drobnym przewinieniu?

– Gdybym na przykład zapalił trawkę, może by mi to odpuścili. Ale nie próbowałem tego robić, więc nie wiem.

– A poważniejsze przestępstwa? Gangsterka?

– Zdecydowanie nie, gdyż z tego powodu mieliby gigantyczne kłopoty. Zresztą mój etap życiowy związany z gangsterką zakończył się definitywnie – zastrzegł świadek koronny.

Przypomnijmy zatem, co obecnie prokuratura zarzuca Jarosławowi Sokołowskiemu. Warto dodać, że zarzuty dla „Masy” nie mają związku z przyznanym mu przed laty statusem świadka koronnego.

Wraz z „Masą” funkcjonariusze zatrzymali pięć innych osób, w tym m.in. jego syna Mariusza, Zbigniewa G. – naczelnika Wydziału Wywiadu Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi, oraz Grzegorza S. – urzędnika łódzkiej delegatury Urzędu Celno-Skarbowego.

Prokurator z Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Lublinie zarzuca „Masie”, że w 2012 roku za pomocą nierzetelnych dokumentów wyłudził kredyty i pożyczki na łączną kwotę 668 515 złotych w ośmiu bankach. Świadek koronny jest też podejrzewany o korumpowanie policjanta Zbigniewa G., pełniącego funkcję naczelnika Wydziału Wywiadu Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Miał mu przekazać środki anaboliczne (policjant jest kulturystą) oraz dwie tony pelletu o wartości 1479 złotych.

Prokurator zarzucił także „Masie”, że wspólnie z synem Mariuszem i Wojciechem Z. dał łapówkę – 2 tysiące złotych – Grzegorzowi S., urzędnikowi II Urzędu Celnego w Łodzi. Miało to związek z postępowaniem prowadzonym o uszczuplenie podatku akcyzowego z tytułu sprowadzenia samochodu marki Audi Q5 przez syna świadka koronnego.

Jarosławowi Sokołowskiemu zarzucono również, że dwukrotnie – 30 grudnia 2014 roku oraz 19 maja 2016 roku – złożył fałszywe zeznania w sprawie o wykroczenie drogowe prowadzonej przez Wydział Wykroczeń i Przestępstw w Ruchu Drogowym Komendy Miejskiej Policji w Łodzi. Przedstawiono mu również zarzut niezapłacenia kwoty 160 000 złotych właścicielowi firmy budowlanej za ułożenie kostki brukowej.

Za to wszystko grozi „Masie” kara do 10 lat pozbawienia wolności. Jak powiedział mi jego adwokat Franciszek Piątkowski, właśnie ewentualna wysokość kary, a nie materiał dowodowy, była podstawą do zastosowania przez sąd tymczasowego aresztu na okres trzech miesięcy.

Jak jednak widać, postawione zarzuty nie dotyczą gangsterskich działań świadka koronnego. Zdaniem Franciszka Piątkowskiego mają one charakter bardziej towarzyski niż przestępczy.

– Zarzuty korupcyjne, które przedstawiła mojemu klientowi prokuratura, dotyczą jakichś drobnych kwestii, a kwoty są kuriozalne, jak na postępowanie przygotowawcze, które jest prowadzone od trzech lat – mówił mecenas Piątkowski w rozmowie ze mną.

Zbigniew G., którego „Masa” miał rzekomo korumpować pelletem, w przeszłości służył w Zarządzie Ochrony Świadka Koronnego i ochraniał Sokołowskiego. W ten sposób obaj panowie poznali się i – spędzając ze sobą sporo czasu – mogli się zaprzyjaźnić.

Takie sytuacje nie są odosobnione, co zauważa Leszek Kardaszyński, były szef ZOŚK [Zarząd Ochrony Świadków Koronnych – red.]:

„Czy jest możliwa sytuacja, że świadek koronny zbytnio zaprzyjaźnia się z policjantami, którzy go chronią? Oczywiście nie powiem, że jest to nagminne ani że jest to powszechne. Incydentalnie takie sytuacje miały miejsce. Oni ze sobą spędzają mnóstwo czasu, nie tylko w miejscu zamieszkania, policjanci wożą ich na rozprawy sądowe. Jak ileś godzin jadą, śpią na obiektach, posiłki jedzą razem, siłą rzeczy zawiązuje się jakaś nić. To, że jest to policjant, a to jest bandyta, to granica cały czas jest, ale ona nie jest taka wyrazista” (S. Latkowski, P. Pytlakowski, Koronny nr 1. Pseudonim Masa).

„Masa” oraz Zbigniew G. zaprzyjaźnili się właśnie w sposób opisany przez Kardaszyńskiego. Nie to jednak budzi najwięcej wątpliwości, lecz fakt, że zarzuty dotyczą czynów popełnionych w latach 2012-2016. Dlaczego zatem śledczy zajęli się nimi dopiero teraz?

Jeśli „Masa” jest objęty programem ochrony świadka koronnego, powinien być inwigilowany 24 godziny na dobę. I był. Więc informacje związane z jego rzekomymi przestępstwami powinny wypłynąć od razu. Jak to się zatem stało, że policja, a szczególnie funkcjonariusze z Zarządu Ochrony Świadka Koronnego przeoczyli taką liczbę przestępstw? Czy może były one celowo tuszowane przez tyle lat?

Tymi wątpliwościami postanowiłem się podzielić z Lubelskim Wydziałem Zamiejscowym Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji, który prowadzi sprawę „Masy”. Zapytałem też, czy ktokolwiek z funkcjonariuszy ZOŚK ma – lub będzie miał – postawione zarzuty za niedopełnienie obowiązków służbowych oraz niedopilnowanie świadka koronnego, w efekcie czego dopuścił się on rzekomych przestępstw. A jeśli nie, to dlaczego?

Odpowiedź była, jak mogłem przypuszczać, wymijająca:

„Śledztwo przed przedstawieniem zarzutów trwało długi okres czasu z uwagi na obszerność i niejawny charakter materiału dowodowego stanowiącego podstawę zarzutów i główny trzon akt sprawy. Są to materiały zebrane w trybie ustawy o Policji. W zakresie ochrony świadka koronnego oraz działania CBŚP w tym zakresie nie udzielam żadnych informacji. Proszę ewentualne pytania kierować do Policji. Odnośnie pytań dot. przyszłych zarzutów, które ewentualnie mogą być przedstawione, to zarówno taktyka śledztwa, jak i zasady procedury karnej wskazują, że nie ujawnia się tego typu informacji, gdyż mogłoby to narazić interes postępowania. Dlatego też w tym zakresie również nie udzielam odpowiedzi” – stwierdził prokurator Maciej Florkiewicz. Idąc za jego radą, zwróciłem się z podobnymi pytaniami do policji.

„Informuję, że interesującą Pana sprawę prowadzi BSWP, w związku z powyższym to pytanie należałoby skierować do organu prowadzącego. W nawiązaniu do pozostałych pytań przypominam, że zgodnie z art. 23 pkt. 2 Ustawy o świadku koronnym okoliczności dot. ochrony lub pomocy, o których mowa w art. 14-20 w/w ustawy, podlegają w każdym przypadku ochronie zgodnie z przepisami o ochronie informacji niejawnych. Warto zaznaczyć, że funkcjonariusze ochrony odpowiadają w takich przypadkach za zapewnienie bezpieczeństwa osobie chronionej zgodnie z zakresem jej stosowania” – odpowiedziała mi komisarz Iwona Jurkiewicz, rzecznik prasowy CBŚP, któremu podlega ZOŚK.

Z odpowiedzi rzecznik prasowej CBŚP zrozumiałem, że na tę sprawę spuszczono zasłonę milczenia. Natomiast funkcjonariusze ZOŚK nie mają obowiązku informowania organów ścigania o ewentualnych przestępstwach dokonywanych przez świadka koronnego, gdyż ich głównym zadaniem jest zapewnienie mu bezpieczeństwa.

Od 18 maja „Masa” przebywa w areszcie w Opolu Lubelskim. Tamtejszy zakład karny jest najnowocześniejszym więzieniem w Polsce, ale dla świadka koronnego nie stanowi to żadnego pocieszenia.

– Jestem niewinny, a te wszystkie zarzuty to jakieś drobiazgi albo dotyczą mojego życia towarzyskiego – przekazuje mi za pośrednictwem adwokata. – Odniosłem się do zarzutów i zanegowałem jakąkolwiek ich podstawę. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wymiar sprawiedliwości postępuje ze mną w ten sposób.

– Czujesz się zdradzony przez wymiar sprawiedliwości?

– Tak, mam o to bardzo duży żal. 18 lat walczyłem z przestępczością, pomagałem wymiarowi sprawiedliwości, by rozpracowywać i rozbijać zorganizowane grupy przestępcze, a w tym momencie pokazuje mi się plecy. Tworzy się przeciwko mnie zarzuty, które są absurdalne.

– Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

– Mam dwie teorie. Być może dostałem rykoszetem przy okazji rozpracowywania naczelnika KWP w Łodzi. Ale nie wiem dlaczego. Może być też tak, że nadepnąłem komuś z polityków na odcisk moimi publikacjami.

– A może obie te teorie są realne?

– Nie wykluczam tego.

– Jak czujesz się w areszcie?

– Nie powiem, że dobrze, bo wolę wolność. Tęsknię za żoną i dziećmi. Niemniej mam zabezpieczone podstawowe potrzeby, a przede wszystkim bezpieczeństwo. Jednak mam duże poczucie krzywdy, jaka mnie spotkała. Jeżeli postępowanie toczy się od 2015 roku, czyli od trzech lat, a ja jestem pod absolutnym, specjalnym nadzorem ZOŚK-i, to co oni robili przez te lata? Obserwowali, jak popełniam przestępstwa? – pyta retorycznie. – Czuję się jak kozioł ofiarny w jakiejś niezrozumiałej dla mnie rozgrywce.

O co może chodzić, stara mi się wyjaśnić jeden z łódzkich policjantów:

– Od pewnego czasu był głęboki konflikt między Biurem Spraw Wewnętrznych Policji a naczelnikiem Zbigniewem G. z ZOŚK-i. „Masa” to tylko pionek na szachownicy, na której rozgrywana jest większa partia – twierdzi mój rozmówca i dodaje: – I niekoniecznie dotyczy to tylko rozgrywek w łódzkiej policji.

Mój rozmówca zwraca mi uwagę na inne zdarzenia z 16 maja 2018 roku:

– Znamienne, że w dniu, gdy zatrzymano „Masę” i naczelnika Zbigniewa G., agenci CBA weszli również do domów: Zbigniewa Maja – byłego komendanta głównego policji, oraz Krzysztofa A. i Jacka L. – byłych dyrektorów łódzkiej i poznańskiej delegatury CBA. Majowi zarzucono między innymi ujawnianie informacji z prowadzonych postępowań karnych oraz na temat dopiero planowanych czynności. Chodziło o wywiad udzielony dziennikarzowi PAP-u. Nie zdziwiłbym się, gdyby za pewien czas okazało się, że te dwie sprawy – „Masy” i Maja – są elementami jednej układanki.

Być może zatrzymanie świadka koronnego to fragment jakiejś zwykłej rozgrywki. A może zgubiła go po prostu pewność siebie? Tego dziś nie wiem. Choć pytań rodzi się wiele.

Na wyjaśnienie zarzutów postawionych „Masie” przyjdzie nam jeszcze nieco poczekać. Tymczasem zapraszam do lektury tej książki, która sporo mówi o tym, kim był i jest Jarosław Sokołowski.

Rozdział 1. Celebryta w kominiarce

Rozdział 1

CELEBRYTA W KOMINIARCE

– Wiele osób zarzuca ci, że nim jesteś – że gangster stał się celebrytą. Czujesz się celebrytą? Jaki jest twój stosunek do tego typu opinii? Nie lubisz, gdy tak o tobie mówią.

– To złośliwe gadanie. Wynika ze zwykłej zazdrości wobec tego, co robię, i jak radzę sobie w życiu.

– Nie da się ukryć, że jesteś popularną osobą, a to w zupełności wystarczy, by zyskać miano celebryty.

– Owszem jestem popularny i bez zbędnej kokieterii przyznaję się do tego. Myślę jednak, że celebrytą to ja byłem w latach 90., gdy praktycznie na co dzień przebywałem w towarzystwie polityków, ludzi zamożnych, artystów, którym zależało na znajomości ze mną. To właśnie był czas, gdy byłem swego rodzaju celebrytą.

– Wtedy byłeś popularny i dziś też jesteś znany, może nawet bardziej.

– Ale czy ja zachowuję się jak celebryta? Czy spotykam się na imprezach ze znanymi ludźmi? Nie, chociaż mam takie kontakty. Jednak nie staję przecież na ściance.

– Powiedz z ręką na sercu: czy zależy ci na popularności? Przecież praktycznie każdy człowiek ma w sobie tę próżność, że chciałby być znany.

– Tu nie chodzi o próżność, lecz jedynie o marketing. Jeśli z Arturem Górskim czy z tobą wydaję książki, to zależy mi, aby one się dobrze sprzedawały. A popularność napędza ciekawość i popyt. To jest po prostu moja praca, która zabiera mi sporo czasu, z czego nieraz muszę się tłumaczyć żonie. To samo dotyczy aktywności na Facebooku, który jest moim oknem na świat – to mój drugi dom, w którym żyję wirtualnie. I tam też promuję to, co robię.

– Nie wszystkim to się jednak podoba, można tam przeczytać niepochlebne komentarze.

– Niektórzy wchodzą na moją stronę i wygłaszają negatywne opinie. Oni są jak gość, który wszedł do domu i nasrał na dywan. Uzurpują sobie prawo do tego, że można zajrzeć na moją stronę i mi nawrzucać.

– Skoro jesteśmy przy Facebooku – coś takiego się porobiło, że wielu byłych gangsterów toczy tam ze sobą wirtualne wojny. Głównie z tobą.

Jest to spowodowane zazdrością i chęcią zaistnienia. Ja takiego zamysłu, aby z kimkolwiek walczyć, nie miałem. Moje życie na Facebooku potoczyło się właśnie tak, bo gdy zaczęliśmy pisać książki, to utworzyłem tam swój profil, aby je promować. Potem pojawili się ludzie, którzy byli nikim, a teraz chcą uchodzić za gangsterskich bossów lub baronów narkotykowych. Osoby, które na mojej popularności chcą coś dla siebie ugrać. Kim był „Chińczyk”? Nikim. A „Szlachet”? Ochroniarzem mojego psa. Tak naprawdę jakiś poziom trzyma tylko „Sproket”. Co prawda jesteśmy wobec siebie w opozycji, ale to inteligentny, ogarnięty gościu i z nim mogę dyskutować. Wiele nas różni, ale potrafimy dyskutować na argumenty. Ale taki popychel jak „Chińczyk” udaje gita i opowiada, że to on stworzył szlaki narkotykowe. Tymczasem on tylko jeździł z „Żabą” jako tłumacz, bo Jurek był ciołek i nie znał języków. Teraz tacy jak on wymyślili sobie, że jeśli mnie zaatakują, przyniesie im to jakieś korzyści. Nie budują sobie tym fejmu, co najwyżej u patologii. To ciemna strona społeczeństwa – to są ludzie, którzy mają skrzywione charaktery, wypaczone idee życiowe. Nasłuchali się o jakiejś charakterności. Ale w ogóle nie wiedzą, co to są zasady i charakterność. Bo nie żyli w latach 70. czy 80. Ty czy ja moglibyśmy im to wytłumaczyć. Przez lata 90., niestety, te zasady się połamały. I to nie ja złamałem zasady w 2000 roku. One się dewaluowały przez całą dekadę lat 90. Wtedy zaczęły rządzić pieniądze, a nie zasady. Jaki ja byłem rozczarowany, jaki to był dla mnie zawód, gdy poznałem prawdziwą twarz starej pruszkowskiej recydywy. Gdy przez lata nasiąkałem ich opowieściami o charakterności i zasadach. Nagle zacząłem z nimi obcować i cały ten czar prysnął, bo poznałem ich prawdziwe oblicza. Zobaczyłem, że to nie są tytani, lecz zwykli ludzie z wielkimi ułomnościami. Kim są tak naprawdę recydywiści? Gównem! Oni sobie nawet soli pod celą nie pożyczają.

 

– Ciągnęło cię kiedykolwiek, by wrócić na gangsterską ścieżkę, do dawnych kumpli?

– Nigdy. Od czasu, gdy zostałem świadkiem koronnym, nie mam takich ciągot. Można powiedzieć, że zmądrzałem. Wziąłem się za biznes, za pisanie książek. Mam jak zarabiać na życie.

– Podobno jednak starzy zaproponowali ci w 2013 roku włączenie się w reaktywację „Pruszkowa”. Było ponoć takie spotkanie w hotelu Hilton, między innymi ze „Słowikiem” i „Wańką”. Wybaczyli ci, że na nich zeznawałeś?

– Było tam kilkunastu najważniejszych gangsterów i kilku prawników. Wtedy powychodzili na wolność i kombinowali, jak odzyskać dawne znaczenie. Wiedzieli, że beze mnie będzie im trudniej, bo zawsze byłem doskonałym organizatorem i miałem dobre pomysły. Może chcieli mnie udobruchać, aby potem wystawić na cel tak jak „Pershinga”? A ja chciałem, żeby przeprosili za jego śmierć i za to, że grozili mojej rodzinie. Nie chcieli jednak tego zrobić.

– Jaki mieli plan na reaktywację grupy?

– Taki, że teraz wszyscy siedzą.

– Ludzie rozpoznają cię czasami na ulicy, mimo że twoja twarz nie jest powszechnie znana?

– Zdarza się to od czasu do czasu. Na tyle jednak jest to krzepiące, że takich przypadków nie ma wiele.

– Zatem nie grozi ci dekonspiracja jako świadkowi koronnemu?

– Do tej pory sprzedało się około dwóch milionów książek o mnie. Wszystkie moje zdjęcia w tych książkach są albo zaciemnione, albo mam kominiarkę, albo widać mnie i tylko kawałek twarzy w lustrze. Staram się uchylać jedynie rąbka tajemnicy. Pamiętaj, że każdą książkę przeczytało kilka osób – to spora część społeczeństwa. Ci ludzie żyją w tej samej przestrzeni publicznej co ja, zatem nie dziwię się, że niektórzy z nich mnie rozpoznają. Na przykład na siłowni czy w innych miejscach, gdzie przebywam. Zwykle są zdziwieni, że jestem normalnym facetem. Ja w sumie jestem skromny i staram się nie błyszczeć, nie rzucać się w oczy. Nie noszę Versace ani złotych łańcuchów. Natomiast bardzo dbam o to, żeby nie być rozpoznawalnym. Ale mimo to niektóre osoby mnie rozpoznają. Niedawno miałem taką sympatyczną historię. Czekam na wizytę u lekarza. W poczekalni było ze 30 osób, w tym policjant z ZOŚK-i. Nagle przychodzą dwie laski, takie, od których trudno oderwać wzrok. Chętnie postawiłbyś im najdroższego drinka na dyskotece. Nagle jedna patrzy na mnie i prawie oniemiała. A ja to widzę i już się krępuję. Coś tam ze sobą porozmawiały i gdy odważyły się do mnie podejść, zapytały: „Pan Jarek Sokołowski?”. „Tak, tak” – co miałem ciąć głupa i udawać, że jestem kimś innym. A one na całą poczekalnię: „O Jezu, pan Sokołowski!”. A tam siedzi kilkadziesiąt osób, które nie wiedzą, kim jest Jarek Sokołowski. I patrzą na mnie z pytaniem w oczach: kim on jest? Czułem się zażenowany i bardzo głupio.

– Zdarzyło ci się rozdawać autografy?

– Rozdaję bardzo dużo autografów, sporo ludzi prosi mnie o spotkanie i podpisanie książki. Jestem popularny i czuję się zobowiązany podpisać książkę, jeśli ktoś ją kupił. Ile mi to czasu zajmie? Pięć minut. Nie mogę odmówić, gdy jakiś człowiek zadał sobie trud i przyjechał po autograf.

– Ale to może być niekoniecznie czytelnik, tylko kiler, który zechce cię odstrzelić.

– Ale ja nie jestem sam, zawsze mam ochronę.

– Co dało ci większą popularność: gangsterka czy książki?

– Zdecydowanie książki. Ale z kolei bez gangsterki nie byłoby mojej obecnej sławy.

– Zawsze miałeś dobry kontakt z mediami, wyglądało nawet, jakbyś go szukał.

– Starałem się mieć dobre relacje z dziennikarzami. Niestety – dziennikarze to są też ludzie, ze wszystkimi ułomnościami. Taki Piotr Pytlakowski, z którym miałem dobry kontakt do czasu wydania pierwszej książki, potem się ode mnie odwrócił. Moja popularność tak go pierdolnęła, że koniec. To samo jest z Sylwestrem Latkowskim i innymi dziennikarzami, z którymi w tej chwili jestem w konflikcie. I to tylko dlatego, że chcieli pisać ze mną książki, a ja ich nie wybrałem.

– To temat na oddzielną opowieść, do której pewnie jeszcze wrócimy w tej książce. W latach 90. stałeś się jednak w pewnym sensie ulubieńcem dziennikarzy. Ciebie zawsze było dużo w mediach. O „Kajtku”, „Bolu” czy „Parasolu” rzadko kiedy się wspominało.

– Wówczas w mediach mafia pruszkowska to byli „Masa”, „Kiełbasa” i „Pershing”. Przez chwilę głośno jeszcze było o „Słowiku”, gdy ułaskawił go Wałęsa. Starzy z zarządu tak naprawdę od kontaktów z mediami mieli mnie. Oni oglądali filmy o chłopcach z ferajny i ojcach chrzestnych. Zawsze przy kieliszku wpajali mi pseudosycylijskie zasady: „Pamiętaj, Jarek, ty będziesz znany, na świeczniku, a my będziemy sobie siedzieć na zapleczu, jeść pizzę i decydować o losach całej Polski”. Takie bzdury wtedy snuli.

– To prawda, mało się o nich pisało. W tamtym czasie choćby „Parasolem” zainteresowałem się chyba raz czy dwa. Raz młoda prostytutka przyszła do redakcji i żaliła mi się, że ona i jej koleżanki nie chcą jeździć na zamówienia „Parasola”, bo jest wyjątkowo perwersyjny i brutalny. Opowiadała, że kiedyś z jego powodu wyskakiwała przez okno zajazdu w Nadarzynie.

– Sam widzisz, że to byli osobnicy dość prymitywni i nie nadawali się nawet do kontaktów z prostytutkami, a co dopiero z mediami. Oni się nie wychylali do mediów. W ogóle byli leniwi i do roboty się nie wyrywali. Ja byłem pracowity i ambitny, w pewnym momencie odpowiadałem za cały mafijny aparat przemocy w Polsce. Czy naprawdę wierzysz w to, że „Baranina” albo Fanchini byli szefami szefów, bo mieli pieniądze? To nie jest Italia i nie Ameryka, że rządzi ten, kto ma pieniądze. My mieliśmy rosyjskie wzorce, rządził ten, kto miał aparat przemocy, siłę. Aparat przemocy na polecenie starych podporządkowałem sobie ja. Byłem człowiekiem, któremu podlegała cała gangsterska Polska.

– To również dawało ci popularność.

– Oczywiście, że tak. Hasło „Masa” otwierało wszystkie drzwi. Pokazać się ze mną było wtedy w dobrym tonie. Brylowałem na rautach polityków czy biznesmenów. Ten chciał poklepać mnie po plecach, a inny wypić ze mną lufę. Dobrze, że to nie była era smartfonów, bo pewnie chcieliby robić ze mną selfie. Ile byłoby teraz kompromitacji różnych polityków.

– Dlaczego do was, bądź co bądź przestępców, lgnęli politycy, artyści, sportowcy, biznesmeni?

– Dlatego, że byliśmy sławni i – poprzez nasz aparat przemocy – mieliśmy władzę. Podam ci przykład wiceministra finansów w tamtym czasie. Czy mogłem być mu do czegoś potrzebny? A jednak byłem. Do kogo poszedł, gdy stolarze opóźnili się z wykonaniem mu kuchni? Do mnie. I jaki on był szczęśliwy, gdy wysłałem do niego ekipę „Mięśniaków” i wpierdolili tym stolarzom.

– Inni byli gangsterzy zazdroszczą ci popularności. Jak myślisz czemu?

– Może nie tyle popularności, ile pieniędzy. Przeliczają sobie dwa miliony książek razy 35 złotych i wychodzi im monstrualna góra pieniędzy. Myślą, że zagarniam całość. Stąd biorą się ich frustracje i nieprzespane noce. Sukces rodzi nienawiść. Zazdroszczą mi, ale nie w pozytywnym sensie – i to ich wkurwia. Zatem próbują osłabić moją pozycję. Chcieliby swoje szczerbate szczęki wbić w mój tort. Ale dla nich pociąg z napisem „fortuna” już dawno odjechał. Jednak gdybym miał żyć tylko z książek, musiałbym wbić zęby w mur.

– To dlatego szukasz innych źródeł zarobkowania? Kiedyś chciałeś zrobić biletowane spotkania ze sobą – i nie wyszło. Dlaczego? Nie było chętnych?

– Zgłosił się do mnie człowiek z Poznania, który organizował podobne imprezy z celebrytami. Zaoferował mi 47 tysięcy złotych za jedno spotkanie. To było godziwe honorarium, czemu więc miałbym odmówić? Spotkanie miało się odbyć w hali Arena, którą on wynajął. Sprzedał kilka tysięcy biletów – niemal wszystkie! – a moja gaża wzrosła dwukrotnie. Powiedziałem o tym policjantom i tak naprawdę to oni storpedowali spotkanie. Potem chcieliśmy zorganizować takie spotkanie na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, ale ludzie prezydenta Poznania powiedzieli nam, że w ich mieście tego nie zrobimy, bo on nie chce mieć problemów z policją.

– Jeździsz na spotkania z czytelnikami?

– Nie, z zasady w żadnych grupowych spotkaniach nie biorę udziału.

– Zatańczyłbyś w Tańcu z gwiazdami? Miałeś taką propozycję?

– Tak – zaraz po tym, jak ukazała się moja druga książka, występowałem w programie Polsatu Państwo w państwie. I wtedy zaproponowano mi udział w Tańcu z gwiazdami. Otrzymałem też propozycję występu w kilku innych programach, m.in. w jednym kulinarnym, gdzie miałem chodzić w fartuchu i kominiarce oraz bić uczestników. Zupełnie chory pomysł, ale teraz agresja i wulgaryzmy sprzedają się najlepiej. Jednak to byłaby kompromitacja dla mnie i instytucji świadka koronnego.

– Odrzuciłeś te wszystkie oferty telewizyjne?

– Oczywiście, gdyż były dla mnie uwłaczające.