Spowiedź niedokończonaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2018

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

ILUSTRACJE: © Tim Brightmore / Arcangel

REDAKTOR PROWADZĄCY: Dorota Wierzbicka

REDAKCJA: Agnieszka Olczyk

KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Ewelina Korostyńska, Barbara Turnau



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-06655-3 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

DZIEJE GRZECHU, CZYLI PO CO (LUDZIOM) PŁEĆ

O ŻYCIU UKRADZIONYM

O (NIE)WIERNOŚCI

INTYMNA TEORIA DOJRZAŁOŚCI

ZAZDROŚĆ I GENETYKA

ZLECENIE Z ZURYCHU

PROJEKTOWANIE POCZĘCIA

MACOCHA

FABRYKA PIERSI

WAKACJE (OFFLINE) NA MAJORCE

WSZYSTKO, CZEGO ZAPRAGNIE…

KRÓTKA HISTORIA ORGAZMU

TINDER(ELLA): BAJKA O KOPCIUSZKU ZE SMARTFONA

DLACZEGO?

SCENY Z ŻYCIA ZA OKNEM

PODBRZUSZE MĘŻCZYZNY

O POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA (W BAZIE DANYCH)

SPOWIADAM SIĘ Z TEGO…

DZIEJE GRZECHU, CZYLI PO CO (LUDZIOM) PŁEĆ

Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego około dwóch miliardów lat temu doszło na Ziemi do podziału na samce i samice. Ewolucyjnie, z punktu widzenia realizacji najważniejszego zadania, czyli przedłużenia gatunku i rozprzestrzenienia wyłącznie swoich genów, miało to wówczas same wady. Prawdę mówiąc, było czymś zupełnie niedorzecznym. Rozmnażanie bowiem to przecież — spoglądając na to logicznie — powielanie. Tak jak robią to bakterie. Z jednej powstają dwie, potem z tej pary cztery i tak dalej. W każdym nowym pokoleniu bakterii jest ich dwa razy więcej i na dodatek dokładnie klonują one materiał genetyczny (pojedynczego i bezpłciowego), nazwijmy to, rodzica. W przypadku prokreacji płciowej, kiedy w akcie poczęcia bierze udział samica i samiec, jest zupełnie na odwrót. Z więcej robi się mniej, z dwóch komórek tworzy się jedna, a na dodatek wpuszczamy do niej cudze, obce geny, które mogą przecież zdominować nasze. Towarzyszy temu także utrata energii, czasu i czujności, co można było wówczas, ale także i dzisiaj, przypłacić życiem. Koncepcja, że w ten sposób wybieramy wprawdzie cudze, ale lepsze od naszych geny, także upadła. Rodzice nigdy nie mają pewności, że to akurat te lepsze, od samicy lub od samca, zostaną przekazane. Czy nie lepiej być samolubnym i pozostać przy swoich? Sprawdzonych?

Amerykański biolog ewolucyjny, George Christopher Williams, w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku faktycznie wykazał, że nasze samolubstwo byłoby uzasadnione, ponieważ ma derywatę genetyczną. Geny są samolubne. Interesującą i bestsellerową, co jest nadzwyczaj rzadkie w przypadku literatury popularnonaukowej, książkę na ten temat napisał w 1976 roku skandalista Richard Dawkins1. Aby przetrwał dany gatunek, geny jego osobników muszą podlegać zmienności, by bronić ich przed wszechobecnymi patogenami, czyli wirusami, bakteriami, grzybami. Muszą cały czas modyfikować ich system obronny przeciwko nowym wrogom. Biec co sił, aby zostać w tym samym miejscu — tak jak to Czerwona Królowa tłumaczy Alicji w książce Lewisa Carrolla Po drugiej stronie lustra. Wszystko to jednak nie uzasadnia podziału na płcie sprzed około dwóch miliardów lat. Wtedy patogenów jeszcze po prostu nie było…

Ten podział na płcie nie był wówczas jeszcze początkiem dziejów grzechu. Samice i samce przez bardzo długi czas rozmnażały się bezkontaktowo. Samice składały jaja, samce zapładniały ikrę, a zarodki rozwijały się w środowisku zewnętrznym. Był to bowiem czas, kiedy życie toczyło się jedynie w wodach oceanu. Dopiero około 375 milionów lat temu, więc bardzo długo po rozdzieleniu płci, w tak zwanym późnym dewonie, pojawiły się pierwsze kręgowce, które kopulowały. Były to dawno wymarłe ryby zwane plakodermami. Samolubne geny wytworzyły u samców narząd kopulacyjny w postaci małego wyrostka na obręczy biodrowej, a u samicy otwór, przez który nasienie dostawało się do jej ciała. Tak powstały pierwsze genitalia. Skamieliny plakodermów pokazują, że samce oprócz penisów miały wyjątkowo rozbudowane żuchwy, co mogłoby świadczyć, że służyły one do chwytania samic i unieruchamiania ich w trakcie kopulacji. Odkrycie paleontologów (w 2005 roku) dotyczące seksu plakodermów było rodzajem naukowej sensacji, ponieważ to one są na samym dole drabiny ewolucji: plakodermy, rekiny, ryby kościste, żaby, dinozaury, ptaki, ssaki. Taka strategia rozrodcza to także wynik samolubstwa genów: pozwalała przetrwać w dewonie, gdy morza roiły się od drapieżników i żyworództwo dawało większe szanse na przetrwanie.

Mocna żuchwa samca plakodermy wskazywałaby na to, że od samego początku ewolucji akt kopulacyjny nie był raczej czymś, o czym samica tej prehistorycznej ryby marzyła. Jeśli ryby w ogóle marzą. Generalnie kopulacja u prawie wszystkich gatunków jest dla samicy czymś nieprzyjemnym. Gnana ewolucyjnym obowiązkiem poddaje się jej, ale raczej nie czerpie z tego przyjemności. Trudno też stwierdzić, czy taką przyjemność odczuwa samiec. Oglądając wyraz pyska kopulującego w zoo goryla, można wywnioskować raczej coś wprost przeciwnego. Z bliskich Homo sapiens prymatów jedynie Pan paniscus, czyli szympans karłowaty, znany bardziej jako bonobo, wydaje się czerpać z seksu przyjemność. Wykazuje wydłużony okres aktywności seksualnej oraz dużą częstotliwość uprawiania seksu niereprodukcyjnego, co bardzo upodabnia zachowania seksualne bonobo do zachowań ludzkich.

Druga płeć fascynuje gatunek Homo sapiens od dawna. I nie chodzi tutaj o tak zwaną miłość dwóch heteroseksualnych osobników zaczynającą się tak naprawdę od nieposkromionej ciekawości. Miłości w tym abstrakcyjnym sensie nie stwierdzono nawet u bonobo. Tylko ludzie potrafią mówić i kochać. Ludziom chodzi o ciekawość jak najbardziej biologiczną. W odpowiedzi na pytanie w ankiecie firmy Durex z 2015 roku: „Czy chciałabyś stać się mężczyzną, czy chciałbyś stać się kobietą i na jak długo?” padły bardzo symptomatyczne odpowiedzi. Ponad 83 procent mężczyzn (próba 3200 osób, wiek 25–49 lat) chciałoby „poczuć, jaka to przyjemność mieć penisa w sobie”. W podobnej próbie tylko niewiele ponad 42 procent kobiet pragnęłoby „doświadczyć, co czuje mężczyzna podczas penetracji waginy”.

Wygląda na to, że geny u mężczyzn są jednak bardziej samolubne…

1 Richard Dawkins, Samolubny gen, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1996. [wróć]

O ŻYCIU UKRADZIONYM

— Moja egzekucja była wyznaczona na drugą połowę stycznia 1998 roku — mówi po angielsku z amerykańskim akcentem, spokojnym głosem, powoli, myśląc nad każdym zdaniem, bez emocji. Niewysoka, krępa farbowana blondynka w pstrokatym czarno-białym swetrze. W marcu 2016 roku, tutaj w Berlinie, będzie obchodziła swoje pięćdziesiąte drugie urodziny. Prawie połowę życia, ponad dwadzieścia cztery lata, spędziła w celi śmierci na terenie więzienia o zaostrzonym rygorze w amerykańskim stanie Arizona.

— Najpierw do celi przybył lekarz, który sprawdził moje żyły — dodaje. — Dokładnie oglądał, a potem długo opukiwał palcami zgrubienia żylne na obu rękach. Na wysokości łokci, tyle że po wewnętrznej stronie. Musieli być pewni, że nie będzie jakichś przeszkód przy umieszczaniu w moich żyłach dwóch wenflonów. Zawsze dla pewności instaluje się dwa, aby wykluczyć ryzyko konieczności powtarzania egzekucji, gdyby jeden z nich okazał się uszkodzony. Dlatego też do obu podłączone są przewody, którymi popłynie pompowana trucizna. Podczas zabijania płynie wprawdzie tylko przez jeden wenflon, ale można natychmiast ją skierować do drugiego w przypadku ewentualnych technicznych zakłóceń, jak oni to nazywają. To normalna procedura przed wykonywaniem kary śmierci w USA. Niektórzy skazani, mający w przeszłości do czynienia z narkotykami, często mają bardzo poharatane naczynia krwionośne, co utrudnia umieszczenie wenflonu. Znam przypadki, kiedy zakładanie wenflonu trwało ponad trzydzieści minut. Ci od praw człowieka w USA ocenili, że to niehumanitarne i przypomina tortury. I zmienili przepisy. Nie jeden, ale dwa wenflony. Człowiek, gdy już wie, że nie ma nadziei, to chce mieć swoją śmierć jak najszybciej za sobą. Każda sekunda się wtedy liczy, a każda dodatkowa musi być torturą. Po tym lekarzu od badania żył do mojej celi przyszedł kapłan, aby „udzielić mi ostatniego wsparcia”. Nie pytałam go, od jakiego Boga przychodzi. On nie pytał, czy ja w jakiegoś Boga wierzę. To też należy do praw skazańców w USA. Ale w Chinach na przykład już nie. Podobnie jak wybór ostatniego posiłku. To nie ten kapłan ani nie jego Bóg udzielili mi ostatniego wsparcia. Tego wsparcia udzielili mi moi adwokaci. To dzięki nim nie założono mi żadnych wenflonów i nie podłączono mnie do pompy. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ jestem niewinna. Trochę to trwało. Od tamtego badania żył w styczniu minęło piętnaście lat z kawałkiem, zanim pewna sędzina sądu stanowego w Arizonie uznała w swoim uzasadnieniu, że „nie istniały praktycznie żadne dowody pozwalające na wszczęcie procesu przeciw oskarżonej o morderstwo”. Piętnaście lat…

 

Drugiego grudnia 1989 roku James Lynn Styers, współlokator Debry Milke, rocznik 1964, razem ze swoim kolegą Rogerem Scottem zabrali na wycieczkę czteroletniego syna Debry, Christophera. Podczas tej wycieczki Christopher został zastrzelony. Po aresztowaniu Scott zeznał, że mord został im zlecony przez Debrę Milke, która chciała otrzymać rzekomo pięć tysięcy dolarów ubezpieczenia na życie za śmierć swojego syna. Milke nigdy takiej polisy nie podpisała. Kobieta została przesłuchana przez oficera policji, niejakiego Armanda Saldatego. Podczas procesu Saldate zeznał, że Milke przyznała się do zlecenia morderstwa swojego syna. Nie istniał żaden protokół z przesłuchania Saldatego, żadne nagranie wideo ani audio potwierdzające te zeznania. Pomimo to dwunastego października 1990 roku Debra Milke została, prawomocnym wyrokiem sądu w Arizonie, skazana na karę śmierci. Wyrok ten budził w następnych latach wiele kontrowersji, szczególnie gdy okazało się, że Roger Scott jest schizofrenikiem oraz gdy na światło dzienne wyszły bezprawne metody przesłuchań oficera policji Armanda Saldatego. Sąd Najwyższy stanu Arizona w dniu siedemnastego marca 2015 roku uniewinnił Debrę Milke, która spędziła w celi śmierci dwadzieścia cztery lata.

— Moja cela? Moja codzienność w więzieniu? — odpowiada. — Razem trzy metry świata. Stalowoszary beton, toaleta, umywalka, wąska prycza. Jedzenie podawali przez otwieraną klapę w drzwiach. Byłam tam jedyną skazaną na śmierć, więc nie wolno mi było utrzymywać żadnych kontaktów z innymi kobietami. Nawet podczas spacerów miałam swój własny, zamknięty kratami korytarz. Skracałam sobie samotność. O czwartej rano, gdy w więzieniu było najciszej, wstawałam. Pisałam lub czytałam. O piątej podnosiła się klapa i wsuwali mi śniadanie. Do południa medytowałam, robiłam pompki i słuchałam muzyki. Potem znowu pisałam pamiętnik. Boleśnie brakowało mi dotyku. Fizyczny kontakt z innym człowiekiem miałam tylko wtedy, gdy zakładali mi kajdanki. Pamiętam, jak po kilku latach zaczęła pracować w więzieniu nowa strażniczka. Pewnego dnia otworzyła klapę, przez którą podawali jedzenie, i wsuwając swoje ręce, powiedziała: „Debra, chodź tutaj”, po czym wzięła moje dłonie w swoje. Oficjalnie było to zabronione. Teraz, gdy ktoś podaje mi rękę, ciągle czuję dłonie tamtej kobiety, chociaż nawet nie pamiętam, jak miała na imię…

O (NIE)WIERNOŚCI

— Powiem panu, że to z pewnością nie jest praca dla kobiet samotnych. Nawet tych, które swoją samotność same wybrały. Tak jak ja — mówi, unosząc powoli kieliszek do ust. — To nie jest, powiem panu, nawet praca dla samotnych lesbijek — dodaje po chwili z uśmiechem.

Delikatna, nieomal eteryczna, muskająca urodą. Długie, naturalnie kasztanowe włosy spięte w koński ogon przewiązany u podstawy oliwkowozieloną wstążką. Lekko opalona skóra na wysuniętych policzkach, ciemnoniebieskie, momentami granatowe oczy, długie, gęste rzęsy splatające się ze sobą, kiedy opuszcza powieki. Mięsiste, szerokie wargi, mały, obsypany piegami, lekko zadarty nos, niewielka blizna na wysokim czole, tuż u nasady włosów. Oprócz resztek różowej szminki na wargach nie ma żadnego makijażu. Brzoskwiniowa skóra jej twarzy jest delikatnie zaróżowiona. Trudno uwierzyć, że, jak sama mówi, „zbliża się do końca młodości, a trzydziestka takim końcem jest”. Pod rozpiętą bluzą dresową z kapturem ma elastyczny zielony podkoszulek ściskający ciężkie, duże piersi. Na nogach neonowozielone sportowe buty.

Niewielka, przytulna kawiarnia w parku, tuż przy ogrodzie botanicznym we Frankfurcie, pełna jest o tej porze biegaczy, rowerzystów i spacerowiczów z kijkami. — Przepraszam pana, że musiał pan tutaj przyjechać — mówi — ale mam bardzo napięty plan dnia. Także w sobotę. Rano pracuję w kwiaciarni, potem jestem do wieczora na uniwersytecie. W międzyczasie biegam tutaj. Kwiaty układam od niedawna. Zawsze chciałam mieć swoją kwiaciarnię, ale najpierw chcę zrobić doktorat. Taka chimera, szczególnie że to doktorat z socjologii i przy projektowaniu bukietów nie na wiele się zda. Nie chcę w tę moją chimerę mieszać rodziców. Ile czasu można ciągnąć kasę od ludzi, których się kocha i szanuje? Gdy zrobię doktorat, to wybaczą mi tę kwiaciarnię. Tak myślę. Nim zaczęłam pracować w kwiaciarni, podawałam ubrania rozkapryszonym Rosjankom i Chinkom w sklepie Gucci na Goethe Strasse. Traumatyczne przeżycia za małe pieniądze, bo w tym całym Guccim jedynie do wysokich cen podchodzi się z namaszczeniem. Któregoś dnia pewien detektyw kupił portfel ze skóry krokodyla. Wiedziałam, że to detektyw, ponieważ zostawił mi swoją wizytówkę, mówiąc, że „marnuję się na tym straganie” i że ma dla mnie lepszą pracę. Z ciekawości, po tygodniu, zadzwoniłam. Kiedy powiedział, że za godzinę płacą średnio około stu euro i wyjaśnił, co mam robić, natychmiast wyszłam ze „straganu” Gucci, nie żegnając się z kierowniczką, która i tak chciała mnie zwolnić. Stałam się „testerką wierności”. Mnie to bawiło, ale detektyw od portfela z krokodyla traktował to z ogromną powagą. Jego biuro, licencjonowana agencja detektywistyczna, od kilku lat dostaje ogromną liczbę zleceń tego typu. Okazało się, że tak naprawdę z tego żyje. Na dodatek dekadencko. On i jego starszy brat, który jest współwłaścicielem i księgowym jednocześnie. Ponadto kilkunastu ludzi tam nieźle zarabia. Głównie dziewczyny. Początkujące aktorki, modelki, urodziwe studentki, które zamiast ozdabiać frankfurckie targi jako hostessy, wolą testować facetów. Przychodzi bezradny człowiek do detektywa i chce się upewnić, że jakiś drugi człowiek dochowa mu wierności w sytuacjach i okolicznościach, które takiemu zachowaniu zupełnie nie sprzyjają. Kobiety są z natury bardziej ciekawskie i bardziej nieufne, więc detektyw potrzebował głównie testerek. Piszę pracę o socjologicznych aspektach manipulacji emocjonalnej, więc oprócz tych stu euro pobierałam tam praktyczną naukę. I to za darmo. Tak to traktowałam. Dzięki genom rodziców otrzymałam dar urody. Bardzo się wówczas przydała. Wkładałam suczą miniówę, jak nazywała ją jedna z moich młodszych koleżanek, postarzałam się najpierw w solarium, a potem makijażem, puszczałam luzem biust, wciągałam pończochy opinające koronkową gumką moje uda, zakładałam służbowe szpilki — detektyw nie oszczędzał na ubraniach — i na wysokich obcasach szłam testować wierność. Przeważnie wieczorami. Całe szczegółowe portfolio kandydata do testu przygotowywał detektyw. Pełne informacje otrzymywał od zleceniodawczyni. Najczęściej narzeczonej lub żony, ale bywało, że od kochanki, która chciała się przekonać, czy jest i będzie jedyną kobietą jego życia, bo żona się przecież nie liczy. Wiedziałam, co lubi, jakiej słucha muzyki, kim jest z zawodu lub kim chciałby być. Wiedziałam także bardzo często, na jakie damskie perfumy zwraca uwagę, czy lubi tańczyć, jakiej drużynie kibicuje, czy czyta książki, czy woli piwo czy wino. Przy pierwszym zleceniu, wydanym przez niedoszłą pannę młodą (ślub miał być za miesiąc), trafiłam wyjątkowo pechowo. Absolutny buc, gardził wszystkimi, którzy jeżdżą porsche starszym niż dwa lata, synuś bogatego tatusia i do tego bez matury. Już po półgodzinie chciał się wprosić do damskiej toalety na „małego niezobowiązującego lodzika”. Przy drugim miałam pecha jeszcze większego. Człowiek zupełnie nie interesował się futbolem, pił tylko wino, był molem książkowym i uwielbiał poezję. Był przy tym nieśmiały jak dorastający chłopczyk. Kazali go przetestować nieprzyzwoicie bogaci rodzice córki jedynaczki. Za wszelką cenę chcieli sprowokować jego niewierność, aby nie dopuścić do mezaliansu arystokratycznej córeńki i biednego naukowca, i to na dodatek zupełnie niearyjskiego, bo z Rosji. Był tak uroczo zakochany w ich córce, że na drugie spotkanie przyszłam w trampkach i luźnym swetrze. Potem zaczęłam za nim tęsknić, następnie nienawidzić swoją samotność, a na końcu skalałam się zazdrością o kobietę, do której całkowicie należał. I to wtedy znalazłam sobie pracę w kwiaciarni…

INTYMNA TEORIA DOJRZAŁOŚCI

Znana, nie tylko ze swoich ankiet, firma Durex w jednym z raportów opublikowanych w Stanach Zjednoczonych w lutym 2013 roku — nieprzypadkowo tuż przed dniem świętego Walentego — zestawiła listę najczęstszych fantazji seksualnych mężczyzn pomiędzy siedemnastym i dwudziestym trzecim rokiem życia. Z nieukrywanym zdumieniem autorzy raportu komentowali i analizowali fakt, że na trzecim miejscu rankingu znalazło się marzenie młodych mężczyzn o seksie z dojrzałą kobietą. Fantazjowanie o seksualnej bliskości z czterdziestoletnią nauczycielką angielskiego, matką dwóch synów, czy z dobiegającą pięćdziesiątki atrakcyjną matką kolegi z roku pobudzało zmysły ankietowanych mężczyzn (w tym akurat przedziale wiekowym) nieomal tak samo mocno, jak wyobrażanie sobie seksu z dwiema rówieśniczkami jednocześnie. Charakterystyczny dla tego fenomenu był nie tylko wiek kobiety, ale też fakt, że jest ona matką.

Wprowadzone do obiegu psychospołecznego przez Zygmunta Freuda pojęcie edypalnego pożądania przez młodych mężczyzn tych kobiet, które mogłyby być ich matkami, ma swoją bardzo długą, sięgającą antycznej Grecji i jej mitologii historię. Pomimo to było ono przez tysiąclecia wypierane, skrywane, a kiedy wyszło na jaw — konsekwentnie odsądzane od czci i wiary. Wyjątkowo zgodnie zarówno przez świeckich, jak i Kościół. Znacząca asymetria wieku w przypadku partnerów seksualnych była i jest tolerowana, znajdując społeczne przyzwolenie oraz akceptację, tylko wówczas, kiedy dojrzały mężczyzna fantazjuje oraz realizuje swoje fantazje z kobietą o wiele młodszą. Lolity wywołują wprawdzie gromkie oburzenie wśród dużej części kobiet, jednakże społecznie potępiane nie są. Z punktu widzenia ewolucyjnego celu prokreacyjnego przynosi to przecież naszemu gatunkowi jedynie same korzyści, konkretnie mierzone przez demografów. Natomiast związek, demograficznie już nieaktywnej, pięćdziesięciolatki z dwudziestolatkiem wprawdzie także nie jest potępiany, aczkolwiek, nawet dzisiaj, wywołuje co najmniej towarzyski dysonans, jeśli nie skandal. Fakt, że dwudziestolatek może pragnąć być „wprowadzony w te sprawy” przez kobietę w wieku matki jego kolegi z klasy, jest znany od dawna. Teraz dzięki internetowi owo głęboko kiedyś skrywane pragnienie jest wyrażane masowo i bez skrępowania. To także wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Durex. Wielkiego odkrycia tu nie ma. Nowe jest natomiast wyraźne wyłanianie się pewnego trendu lub mody i definiowanie ich swoistą, wchodzącą do publicznego obiegu terminologią. Od pewnego czasu matki będące pożądanymi obiektami seksualnymi mężczyzn w wieku ich synów określa się akronimem MILF1, przez wielu uważanym za nieprzyzwoity, a przez innych wręcz za wulgarny. Pomimo to wywodzące się z młodzieżowego slangu słowo „MILF” pojawiło się i na trwałe zamocowało w nomenklaturze socjologów, psychologów i seksuologów.

W tym kontekście za pierwszą powszechnie znaną MILF została uznana tebańska królowa Jokasta, najpierw matka, a następnie także żona mitycznego Edypa. Bardziej współcześnie, chociaż mało zauważalnie, dołączyła do niej Mrs. Robinson, wyrafinowana uwodzicielka naiwnie chłopięcego, wrażliwego i niewinnego maturzysty (Dustin Hoffman) w filmie Absolwent, a ostatnio, chociaż zdarzyło się to szesnaście lat temu, do tak zwanego mainstreamu trendu MILF wpłynęła postać matki Steve’a Stiflera, głównego bohatera kultowej serii filmów dla młodzieży pod tytułem American Pie.

 

Seksuolodzy mają jak dotąd o MILF bardzo mało do powiedzenia (słynny Instytut Kinseya nie opublikował dotychczas żadnych danych na ten temat). W nielicznych artykułach odwołują się jedynie do statystyk, których dostarczają im głównie portale pornograficzne (ostrożnie nazywane w naukowych publikacjach erotycznymi). Największy z nich, PornHub, oszacował, że MILF jest ostatnio trzecim najczęściej wyszukiwanym terminem na tym portalu. Prawie pięćdziesiąt milionów użytkowników (strony pornograficzne są od lat najczęściej odwiedzanymi stronami w internecie, a słowo „seks” najczęściej szukanym terminem przez Google!) postanowiło w roku 2014 obejrzeć materiały pornograficzne zawierające seks dojrzałych kobiet i młodych mężczyzn. Trzy razy więcej niż seks z udziałem młodych kobiet!

Pytanie, dlaczego młodzi mężczyźni fantazjują w najgłębszej tajemnicy o seksie z matkami swoich dziewczyn lub narzeczonych, do dzisiaj pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi. Niektórzy akademicy mówią o emancypacji, inni o rozwoju kosmetologii „wyemancypowanych mamuś spędzających czas w studiach fitness”, jeszcze inni, ci najbardziej akademiccy, o „powracającej nieświeżej czkawce Freuda”. Ci najbardziej zainteresowani, przepytywani w ankietach Durexu młodzieńcy pożądający kobiety MILF, najczęściej wymieniają: „wie, czego chce”, „wie, czego ja najbardziej chcę, i mi to daje”, „to prawdziwa królowa, a nie rozpieszczona księżniczka”, „nie musiałbym jej mówić, że ją kocham” i tym podobne.

Starość staje się coraz bardziej względna…

1 MILF — akronim pochodzący od słów Mom I’d Like to Fuck (mamuśka, z którą chciałbym pójść do łóżka). [wróć]

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?