3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Kiedy znów będę mały

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kłamiesz.

Albo:

– Nie stawiaj się.

I skończone.

Jakoś prościej, szlachetniej.

A fałszywy taki słodki, miły, że go trudno przyłapać na gorącym uczynku.

No i co? Przykrość sprawiłem Mundkowi. Ma żal do mnie. Na ojca powiedziałem – stary – i że się urżnął. Tak ordynarnie powiedziałem jak człowiek dorosły, co to zawstydzi dziecko, urazi i nawet nie czuje.

Ale wchodzę do bramy, a na schodku siedzi ten sam kot co wczoraj. Żal mi się go zrobiło i chciałem pogłaskać, a on w nogi. Więc pamięta. Może za kota Bóg mnie skarze, że mi Łatka wziąć do domu nie pozwolą?

– No, jak ci tam poszło w szkole? – pyta się mama.

Łagodnie się zapytała. Może czuje, że niesłusznie mnie wczoraj skrzyczała?

Mówię:

– Nic takiego.

A mama się pyta:

– A w kącie nie stałeś?

I dopiero przypominam sobie, że naprawdę.

Mówię:

– Stałem w ławce.

A mama:

– No i mówisz, że się nic nie stało.

Mówię:

– Zapomniałem.

Biorę nóż i zaczynam kartofle z mamą obierać.

A mama:

– Za co?

Mówię:

– Nie uważałem.

– Dlaczego nie uważałeś?

– A tak zamyśliłem się.

– A o czym?

Prędko obieram – niby zajęty – i nie odpowiadam.

– Widzisz, niedobrze, że zapomniałeś. Dziecko porządne wstydzi się stać w kącie i stara się już więcej tego nie robić. Przecież pani stawia w kącie dla nauki, dla przykładu: żebyś lepiej wszystko zrozumiał. A jak zapominasz, to cała nauka z kary idzie w las. Trzeba swoje kary pamiętać.

Spojrzałem na mamę i myślę:

„Biedna, dobra mama, ona nic nie wie i nic nie rozumie”.

I pomyślałem:

„I biedna, i stara”.

Bo jak mama siedziała pochylona, zobaczyłem, że ma siwe włosy i zmarszczki. Może niestara jeszcze, ale życie ma ciężkie.

I myślę:

„Dobrze, że znów mam matkę. Kłopot z rodzicami mają dzieci, ale bez rodziców gorzej – źle – bardzo smutno i źle”.

– A może ty co jeszcze zmajstrowałeś w szkole?

Mówię:

– Nie, nic.

– A nie kłamiesz?

– Co mam kłamać? Jakbym nie chciał, i o kącie nic bym nie powiedział.

Mama mówi:

– No, pewnie.

I już cicho. Ale tak jakbyśmy dalej rozmawiali. Bo ja w myśli mam prośbę o mojego Łatka, a mama wie, że czegoś nie mówię, że coś tam ukrywam.

My, dzieci, lubimy gawędzić z dorosłymi. Oni lepiej wiedzą. Ale żeby nie mieli do nas tyle pretensji. Żeby byli z nami łagodni. Nie tylko ciągle burczeć, zrzędzić, fukać, krzyczeć, besztać.

Żeby mama innym razem tak się zapytała:

– A może kłamiesz?

Tobym się zirytował i może tak samo bym odpowiedział, tymi samymi słowami, ale w tych słowach byłaby już złość.

Dorośli nie chcą zrozumieć, że dziecko na łagodność odpowiada łagodnością, a na gniew zaraz się w nim budzi – jakby odwet, zemsta. Że niby:

„Taki jestem i już inny nie będę”.

Przecie każdy, nawet najgorszy z nas, chce się poprawić.

I może złe dzieci najbardziej tym się różnią od złych ludzi dorosłych, że wyście już probowali71 – probowali – a nic z tego nie wyszło, więc trudno. A my się borykamy, my się zmagamy ze sobą, staramy się, postanawiamy, a jak nam się znów raz nie uda – wy zaraz – huzia na nas! To okropnie przeszkadza. Im się człowiek więcej wysili – już zdaje się, że dobrze – masz – zaczynaj znów od początku! Taka złość bierze, taki ból i zniechęcenie! A wy zamiast pomóc, dodać otuchy – zaraz bij, zabij. Dlatego mamy takie feralne dni, złe tygodnie. Że jak się jedno nie powiedzie, zaraz drugie, trzecie – wszystko się z rąk wali.

A najgorsze, jeśli się nie uda, a wy podejrzewacie złą wolę. Czasem nie dosłyszy się albo przesłyszy, zapomni, nie zrozumie albo źle zrozumie. A wy myślicie, że na złość. Czasem chce się właśnie coś dobrze, jaką niespodziankę, przyjemność wam zrobić, a że nie mamy doświadczenia, więc wyjdzie źle – szkoda jaka, strata. Sami czujemy przecie, więc po co zaraz robić awantury?

Źle człowiekowi, który mocno czuje.

No i kręcę się po izbie. Doniczki z okna pozdejmowałem i kurz wytarłem. A potem w całym pokoju zacząłem wycierać. A mama się dziwi. I takeśmy się z mamą przeprosili za wczorajsze. Bo kto wie? Może tam i mojej winy było trochę? Nie powinno się na obiad spóźniać. Przecież nawet święci grzeszyli.

– Idź, polataj trochę – mówi mama. – Co będziesz tu siedział?

A ja:

– Pójdę do ochronki72 po Irenę.

Mama:

– Ano, idź.

Ubrałem się, ale idę, sam nie wiem, dlaczego. Pewnie przez Łatka. Bo małymi dziećmi też trzeba się opiekować.

Niedobry jestem brat. Nad psem się lituję, a dla rodzonej siostry nie mam prawdziwej miłości. Co tam miłości – nawet wyrozumienia.

Takie małe dziecko musi przecież przeszkadzać, musi z nudów naprzykrzać. Jeśli się z nią pobawię – jak z łaski. A tak to fukam na nią i potrącam. Zupełnie jak dorośli z nami, starszymi dziećmi. Widać od nich idzie dla nas taka nauka.

Trzy są najgorsze rzeczy, przez które nie lubimy malców:

Pierwsze, że dorośli każą nam ustępować, czy mają słuszność, czy nie.

Drugie, że każą im dawać dobry przykład.

Trzecie, że każą się z nimi bawić, kiedy nam przeszkadzają.

Czyli, że przez młodsze rodzeństwo często otrzymujemy bury. Więc się podwójnie cierpi: przez siebie i przez malca.

Na przykład coś mam, a ona się napiera. Jeżeli zechcę, sam dam, bo wiem, co dać można, co nie. A czy dorośli nam ustępują, jak się napieramy? Jeszcze skrzyczą, a jak dadzą dla świętego spokoju, to jeszcze gorzej, bo nauczą, że dobrocią się nic nie dostanie. A taki mały pieszczoch widzi, że się za nim ujmują, i uczy się krzyczeć, jak czego chce. To strasznie gniewa.

Niech płacze. Ale nie: ono się drze głośno, najgłośniej – właśnie, żeby wszyscy słyszeli, żeby zaraz było zbiegowisko.

Bo jak tu jedni tacy mieszkali, co mąż nie chciał jej czego dać, to narobiła krzyku na całe podwórko.

A on tylko mówi:

– No, cicho już, bo wstyd robisz mnie i sobie.

A ona:

– Właśnie chcę ci wstydu narobić! Niech ludzie wiedzą, niech się cały dom zleci! Niech policja przyjdzie, niech pogotowie przyjedzie, niech w kurierze napiszą!

Ona się pewnie z maleńkości przyzwyczaiła. Bo tak robią małe. Drze się, a dorosłym nie chce się dowiedzieć, jak naprawdę było, tylko chcą, żeby cicho. I dopiero:

„Ona mała, powinieneś ustąpić”.

Dorosłym ustępuj i malcom jeszcze także.

Dorosły da klapsa, nie zawsze sprawiedliwie, ale jak brat uderzy, zaraz się litują i biorą pod opiekę.

Zrobiłem sobie wiatraczek. Pół dnia się mordowałem.

– Daj.

Zaczyna mi wyrywać.

– Odejdź, bo dostaniesz!

A ona:

– Daj, daj!

A mama co?

– Zrobisz sobie drugi.

Zrobię albo nie zrobię. I niech poprosi, poczeka, a nie wyrywa i:

– Maaaamooooo!

Ledwo się człowiek wstrzymuje w tej złości. A ona chce nawet, żeby uderzyć, bo wtedy już na pewno poleci na skargę. I masz awanturę:

– Taki brat! Taki duży (chłop?).

Niby moja wina.

Jak wygodnie – jestem mały, jak wygodnie – tom73 duży.

Albo znów.

Już nie tylko za to odpowiadam, co sam zrobię, ale i za nią.

„Ty ją nauczyłeś. Ty jej pokazałeś. Od ciebie słyszała. Twój przykład”.

Czy ja kazałem po sobie małpować? Jeżeli daję zły przykład, niech za mną nie łazi, niech do mnie nie mówi, niech się ze mną nie bawi.

Aleeee! Właśnie mam się z nią bawić. I to jak?

„Ubierz palto, bo i ona też zechce bez palta. Nie dostaniesz piwa albo kiełbasy, bo i ona będzie chciała. Idź spać, bo sama nie pójdzie”.

Tak ci obrzydzą to małe dziecko, że nie chcesz mieć z nim nic do czynienia. Ale nie: musisz iść się bawić.

No dobrze.

Są zabawy, gdzie mały może się przydać. Ono też może coś robić. Ale niech słucha, niech zabawy nie psuje, niech rozumie, że nie może tego wszystkiego co my.

I mówi mu się:

– Usiądź tu, będziesz to i to.

A ono nie chce. Chce latać. A przecież ja odpowiadam, jak się przewróci i guza nabije albo podrze. No i plącze się przecie i przeszkadza.

Dla dorosłych dziecko – wszystko jedno, czy ma pięć lat, czy dziesięć. Jak wygodnie – to nie ma różnicy.

– Dzieci, idźcie się bawić.

A jak wygodnie, to jesteś starszy i masz być opiekunem, i ustępować, i dobry przykład dawać.

Sami sieją waśń między rodzeństwem i dlatego nie może być zgody. Dlatego staramy się unikać małego i wtedy tylko się zbliżyć, kiedy bardzo się nudzi albo chce od młodszego wypętać74.

 

Bo i my nie bez winy. Dużo jest między nami oszukaństwa. Niech tylko ma coś mały, zaraz znajdzie się przyjaciel, co sprobuje75 wymanić76. Niby się bawi, aż dostanie, co chce, a potem ani spojrzy. A mały dumny, że go proszą, albo się wstydzi upomnieć, żeby oddał.

Bo różni są i starsi, i mali.

Dlatego, co porządniejszy, nie zadaje się z malcem, żeby go nie mieli w podejrzeniu, a garną się do nich najgorsi.

I naprawdę starsi dają małym zły przykład i psują. I tak od najmniejszego już cudak jakiś rośnie. A potem, jak ma rozum, trudno się odzwyczaić, trudno się poprawić.

Idę przez ulicę i myślę. Aż patrzę, a tu mój Łatek. Ażem przystanął. Ale tak mi się tylko zdawało. Nie bardzo był nawet podobny. Więc teraz znów myślę o Łatku.

„Może go nie odbierać? Może lepiej mu tam będzie? Może mama pozwoli, a potem się będzie gniewała? Przecie jakby chcieli, toby był pies i beze mnie. Zaczekam chyba parę dni, co powie Bączkiewicz, jak on się tam sprawuje. Bo nabrudził w komórce. Był co prawda zamknięty”.

I nie wiem, czy chcę, żeby mnie było z nim weselej, czy żeby Łatkowi lepszą przyszłość zapewnić. Bo co? Uratowałem mu życie i o miejsce się wystarałem. Może się teraz więcej zająć Ireną?

Ano, przychodzę do ochronki, do tego przedszkola, a tam się malcy bawią w koło. Trzymają się za ręce, kołują i śpiewają.

A pani mówi:

– Masz stać, to się baw z nami.

I wyciągnęła rękę, a ja się przyłączyłem.

Innym razem pewnie bym się wstydził i nie chciał, ale teraz nikt przecie mnie nie zobaczy. Zacząłem się bawić. Z początku zacząłem żartować, żeby było więcej śmiechu. To przykucałem, że jestem malutki, to kulałem, że mnie noga boli. I chciałem panią wypróbować, czy nie zacznie się gniewać. Bo jak co, mogę przecie odejść. Ale pani też się śmiała, więc już się naprawdę bawiłem.

Malcy byli zadowoleni, każdy chciał ze mną, żeby trzymać za rękę. No, nie każdy, bo niektóre się wstydziły, że mnie nie znają. A najdumniejsza była Irena, że ma dużego brata. I już zaczęła rozporządzać:

– Ty tak, ty tu.

Myśli, że jak co, będę jej bronił.

A ja powiedziałem, żeby się uspokoiła, bo sobie pójdę.

Mali mają taki zwyczaj. Jeżeli wie, że mu starszy przyjdzie na pomoc, pierwszy zaczepi, a potem ucieka, żeby go brat bronił dopiero. A brat, jeżeli łobuz, sam chętnie się pobije, a tu nic przecie nie ryzykuje, bo jak co, on jeszcze szlachetny:

„A po co małego uderzył? Musiałem brata bronić”.

Sam nawali77 kochanego braciszka cztery razy więcej, ale teraz – on kochający brat i opiekun.

A znów porządny nie chce, a musi się ująć, choć wie, że malec nie ma racji, bo się boi, że za małego przed rodzicami będzie odpowiadał.

Więc pani miała jakiś list napisać i mnie z malcami zostawiła, a oni się słuchali, a pani była w drugim pokoju.

Tylko jeden cały czas przeszkadzał. Bo później im bajkę o kocie w butach opowiadałem, a mały szczeniak umyślnie przeszkadzał. To tak już złości, że nie wiem.

Więc idziemy z Ireną do domu, a tu mi coś w kieszeni bocznej brzdęknęło. I znalazłem dwa grosze. Żeby więcej, tobym zostawił dla Bączkiewicza, a tak to nie warto – i dałem Irence. Ona też, jak co ma, dzieli się ze mną.

Czasem wezmę, czasem nie. Bo jak co wziąć od małego, zaraz się nazywa wymanić78. Bo tak już jest, że za złego zawsze odpowiada porządny, który nic nie winien.

Gdyby można coś zmienić (ale nie wiem, co) toby nasze dziecinne życie naprawdę było miłe. Mało nam, dzieciom, potrzeba do szczęścia, a i tej troszki nie mamy. Niby dbają o nas dorośli, a źle nam jest na świecie.

Idę i przyjemnie mi małą za rękę prowadzić. Więcej uważam, jak iść, wybieram lepszą drogę. I czuję się starszy, silniejszy. I rączka taka mała i gładziuteńka, jakby atłasowa. I paluszki małe. I aż dziw, że raz to samo małe dziecko lubisz, a raz nienawidzisz.

Jeden cukierek zjadła, a drugi mnie kazała. Nie chciałem, ale zjadłem, a ona patrzy i śmieje się, że poczęstowała.

Przyjemnie czasem coś dać ze swego, ale nie zawsze tylko brać i brać od starszych. Nieprzyjemnie, kiedy się dorosłemu chce podarować, a oni nie biorą albo dadzą coś innego, co więcej warte. Zaraz zapłata. Poniżony się wtedy człowiek czuje jak jaki żebrak.

Żeby można było tak świat urządzić, żeby wszystko było wzajemną wymianą przysług. Kiedy byłem smutny, Irena dała mi szkiełko, ja jej kupiłem cukierki, ona dała mi jeden. Cały łańcuszek dobrych przysług.

I wróciliśmy do domu. I wchodzimy. I ciocia była u mamy. I ciocia mówi:

– Ooo, już prowadzą się twoje cielęta.

Dlaczego cielęta, a nie ludzie? Cośmy złego zrobili, że nas ciotka od cieląt przezywa? Tylko krowy rodzą cielęta. Co za taka ordynarna zaczepka?

Zły jestem i nie witam się wcale. Aż mama się rozgniewała:

– Dlaczego wchodzisz jak ordynus? Dlaczego się z ciotką nie przywitasz?

– Co się mam witać? – mówię. – Wczoraj przecież tam byłem.

– To było wczoraj, a to dzisiaj.

– A cielęta się nie witają – burknąłem.

– Jakie znów cielęta? – pyta się mama, bo nawet nie dosłyszała, bo tylko obrazy dorosłych słyszy się i pamięta.

A ciotka w śmiech.

– Patrzcie, jaki honorowy! Obraził się.

I już wstaje, żeby mnie pocałować, a ja się odwróciłem. Łaskę mi robi, że mnie poślini.

– Zostaw tego chama – mówi mama.

Dobrze: niech sobie będę. Obraziłem się.

Nie wolno mi? Jak teraz nie będę ambitny – kiedy wyrosnę, też pozwolę sobą poniewierać.

Usiadłem i niby lekcje odrabiam. A cały aż drżę z oburzenia. Ale przypominam sobie, że i w tramwaju się śmieli, że jestem ambitny. Dorośli myślą, że dziecko nie potrafi się obrazić. Jakby to była sztuka. Każdy wie, co przyjemne, a co nie.

Mówią, że dzieci są uparte.

Uparł się i nie chce się przywitać.

No bo nie.

„Powiedz w tej chwili, zrób w tej chwili”.

A nie. Wcale nie na złość, a wolisz oberwać niż honoru nie uszanować… I nie powinni zmuszać, bo tylko zaciętość wyrobią.

Siedzę odwrócony i piszę. Ale nie tak prędko jak dawniej. Czy ja już ze wszystkim staję się dzieckiem? A może zapomnę, co umiałem, kiedy byłem dorosły? I znów będzie mi trudno w szkole. I już naprawdę będę musiał uważać na lekcjach. To byłoby straszne.

I akurat słyszę trąbkę, że jedzie straż ogniowa…

– Czy mogę?

Patrzę na mamę błagalnie i czekam jak na wyrok… Już nie wiem, co by było, gdyby mama nie pozwoliła. Bo jak często dorośli bez zastanowienia powiedzą: „nie” – i zapomną; a ile bólu zadadzą, wcale nie wiedzą.

Dlaczego „nie”? No, dlaczego? Bo się może coś stać, bo wolą być spokojni, bo to niepotrzebne, bo po co? Przecież taki drobiazg, nic ważnego. Oni by mogli, a nie chcą wcale. Więc nie, i basta.

I wiemy, że mogłoby być: „tak”, że ten zakaz jest przypadkowy, że zgodziliby się, gdyby zadali sobie troszkę tylko trudu, by pomyśleć, by spojrzeć nam w oczy: jak okropnie chcemy.

Więc pytam się:

– Czy mogę?

I czekam. Dorośli nigdy na nic tak nie czekają. Chyba więzień tylko, czy go wypuszczą na wolność.

Czekam i zdaje mi się, że gdyby mama nie pozwoliła, już bym jej nigdy tego nie wybaczył. Bo dorosłym się zdaje, że my zawsze i o wszystko zaraz prosimy, że chcemy bez zastanowienia i zaraz zapominamy. Owszem, i tak bywa, ale bywa i całkiem inaczej. Albo wcale nawet nie prosimy, bo i tak nic z tego nie będzie, bo nie chcemy usłyszeć szorstkiej odmowy (o, jak to boli, kiedy jeszcze z przekąsem, z jakimś złośliwym przycinkiem odmówią) – więc wolimy w sobie ten cały ból ukryć i wcale nie prosimy albo czekamy długo i cierpliwie, czy będą w dobrym humorze, czy są z nas całkiem zadowoleni, że im przykro będzie odmówić. I to czasem się nie uda; wtedy gniewamy się na nich i na siebie:

„Dlaczego się pospieszyłem, może kiedy indziej by pozwolili?”

Zdaje mi się, że dorośli mają inne jakieś oczy, inaczej patrzą niż my. Bo jak mnie kolega o co prosi, to spojrzę tylko i wiem, co robić. Więc od razu się zgadzam albo postawię warunek, rozpytam się dokładnie, odłożę na później. Choćbym nie mógł nawet, nie ośmielę się krótko i bez niczego odmówić.

Na przykład wczoraj jeden chłopiec powiedział, że chce wyjść – do ustępu. A pani:

– Dosyć tego kręcenia! Mogłeś wyjść na przerwie.

No, wiem, kręcą się bez potrzeby – to prawda. Ale czy on winien? Ja tylko spojrzę i już wiem. W końcu go pani puściła, a potem przy końcu lekcji krzyczała, że niespokojny. Pani nawet nie pamiętała, że do ustępu wychodził, a ja wiem, że przez zemstę zaczął dokazywać, bo tyle się musiał nacierpieć, tyle się nastraszył, bo co by było, gdyby nie zdążył.

Dorośli nie wiedzą, dlaczego i za co na złość im robimy. Im się zdaje, że tylko oni za karę tak i tak robią. My także karzemy ich – nieposłuszeństwem, jeżeli zasłużyli.

Bo dlaczego dla jednych jesteśmy inni i dla drugich inni?

Gdyby inna ciotka nazwała mnie cielęciem, ja bym się nie obraził, bo to mógł być żart. Ale ta nie pierwszy raz. Taki ma ton wyniosły, tak lubi rozkazywać i dumna taka. No niechby sobie, ale lubi wyśmiewać – i buntuje na dzieci. Pewnie zła, że ma dużo dzieci, ale kto jej winien? Niech nie ma.

„Muszę się z nimi użerać. Tyle kosztują. Od ust sobie odejmuję. Poświęcam się”.

Od ust sobie odejmuje, a gruba jak beczka. Dziecko musi kosztować, na to nie ma rady.

Są dorośli, którzy nas jakby wcale nie widzą. Powie:

„Dzień dobry, zuchu”.

Albo:

„Ho, ho, co za duży kawaler”.

Tak tylko, żeby coś powiedzieć. I widać, że nie wie nic więcej i jakby się krępował. Jak pogłaszcze po głowie, to ostrożnie, jakby się bał, żeby czego nie urwać albo nie złamać. To są ludzie silni i dobrzy, i delikatni. Lubimy słuchać, jak rozmawiają z dorosłymi, opowiadają o przygodach jakichś, o wojnie. Lubimy ich.

A inni, jakby nic nie mieli do roboty, albo żarty jakieś, wykpinki i przezwiska, albo wariackie zabawy. Brodę ma drapiącą, śmierdzi tymi papierosami i dopiero karesy79. Albo rękę ściśnie i śmieje się, że boli. Albo podrzuci w górę i myśli, że to dla nas pyszna zabawa.

„A wyrzucę cię przez okno, a nos ci nożem ukraję, uszy poobcinam, to się nie będziesz potrzebował myć”.

Głupie to wszystko i bez sensu. I czekasz tylko, żeby się odczepił.

A kobiety znów – zaraz głaskanie, klepanie i całusy. Albo w usta, albo tak cię przyciśnie, że żebra bolą. A ty musisz być grzeczny, bo ona cię kocha.

A jak młokos jaki, co ma lat szesnaście, zacznie też udawać dorosłego, to już naprawdę wytrzymać trudno. Albo się kończy płaczem, albo szkodą takie baraszkowanie.

Najlepiej wy sobie, a my sobie.

No i mama mi pozwoliła iść na pożar. A już czas najwyższy, bo jak straż przejedzie, to i pożaru nie znajdę.

– Tylko wracaj zaraz.

Pewnie miała o czymś z ciotką rozmawiać, że się od razu zgodziła.

– Tylko butów nie drzyj – wtrąciła się ciotka.

Ona wszędzie musi swój nos wściubić.

Kto zgadnie, co znaczy:

 

„Wracaj zaraz”.

Pędzę, bo się boję, że nie zdążę, że mama coś jeszcze doda albo się Irena przyczepi. Nigdy człowiek nie jest pewien, co go jeszcze czeka. Więc łap za czapkę – już mnie nie ma. Po cztery schody. Można tak schodzić, tylko się trzeba trzymać poręczy, i czasem drzazga wejdzie w rękę. Trudno: ryzykuję.

Jeden chłopak wiedział, gdzie się pali. Niedaleko. Sklep z naftą. Mówią, że w piwnicy jest benzyna. Jak się zapali, cały dom wyleci w powietrze. Milicjanci80 rozganiają, a maszyny i hełmy strażackie błyszczą w ogniu.

Nie chcę, żeby te beczki z benzyną się zapaliły, bo będzie szkoda i ludzie zostaną bez dachu. Ale jak ich z bliska nie widać, jakoś mniej żal, a byłoby ładnie widzieć wybuch taki, że cały dom się zawalił.

Dlaczego przyjemnie patrzeć na straszne rzeczy? Jakiś wypadek, topielec, jak się rower mało pod samochód nie dostał, jak się biją albo łapią złodzieja. Może właśnie dlatego są wojny, że ludzie lubią krew i niebezpieczeństwo.

A pożar chyba już najładniejszy… I walka taka szlachetna!

No i przecie dorośli też lecą się gapić, nie tylko dzieci. Oni to niby mogą się przydać, a nam mówią:

– Zjeżdżaj, tyś81 tu potrzebny!

Więc stoję coraz gdzie indziej i patrzę, ale ciągle myślę, czy trzeba już wracać, że jeszcze tylko chwileczkę. A nie być do końca przecie nie można, chociaż się boję bury.

Mówią, że pogotowie ma przyjechać, bo poparzyło kobietę. Bo już nie widać ognia, tylko dym.

Nie będę chyba czekał na pogotowie. I tak się nie docisnę.

A tu znów słup ognia leci w górę. A tu strażak na piętro zakłada nowego węża.

„Jak puszczą wodę, to pójdę”.

A może dom teraz będzie się walił?

Nawet już chcę, żeby się skończyło: pomodlić się czy jak? A policja daleko nas odepchnęła. Znów mało widzę i chcę wrócić.

A tu mówią, że się strażakom popsuło i nowy oddział przyjedzie.

To znowu kobieta leci i krzyczy, ci ją zatrzymują, ona się wyrywa. I widzę Felka i Bronka, i Gajewskiego. I już naprawdę chcę, żeby ugasili. Ale nikt nie odchodzi, a jak oni stoją, samemu przykro odejść.

Pożar nie jest nawet zabawą. Ale często musimy przerwać coś przyjemnego w najciekawszym miejscu, żeby się nie spóźnić albo kiedy każą.

Przecie i dorośli tak samo. Jak pójdą w goście, a dobrze się bawią, sześć razy powiadają:

„No, trzeba wracać do domu”.

I tak samo mówią:

„No, jeszcze chwilkę”.

Że albo jeszcze po jednym kieliszku, albo jeden taniec, albo karty – i trzeba iść, bo niby się litują, że dzieci śpiące, że jutro wcześnie trzeba wstać. Przynajmniej mają zegarki i wiedzą, ile się spóźnią. A my nic nie wiemy, tylko odejść się nie chce.

Żona mówi „już”, a on mówi „jeszcze”. I wiedzą, że nikt ich w domu nie skrzyczy.

A najwięcej gniewa, jeżeli była przyjemna zabawa i potem trzeba w strachu do domu, a tu zaczyna się awantura dopiero. Niechby choć zaczekali do jutra.

Bo się nawet myśli:

„Już nigdy, już wcale nie chcę się bawić. Już mi i zabawy zbrzydły, i wszystko”.

Wyrzeka się człowiek całej radości.

Więc pędzę do domu, a mama tylko powiedziała:

– Ładne zaraz!

Czekam: może się mama zapyta, gdzie się paliło. Ale mama wyszła.

Znów zasiadam do lekcji, a Irena podchodzi:

– Gdzie ty byłeś?

Mówię „odejdź”, bo przeczytałem zadanie i nie bardzo wiem, jak robić. A ona stoi.

Więc mówię:

– Byłem, gdzie się paliło. I odejdź.

A ona:

– Co się paliło?

Przecie i tak nie zrozumie. Ale jestem cierpliwy. Mówię:

– Sklep się palił.

A ona:

– Dlaczego?

Mówię:

– Dlatego, że masz zasmarkany nos! Idź sobie wytrzyj!

Zawstydziła się i odeszła. Żal mi jej, że tak ordynarnie powiedziałem. Już dzisiaj drugi raz: rano Mundkowi, a teraz jej.

Więc mówię:

– No, chodź, to ci opowiem.

A ona już odeszła. Pewnie się obraziła. Więc znów czytam zadanie, bo jutro pierwsze rachunki.

A Irena znów:

– Już wytarłam nos.

Nic nie odpowiadam.

Ona stoi i mówi cichutko, tak jakby do siebie:

– Już mam teraz czysty nos. I majtek mi nie widać.

Pokornie – boi się, żeby się na nią nie gniewać.

Więc co? Chyba opowiedzieć? No i zacząłem. Nic nie rozumie. Ciągle:

– Dlaczego?

Dlaczego woda, dlaczego węże, dlaczego strażacy, jaka benzyna, czy żyje, czy duża?

Mała i nie rozumie. Ja też nie wiedziałem.

– Poczekaj, to ci narysuję.

Narysowałem strażaka w hełmie, pompę – i miałem jakby jaką pogadankę.

Żeby nie my, toby ci malcy nic nie wiedzieli. Od nas się wszystkiego dowiedzą. My od starszych, a oni od nas. I tak idzie nauka.

Już nie wiem, co mówić dalej, więc powiadam:

– Powtórz.

A ona:

– W sklepie się woda zapaliła. Przyjechała policja i rozganiała. I był ogień, i był pożar.

Myśli, że ogień i pożar to co innego.

– Od ognia zrobił się pożar.

I znów ma świeczkę pod nosem, ale już nic nie mówię. Niech tam. I tak zadania nie zrobię. Wiersza się głośno uczyłem. Irena słuchała.

Mama wróciła i zeszłem82 na ślizgawkę. Taki długi kawał wyślizgali. Chcę się nauczyć przykucać na jednej nodze. Umiem wykręcać się i tyłem jechać. Cztery aby razy się przewróciłem. Troszkę się uderzyłem.

I smutno mi było, kiedy spać poszłem83.

Jeszcze większa tęsknota, niż kiedy byłem dorosły.

Tęsknota i samotność.

Tęsknota i samotność, i chęć do przygód jakichś.

Lepiej urodzić się w Afryce, gdzie są lwy, ludożercy i daktyle.

Dlaczego ludzie siedzą na kupie? Tyle świata pustego, a w mieście ciasno.

Trochę by pomieszkać między Eskimosami, między Murzynami albo Indianami.

Ładny musi być pożar stepu.

No, żeby choć każdy miał przed domem ogródek. Zagonki kwiatków nasadzić – podlewać i niech rosną.

Znów, myślę o Łatku.

„Co powiem Bączkiewiczowi?”

Bo nawet nie mam już ochoty. Kram z nim będzie. Zezłoszczę się może i obiję. I będzie miał żal. I stróż go będzie gonił, i dzieciaki na podwórku. Za wielka odpowiedzialność brać żywe stworzenie pod opiekę.

Jeżeli chce, niech go sobie trzyma.

71probować – dziś popr.: próbować. [przypis edytorski]
72ochronka (daw.) – przedszkole. [przypis edytorski]
73tom duży – dziś: to jestem duży. [przypis edytorski]
74wypętać – tu: otrzymać coś podstępem. [przypis edytorski]
75sprobować – dziś popr.: spróbować. [przypis edytorski]
76wymanić (daw.) – wyłudzić. [przypis edytorski]
77nawalić – tu: zbić, pobić. [przypis edytorski]
78wymanić (daw.) – wyłudzić. [przypis edytorski]
79kares – pieszczota. [przypis edytorski]
80milicjant – formacja, która pilnowała porządku w przedwojennej Polsce, nosiła nazwę policji, ale jej funkcjonariuszy autor nazywa często milicjantami. Milicja i policja to wyrazy bliskoznaczne, oba oznaczają zorganizowaną grupę ludzi przygotowanych do walki, których obowiązkiem jest pilnować porządku i zapewniać spokój w społeczności, np. w mieście czy w państwie. Nazwa policja pochodzi od łac. politia i gr. politeia, a te słowa oznaczały pierwotnie sztukę zarządzania miastem, utrzymywania porządku w mieście, zaś milicja wywodzi się od łac. militia, co znaczyło: służba wojskowa. W Polsce przed II wojną światową używano obu tych słów, w latach 1944–1990 stróżów prawa nazywano oficjalnie Milicją Obywatelską, a potem przywrócono nazwę Policja. [przypis edytorski]
81tyś – dziś: ty jesteś. [przypis edytorski]
82zeszłem – dziś popr. forma 1 os. lp cz.przesz. r.m.: zszedłem. [przypis edytorski]
83poszłem – dziś popr. forma 1 os. lp cz.przesz. r.m.: poszedłem. [przypis edytorski]