UkrwieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2011

Wydanie pierwsze

Redaktor prowadzący

Dorota Wierzbicka

Redakcja

Weronika Kosińska

Korekta

Ewa Kochanowicz, Barbara Turnau, Małgorzata Wójcik

Snehit/PICSEL

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. zo.o., 2011

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800421040

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 4300096

tel.: (+48-12) 6192770

Skład iłamanie: Infomarket

ISBN 978-83-08-04655-5

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Mocne postanowienie poprawy

Zjednoczenia

Pokolenia

W tranzycie

Bóg w lewej półkuli mózgu

O miłościach w maju

Zemsta w jądrze ogoniastym

Baby blues…

Ukrwienie

O hormonach, miłości i wolnej woli

Daria z Ukrainy

Bliskość: analiza statystyczna

Światłoczułość

Chiralność

Piękno: analiza ekonomiczna

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Mocne postanowienie poprawy

Najtrudniej jest spełnić obietnice złożone samemu sobie. Szczególnie te wypowiedziane szeptem lub pomyślane w tajemnicy przed wszystkimi. Nie ma nikogo, kto mógłby poczuć się rozczarowany lub dotknięty tym, że ich nie dotrzymaliśmy. Pomijają nas samych i zapominają o naszym sumieniu. Ale my siebie zawsze przed samymi sobą jakoś zgrabnie i przekonywająco usprawiedliwimy, wymyślając na poczekaniu „utrudnienia”, „przeszkody”, „niezależne od nas warunki obiektywne”, „opór materii” i tym podobne. A sumienie? Sumienie jest jak stal i trzeba je hartować, jak twierdzi żartobliwie mój przyjaciel, znawca literatury radzieckiej.

Do takich obietnic należą tak zwane postanowienia noworoczne. Przez niektórych traktowane z największą powagą i na przykład spisywane skrzętnie przez cały rok w specjalnym notesie (mam koleżankę, która na początku stycznia publikuje zapiski z tego notesu na swoim profilu na Facebooku, a pod koniec grudnia się z nich na tymże Facebooku oficjalnie rozlicza). Z kolei przez innych takie postanowienia interpretowane są raczej jako tradycja, przyzwyczajenie lub element powtarzalnej ceremonii, której poświęca się najwyżej minutę lub dwie rozmyślań tuż przed wybiciem przez zegar końca pewnego grudniowego dnia, który astronomowie ustanowili uroczyście końcem roku.

Z tym moim przyjacielem od „hartowanej stali i sumienia” znamy się od ponad czterdziestu lat. Opowiadamy sobie nasze życia. Lubię go słuchać. Uczę się od niego wielu rzeczy. Ostatnio w ramach żartobliwego eksperymentu postanowiliśmy rozliczyć się nawzajem z naszych noworocznych postanowień. On wyznał mi swoje, ja jemu swoje. Umówiliśmy się, iż pominiemy te trywialne, niegodne uwagi, powtarzane od lat: rzucę palenie, przeczytam wreszcie do końca Ulissesa, zacznę uprawiać jakiś sport, będę mniej pracował, schudnę, zrobię sobie test PSA na raka prostaty, będę mniej pił (oprócz kalifornijskiego chardonnay), prześwietlę płuca, spiszę testament. Te akurat były nie do spełnienia w jakimś realnym horyzoncie czasowym. Dlatego traktowaliśmy je jako pisane małym drukiem — jak w umowach z bankiem lub ubezpieczycielem — i jak każdy normalny człowiek pomijaliśmy je. Skupialiśmy się na tych istotnych, jak gdyby napisanych w głównej części umowy. Jedno z nich przykuło moją uwagę, dało do myślenia i poruszyło. Odnalazłem w nim siebie i swoje lęki. Andrzej powiedział w pewnym momencie: „Obiecuję w następnym roku przestać być narcyzem”. Dokładnie tak. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że można by go tak określić. Prawdą jest, że często był skupiony na sobie. Można było, ale jedynie momentami, odkryć w nim egocentryka. Natomiast narcyza nigdy. Zawsze interesował go los innych, nie ominął na ulicy żadnego żebraka, od lat wspomagał najróżniejsze fundacje. I jako osoba prywatna, i jako właściciel firmy. Mój przyjaciel Andrzej narcyzem?! Nigdy! Raczej filantropem. Okazało się wkrótce, że chodzi tutaj o zupełnie inny narcyzm. Ten dotyczący jego relacji z kobietami.

Andrzej nigdy nie potrafił zbudować szczęśliwej albo chociaż poprawnej relacji z kobietami. Ponieważ nigdy się tego nie nauczył. Nie musiał. To kobiety budowały te relacje za niego. Najczęściej bez jego udziału. Najpierw nadopiekuńcza matka, która po tragicznej śmierci męża całą swoją miłość przelała na jedynaka i z lęku przed kolejnym nieszczęściem zamknęła go w szczelnej klatce bliskości. Na dodatek nieustannie przekonywała syna o jego wyjątkowości i wyższości nad innymi. Nie chcąc rozczarować ubóstwiającej go matki, wytworzył w sobie chorobliwą potrzebę bycia najlepszym. Tak aby kolejnymi osiągnięciami coraz bardziej zasługiwać na jej miłość. Uzależnił się najpierw od podziwu matki, a potem od podziwu innych. Przestał radzić sobie z jakąkolwiek krytyką, stając się nieomal alergicznie przeczulony na swoim punkcie. Zaczął wierzyć, że jest się albo genialnym, albo bezwartościowym. Pośrodku nie ma nic. On oczywiście jest genialny. Wie o tym od dzieciństwa, a ponadto przez siedem dni w tygodniu pracuje przecież na to nierzadko po szesnaście godzin na dobę. Potwierdzenia swojej wyjątkowości szukał także w relacjach z kobietami, które wpuszczał do swojego świata. Akceptował tylko te, które darzyły go podziwem i jak echo powtarzały słowa jego matki…

Mitologiczny Narcyz złamał setki serc, sam zaś nie kochał nikogo — nawet zakochanej w nim bez pamięci nimfy Echo. Został za to ukarany przez Artemidę, która ulitowała się nad cierpieniem kolejnej umierającej z miłości do Narcyza kobiety. Sprawiła, że ujrzał on swoje odbicie w wodzie i pokochał je. Za każdym razem, gdy próbował je pocałować, ono znikało. Z rozpaczy Narcyz popełnił samobójstwo. Echo pozostała mu wierna także po jego śmierci i powtarzała jego pełne bólu i skargi słowa.

Był z kobietami, dopóki otrzymywał od nich ten podziw i dopóki odzwierciedlały to, co mówi lub robi. Gdy tylko chciały być zauważone, docenione lub ujawniały walory, które mogły zagrozić jego wspaniałości, bez skrupułów je porzucał. Nie zauważał tego, że one go kochały, albo to ignorował. Wpadł w bolesny samozachwyt. Chce się od niego uwolnić, ponieważ cierpi. W mijającym roku to on został po raz pierwszy wykreślony z życia pewnej kobiety, która tak jak on uwielbia swoje odbicie w strumieniu…

Zjednoczenia

Miejsca przy stoliku w hotelowym barze przy Alexanderplatz w Berlinie trzeba rezerwować z minimum dwutygodniowym wyprzedzeniem. Jeśli rezerwacja dotyczy sobotniego wieczoru, to najlepiej nawet miesiąc wcześniej. Wschodni Berlin stał się w ostatnich latach tą częścią stolicy Niemiec, która przyciąga bardziej niż zachodnia. Australijczycy, Kanadyjczycy, Japończycy, ale szczególnie Amerykanie liczą, że odnajdą tutaj — „na Wschodzie” — jakieś ślady po enerdowskim Berlinie z minionych czasów.

Niczego tutaj z tamtych czasów nie znajdą. „Absolutnie niczego! — mówi mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie. — Teraz więcej Wschodu jest na Zachodzie Berlina niż tutaj. W tym hotelu z tamtego Wschodu zostały tylko zdjęcia na ścianach — dodaje — ale nawet one są poprawione w Photoshopie. Poza tym te fotografie są kolorowe, a Berlin Wschodni miał wtedy jedynie odcienie szarości. Nawet sepia byłaby na tych fotografiach oszustwem. Tylko ludzie, i to nieliczni, bywali kolorowi. Z tych nielicznych większość to były kobiety. Widział pan z pewnością fotografie twarzy kobiet, na których wszystko jest szaro-czarne lub czarno-szare, a jedynie usta są w kolorze krwistej czerwieni. Albo sutki wyrastające jak szkarłatne szczyty z jasnoszarych gór piersi. Tak jak u mojej Leny”, dodaje, sięgając po szklankę z kolorowym koktajlem.

 

Mężczyzna może mieć około pięćdziesięciu lat. Oprócz jednej kelnerki i mnie jest chyba trzecim Polakiem, który w Berlinie w dekadenckim hotelu przy Alexanderplatz uczestniczy w hucznych obchodach pięćdziesięciolecia powstania tabletki antykoncepcyjnej. 18 sierpnia 1960 roku preparat pod nazwą Enovid pojawił się w aptekach w USA. Rok później jako Anovlar w Niemczech. Ze względu na morale panujące w powojennych Niemczech środek był sprzedawany jako „lek przeciwko zaburzeniom menstruacyjnym”, a lekarzom wolno było go przepisywać wyłącznie kobietom, które udokumentują, że są w związku małżeńskim. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale tak było. Zapobiegliwe niemieckie matki, które już dawno przestały menstruować, brały od swoich ginekologów recepty dla swoich dorastających córek, które właśnie zaczęły menstruować i podejmowały współżycie. Szczególnie po 1968 roku, gdy wolna miłość wysławiona w Woodstock dotarła do Niemiec i stała się — w dużej mierze dzięki pigułkom — wolna także dla kobiet.

Farmakologiczny gigant z Berlina, który jako pierwszy, wbrew protestom ze strony Kościoła i pewnej konserwatywnej partii z Bawarii, wprowadził pigułkę do niemieckich aptek i na jej sprzedaży zarobił i ciągle zarabia miliony, zorganizował we wschodnioberlińskim hotelu, w niedzielę 3 października, uroczysty raut. Przed rautem przez dwa dni odbywał się z tej okazji kongres naukowy. O nowych badaniach nad antykoncepcją mówiono jednak niewiele. Pigułki już dawno przestały być ciekawym tematem dla chemików i farmakologów. Co najwyżej interesują dzisiaj teologów i demografów.

I miejsce, i data kongresu nie były przypadkowe. Niemcy 3 października obchodzą dzień swojego zjednoczenia. Pytam mężczyzny, dlaczego ważna jest dla niego data urodzin tabletek antykoncepcyjnych. Wyraźnie widać, że nie rozumie mojego pytania. Nie jest ani farmakologiem, ani chemikiem, ani nawet teologiem. Jest stolarzem z Opola. Wypił wszystko z lodówki swojego minibaru w pokoju, co zawierało alkohol, i zdesperowany zszedł do restauracji przy recepcji. Wpuszczono go, ponieważ miał na sobie garnitur. Ochroniarz przy wejściu założył, że jest gościem kongresu.

Każdego 3 października bywa w tym hotelu. Od dwudziestu lat. Podobnie jak każdego 9 listopada. „Od dwudziestu dwóch lat — mówi — bo Niemcy, proszę pana, tak naprawdę zjednoczyli się w czwartek wieczorem, 9 listopada 1989 roku, pomiędzy 18.53 a 18.57. W niecałe cztery minuty się, proszę pana, zjednoczyli, na moich oczach się zjednoczyli. Siedziałem z Leną przy białym plastikowym stoliku nakrytym okropnym plastikowym obrusem. Podnosiłem jej dłoń z plastikowego obrusa do swoich warg i całowałem. Byłem w niej zakochany, chciałem ją poślubić i kochałem dziecko, które miała mi za kilka miesięcy urodzić. Bo, widzi pan, Lena i ja nie chcieliśmy, aby łykała tabletki antykoncepcyjne”, dodaje z ironią w głosie.

„Tam gdzie teraz jest bar, stał na drewnianym stole rosyjski telewizor. Na ekranie gruby mężczyzna o polsko brzmiącym nazwisku Schabowski odpowiadał dziennikarzom na pytania. Odczuwałem, że to, co mówi ten Schabowski, jest dla Leny ważne. Nie słuchała mnie, nie patrzyła na mnie, nie była wtedy ze mną. W pewnym momencie zerwała się z krzesła i z okrzykiem wyrzuciła ręce do góry. Sala w jednej chwili wypełniła się tumultem. Ludzie rzucali się sobie na szyję, płakali, śmiali się, wykrzykiwali. Działo się coś szczególnego i uroczystego. Po chwili restauracja opustoszała. Wszyscy wybiegli na ulicę. Lena podała mi rękę. Biegłem za nią. Słyszałem odgłosy petard, a po kilku minutach ogłuszające trąbienie dochodzące z mijających nas samochodów. Na jednym ze skrzyżowań Lena puściła moją dłoń i wybiegła na środek ulicy. Usiadła na masce jednego z trabantów. Dała mi znak, abym podszedł do niej. Przecisnąłem się pomiędzy samochodami. Wyszeptała mi do ucha, że mam czekać na nią pod Bramą Brandenburską i że musi przejść na drugą stronę i tak dla pewności postać chociaż kilka minut «w West», a potem wróci do mnie. Po chwili wsiadła do trabanta i odjechała. Czekałem na nią pod Bramą. Przez całą noc i przez cały następny dzień. I przez trzy kolejne noce i trzy kolejne dni. Czekam na nią do dzisiaj. Ten hotel tutaj to nasze ostatnie wspólne miejsce…”

Pokolenia

Joshua przyleciał do Berlina na początku listopada. Pozostanie w Europie przez prawie trzy miesiące i wróci do Tel Awiwu samolotem z Krakowa pod koniec stycznia. W Berlinie mieszka w ekskluzywnej dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf, w willi rodziców Jana. Cała ta wizyta w Niemczech to pomysł właśnie Jana. Najpierw wzruszył nim swoją babcię Beate, potem zaskoczył nim rodziców, następnie wytrwale przez kilka tygodni pozyskiwał dla niego dyrekcję swojego gimnazjum, a na końcu — co okazało się najtrudniejsze — przekonał do niego samego Joshuę.

Poznali się przypadkiem w Tel Awiwie, gdzie Joshua szesnaście lat temu się urodził, a gdzie Jana przywiozła latem ubiegłego roku „na pokutną pielgrzymkę” babcia Beate. Jan nie odczuwał żadnej potrzeby pokuty, ale pomimo to poleciał z Beate do Izraela. Ponieważ swoją babcię nie tylko kochał, ale także podziwiał. To ona go wychowała, to ona przytulała i rozganiała jego lęki, to ona czytała mu bajki przed snem. Rodzice planują jego przyszłość, ale to babcia Beate spędza z nim teraźniejszość. Rodzice — często miał takie uczucie — tylko finansują teraźniejszość.

Pamięta, gdy pewnego wieczoru babcia Beate przyszła zapłakana do jego pokoju z plikiem kartek w dłoni. Do niego pierwszego przyszła i do nikogo innego. Usiadła na łóżku i powiedziała mu, że jej ojciec, a jego pradziadek w czasie wojny był wysokiej rangi oficerem w obozach koncentracyjnych Auschwitz i Treblinka w okupowanej Polsce. Ona z mamą mieszkały wtedy w Dreźnie, podczas gdy jej ojciec był „na froncie wschodnim”. Ostatnio okazało się, że ten front wschodni to były komory gazowe i krematoria w Treblince. Wiedział dużo o KZ Auschwitz z lekcji historii w szkole, ale o Treblince nigdy nie słyszał. W pierwszej chwili nie dotarło do niego przerażenie babci. Jego pradziadek był gestapowcem. No cóż, zdarza się. Bez pradziadków jego pokolenia nie byłoby Hitlera. I nie byłoby Dachau, ani potem Auschwitz. Bez narodu stojącego murem za Hitlerem nie byłoby Hitlera. To wiedzą wszyscy w jego klasie. I doskonale rozumieją, że bzdury typu „to nie dotyczyło mojej rodziny, my o niczym nie wiedzieliśmy” są jak wierzenia pogan w to, że łopata sama wykopie dół w naszym ogrodzie, podczas gdy my w tym czasie spokojnie śpimy. Wszystko, co wie o tamtym czasie, wydobył z książek, z Google’a i od nauczycieli. Z babcią i rodzicami nigdy o tym nie rozmawiał. Jakoś wewnętrznie czuł, że wprowadzi ich tym w zakłopotanie. A nauczycielom od dawna nie wierzy. Nauczyciele to urzędnicy państwowi. Jako tacy, z definicji, realizują jakąś ideologię. Nauczyciele jego pradziadka gestapowca w jakimś gimnazjum w Dreźnie także musieli tak czynić. Z książek wie, że bez udziału zarażonych i zauroczonych nazizmem nauczycieli nazizm nigdy nie zachwyciłby tak wielu młodych ludzi. Dzisiejsi nauczyciele przeskoczyli jak elektrony na inną orbitę. Hitleryzm, nazizm, Auschwitz to teraz tematy z półki z napisem „patos, wina, pokuta”. Ta półka znajduje się tak wysoko, że młode pokolenie tam nie sięga. Nawet stając na palcach. To pokolenie nigdy nie spotkało swoich pradziadków. Oni umarli przed ich urodzeniem. Tak jak pradziadek Jana i tak jak pradziadek Joshuy. Pokolenie dzisiejszych niemieckich nastolatków nie poczuwa się do winy. Chce znać prawdę, chce mieć informacje, chce znać fakty. Ale to wszystko. Pokolenie Jana nie sięgnie po popiół, aby posypać nim głowę, nie czuje wyrzutów sumienia. Płaczą, bo to normalna reakcja podczas wycieczek do Dachau, ale kiedy wracają autobusem z obozu, nie czują żadnego dysonansu, słuchając muzyki ze swoich iPodów lub iPhone’ów.

Dla pokolenia Jana szkolna wycieczka do KZ Dachau jest trochę jak wizyta wetnograficznym muzeum makabry. Dla pokolenia nauczycieli Jana jest to jednak ciągle jak oglądanie starych albumów z rodzinnymi fotografiami.

W klasie Jana uczy się Lea. Jej dziadkowie zostali pod koniec wojny wypędzeni z czeskiego Zaolzia. Lea uważa, że niesłusznie. Angażuje się w poważne projekty związane z historią Niemiec. Założyła nawet w Internecie Portal Pojednania. W zeszłym roku odwiedziła Warszawę. Opowiadała o tym ostatnio na lekcji historii. Joshua także tego wysłuchał. Zwiedzała Muzeum Powstania Warszawskiego. Przewodniczka po muzeum, starsza kobieta, w pewnym momencie powiedziała: „Ale proszę się nie martwić, Polacy nie są już źli na Niemców”. Lea poczuła w tym momencie wściekłość. Miała może do cholery powiedzieć tej kobiecie dziękuję?! Jest Niemką, ale nie czuje, że ma coś wspólnego z tymi Niemcami, którzy zabili w powstaniu sto siedemdziesiąt tysięcy Polaków. To nie była jej wojna i to nie było jej powstanie. Ona, odkąd rozumie świat, protestuje przeciwko wszystkim wojnom. Przeciwko tej ostatniej w Iraku także protestowała. Jej kraj się do niej nie przyłączył, ale na przykład Polska tak. Nauczyciel, który się temu przysłuchiwał, uważał, że Lea nie ma racji. Nie miała i nie ma prawa się tak czuć. Ponieważ jako Niemka ma i długo będzie jeszcze miała „z tym” wiele wspólnego, historia bowiem zapomina bardzo powoli. A Hitlera „z pewnością nie zapomni nigdy”.

Joshua mówi bardzo dobrze po niemiecku. Ale mimo to jest milczący i rzadko się odzywa. O tym, że pradziadek Joshuy został zagazowany w Treblince, musiał na lekcji historii opowiedzieć Jan. I także o tym, że 27 stycznia, w rocznicę wyzwolenia KZ Auschwitz, będą w tamtejszym muzeum. Razem…

W tranzycie

Wino w samolocie smakuje inaczej, nie sądzi pan? To chyba przez to okropne powietrze. Nie ma czym oddychać. A wino powinno oddychać. Tak mówi mój mąż. Dlatego ja, gdy latam, zazwyczaj piję wódkę. I tutaj, i na ziemi smakuje tak samo wstrętnie…

Uśmiecham się i spoglądam uważnie na kobietę siedzącą obok mnie. Pamiętam ją z lotniska. Wysiedliśmy z taksówek, które podjechały do terminalu jednocześnie. Ciągnęła za sobą aluminiową walizkę i co chwila potykała się wswoich zbyt wysokich szpilkach. W pewnym momencie zdjęła je, wepchnęła do torby i szła boso.

Wybaczy mi pan, że przeszkadzam? Od trzech godzin nie rozmawiałam z żadnym mężczyzną. Czuję oznaki odstawienia. Pan pewnie czyta jakąś ważną książkę, a ja pana molestuję. A w jakim języku ta książka? Bo to nie po niemiecku, prawda? Bez okularów nie mogę dokładnie rozpoznać. Bo widzi pan, ja od wczoraj trochę niedowidzę. Mam do tego prawo, bo ja, proszę pana, mam od wczoraj czterdzieści lat! Ach, coś takiego. Pan czyta po rosyjsku! Boże, jest pan może Rosjaninem?! Mąż mojej koleżanki ma kochankę w Rosji. W Kijowie. Ponoć jest bardzo ładna. Czy to prawda, że wszystkie Rosjanki są ładne? Kijów nie jest w Rosji? Ale to prawie — sam pan przyzna — jak Rosja. No już dobrze. Ukraina to nie Rosja. Niech panu będzie. Jak tylko wylądujemy w Wiedniu, zadzwonię do koleżanki i poinformuję, że jej mąż zdradza ją z Ukrainką, a nie z Rosjanką. Myślę, że mi to wybaczy.

Napije się pan ze mną wódki? Jest pan Polakiem i nie pije pan wódki!? A to dlaczego? Zniszczona wątroba czy jakieś geny dziadka z Wehrmachtu? No niech pan mi wybaczy, proszę! Mam bardzo zły nastrój od wczoraj. To niby tylko liczba, ale przydusza mnie te czterdzieści lat. To tak jak przerwa w trakcie meczu o wszystko. Jeśli w drugiej połowie nie strzelę żadnego gola, to zejdę ze stadionu jako przegrana. A gdy mecz zakończy się remisem, to także nie będzie fajnie. A ja tymczasem ciągle pamiętam swoje dwudzieste urodziny. Jak gdyby były przedwczoraj. To dopiero było party. Jednego chłopca odwieźli z zatruciem alkoholowym do szpitala, trzy pary rozstały się tamtego wieczoru przed północą, a dwie z nich znalazły sobie — do szóstej rano — innych partnerów i skonsumowały nowy związek w pokoju gościnnym. Mój ojciec pewnie do dzisiaj myśli, że te plamy na fotelach były od majonezu, ale ja wiem, że to była sperma.

Miałam wtedy dwadzieścia lat. Mogłam jeść wszystko i nie tyłam. Nie miałam uczucia, że cokolwiek tracę bezpowrotnie, poza moim dziewictwem, z którego utraty się ucieszyłam. Notabene jako ostatnia z grona moich koleżanek. Niedawno oglądałam jakiś program w telewizji. I niech pan sobie wyobrazi, że rozpoznałam na ekranie twarz grubego, obleśnego, sepleniącego faceta, który przebił swoim mikroskopijnym prąciem moją błonę dziewiczą. Jest teraz jakimś ważnym ministrem. Nie pamiętam czego. Chyba rolnictwa. Nieważne. W każdym razie poczułam się fatalnie. Straciłam cnotę z politykiem. Okropieństwo!

 

Dwa dni temu były moje czterdzieste urodziny. Zaprosiłam moje koleżanki z partnerami. Tak zwane zaprzyjaźnione pary. Nawet to świadczy o tym, jak bardzo się zestarzałam. Gdy miałam dwadzieścia lat, zapraszałam Jo i Svena albo Corinę i Stefana. Nie wiedziałam nawet, że są zaprzyjaźnieni. Po prostu na spacerach trzymali się za ręce.

Oprócz Patrycji wszystkie przyszły z mężami. Patrycja ma męża, ale przyszła z kochankiem. To znaczy o tym, że jest to jej kochanek, wiedziały tylko moje koleżanki i ja. Mężczyźni z reguły takich „drobnych niuansów” nie rozpoznają. To taka ich właściwość. Mężczyźni dojrzewają do szóstego roku życia, a potem tylko rosną. Zresztą nie wszyscy. Siedzieliśmy sobie przy stole i opowiadaliśmy o naszych sukcesach. Gdy ma się czterdzieści lat, można w trakcie urodzinowych przyjęć rozmawiać tylko o swoich sukcesach. Tych, którzy sukcesów nie odnieśli — zgodnie z zasadami dobrego wychowania — po prostu się nie zaprasza.

Nikt nie rozbił kieliszka. Nikt nie zatruł się alkoholem. Nikt nie poplamił ani tłuszczem, ani spermą żadnego fotela. Prawie nikt nie dotykał pod stołem stopami niczyich kolan ani ud. Z wyjątkiem ud Patrycji. Gdy rozanielona Patrycja wróciła ze swoim partnerem z łazienki na pierwszym piętrze, aby rozładować napiętą atmosferę, rozpakowałam prezenty. Dla mnie były deprymujące, ale szczerze mówiąc, odpowiednie do mojego wieku. Dwa bony na sesje anti-aging w SPA, jedna butelka szampana z roku mojego urodzenia i bilet lotniczy do Wiednia wraz z ozdobnym zaproszeniem na inscenizację Snu nocy letniej w wiedeńskiej Staatsoper. To prezent od mojego męża, który już od dawna pod stołami w wielu restauracjach i hotelach dotyka swoimi stopami ud innych kobiet. Dawno, dawno temu dotykał moich. Ciągle niestety to pamiętam. Nieważne. Gdy ja będę akurat w Wiedniu, on jedną z tych kobiet spokojnie rozczaruje w jakimś łóżku.

A pan po co leci do Wiednia? W tranzycie pan jest. Do Mińska. Niech zgadnę. To w Rosji albo na Ukrainie. Nie? No cóż. Musiałam opuścić dużo lekcji geografii w szkole. Pospaceruję sobie dzisiaj wieczorem po Wiedniu. Nie mam tam niestety żadnego kochanka i co gorsza nie mam żadnych snów podczas nocy. Także tych letnich. Bo ostatnio moje noce są bezsenne. Jutro popołudniowym rejsem wrócę do Frankfurtu. Mąż odbierze mnie z lotniska, przytuli jak brat siostrę, skłamie, że za mną tęsknił, a ja skłamię, że Sen nocy letniej był przepiękny. Wieczorem, gdy będę brała prysznic, zajrzy do łazienki i zapyta, czy ma mi podać czysty ręcznik. A ja przypomnę sobie, że kiedyś, gdy nie mieliśmy jeszcze całej szafy pełnej ręczników, przychodził do mnie pod prysznic, całował moje plecy i o nic nie pytał…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?