Dialogi. Humoreska dramatyczna. Proza poetyckaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janusz Korczak

Dialogi. Humoreska dramatyczna. Proza poetycka

Warszawa 2020

Spis treści

Bezwstydnie krótkie

Senat szaleńców. Humoreska ponura

Sam na sam z Bogiem. Modlitwy tych, którzy się nie modlą

Bezwstydnie krótkie

a) Pisać? (szkoda czasu).

b) Czytać? (kino – kryzys książki).

c) Wydawca się krzywi (papier – druk).

d) Zresztą czytelnik sam...

Bezwstydnie krótkie (nowele).

– Ależ to głupiec.

– Wiem.

– Nie ma żadnych kwalifikacji.

– Wiem.

– W dodatku, niezupełnie, jakby to – no, niezupełnie pewny człowiek.

– Wiem.

– Takie odpowiedzialne stanowisko.

– A masz pan innego kandydata?

– Innego? – No, przecie – tak od razu – z miejsca.

– Aha: no, to wiedz pan, że ze względów taktycznych, dla dobra stronnictwa, on musi tymczasem być i mądry, i wykwalifikowany, i najzupełniej pewny. – Tymczasem. Zobaczy się, co dalej.

– Chyba że tak.

– Mówię ci jak uczciwy człowiek: on niewart pomocy. Sam sobie winien. Mógł mieć. – No, ale jak się uparł, że mu nie wypada, to wybacz.

– No, ale tak go zostawić? On zawsze był przecie dziwak.

– Nie dziwak, ale dureń. Wiesz, co mi wtedy powiedział? „Ja kraść nie będę”. – Rozumiesz: wszyscy mogą, tylko nie on.

– Wiesz przecie: nigdy nie liczył się ze słowami.

– Ale ja się liczę i grosza mu nie pożyczę. Dosyć! Ma, na co zasłużył.

– Więc nie oddał?

– Lepiej jeszcze. Pożyczył znów trzysta złotych.

– Idiota jesteś.

– Ależ poczekaj: jaka ty w gorącej wodzie kąpana.

– No, więc gadaj.

– Od razu ostro wsiadłem. A on: „Czy się zapieram – jak tylko będę miał – jak będziesz w potrzebie, też pomogę”. I powiada: „Napadłeś na mnie”.

– A ty?

– Mówię mu, że jak żyję, na nikogo nie napadałem, tylko żeby zwrócił. A on: „Pożycz mi jeszcze trzysta, to – już razem”.

– I pożyczyłeś?

– A co miałem robić? Mówił, że ma nóż na gardle.

– Idiota jesteś.

– Rzeczywiście. Ciekaw bardzo jestem, co ty byś na moim miejscu zrobiła? Miał nóż na gardle.

– Powiadam ci: boki zrywać.

– No, nie wierzę.

– Głupia jesteś. Wracam właśnie od nich.

– Ale skąd się, u licha, dowiedział?

– Ba. Kiedy dostał ostatni anonim, poleciał z nim do biura detektywów.

– Daj pokój, bo pęknę. Do biura detektywów? No i co?

– No, nic. Powiedzieli, że tak. Więc naprzód miał jego zastrzelić, potem siebie, siebie i ją, ją i siebie, a potem przebaczył.

– A ona?

– Ona mu przyrzekła, że ostatni raz.

– I uwierzył?

– Nie tylko on, ale ona, ona sama uwierzyła. I to jest najkomiczniejsze.

– Skąd wiesz?

– Mówiła mi. Wracam właśnie od nich. On zapłakany, ona zapłakana. Jak w romansie dla młodzieży.

– Co też to się dzieje na świecie.

– Pomyśl tylko: w dzisiejszych czasach... Idź do nich, przekonasz się... Warto!...

– Zwyrodnienie? No, dobrze. Niech sobie będzie zwyrodnienie. – Lesbijska? Dobrze. Niech będzie, jaka chce. Ale zlituj się, człowieku, ja się tylko pytam: czym? – No – czym? I jak ich dwie, to kto, jak? Musiałeś się przesłyszeć albo zażartowali z ciebie.

– To i ty kradnij.

– Nie umiem, Ewuniu. Ani ojciec, ani dziad.

– Sprobuj, Adasiu. Widzisz przecie. Czy ja wyrzucam pieniądze?

– A czyż ja mówię?

– Nie mogę końca z końcem. Życie brzydnie. Dzieciska się marnują. Sprobuj także. Dlaczego inni?

– Nie kuś mnie, kobieto... A jak jeszcze imię stracę? Pomyśl tylko: sąd – śledztwo – prokurator. – Pro-ku-ra-tor. Za nic.

– No, nie. Ja tylko tak. Ślubowałam, to będę wierną – choćbyś nawet tam i został do końca uczciwy. – No, uściśnij mnie. Przytul mnie przynajmniej, Adasiu. – Oooch, Boże!

– Powiadam ci: tak spodlałem w tej naszej demokratycznej, tak do cna schamiałem, że jak mnie w tramwaju jaki obdartus albo Żyd potrąci – już nawet nie odczuwam potrzeby wyrżnięcia go w pysk. Rozumiesz: nawet potrzeby... Usunę się – i nic...

– A ty co?

– Ja? No, powiedziałem jej, jak należy. Że jest żoną, matką. Do czego to podobne? Powiedziałem, że kobieta powinna się szanować. Że jeśli w rodzinie moralność już tego, to wszystko zginie. – Powiedziałem, że – bo ja tam pamiętam – do rozumu, do serca przemówiłem. Długo mówiłem.

– No, a ona?

– Powiada, że teraz taka moda, że wszystkie – kto ich tam zrozumie. Musi przecież coś wiedzieć, kiedy mówi. Teraz naprawdę trudno się dogadać. Tak się coś wszystko pokotłowało, pokiełbasiło po tych wojnach. Moda na zdradzanie. Pierwsze słyszę.

– To tak? Więc na to nasi bohaterowie krew przelewali, żebym w niemodnym kapeluszu chodziła? Na to zerwali kajdany, żeby żona urzędnika niepodległej w zeszłorocznych sukniach na pośmiewisko się wystawiała? Ty barbarzyńco, najeźdźco, ty okkupańcie!

– Dlaczego wyraźnie nie powiedzą? To wolno, tego nie. Temu wolno, temu nie. Do wczoraj było wolno, od dziś nie. – Józef za to samo nic, a Karol w kozie. – Władek przed rokiem jeszcze nic, a Paweł już dziś w pace. – Franek we Lwowie nic, a Filipowi w Warszawie wytoczono sprawę. A potem się dziwią, że jest zastój. – Ludzie się boją, nie mogą się zorientować. – Nie każdy chce zaraz, żeby o nim gazety smarowały. Bo żeby choć pisać zabronili. Ale nie. Pierwszy lepszy pismak weźmie i dopiero będzie cię szkalował. A jak ma, jucha, dowody, to i sąd nie pomoże. Jakie sądy, taka to i cała... Nie darmo Niemcy – jakże to: Polnische Bruderschaft.

– Wiem – wszystko wiem. Ty mi kurierkową wiedzą nie zaimponujesz. – Tylko że dawniej kłanialiśmy się jednemu. Albo Niemcowi, albo Moskalowi. A teraz wszystkim: i Czech, i Moskal, i Niemiec, i Włoch, i Anglik, i Turek. Przecież nawet mamy posła w Palestynie też. – Ja bym tym parchulom posłów jeszcze opłacał. – Wolę jednego gospodarza niż dziesięciu. – Tak.

– Bój się Boga, przecież inni też.

– Kto: inni?

– No, Francuzi, Anglicy, Niemcy.

– Powiadasz, że inni? – Więc co z tego? Widocznie chcą. Widać im tak dobrze. A ja nie chcę – i basta. Basta – rozumiesz – baaaassssta!

– A czy czasem nie ona właśnie ukradła?

– Ależ sąsiedzie, co też sąsiad? Gdybyście widzieli, jak szukała. Łzy miała w oczach. – Musiałem ją uspokajać. – Mówi: „Tak mi przykro, że akurat ze mną”.

– Może udawała?

– Cóż znowu. Najwyżej dwadzieścia lat – dziecko prawie. Skąd by taka przewrotność?

– Po nich wszystkiego się można spodziewać.

– Ja wiem. Ale nie ona. Tak się do mnie tuliła. „Wsią pachniesz” – mówi. – I w głowę – i w oko („w oczko”, mówi), i w twarz, i w szyję...

– Podejrzane, sąsiedzie. Przecież my już nie tacy młodzi.

– Mówiła, że młodych nie lubi, bo natrętni. Zresztą – pięćdziesiąt lat – to jeszcze nie tego – nie taki znów wiek!

– A ile było w portfelu?

– Bagatela: nawet nie całe pięćset.

– Sama nie wiem, jak to się stało. Zaraz na dworcu. Taki uprzejmy. Pyta się: do kogo, po co? Powiada, że trzeba być bardzo ostrożną. Aż żenująco usłużny. – Już nawet nie jak znajomy, ale – przyjaciel. – Ten kapelusz on mi właśnie doradził.

– Ale pomyśl: przecież to jednak okropne.

– Ja też mu tak powiedziałam. Bo trzeba ci wiedzieć, żem zaczęła strasznie płakać, aż mnie wodą cucił. I tak właśnie mówię: „To przecież okropne”.

– A on?

– Tak się jakoś naiwnie uśmiechnął i mówi: „A cóż w tym złego, żeśmy wymienili kilka serdecznych wyrazów?”.

– Kilka – – serdecznych – – wyrazów? Dziwna doprawdy ta Warszawa. Trzeba się będzie wybrać.

– Dobrowolnie? – Nie. – Co to, to nie. Na kryminały dam, ale nie na szkoły. – Dosyć! – Żeby chamom do reszty we łbach poprzewracać. – Powszechne nauczanie! – A do gnoju, psi synu. – Kto będzie bydło pasał, krowy doił, kartofle kopał – profesory? – Seminaria, psiakrew: agitatorów tylko. – Widły, hyclu, nie gazetę. W pysk, nie wybory. – Ja mam do tego paskudztwa rękę przykładać? – Kryminał – i owszem, ale nie szkoły. – Na mnie możecie nie liczyć. – A ile wam tam brak jeszcze do tej waszej – szkoły?

– Mogą sobie, panie dzieju, robić, co chcą. I ludowładztwo, i żydowładztwo, nawet komuniści, owszem. – Mnie nic do tego. Mamy prezydenta, mamy ministrów, sejm. Płacą im: niech rządzą. Po mojemu głupio, ale trudno – widać tak ma być. – Ale na moich śmieciach: ja pan. I tu niech mi się nie wtrącają. Demokracja? – Dobrze. – Ale jeszcze nie u mnie. – Może ja głupi, może nie taki znów głupi. – Ale dopóki ja żyję... panie dzieju – niech oni mi swoich porządków – tu – nie – bo stracę wreszcie cierpliwość.

– No, już dobrze – dobrze. Zmarnowałem ci życie. Dobrze. Źle zrobiłaś, że wyszłaś za mnie. Dobrze. Jesteś nieszczęśliwa. Nie rozumiem ciebie. Jestem egoista, tyran. Zgoda. – Ale musisz chyba przyznać, że zupa jest przydymiona?

– Jakże? Na wspólnika brać notorycznego złodzieja?

– Mój kochany, znam go lepiej niż ty. I mogę cię zapewnić, że nie tylko nie jest notoryczny, a właśnie – wprost odwrotnie – to jest nieskazitelnie uczciwy złodziej. I właśnie takiego nam potrzeba. Nie wolno się do ludzi uprzedzać. A ty zaraz: notoryczny... Jak się chce robić interesy, nie można się bawić w grę słów... Notoryczny... Myślałby kto...

 

– Bo właściwie nawet nie wypada, żeby panna z dobrego domu urodziła nagle dziecko.

– Po pierwsze: nie nagle. A po drugie: po co zaraz dziecko? – W Paryżu jest doktór, który tam coś szczepi małpom i wcale dzieci nie mają. – Człowiek majętny, na stanowisku. – Dlaczego by nie miał pojechać z nią do Paryża? – A ja – będę się mogła nawet wystarać o paszport ulgowy. – Zobaczysz, że będzie dobrze.

– Boję ja się tego dobrego.

– Pan nie wierzysz? – I ja nie wierzyłem. – Ale są. – Wiem na pewno. – Już dawno. – Wtedy nazywali się – wolnomularze. – Tylko panie, ani słówka. Nie wolno o nich. Ani mru-mru. – Wszystko – oni. – Wojna – masoni. – Dolar – masoni. – Jakaś tam, panie, heca – masoni. Tylko, na miły Bóg, ani słowa, że ja to panu... Bo sprzątną... Uważasz pan? – Sprzątną bez pardonu. – I nikt się nie ośmieli nawet – dać znać do komisariatu. – Otrują i – cicho, sza. Utopią – i sza. – Panie kochany, człowiekowi włosy dęba stają.

– Więc co robić?

– Nic. – Sza! Życie każdemu miłe.

– Doprawdy – niesprawiedliwi jesteśmy. Że mogą się ubrać w brylanty, smacznie zjeść i siedzieć w loży – nawet tego im nie użyczyć? Toć oni, niebożęta, nic innego nie mają. – Zresztą: ich to tak jeszcze bawi.

– No, właśnie: wróciłam późno. Więc co? – Z chłopcami! – No, tak: z chłopcami. – Dosyć tej opieki! – Bylem na czas przyszła do biura. – A mama mi może zabroni? – Jestem na posadzie. Jestem niezależna. – Może mam się kłaść do łóżka z kurami – z maszyną do pisania? Chce mnie mama wtrącić w perwersję? Dobre sobie. – – – Przestań się dąsać, matulu. – Jak będziesz grzeczna, i ciebie wprowadzę w świat.

– Wyspiański? Owszem. Ale słuchaj: Margrabina. Niewidoma córka. – I on się poświęcił. Potem ona go z takiego niebezpieczeństwa. A żebrak był spadkobiercą tego, co na galerach. – Spotkali się i dopiero zaczął ją całować. Takie piękne. – Płakałam. Śnił mi się. – Jaki szlachetny! – Bo gdyby nie (zapomniałam – jakieś takie włoskie imię), gdyby nie ten łotr, mogli się jeszcze w pierwszym tomie pobrać. Tyle cierpieć: dwa tomy. – Ale i Wyspiański niczego.

– Ależ to oszustwo.

– Niech i tak będzie.

– Więc?

– Więc ideały, mój kochany, dobre dla pensjonarek. A ty jesteś przecież mężczyzną. W twoim wieku trzeba się już zacząć szanować. Nie wolno się kierować fantazjami.

– Więc mam okradać Polskę?

– A kto ją ma okradać, jeśli nie my? Wolisz może, żeby Żydzi?

– Ani my, ani oni.

– Dzieciak jesteś. Stary dzieciuch. Wstydź się.

– Powiadam mu: stać cię, to używaj. Pyta się – jak, co? Więc ja: wszystko. – Samochód – gramofon – kino – szampan – foxy – jazzy – czekolada – karty – troty – filantropia – pijama – zegar z dewizą złotą – obrazy ręczne – portrety olejne – bomboniery – bukiety – brązy – psy – kobiety. Co najdroższe! A on nie: mówi, że trzeba oszczędzać. No i leży. I gdybym go nie uprzedzał. Ale mówię: „Patrz tylko, jak ja”. – No i co? – Ano nic. Ja mam, a on... Szkoda, bo dobry nawet, tylko lekkomyślny chłop. – Oszczędzał. – No i co? – A uprzedzałem – mówiłem.

– Powiadasz: handel – Już myślałem nawet. – Ale patrz: przyjdzie ci Żyd i masz z nim jak równy z równym. Zacznie się z tobą targować. Powie, że drogo, że mu się nie podoba. A ty nic: przecie to klient. Musisz być dla niego uprzejmy. – No, bo klient. – Zrozum tylko: nie wolno ci go wziąć za kark i na cztery wiatry. Nie wolno ci nawet tupnąć nogą i posłać do cholery. Ani: „parchu jeden”, ani „Żydzie parszywy”. Nic – kundman. – Niee, to nie dla mnie. Już myślałem.

– Mylisz się, mój kochany. Wcale nie bankructwo. Nie płacę, bo nie mam. Jak będę miał, zapłacę. Bankructwo – to zupełnie co innego. – Bankrutują, proszę ja ciebie, Żydzi, bo na bankructwach zarabiają. Nie my.

– Ale ty przecież masz i nie płacisz?

– Przepraszam cię. Nie mogę w okresie ekonomicznego kryzysu zostawić siebie i rodziny bez grosza. To nie znaczy bankrutować. Nie mam na zapłacenie. To chyba wystarcza.

– Wolę Żyda. Tak. Będę to głośno mówił. Niech wiedzą. Żyd zarobi, ale i mnie da. – Żyd za mądry, żeby puścić z torbą. – Jeżeli oszuka, przynajmniej nawymyślam od złodziei – pijawek. – Nasz gorszy. – Okradnie, a ty milcz. – Jeszcze obrażony. – Nie wiem, czy mu za mało. Wygląda, że z łaski okradł. – Głośno będę. Kogo się mam bać? – Powiedział na dodatek, że nie mam głowy do interesów. – Ja nie, a on ma. Złodziej – szuja – mądrala. I co mu powiem: Żyd? – Nie. – Zaciśnij zęby i milcz. Ładne czasy...

– Wcale nie barbarzyńcy. Mieli kulturę. Pamiętasz polowanie z Francewym? Zwyczajny żandarm. A co za zakąski! Kawior łyżkami. Łosoś.

– No, nie żandarm. Pułkownik.

– Nawet, proszę cię, tylko podpułkownik. No – a żona Prykowa? Pamiętasz? Co tu gadać. – Nie było wcale tak źle. – Dopóki się w parlamenty nie zaczęli bawić. – Potem, rozumie się. – Ale w każdym razie nie to, co teraz.

– A w Rosji jak było?

– A co mnie to wtedy obchodziło? Żeby nawet ludożercy. Do nas przysyłali, co mieli najlepszego. – Rubel był rubel. Wiedziałeś, co masz. – A szaszłyk barani może zły? Daj ty mi spokój. Kultura była... A teraz?...

– Dopiero ja. – Wstaję i powiadam: „Proszę o głos”. – Uważasz: w kwestii formalnej. Musieli mi dać. Powiadam: „Panie przewodniczący, proszę poddać pod głosowanie mój wniosek”. – Od razu zrobiło się cicho. – Patrzą. – No i dopiero ja: „Proszę pod głosowanie mój wniosek, żeby przerwać dyskusję”. – Zaraz, proszę cię, głosowanie. – I przeszło. – (Jeszcze tylko ci, co byli zapisani. Jeden się nawet zrzekł). – Gdyby nie ja, byliby całą noc. – Potem, proszę cię, do knajpy. – Zdrowie moje pili. – Owszem – bardzo... Nie można powiedzieć... I zarząd nawet owszem. – Nie, że mnie także, tylko w ogóle...

– Taka scenka. – Przed kasą kolejową. – Tylko pan słuchaj. – Nic nie przesadzam. – Bilety kupują... Stoją: jakichś trzech obdartusów – młodzik – Żydówka – dopiero za nią kapitan wojsk polskich – Żyd – potem chłop, ksiądz, znów odrapaniec, za nim staruszka w żałobie i tak dalej. A milicjant stoi i pilnuje porządku. Żeby, broń Boże, nie inaczej, tylko właśnie tak. Mnie to niby nie obchodziło, bo ja przy innej kasie. Ale panie – jak w febrze. – No i co zrobić? – Nie mogę. – Wolę u siebie w domu. Wolę nie patrzeć. Żeby mnie ozłocili, więcej nie pojadę. – Brrr!

– On ma przekonania. Uważasz? Taki mleczak, smyk, gołowąs. Przekonania. Powiedział mi: „średniowiecze”. – Ja ci, kundlu, średniowiecze. – Uniwersytet! – Chcesz, dobrze. – Miej przekonania, kiedyś mądry. Ale ani szeląga. Precz z moich oczu! – Powiada, że trzeba szanować. – Nie on moje, tylko ja jego. – Szkoda, że kija nie miałem pod ręką. – Powiada jeszcze: „przesądy”. – Trzeba tylko było posłuchać. – Jak na wiecu. – Szkoda, że pasa nie miałem. Ja bym mu i przekonania, i średniowiecze, i przesądy. – Jeszcze: „przedpotopowe pojęcia”. – Już nie pamiętam nawet. – Ach, ty kundlu! – Nie mam syna. – Matka chce, to niech mu posyła. – Średniowiecze.

– Wczoraj mi jeszcze powiedział: „Jak pana zostawiam w biurze, jestem spokojny”. No, to chyba znaczy, że ma zaufanie, że nie jestem znów taki do niczego. – A dziś. – Nie wiem, co go ukąsiło. – I to źle, i to, i to. Jak na jakiego parobka. – Chcę wytłomaczyć – gdzie tam – gorzej jeszcze. – Wreszcie powiada: „Głupiec pan jesteś”. – Pomyślałem tylko: „Gdybym był mądry, nie byłbym urzędnikiem”. – Eech, czego człowiek dla miłego chleba...

– Jak ja mogłam? Jak mogłam? Właściwie on nawet wyraźnie nie powiedział, że się ożeni. – Jeżeli kocha, powinien się ożenić. – Ale nie mówił. – A obojętny świat – tak jakby się nic nie stało. – Przechodnie chodzą po ulicy. – Tramwaje kursują. – Sklepy otwarte. – Dzieci idą do szkół. – No, a co zrobię, jeżeli nie przyjdzie? – Chyba powiem, że niegodziwiec. Ale jak mu znowu powiem, jeżeli nie przyjdzie? – Że też nie ma na całym świecie człowieka, którego się można poradzić.

– Słuchaj: jak ona wszystko prawdę. – Powiedziała, że nowina albo choroba. No i wiesz: Jadzia przecież. – Powiedziała, że jestem uczuciowa i wiele przecierpiałam. No, wiesz: Kazik. Potem, że brunetka mi zazdrości, żebym się jej strzegła (Antosia). Że blondyn mnie kocha. – Powiedz tylko, skąd ona może tak wszystko wiedzieć?

– A o Bronku?

– Też. Trochę mniej wyraźnie, ale też. Powiedziała, że Kazik mnie oszukiwał, Józiek kocha szczerze, a o Bronku – że niby owszem, ale nie tak znów bardzo: o dwie karty dopiero za Józkiem. – No, i pomyśl: czy można nie wierzyć?

– Bezrobocie.

– Nie wierz. Kłamstwo. – Kto chce pracować – znajdzie.

– Samobójstwa.

– Kłamstwo. Symulanci – nie wierz.

– Drożyzna.

– Złoty gospodarczy się przystosuje.

– Fabryki zamykają.

– Na osiem godzin nie warto otwierać nawet. Mają rację.

– Podatki. Licytacje.

– Dla głupców. Nie jest tak źle. Nie wierz.

– Kto by się tego spodziewał?

– A ja dawno wiedziałem. – Spotyka mnie na ulicy i: „Może papierosika?”. – Tknęło mnie, ale nic. A on wyjmuje ergo. Nie, moja kochana, jak człowiek ma dzieci w szkołach, nie częstuje. – Ergo w dodatku.

– Oczy mi otworzyłeś. Teraz dopiero rozumiem. – Spotykam ją przed składem aptecznym. – Co – jak? – Musi wstąpić. – Dentosan. – I szczoteczkę do zębów.

– A widzisz. Życie nad stan. A teraz wpadli. I co?

– Po pierwsze: za wcześnie. Później – dobrze, ale nie od razu. Tymczasem autonomia. – Po drugie – nie socjaliści. – Moraczewski! – Po trzecie – nie na Kijów, tylko od razu na Moskwę. Europa by pomogła. – I zgnieść! – Że Napoleon – to co? – On wtedy w jesionce, a my w kożuchach. – Nie zmarzlibyśmy. – Po czwarte – trzeba było – zamach stanu – dyktator – i za mordę!

– Mój kochany, i wielcy ludzie – błędy...

– Wielcy ludzie – błędy? No, dobrze. Ale dlaczego my mamy cierpieć?

– Daj radca spokój.

– No – no. W dwadzieścia cztery godziny. – Niemcy – fora ze dwora – do faterlandu. – Żydy do Palestyny. – Litwini, Ukraińcy, cała ta zgraja – hajda – do bolszewickiego raju. – Poselstwa wszystkie i ambasady na złamanie łba – owszem, z honorami – dyplomatycznie – manatki spakować – byle prędko. Zostajemy sami. Dopiero bym wtedy pogadał.

– I cóż by radca...

– Naprzód Sejm. Zaczynam od Sejmu. Po pięćdziesiąt na każdy zadek.

– Wszyscy?

– Co do jednego. Żadnych: prawica – lewica. Oni się tam już wszyscy zwąchali. Po pięćdziesiąt – i do domu – do pracy, darmozjady. – Potem związki i partie. Przywódcy – jeżeli nie byli w Sejmie, też po pięćdziesiąt.

– Wszyscy?

– Taaak, równość! Załatwione! – Złodzieje i łapownicy – kula w łeb. Bez sądu. Na jednego naszego – ich dziesięciu.

– Kogo ich?

– Żydów, Niemców...

– Przecież ich już radca powysyłał.

– Nie. Złodzieje osobno. Majątki skonfiskować. Na skarb. Ani grosza nie podarować.

– I koniec?

– Nieee. Kabarety, kinematografy, manikury, dancingi, perfumerie – bo ja tam wiem co – wszystko bym pozamykał. – Potem dopiero kobiety. – Zawołałbym te wszystkie agarsony – i żółte książki. Tak. Albo się umyć, żadnych krótkich sukien, jedwabi, dekoltów. Albo – albo.

– A potem?

– Potem to bym już wiedział, co mam robić.

– No, dobrze. A handel, przemysł?

– Aha, prawda. – Jak bym już zrobił porządek, dopiero wtedy pożyczka na inwestycje.

– A jakby nie dali?

– To nie. Bez łaski. Uruchomiłbym dopiero wszystko. Ustaliłbym kurs złotego. I wierzajcie mi: dopiero wtedy zaczęliby nas szanować. Dopiero wtedy sami by prosili. Nie my do nich, a oni do nas.

– I Ameryka?

– I Ameryka. Im rynki potrzebniejsze niż nam.

– Bo ja wiem. Może radca... Ale nie w dwadzieścia cztery godziny.

– A jak w tydzień, to źle? Przecież oni lata całe – te niedołęgi – safanduły – Grabscy – Skrzyńscy – lata całe – i co? Nic. – A można w tydzień. – Można!

– Myślicie, że ja już wcale? Tylko dom, dzieci, sieroty? A co się tyczy tego, to już nic? – Przepraszam. – Wiem, co się dzieje na świecie. – Widzę. – Zresztą codziennie kurierek. – Od deski do deski. – Nekrologi, wypadki, ogłoszenia – a nawet i wstępny niekiedy. – Więc wiem. – Bo nie wolno się zasklepiać. – Jestem okuran. – Od deski do deski.

Mógłbym tak jeszcze długo.

Ale dosyć...

Kryzys – papier – czytelnik sam resztę w duszy dośpiewa...

Pisałem w m.st. Warszawie.

Sylwester 1925–1926 roku.

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?