Dziecko salonu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ich poezja

Zaległa cisza.

Lampka żółtym cieniem spowija izbę suteryny, jej ubogie sprzęty i znużone świętem twarze mieszkańców.

Istnieje pewien niepokój, zdziwienie mięśni przywykłych do natężonych skurczów, a dzisiaj oto bezczynnych. Zmęczyły się twarde ręce i tułów spoczynkiem, zmęczyły płuca przewiewem czystego powietrza cmentarnego.

I myśl się błąka, wytrącona z wąskiej ścieżki drobnych trosk. Troski drobne nie zakreślają podniebnych tęcz, ale nikłym kłębkiem zwijają się dokoła wielu istot. Troski wielkie zarazem, bo dzieciom jeść dać trzeba, samemu jeść trzeba, a o chleb trudno, choć ziemia tyle ziarna daje, i kąt mieć trzeba, a choć na spółkę, i to wypadnie cztery ruble na miesiąc bez mała.

Zaległa cisza.

Matka, karmiąc piersią swoje najmłodsze, ciągnie opowieść:

„Tak ja siedzę sobie z moim Franusiem na kolanach. Franuś tak palił jak ogień: oczka niby to miał zamknięte, ale widać, jak mu tam iskry od gorączki latają, i tak dyszy, jakby co go zatykało. Ani stęknie, ani zapłacze, nic, tylko dyszy biedota. Mojego wtedy nie było: wyjechał na robotę. Śnieg nawalił i linię czyścili coś bez dwa tygodnie. Stefka i Tomek spali. A ja z moim Franusiem siedzę sobie na stołeczku przy piecu, jak teraz z Cześkiem.

W zimie na takiej wsi, jak na wsi: cicho i cicho.

Jak ojciec był w domu, to trochę dzieciaka potrzymał, to się tam położyłam na jaką chwilę. Chociaż ja znowu taka jestem, że jak mi które chore, to ani oka nie zmrużę. A i to do ojca w chorobie nie chciał iść, tylko: mama i mama. Bo tak, to bardzo ojca kochał. Jak mój wróci z roboty, tak mój Franuś leci i ciąga go za kapotę: »a ty coś dla Frania przyniósł?« To jak mu w żartach powiedział, że nie ma nic, oho, już go mój Franuś wypycha: »idź i kup«. Mój to już o tym wiedział, to mu tam zawsze przyniósł albo karmelek, a to to, a to sio. Takie to było mądre bachorzysko, że Jezus Maria. Aż się wszyscy dziwili, i zadziwili się na śmierć”…

Zebrani znają historię śmierci dziecka; słyszeli ją kilkakrotnie, z różnymi szczegółami i coraz to nowymi zmianami, ale słuchają mimo to: przyjemnie posłuchać ciekawej historii.

Dzieciom kleją się oczy, ale i one siłą zwalczają sen.

A matka ciągnie opowieść:

„Więc siedzę ja sobie z moim Franusiem na kolanach i nie śpię; tylko co raz to mnie tak zamroczy od niewyspania; ale wszystko słyszę. A mieliśmy komodę, co jeszcze matka mi ze swego darowała; ładna była komoda, bo ustawna, a mało miejsca zajmowała. Dopiero jak mieliśmy już jechać do Warszawy, tak nas zaczęli pętać: a to się połamie, a po co wozić? a my sami jeszcze nie wiedzieli, jak to będzie, tak my ją sprzedali za cztery ruble, po znajomości.

Więc ta komoda stała pod oknem, a na niej lampka, zupełnie tak jak teraz. A tu znowu jakby łóżko, a na poprzek kuferek, a dalej przy ścianie kołyska i już komin. (Tylko że to nie było w suterynie, więc okno było nisko, zwyczajnie). Ja siedziałam z Franusiem jakby tu. A w naszej sieni nikt więcej nie mieszkał, bo tu zaraz było podwórze, a tam znowu ogród, taki sobie sadek.

Więc się ta lampka pali, a ja precz siedzę. Ale jakem oczy zamrużyła, tak jakby mi się coś przywidziało, że mi jakoś przed oczami to ciemno, a to znowu jasno. Otwieram oczy, a tu w moją lampkę jakby coś dmuchało; tak ten ogień migoce, to tu, to tam, to tu, to tam. Ale ja jeszcze nic, bo myślałam, że mi się tak tylko zdaje. Ale potem znowu, to tak jakby coś zimnego przeleciało przez pokój.

Wtedy to mnie już coś tknęło. Chcę wstać, a nie mogę, chcę, a nie mogę. I tak siedziałam z pięć minut. Ale jeszcze nie wierzę. A tu od razu jak nie huknie w komodę; jak ja się nie zerwę i nie dolecę. Aż się cała izba zatrzęsła. – Jeszcze myślałam, że to może które z dzieci, ale patrzę śpią. Więc ja tak stoję jak zmartwiała: ani głosu, ani się ruszyć, no nic i nic. Tylko Franusia przycisnęłam i patrzę w lampkę. A tu za drzwiami tak: chlap, chlap – chlap, chlap – chlap, chlap. Tak ja trochę oprzytomniałam, rzuciłam tylko Franusia na łóżko, a sama do sieni. Sień była może na długość jak ten pokój, tylko wąska. A tam już drzwi i na podwórze. Tak jak ja tak stanęłam, tak tylko widziałam, jak się te drzwi odchyliły i coś skrzypnęło, ja jeszcze sobie nie wierzyłam i na dwór: myślałam, że może złodziej. Nic tam ważnego w sieni nie stało, ale zawsze szkoda.

Księżyc był jasny taki, śnieg aż się iskrzył i ani żadnego znaku, ani nic: kamień i woda. Tak ja do izby. Zatrzasłam220 drzwi, patrzę, a tu mój Franuś cały dygocze, jakby go co podrzucało, i taki się siny zrobił w jednej chwili, że okropnie. A potem już nic, tylko dygocze i tak jakby chciał coś mówić, bo patrzał na mnie. Ale nic, tylko rączyny wyciągnął, to mu tak latały, i ani nie zapłakał.

Tak ja dopiero w krzyk. A tu się kobiety pozlatały i dopiero: a smarowanie, a to, a tamto. A ja już nic, nic, tylko proszę, żeby go już nie męczyli, bo to już nic nie pomoże.

No i co wy powiecie, moi państwo – za jaką godzinę może już nie żył mój Franuś”…

Ciekawa historia skończona. W głowie matki nie znalazłbyś żalu po jej Franusiu. Toć prócz tych trojga dzieci, co zmarły, jest jeszcze czworo. A czworo dzieci obuć, oprać, nakarmić, a na noc do snu ułożyć i jeszcze czym ciepłym przykryć – trudno bywa.

W głosie matki brzmi odcień dumy, że ot, jej Franuś swą śmiercią nadprzyrodzone siły poruszył, że istnienie jego wplotło się w ów świat tajemniczy, gdzie spoczynek i nagroda za życie w znoju – i kara straszna za grzechy.

Głos matki tchnie przejęciem, a serce tak silnie uderza jak w piersi twórcy.

Ciekawa historia skończona.

I ona, i słuchacze mają policzki spłonione, i ona gotowa by opowiadać, a oni długo jeszcze słuchać…

Toć te mogiłki dziecięce, gęsto rozsiane po kraju, to pierwiastek poezji w szarym bycie pracowników jutra.

Dziwny świat

Za sczerniałym, niegdyś białym parkanem ciągnie się nasz dom, aż prawie ku Wiśle samej.

Obok parkanu tylko dwa sklepy frontowe w parterowym, murowanym budynku, pralnia i sklepik spożywczy. Garkuchnia221 należy już do sąsiedniego domu.

Olbrzymi podwórzec prowadzi do czteropiętrowej poprzecznej oficyny222; za którą jest drugie podwórko.

Po prawej stronie pierwszego stoi przylepiona do parkanu spleśniała i przewiewna altana, którą zajmuje stróż z żoną, pomocnikiem i czworgiem dzieci. Po tej stronie ciągną się stajnie dorożkarskie, wozownie i mieszkania ludzkie – na przemian.

Wynajęte i zamieszkałe jest tu wszystko, wszystko, cokolwiek ma dach, niekoniecznie cały, ściany zbite z niekoniecznie przylegających do siebie desek, co ma lub nie ma podłogi, a nawet okien.

Dziwne: im dana izba mniej posiada właściwości czyniących ją zdatną na schronisko ludzkie, tym szybciej znajduje wiernych i licznych lokatorów. Jest tu podobno nora, do której się wchodzi przez okno, z dachu lodowni – mieszka tam „wariatka”, a nie mam odwagi iść do niej, by sprawdzić. – Przyłapałem raz jej chłopca na dole w sieni; wziąłem go za rękę i chciałem zapytać, sam nie wiem, o co; zapewne: jak się nazywa? Spojrzał na mnie przestraszonymi oczyma, których wyrazu długo nie zapomnę; wyrwał się i skacząc w dół po cztery stopnie, skrył się w ciemnej piwnicy. Chciałem zejść za nim, ale obawiałem się, że w ciemni piwnicznego korytarza ujrzę dwoje błyszczących oczu i skurczoną jak do skoku postać – i że mnie podrapie.

Po lewej stronie podwórza ciągnie się murowany parterowy budynek; do niego przylega drewniana jednopiętrowa budowla i dalej wąski jednopiętrowy murowany budynek z drewnianymi facjatami.

Dziwna plątanina. – Ale pamiętać należy, że ogromny, prawie pusty przed laty plac kilka razy zmieniał właściciela, a każdy nowy właściciel starał się coś swego wprowadzić do własnej posiadłości. A że miejsca było wiele, więc nikt nie burzył tego, co poprzednik postawił, a każdy tylko budował, dostawiał, przylepiał.

Przed kilkunastu laty kilka stajen nie było wynajętych i przerobiono je na mieszkania. I tak zostało, i są one między wozowniami.

Mieszka tam między innymi kościarz223 z rodziną. Siedząc raz wieczorem w ustępie, widziałem, jak jeden z synów kościarza czytał książkę, a rodzice słuchali.

I długo stałem na siedzeniu (siedzieć nie można, bo brudno) i patrzyłem na chłopca czytającego rodzicom książkę. – Szyby ich mieszkania nie były zamarznięte; szyby w dzień tylko pokryte są lodem, wieczorem, gdy wszyscy są w izbie i lampa się pali, szyby potnieją i schną. Śmieszne: stoję wpatrzony w mdły kwadrat okna, gdzie syn czyta nieczytelnym rodzicom jakąś drukowaną bibułę.

 

Raz Wikta długo w noc przepisywała swym niezgrabnym pismem operetkowe kuplety224 z książeczki pożyczonej od koleżanki w magazynie…

Dlaczego dopiero w głębi podwórza stoi czteropiętrowa murowana oficyna? – Bo mówiono kiedyś, że tędy ma być przeprowadzona ulica. Projekt ulicy poszedł w zapomnienie, dom został.

Oficyna poprzeczna nie zajmuje całej szerokości podwórza. Po prawej stronie idzie dalszy ciąg stajen i mieszkań. Prawie pośrodku drugiego podwórza jest budynek z sześcioma gabinetami ustępu dla całego domu. Dalej ciągnie się owa lodownia, służąca za wejście do mieszkania wariatki nad wozownią.

Po lewej stronie dalszy ciąg czteropiętrowej oficyny. A przy samym parkanie znów parterowy murowany budynek, składający się z sieni, długiego korytarza i kilkunastu mieszkań.

Teraźniejszy gospodarz jest Niemcem, ma w Warszawie fabrykę i mieszka stale za granicą. Był tu podobno raz kiedyś. Przyjechał powozem na samo podwórze. Grosik ocenił wartość samych tylko koni powozowych na tysiąc rubli; a jest dorożkarzem, więc się zna na koniach. Wilczek natomiast dowodził; że konie były z remizy. Wreszcie zgodzili się obaj, że powóz i konie muszą być własnością dyrektora fabryki…

Pytałem Wilczka, kto zamieszkuje tę odciętą od ulicy sczerniałym parkanem posiadłość. Pragnąłem, aby izba po izbie, wszystko mi opowiadał. Odrzekli, że nikt tego nie wie, nawet sam rządca; że nikt tego wiedzieć nie może.

Przynieśli mi od stróża dwa postrzępione, zabrudzone numery „Gazety Policyjnej” – na dowód, że i rządca tu nic wiedzieć nie może. I przeczytałem.

„Właściciele domów (długi szereg nazwisk i adresów) oraz rządcy domów – za przekroczenie przepisów meldunkowych na mocy prawa z dnia 7 lipca 1878 r., skazani zostali ma karę pieniężną: (ci i ci) po 10 rub., po 5 rub., wreszcie po 2 ruble”.

A w drugim zatłuszczonym numerze:

„Rządcy domu N. przy ulicy Solec (imię i nazwisko) za niedbałe prowadzenie meldunków zabraniam prowadzenia ksiąg ludności”.

Stróż składa numery, choć sam czytać nie umie: może dzieci czytać będą, jak dorosną. – Obiecał mi pożyczać.

Z liczby izb o ilości mieszkańców wnioskować nie można. Tu, na drugim piętrze, mieszka w jednej izbie szewc z żoną, trojgiem dzieci i dwoma terminatorami, stróż miejski, Grabowski, z żoną i Kazikiem – synem, drugi szewc młody z żoną (pobrali się przed rokiem i spodziewają lada dzień pierwszego potomka: onegdaj małżonek wrócił bez palta pijany do domu), stara panna-emerytka i stary przewoźnik czy piaskarz (żwir wydobywa z Wisły).

Istnieją tu dwa prądy rwące, które utrudniają ścisły rachunek: jeden prąd wewnętrzny, drugi zewnętrzny.

Rodziny przenoszą się z jednego mieszkania do drugiego, z piętra na piętro, z drewnianych budowli do murowanych i odwrotnie. Przeprowadzają się wszyscy in toto225 lub tylko jedna z rodzin, lub jeden tylko sublokator.

Ja na przykład zamieszkałem u Wilczków, a stróż nocny przeniósł się obok, w tej samej sieni.

Kiedy Grabowski przez rok siedział w kozie, żona z synem mieszkała u Wilczków, a teraz, jak wspomniałem, u szewca – Gałki.

I po co się wynosić poza obręb sczerniałego parkanu, kiedy tu na miejscu można znaleźć wszystko, czego tylko dusza zapragnąć może: kąt przy familii za rubla, pięć złotych lub pół rubla miesięcznie, ćwierć izby na dwa łóżka, pół izby na trzy łóżka lub dwa i kołyskę, wreszcie całą izbę na facjacie czy w suterynie, na każdym z czterech pięter, izbę w murowanym lub drewnianym budynku, z wilgocią lub bez wilgoci, z oknem na podwórko, na ścianę, na ustęp, zupełnie bez okna; z kominem kaflowym, żelaznym piecykiem albo zupełnie bez pieca. Na przykład kowal Maj ma reumatyzm i znalazł zupełnie suchy pokój.

Ten, któremu wczoraj dziecko umarło, był czas jakiś w Sosnowcu przy kopalni węgla: mieszka w suterynie dla wspomnień.

Jest tu młody chłopak – powroźnik – zarabia dobrze, bo zdolny; ten znów wybiera takie rodziny, gdzie rodzice pijacy lubią fundy, a córka ładna albo mąż pracuje na mieście, albo wyjeżdża, lub stary, a żona młoda. I do Wilczków powroźnik się wkręcił, ale go po tygodniu wyświecili; gdy się spostrzegli, o co mu idzie…

Prąd zewnętrzny mniej wartki, płynie za parkan sczerniały i spoza parkanu.

Jedni wynoszą się z własnej i nieprzymuszonej woli, drudzy dom ten opuszczają z wyroków Boskich, z wyroków władz albo z wyroków mieszanych.

Małe trumienki często stąd wynoszą lub wywożą. Gdym dziwił się, że Grosik nie był na pogrzebie dziecka kolegi dorożkarza, odparł, że nogi trzeba by pozrywać, żeby chodzić na wszystkie. – Dla starszych stacją węzłową między cmentarzem i domem jest zwykle szpital. Z wyroków sądowych ludzie wynoszą się na wolność, nawet im balast ruchomości nie ciąży, albo – do więzienia zwanego tu „pawiem” lub Serbią…

Są to prądy normalne, które bądź co bądź można ogrodzić tamami meldunków. Istnieje jednak rwący, kapryśny, niekarny i nieuchwytny inny prąd niestały. Przyjdzie gość, upije się lub dłużej zabawi, a mieszka na drugim krańcu miasta – dlaczego odmówić mu gościny? Przyjadą ze wsi rodzice, brat, siostra, stryj, wujek, bratanek lub siostrzenica – przyjadą na dni parę lub kilka – w hotelu „Bristol” drogo – więc ściele się dzieciom na ziemi, pokładzie resztę w łóżkach, po trzy osoby: – zmieszczą się wszyscy.

Budowle posiadłości za sczerniałym parkanem ulegają ciągłym odpływom i dopływom. Biedny rządca, jeśli nie ma stosunków w cyrkule…

Czym się zajmują tu mieszkańcy?

Łatwo określić w kamienicy śródmieścia: pierwsze piętro – gospodarz; drugie – adwokat, doktór lub inżynier; trzecie – wdowa z własnych funduszów, kupiec lub nauczyciel; czwarte – subiekci, studenci i urzędnicy – kawalerowie. – Ale tu?

Rzemieślnik – robotnik fabryczny – rzemieślnik na własnym lub cudzym warsztacie – to ludzie z dyplomami. Rzemieślnik ma za sobą lata nauki, terminu; on w każdej chwili może rzucić fabrykę i robić prywatnie – on ma świadectwo cechowe, jest członkiem gromady, ma patrona, chorągiew, kasę. Wilczek jest tylko fabrycznym ślusarzem, nie ma za sobą terminu, sam nic zarobić nie potrafi, on umie tylko pomagać maszynie; związany jest z fabryką nierozdzielnie. Ale ma przynajmniej fabrykę, ten wielki gmach czerwony, o którym mówi: „nasz”; może powiedzieć: „dostaliśmy robotę na 150 000 rubli”. – Ale czym jest wyrobnik? Dziś kopie, jutro zwozi, pojutrze buduje lub wali, brukuje albo niesie ciężary – jego twarde ręce wynajmuje się jak z łaski… Jedynym jego szczęściem, gdy umie zawierać stosunki korzystne, upić się w porę z osobą mającą wpływy, postarać się o protekcję lub list

List tu jest jakimś czarodziejskim zaklęciem, wpływ jego jest wprost magiczny.

Emerytka dostała list, i oto jest emerytką, płaci regularnie komorne, je, pije, wysypia się, modli w święta i dnie robocze i nic nie robi.

Maj dostał list, i w Busku leczył się darmo. Grabowska dostała list, i Kazik bez egzaminu dostał się do szkoły miejskiej. – List dostaje się od dobrego pana, u którego się kiedyś pracowało, od pani, gdzie żona pierze bieliznę, gdzie córka chodzi do magazynu, gdzie syn w sklepie pracuje; list dostaje się od siostry miłosierdzia, cyrkułu, instytucji lub księdza. A wreszcie z tym nikt się nie zdradza, to tajemnica pilnie w łonie rodziny strzeżona.

– Emerytka dostała list od znajomej pani – i nic więcej nie powie.

Umieć o pierwszy list się wystarać – najtrudniej. Potem już łatwiej. Im więcej listów, im łatwiej je dostać, tym lżej żyć rodzinie, prędzej i pracę otrzymać, i lepszą, popłatniejszą…

Ludzie tu, jak w ogóle wszędzie, dzielą się na obrotnych i niemrawych.

Ot, właściciel garkuchni z obiadami z trzech dań po 15 kopiejek. – Z zawodu jest kucharzem, ale był i lokajem, dzierżawcą krowiarni i dostawcą wytłoków dla bydła; właścicielem składu węgla i ekonomem, i miał do spółki piekarnię w Grochowie, i do spółki lód dostawiał…

Dziwny świat!

Jak ci ludzie dziwnie umieją żyć, żenić się, dzieci rodzić, wychowywać je i myśleć nawet o ich przyszłości. Umieją nawet nie zarabiać – i nie umierać z głodu.

Człowiek zarabia tu niekiedy pół rubla dziennie i to tylko kilka miesięcy w roku. – Jest tu rodzina z ośmiorga głów, na którą latem zarabia jeden dwunastoletni chłopiec ze sprzedaży kurierów na ulicy.

I nie ma tu mimo to tapczanów ze zgniłej słomy, o których się czyta w powiastkach dla młodzieży.

Każda rodzina ma bodaj jedno łóżko, siennik, dwie poduszki, kołdrę i kilka świętych obrazów. I jakieś tam rondelki, talerze, kubki, których by w żadnym lombardzie nie przyjęto, które mimo to dają możność żyć i mieć dzieci…

Byłem wówczas, zdaje się, w piątej czy szóstej klasie, gdym odwiedzał rodziny polecane przez biuro informacyjne o nędzy wyjątkowej. Adresy tych rodzin drukują niektóre kuriery w najmniej widocznym miejscu.

Byłem u jakiegoś szewca na Nowej Pradze, wdowy na Krochmalnej i u stolarza sparaliżowanego, na ulicy Litewskiej. Byłem niezmiernie zdziwiony i niezadowolony poniekąd, nie widząc tam zgniłych tapczanów, o których czytałem w powieściach.

Wilczkowa biada, że „panu Janowi herbata wystygnie zupełnie”…

Łzy mówią

Byłem słaby. Kaszel mnie męczył. Tu wszyscy zimą kaszlą. Rano, po nocy – każdy musi „swoje odkasłać”.

Łóżka nie zasłane. Pranie przedświąteczne. Ktoś zapukał nieśmiało do drzwi.

– Jakaś pani przyszła do pana Jana – mówi Wilczkowa.

– Czy sama?

– Sama.

– Jak wygląda?

– …

Adela.

– Niech wejdzie – powiedziałem.

– Ma wejść?… To jakaś bardzo elegancka pani.

– To nic. Niech wejdzie.

Wilczkowa zawahała się. Wreszcie otworzyła drzwi.

– Bo to pan Jan jest chory – powiada.

Adela zatrzymała się niepewna we drzwiach.

– O, tu – proszę pani.

Przysunęła do łóżka wyściełane krzesło.

– Ignac, idź won!

Wzięła z kołyski krzyczącą Mańkę, odsunęła z komina gotującą się w garnku bieliznę – wypchnęła za drzwi chłopaka i wyszła.

W izbie para gęsta. Szyby zaroszone. Dzień pochmurny. Półmrok.

Zostaliśmy sami.

Adela rozgląda się wokoło z przestrachem – siada na krześle wyściełanym.

– Janek, co to znaczy?

Przypomniała mi się scena widziana przed paru dniami:

Sześcioletnia może dziewczyna stoi w chustce przed sklepikiem i patrzy łakomie na rozłożone w pudełku przy drzwiach uchylonych – cukierki. Jednolatek chłopak stanął za nią i zasłonił jej rękoma oczy. Wyrwała się przestraszona, obejrzała, pochwyciła go nagle za rękę i powiedziała prędko: „słuchaj, ukradnij cukierek”.

Dlaczego mi się to przypomniało i dlaczego ogarnęła mną wściekłość?

– Janek, co się z tobą dzieje?…

– Dziękuję pani za pięćdziesiąt rubli – syknąłem.

Drgnęła.

– Nie miałam – odparła.

– Po co pani tu przyszła? To nie wypada. Ja leżę w łóżku…

– Janek, dlaczego ty tak do mnie mówisz?

– Pani ma dziecko. Pani ma męża. Pani mąż ma album z pocztówkami.

– Janek, nie mów tak!

Spojrzałem jej w twarz i…

Ujrzałem w kącikach jej oczu dwie łzy…

I nagle łzy mówić zaczęły…

Pod starym kasztanem w Ogrodzie Saskim dzieci bawią się w piłkę. Duża balonowa piłka przeskakuje z rąk do rąk. Oparta o drzewo Adelcia, w białej sukience do kolan, w żółtych bucikach i czarnych ażurowych pończoszkach – śledzi uważnie bieg piłki. Przez zielone liście drzewa przedziera się słońce i złoci roześmianą postać dziewczynki.

To było dawno.

Adelcia miała dużą lalkę, serwis porcelanowy, książki z obrazkami – miała ładne sukienki: białe, różowe, błękitne – pończoszki w różnych kolorach – i żółte buciki. – Miała twarzyczkę wesołą i jasną.

Pilnie się uczyła, zadania rozwiązywała bez trudu.

I zdała na pensję; dostała tornister, mundurek i piórnik. – A na pensji bały się panienki przełożonej i damy klasowej, które prawiły długie i nudne morały.

 

Adelcia uczyła się dobrze; miała tyle – tyle koleżanek – a jedna była nieprzyzwoita, że strach. – I Adelcia nie wiedziała sama, czy wierzyć jej, czy nie wierzyć.

To było bardzo dawno!

Więc pytała służącej, która ją odprowadzała na pensję: „czy to prawda?” – A służąca albo się śmiała, że „panienka plecie”, i nic nie odpowiadała, albo groziła, że „powie wszystko pani”, gdy była zła.

Dowiedziała się mama – bardzo się gniewała. – Zabroniła mówić o głupstwach, kazała nie myśleć; a nawet chciała, a może i poszła na pensję, aby z przełożoną pomówić.

Dlaczego nikt nic nie powie, tylko się śmieje lub gniewa?…

Adelcia miała powodzenie na kinderbalach i miała być w przyszłości „niebezpieczną sztuczką”. – Tak twierdzili dorośli i doświadczeni. – I dziwnie patrzyli na nią: jakby coś o niej myśleli, i dziwnie się uśmiechali: jakby wiedzieli to, czego nie chcą powiedzieć.

I coraz częściej słyszała, że brzydko, nie wolno lub nie wypada, że dobre dla chłopaków, a nie dla panienki – że jest dziewczynką. – Adelcia pragnęła być chłopcem.

Ot, wyrwie się z czymś niestosownym: uwagą albo pytaniem – a jeśli przy gościach, to mama bardzo się gniewa. – I nie wie czemu, ale się wstydzi, strasznie się wstydzi – pod ziemię by się schowała. I tak jej źle.

Nie wolno Adelci bawić się wesoło i biegać z chłopcami. Nie wolno jej mówić na chłopców: „mój mąż, mój narzeczony”. Czemu dawniej sami mówili, a teraz nie wolno?

Oto dziewczynkę wychowują na nałożnicę, a ona nie wie, bo wiedzieć nie może – czy dziw, że jej smutno i źle?

Czuje się tak nieszczęśliwą, płacze po nocach, gdy nikt nie widzi – chciałaby bardzo widzieć, jak duże może być dziecko nowo narodzone. A mama raz powiedziała, że będzie chora Adelcia.

W tym wszystkim musi się kryć coś strasznego. – I z drżeniem oczekiwała.

I przyszło: spadło jak grom.

Przyszło stokroć gorsze, niż mogła sądzić – niż wszystko, czego oczekiwała.

A mama mówi, że każda w jej wieku – żeby nie była śmieszną i głupią. Ale ona nie chce. – Dlaczego nie chłopcy – czym oni lepsi? – Nie chce być dziewczyną – boi się, wstydzi, długo w nocy płacze. – I po co to – po co?

Każdy kto na nią spojrzy, od razu się domyśli i będzie się śmiał. – Co za straszny wstyd!

Rumieni się. Oddałaby pół życia, żeby się nie rumienić. – Żeby choć być już dorosłą – żeby mieć długą suknię – żeby przestali już na nią patrzeć.

I pisze list do Jaskółki z „Wieczorów Rodzinnych”226.

„Kochana Jaskółko!

Pisywałam do ciebie dawniej, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Szczęśliwe to były czasy! Byłam jeszcze swobodnym dzieckiem, które nic nie wie, nic nie rozumie, tylko się swobodnie bawi. Przepraszam, że cię nudzę swymi bazgrotami, bo ty piszesz tylko do dzieci, a ja dzieckiem być przestałam. Ale kiedy w nocy leżałam bezsennie, to zaświtała mi myśl, że trzeba mieć kogoś starszego, komu mogłabym się zwierzyć. I chociaż rozpacz rozrywała me serce, jednak się zaraz uspokoiłam. Czuję jak kobieta, a mnie mają za dziecko. I wokół taka straszna próżnia, bo nie mam nikogo, nikogo!!!”…

Adelcia nie skończyła listu do Jaskółki.

Chce pisać przynajmniej pamiętnik, ale się boi; bo gdyby kto znalazł, ona by nie przeżyła – umarłaby ze wstydu. I nawet, gdy kończy list do przyjaciółki, przesyłając 1 000 000 całusów, dodaje w post scriptum: „nie pokazuj nikomu”, lub: „spal po przeczytaniu”.

Adelcia się kocha w nauczycielce – takiej zawsze smutnej – i myśli: „czy to nie grzech, że kocham ją tak, jak mamę” – a boi się wyznać, że więcej nawet.

I dowiaduje się coraz nowych rzeczy, a jedna straszniejsza i potworniejsza od drugiej. – I zawsze z początku nie wierzy – potem nie chce wierzyć – a potem już musi – i płacze, gdy nikt nie widzi.

Ukrywa uczucia swe przed wszystkimi prócz przyjaciółki.

Z Adelci śmieją się wszyscy – wie, że się śmieją. – Bo oto dziewczynkę na nałożnicę chowają, a ona sądzi, że im się oprze.

Nienawidzi mężczyzn – nie wyjdzie za mąż nigdy, nigdy – nigdy w życiu. Ona by nie przeżyła – umarłaby ze wstydu!

Adelcia zna kogoś zupełnie innego niż wszyscy mężczyźni. On taki czysty, szlachetny. – Toż czytała w powieściach o takich szlachetnych – i wie, że nie wszyscy mężczyźni są tacy.

Za niego wyszłaby za mąż, lecz tylko za niego i tylko pod jednym warunkiem.

Ale to niemożliwe. – Więc zostanie siostrą miłosierdzia albo będzie wielką aktorką, albo wstąpi na uniwersytet, albo sama na siebie będzie pracowała, żeby nie brać nic od rodziców – i wychowywać będzie biedne sieroty.

A na pensji nauczyciel był niesprawiedliwy i stawiał jej piątki. – A na ulicy mężczyźni, gdy było błoto, patrzyli na nogi.

Żeby choć suknię już mieć do ziemi!

To było dawno…

I jak się stało to wszysto, co potem?

Rodzice!

Dopóki była na pensji, nie znała rodziców, a oni jej nie znali. Kochała rodziców, rodzice ją kochali.

Nie chce wyjść za mąż? – Wszystkie tak mówią do czasu.

Na uniwersytet? – Teraz to w modzie.

Pracować na siebie i wychowywać sieroty? – Przyjaciółki trochę jej przewróciły w głowie.

Nie szkodzi…

I poszła na rynek.

Chodziła na bale, koncerty, wystawy – śmiała się i uśmiechała – starała się podobać. – Pokazywała gołą szyję, rękę – gołe piersi pod gazą. – Kto zechce wziąć do małżeńskiego łoża w zamian za utrzymanie: dach, jadło i opierunek?…

Drżą dwie łzy w oczach Adeli…

Porwał ją wir tych wszystkich z targowiska, ogłuszyło kategoryczne: tak być musi. – I oto mąż jej zbiera pocztówki, a dziecko ma już dwa ząbki.

– Nie twoja wina, Adelo, ale i nie moja.

Łzy potoczyły się, ciche, smutne.

– Pamiętasz?

(Przypisek: wykreśliłem kilka kartek z moich notatek).

Wziąłem jej rękę białą i przycisnąłem do ust.

– Adelo, ty jesteś biedne, bardzo biedne dziecko.

Opuściła głowę, cicha, pokorna, smutna.

– Adelo, ty jesteś biedne, bardzo biedne dziecko. I powiedz mi, dlaczego tak się dzieje? Wszyscy wiedzą, że tak być nie powinno, że to jest bardzo źle i dlaczego przekleństwo własne niosą tak cierpliwie, bez skowytu? Mnie ciebie żal… Nie płacz, Adelko – na to nic nie poradzisz. Widocznie być musi… Ja właśnie myślę bezustannie i nie mogę nic wymyśleć…

– Janek, Janek…

– Słuchaj, Adelciu – czy nie bywa tak, że siedzisz sama o zmierzchu i nie myślisz o niczym, tylko ci w gardle stanie jakiś ból jak kość? Dławi cię i tak ci się zdaje, jakbyś słowa nie mogła powiedzieć, bo cię ta kość w gardle dławi?

– Janek.

– Nie myślisz o niczym, tylko czujesz, że ci źle, źle, strasznie źle. I tak ci czegoś żal, i tak za czymś tęsknisz, i tak sobą pogardzasz, i tak ci wszystko obojętne, i tak kogoś nienawidzisz, i tak coś kochasz, i czegoś oczekujesz, i lękasz się, i czujesz, że powinno być inaczej, żeś ty niewinna, że już nie możesz dłużej?…

– Janek.

– Czyś ty czytała Asnyka? Nie wstydź się, powiedz prawdę… Ale jeżeli czytałaś, to pobieżnie, żeby go znać, żeby móc powiedzieć, że go znasz. Ja teraz wziąłem tu książki z czytelni bezpłatnej. Dawno już nic nie czytałem. Głodny byłem na książki. I znalazłem tam sonet. Powiedzieć ci ten sonet? Mam dużo czasu, więc nauczyłem się. – Powiedzieć?

Skinęła głową.

Usiadłem na łóżku.

– Widzisz, to tak:

 
Zejdź, jasna Jutrznio. Rozlej światła strumień
Po ziemi, życia nowego spragnionej,
Złotym promieniem do dna ludzkich sumień
Sięgnij i blask im nadaj nieskażony.
 
 
Rozedrzyj mroczne przyszłości zasłony
I wstydem czoła wątpiących zarumień,
A oczom, chciwym zachwytów i zdumień,
Ukaż odrodzeń szereg nieskończony.
 
 
Zejdź, jasna Jutrznio. Świat, przeczuciem tknięty,
Z lochów, gdzie nędza z zbrodnią mieszka skrycie,
Z gmachów, gdzie orgia dopija swe męty —
 
 
Wygląda Ciebie w troskach czy przesycie
I woła, dziwną tęsknotą przejęty,
O świeże, lepsze, szlachetniejsze życie.
 

– Widzisz, Adelo, to jest właśnie tęsknota, wołanie o czyściejsze, lepsze, szlachetniejsze życie.

– Janek, ale tobie musi tu być strasznie.

– Nie, Adelo, mnie tu dobrze, nie wiem czemu, ale mi dobrze.

(Przypisek późniejszy: Adela zostawiła mi 50 rubli).

*

Krople deszczu duże, ciężkie – długo i monotonnie – miarowo – tak, że je liczyć można – te krople deszczu, powiadam, padają na matową taflę duszy, której nikt nie obudził, bo chciał, żeby drzemała, bo mu z tym było wygodnie, że drzemie – tafla duszy bezdusznej matowa. – Liczyć je można, powiadam: jedna kropla deszczu, dwie krople, trzy, cztery krople – piąta, setna i setna pierwsza… Ni początku, ni końca… Mgła spowija ją – duszę, która drzemie bezwładnie – nie śni, ale drzemie bezdusznie, bo jej nikt nie zbudził – strzegł troskliwie, by leżała bezwładna we mgle – by na nią krople duże i ciężkie padały – by pleśnią porosła.

Pleśń nie rośnie; pleśń osiada – źle powiedziałem – pleśń pełznie – pełznie cicho, gnuśnie, niepostrzeżenie. – Gnuśnie, mówię: nie czai się, bo wie, że będzie, nie podstępnie, bo pewna, że będzie – bez wysiłku, bez pomocy, bez woli, będzie, bo być musi – ona, która ma wagę tylko – ale ani barwy, ani woni – szmeru nie wydaje – będzie mocą konieczności – pleśń wilgotna, która ciąży we mgle – a poza tym nic… nic…

Samotna tafla matowa, senna – bardzo samotna – bardzo, bardzo, powiadam, samotna i sieroca.

Dzwonią krople; – źle powiedziałem – nie dzwonią, nie uderzają nawet – one tylko padają bezwładnie i ciężko – monotonnie, miarowo – że je liczyć można…

– Jest herbata?

– Nie ma jeszcze.

– Jest kurier?

– Nie przynieśli.

Żeby choć dzwonek, żeby choć ktoś przez omyłkę zadzwonił. Żeby choć ktoś lub coś, ktokolwiek lub cośkolwiek – jeden szmer, jeden dźwięk, jedna barwa, jeden błysk nikły – tak nikły, że ledwo go dostrzec można – ale żeby był, mówię – żeby był.

Nie ma!…

Tłoczy – nie, nawet nie tłoczy – dusi – i to nie – ani bólu, ani nic… nic… nic…

Dusza głodna – dusza chce jeść. Brzuch syty, a dusza głodna… – Chleba, czarnego chleba – czerstwego razowca myśli dla duszy bezmyślnej, która porasta pleśnią – którą we mgle wilgotnej, a może i cuchnącej – ogarnia, zagarnia, wchłania czy pochłania, pożera czy wysysa – pleśń czy rdza, czy trzęsawisko – czy cholera wie co – bo sam nie wiem, nic nie wiem – nic… nic…

– Chleba! chleba!

– Dziecko moje, tyś głodne?… Biedna córuś moja. Masz – masz. – Torcik pralinowy – ciastko kremowe. Jedz – niech ci będzie na zdrowie.

– Ja nie chcę. – Chleba mi dajcie.

– Masz, kapryśne stworzenie, masz, pociecho jedyna – masz chleb.

– Dla duszy, nie dla żołądka, mamo. Najmarniejszy, byle dla duszy.

– Dziecko drogie, nie płacz. Powiedz jaśniej. Ja nie rozumiem. Co to ma być za chleb? – Czego ty chcesz?

220zatrzasłam – popr.: zatrzasnęłam [przypis edytorski]
221garkuchnia – jadłodajnia. [przypis edytorski]
222oficyna – budynek dobudowany z tyłu lub z boku kamienicy. [przypis edytorski]
223kościarz (daw.) – człowiek zbierający kości, handlujący kośćmi. [przypis edytorski]
224kuplet – krótki utwór satyryczny z wyrazistą puentą, mówiący o aktualnych wydarzeniach. [przypis edytorski]
225in toto (łac.) – w całości. [przypis edytorski]
226Jaskółka z „Wieczorów Rodzinnych” – pseudonim Zofii Bukowieckiej (1844–1920), nauczycielki i autorki książek dla dzieci. W latach 1903–1912 prowadziła rubrykę Skrzynka do listów. [przypis edytorski]