Bobo

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurator lekko się zarumienił i wskazując palcem na drugą i trzecią ławkę, powiedział twardo.

– Ci nie siedzą na pierwszej ławce, a palce obrzydliwie trzymają.

I spojrzawszy na zegarek, wyszedł bez pożegnania.

„Surową – obrzydliwie” – „strogoje38otwratitielno39”. – Stasio czuł zwisającą nad jego głową burzę.

Stuk kół wskazał, że władza odjechała.

– Osioł – huknął nauczyciel. – Bałwan! I jeszcze pcha się na pierwszą ławkę!

– Pan sam mnie posadził – mówi Stasio.

– Milczeć! – Na ostatniej ławce będziesz siedział na moich lekcjach. – Popamiętasz ty mnie. Marsz! – Łapy wam poobijam – zwrócił się już do całej klasy. – Bydło!

Stasio wziął kajet i pióro i poszedł na ostatnią ławkę.

Stasio, jak i cała klasa, pogardzają nauczycielem kaligrafii. – Daje tylko do trzeciej klasy, zostawić na drugi rok nie może; ale owo: „popamiętasz ty mnie”… A jak powie dyrektorowi, co wtedy? A nauczyciel w kratce – Przemyski – postawił cztery grube pałki: z przedmiotu, uwagi, pilności i sprawowania.

Koledzy patrzą na Stasia ze współczuciem: to, co jego spotkało, mogło spotkać każdego z nich. – Biedny Przemyski. – Podczas pauzy będą o nim mówili w uczitielskoj40 – całe gimnazjum, wszyscy się dowiedzą – i będą się mścili.

„Co za straszny, straszny, straszny tydzień” – myśli Stasio.

– Pójdziemy razem, dobrze? – proponuje Kowalski.

– Wszystko mi jedno – odpowiada Stasio.

Kowalski nie czuje się urażonym szorstką odpowiedzią Stasia. Wie, że Przemyski go lubi, ale jest zły, bo ma zmartwienie.

– Daj, zapnę ci raniec41 – mówi łagodnie.

Stasia rozbraja jego dobroć. Wychodzą razem na ulicę. Kowalski będzie go pocieszał i Stasio się rozerwie, zapomni. Co to ważnego: kaligrafia?

Przyczepił się do nich Malinowski. Dali mu odprawę, ale Malinowski nie ma ambicji i czepia się ich natrętnie.

– Idź sobie.

– Zabronisz mi chodzić po ulicy?

Zwalniają kroku – Malinowski toż samo.

– Dobrze, łaź za nami. – Ogon! – Pies. Chodź tu, na, na!

Malinowski wie, że w ten sposób chcą go się pozbyć, więc postanawia rozzłościć ich jeszcze bardziej.

– Przejdźmy na drugą stronę – proponuje Kowalski.

– Poczekajcie: ja jutro dyżurny, to się wam odpłacę – krzyczy w ślad Malinowski.

– Dobrze, odpłać!

Chwilę idą w milczeniu. Jakby tu zacząć, aby nie urazić przyjaciela?

– Słuchaj, Przemyski, przecież on ci nic nie może zrobić, czego ty się go boisz?

– Nie boję się wcale, tylko się będzie ciągle przyczepiał.

– A ja ci mówię, że za tydzień o wszystkim zapomni.

– A jakże, zapomni, jak ja będę siedział na ostatniej ławce.

– Toteż nie siadaj. Jak ci co powie, to mu powiesz, że jesteś blizoruki42 – i już.

– A on pewnie już naszczekał na mnie.

– A ja ci mówię, że nie. On sam się boi dyrka.

– Więc po co mi cztery pałki postawił?

– Toteż go poproś, żeby przekreślił.

Stasio nie odpowiada. Bo oto naprzeciw idzie dziewczynka w żałobie. Zawsze chodzi po tamtej stronie ulicy, a dzisiaj po tej akurat. Opowiada coś koleżance i śmieją się. Może jej tylko babka umarła, bo inaczej jakżeby ona mogła się śmiać? Spojrzy na Stasia czy nie spojrzy? Spojrzała. Potem coś powiedziała koleżance, pewnie o Stasiu, bo obejrzały się i zaczęły się śmiać. Może poznała, że płakał? Choć on właściwie nie płakał, tylko łzy miał w oczach, a od tego oczy nie puchną.

– Co? – pyta Stasio.

– Poproś go, żeby przekreślił.

– Ja tam nie będę prosił.

– Co ci to szkodzi?

– Bo nie chcę. – Patrz jaka to świnia. Sam przecież mnie posadził, jemu powiedział, że naumyślnie, a potem wrzeszczy. – Jakbym go prosił.

Stasio uspakaja się pod wpływem rozmowy.

– Czy ta duża gwiazda, co miał przy orderach, to także order? – pyta kolegi.

– Chyba, że order.

– Czy jak on przychodzi do gimnazjum, to musi być w orderach?

– Eee, chyba nie – tylko tak, żeby się pochwalić.

– A może musi?

– A kto jemu może kazać?

Prawda; kto jemu może kazać – jemu, którego boi się nawet dyrektor?

– Dlaczego on wszedł do nas sam, a nie z dyrektorem?

– Dyrek chciał z nim iść, ale on nie chciał.

– Bo dyrek miał lekcję akurat w piątej klasie.

– A skąd wiesz?

– W szynelni43 jeden uczeń mówił… A wiesz, że lepiej, że dyrka nie było?

– Pewnie, że lepiej. Jeszcze by co i jemu powiedział.

Żegnają się na rogu ulicy i rozchodzą.

Stasio wstępuje do nowego sklepu po kajet.

– Proszę mi pokazać te łańcuszki, co się dodaje do brulionu.

– O, proszę pana. Prawda, że ładny? Niech pan pociągnie, jak pan tylko chce; nie urwie się – taki mocny.

Stasio nie lubi, jak mu mówią: pan – bo mu się zdaje, że się z niego śmieją.

Bierze kajet i wychodzi.

I po co mu właściwie łańcuszek? Przecież nie będzie nosił zegarka na dwóch łańcuszkach…

*

Mama włożyła nową suknię, którą mamie krawcowa zepsuła, i były dwie poprawki. Krawcowa była w dodatku niegrzeczna. Mama nie będzie do niej więcej dawała ani jej nikomu rekomendować nie będzie.

Mama wybiera się z tatusiem na koncert, na który już nie było biletów, i tatuś ledwo dwa bilety dostał od przekupnia. Ciocia chciała, żeby i dla niej kupić, ale nie było. Ciocia ma dziką pretensję, a tatuś nie ma obowiązku kupować dla całego świata.

Ludwika ma pilnować, żeby Stasio grał na fortepianie i żeby dzieci o dziesiątej najpóźniej poszły spać. Jak nauczycielka muzyki powie, że Stasio znów nowej sztuczki nie umiał, to mama się z nim na serio rozprawi. – Dzieci mają nie hałasować i nie rysować podłogi; lampa żeby nie filowała44, Stasio żeby się nie drażnił z Józiem, a Zosia jak ruszy co z toalety, to dostanie w skórę. – Nikomu nie otwierać nawet przez łańcuch, a Ludwika żeby się na krok nie ważyła ruszyć z mieszkania. – Czy Stasio umie lekcje?

Mama i tatuś wychodzą na cały wieczór – jest to wielkie święto dla dzieci. Nikt im nie przeszkadza w zabawie, czasem i Ludwika bierze udział w grze lub bajki opowiada. Józio i Zosia słuchają bajek z przejęciem, z namaszczeniem, a Stasio niby obojętnie, ale i on lubi słuchać. Najgłówniejsze to, że są sami i mogą robić, co chcą.

Mama włożyła rękawiczki, a tatusia nie ma. Dzieci kończą kolację. Zosia wbiła widelec w skórkę od chleba i wyciera talerz z resztek masła i okruchów kotleta.

– Patrz, szczotkę zrobiłam z chleba.

„Oślica” – myśli Stasio.

Józio także zrobił szczotkę z widelca i chleba.

– Już po mnie małpujesz – mówi Zosia.

Mama i dzieci niecierpliwią się.

„Żeby już sobie poszli” – myśli Stasio.

Zgrzyt klucza. Tatuś przyszedł.

– Tylko nikomu nie otwierać. Lampa żeby nie filowała. Ludwika niech nie wychodzi. Bądźcie grzeczni.

Dzieci zostały same. Nie wiedzą, czemu, ale dziś mniej się jakoś cieszą niż zwykle. Stasio jeden wie tylko, ale nie powie. Dzisiejsza awantura z kaligrafem i dwie dwójki. Niezrobionego zadania Stasio nie liczy, powiedział już mamie, że nie zrobił.

Józio przerysowuje obrazek z „Przyjaciela”, Stasio czyta kradzieże w kurierku45 – to dobre na zwyczajny wieczór, ale nie, kiedy mamy nie ma. Zosia chce dać hasło do zabawy.

 

– Wiecie, że jak wejść do studni, to można w dzień widzieć gwiazdy.

– A jakże – zauważa ironicznie Józio.

– Nie: a jakże, bo pani mówiła.

– Twoja pani tyle wie, co zje.

– Żebyś ty wiedział tyle, co pani.

– Wszystkie baby nic nie wiedzą – mówi Józio, któremu udzielił się smutny nastrój Stasia.

– A mamusia także jest baba, to mamusia także nic nie wie. – Dobrze… dobrze…

Rozmowa się nie klei; Zosia się nie zraża.

– A jak patrzeć na błyskawicę, to się oślepnie.

– To ci także mówiła pani? – pyta Stasio, który już skończył drobne wiadomości w kurierku.

– Nie, to ja sama wiedziałam.

Do pokoju wchodzi Ludwika.

– Stasiu, pani powiedziała, żeby Stasio grał… Niech Stasio rzuci kuriera, bo tam nic mądrego nie ma dla Stasia.

– Jak Ludwika nie umie czytać, to Ludwika nie wie, czy mądre, czy głupie.

– Nie umiem, bo mnie nie uczyli – mówi Ludwika.

I Stasio żałuje, że jej tak powiedział. – Ludwika opowiadała im raz, kiedy mamy nie było, jak ją biła macocha, jak ją potem chciała wydać za mąż za starego, jak ona z domu uciekła i Stasio dał sobie słowo, że będzie dla niej dobry; nawet ją zaczął uczyć liter. Ale po co z nim zaczyna zawsze?

I teraz chciał powiedzieć, żeby usiadła, to jej przeczyta zbrodnię na Woli, potem Ludwika opowiedziałaby także zbrodnię i tak by się zaczął wieczór przyjemny. Ale dwie dwójki, kurator.

– Niech Stasio odda kuriera.

– Niech Ludwika puści, bo podrę.

– To niech Stasio puści.

– To dobrze: ja się ze Stasiem bić nie będę.

Ludwika ma myśl ukrytą: chce, żeby każde z dzieci coś zbroiło, żeby je potem zobowiązać do milczenia; a sama chce się wymknąć na pół godzinki do pralni, gdzie wieczorem bywa tak wesoło.

– A Zosia niech nic nie rusza.

– A właśnie, że ruszę.

– A ja mówię, że nie ruszysz.

Zosia wchodzi odważnie do ciemnej sypialni i wynosi flakon z wodą kolońską.

– No, o tym to już pani będzie wiedziała.

– No niech wie.

Józio jest złote dziecko. Teraz jest spokojna. Żadne z dzieci nie piśnie ani słówka. Może sobie wyjść swobodnie na godzinę.

Stasio odłożył gazetę, oparł się i patrzy na Józia:

„Maminsynek” – myśli o nim z zazdrością. – „Brata się powinno kochać. Czy ja go kocham?”

– Może zagramy w co? – decyduje się wreszcie Zosia. Józio patrzy pytająco na Stasia.

Stasio wyjmuje z szafy tom Słowackiego, bo Sienkiewicza mama dawno już pod klucz zamknęła. Stasio nie lubi wierszy. – Ojciec zadżumionych46 – może to ciekawe.

Zosia patrzy na zegar. Już przeszło pół godziny – i nic.

– Powiem mamie, żeś wyjął książkę.

– A ja powiem mamie, że ruszałaś perfumy.

Józio kładzie się na kanapie.

Stasio czyta – czyta z wzrastającym zainteresowaniem.

I nagle przychodzi mu do głowy myśl dziwna: ten ojciec zadżumionych podobny jest do Stasia. – I na ojca zadżumionych, i na Stasia spada cały szereg nieszczęść, których końca nie widać. – Jeszcze się feralny tydzień nie skończył, jeszcze dwa dni. Kto wie, co dalej będzie? Może go wyrzucą albo co? – Tamtemu dzieci umierały, a on dostał dwójkę po dwójce. – I za co to, za co? Co złego zrobił ten ojciec, że mu umierały tak dzieci? – Biedny! – Stasio ma łzy w oczach. Józio siedzi na krześle i patrzy w światło lampy. Zosia patrzy gniewnie na Stasia: przez niego cały wieczór zepsuty – jakieś muchy ma w nosie dzisiaj – wykapany tatuś…

Nie ma nikogo z dorosłych, a w mieszkaniu tak cicho. Czemu dziś tak smutno, chociaż nie ma mamy?

Oto krzywda się dzieje już nie Stasiowi tylko, ale Józiowi i Zosi także. Oto sen mroczny śni historia, że zły duch, zła siła legła u wrót izby szkolnej – zła, bo nie znosi śmiechu dzieci – zła, bo gdy taki wesoły i beztroski śmiech dzieci usłyszy, to jej krwią nabiegają oczy, leniwie głowę ku drzwiom zwróci – i warknie, i śmiech płoszy.

Biedne, bezradne – gdzież modlitwa za wasze szczęście płowe, gdzie pomoc? Zdziwione oczy wasze smutne. Może jawi się cud – rycerz o stu głowach, o stu po sto rąk czarnych w guzach i garbach, i bliznach od ciężkich narzędzi pracy – i dla wszystkich, i dla was lepsze jutro kupi.

Mroczny sen śni historia.

*

– Poczekaj, dam ja ci za wczorajsze – odgraża się Malinowski.

Malinowski jest dzisiaj dyżurnym. Stasio przypomina sobie wczorajszą kłótnię i niepokój wkrada mu się w serce. Malinowski i tak jest świnia i lizuch, a teraz jeszcze…

Po drugim dzwonku ktoś gwizdnął.

– Przemyski, dlaczego gwiżdżesz? – ryczy na cały głos Malinowski, wiedząc, że pedel chodzi po korytarzu.

– Kłamiesz: to nie ja gwiżdżę – broni się Stasio, choć wie, że jeśli dyżurny powie pedlowi, to na pewno uwierzy dyżurnemu. Stasio czuje swoje położenie bez wyjścia i bezsilny gniew w nim wzbiera.

W klasie ktoś gwizdnął po raz drugi.

– Znowu Przemyski? – wrzeszczy Malinowski i zapisuje Stasia na kartce.

Ale pedel nie słyszał; Stasio jest ocalony. Stasio pokaże temu świntuchowi, że go się nie boi.

– Masz, zapisuj sobie – i gwizdnął sam teraz.

I w progu ukazał się inspektor.

– Kto gwizdał?

– Przemyski – i podaje kartkę.

– Zostaniesz na dwie godziny po lekcjach.

Inspektor bierze kartkę od Malinowskiego i wchodzi do piątej klasy na lekcję.

– Po co ci było z nim zaczynać?

– Pilnuj swojego nosa.

A to się wiedzie temu Przemyskiemu – no! Stasio ma godzinę do namysłu. Inspektor zapisze do sztrafnego47 dopiero na dużej pauzie. – Prosić, czy nie prosić?

– Idź poproś – namawiają koledzy. – Powiedz, że cała klasa widziała.

– Niech no ja będę dyżurnym – mówi jeden – to Malinowski dostanie za ciebie.

– Świnia, lizuch – bydlę.

Stasio czeka przed drzwiami piątej klasy, inspektor nigdy zaraz po dzwonku nie wychodzi, tylko dopiero w pięć minut. Obok Stasia wszyscy jego stronnicy w pogotowiu – to świadkowie; trochę z dala – reszta klasy.

– Co to znów za zbiegowisko? – pyta, wychodząc inspektor.

– No idź – pchają go koledzy.

– Proszę pana… – zaczyna Stasio.

Powie mu wszystko, od samiutkiego początku, wszystko, jak na spowiedzi, wszystko od poniedziałku. Przebaczy mu, musi mu przebaczyć – musi mu przebaczyć.

– Rozejść się! – Kartkę Malinowskiego inspektor trzyma w ręce.

– Proszę pana… ja…

Inspektor nie słyszy – idzie przez korytarz. Na wschodach48 tłum ich rozdziela. Stasio przedziera się z jakimś dzikim uporem. Powie mu wszystko od samiutkiego początku, wszystko mu powie, od samego poniedziałku powie. – Przebaczy, na pewno przebaczy – nie napisze do sztrafnego. Na progu uczitielskoj zastępuje drogę.

– Proszę pana…

– Wiem, wiem…

– Proszę pana…

– Już nie będziesz więcej – prawda?

– Już nie będę.

– Jak nie będziesz, to bardzo dobrze, a dziś posiedzisz dwie godziny. Zrozumiałeś?

I znikł.

– No co?

– Idźcie do diabła!

Stasio wraca do klasy i wybucha gwałtownym płaczem.

– Przemyski, wyjdź z klasy – woła z daleka Malinowski.

Stasio nie odpowiada. Malinowski nie śmie drugi raz powtórzyć rozkazu.

Do klasy wchodzi klasowy gospodarz: czy wszyscy wyszli, czy okna otwarte?

– A ty co? Aaa, Przemyski. – Źle, źle: wczoraj trzy pałki, dziś koza49.

I za tych kilka obojętnych słów Stasio jest mu tak wdzięczny, jak za najwyższe dobrodziejstwo; nie ma już do niego żalu za poniedziałkową dwójkę. Pozwolił mu zostać w klasie, nie skrzyczał, nie wypędził.

*

Niemiec, stawiając Stasiowi stopień, pokiwał smutnie głową, cmoknął ustami, spojrzał na jego zapłakane oczy i postawił mu czwórkę z plusem – Stasio tylko na trójkę zasłużył – i to może z minusem.

– Cztery dostałeś.

– Dobrze.

Stasia nic już nie pocieszy – i tak wszystko stracone.

Szkoła się wyludniła. Tak głucho, pusto, strasznie. Tyle ławek, na ścianach mapy i Stasio sam. A tam za oknem, na ulicy, wszystko po dawnemu, jak gdyby się nic nie stało. Ludzie sobie chodzą jak gdyby nigdy nic. Tramwaj jedzie, chłopiec kuriery sprzedaje, niańka idzie z dwojgiem dzieci. Pan z podniesionym kołnierzem, dwaj studenci, pani z dzieckiem. Jacy oni wszyscy szczęśliwi. Tylko on jeden – jedniusieńki na całym świecie.

Inspektor teraz pewnie poszedł na obiad – i ani pomyśli o nim. Co go może Stasio obchodzić; kogo może Stasio obchodzić?

Jedno słowo: „przebaczam” albo: „pamiętaj, żeby to ostatni raz było” – i dlaczego nie powiedział?

Po co zaczynał z Malinowskim? – Prawda, że Malinowski przysiągł się na Boga, że mu nie daruje, ale przecież przysięga w złości się nie liczy – to chyba mały grzech. Ludwika jest bardzo nabożna, a ile razy przysięga się, że mamie powie, a potem nie mówi.

Ach, jak mu życie zbrzydło, jakby strasznie chciał umrzeć. Nie chorować, nie męczyć się, tylko tak od razu umrzeć.

Stasio opiera się na łokciu, patrzy nieruchomo w kąt klasy i myśli o tym, jakby on chciał umrzeć.

Na przykład ta mała w żałobie wpada pod konie. Stasio rzuca się, żeby ją uratować. Chwyta konia za uzdę, koń staje dęba, ale Stasio uzdy nie puszcza. Wtedy koń rzuca się w bok i uderza głową Stasia o latarnię, a potem dobija go kopytem. Niosą trupa do gimnazjum. Piszą o nim we wszystkich gazetach, nazywają go młodym bohaterem. Na pogrzebie jest całe gimnazjum: i dyrektor, i inspektor, i wszyscy uczniowie – mama, i tatuś, i ta, której uratował życie.

Ale Stasiowi żal młodego życia.

Nie, koń go nie zabija, tylko ciężko go rani. Stasio choruje bardzo długo, aż prawie do Bożego Narodzenia. Na dwa dni przed świętami przychodzi do szkoły blady z zawiązaną głową, żeby go mogli wyrwać jeszcze na poprawkę. I na drugi kwartał nie ma ani jednej dwójki, bo go łatwo słuchają. – Malinowski przychodzi go przeprosić i Stasio mu przebacza.

Boże Narodzenie – święta, choinka. Jakież to wszystko odlegle. – Cztery tygodnie. – Kiedy się to skończy?

Co mama powie, jak zobaczy dziennik?

– Pójdziesz do szewca. Z tobą nie można postępować jak z człowiekiem. Jeżeli mi weźmiesz jaką książkę do czytania, to ci łapy poprzetrącam. Ucz się! – będzie świszczało jak bat.

Wreszcie po paru dniach Stasio pójdzie przepraszać; odpowiedzą mu chłodno, opryskliwie:

– Dobrze, dobrze – zobaczymy.

A niezrobione zadanie, a jak w przyszłym tygodniu coś mu się nie powiedzie – to znów dwie dwójki.

Nie, tylko śmierć może go ocalić, nic więcej.

Stasio wrócił do domu głodny i wyczerpany bezcelową walką wewnętrzną, dwugodzinną gorączkową pracą myśli w samotności.

– Coraz lepiej Stasieczku: wczoraj zadanie, dziś koza.

– Nie wczoraj zadanie, tylko onegdaj.

Stasio chce, aby go mama zbiła: niech bije, niech wszyscy się nad nim znęcają aż do końca. Naumyślnie tak będzie odpowiadał.

 

– Zadanie onegdaj, no a koza także onegdaj?

– Niesprawiedliwie mnie wsadził.

– Ja wiem: ty zawsze masz na wszystko sto wykrętów.

– Nie mam wykrętów. A jak mama nie wie, to niech mama nie mówi.

Stasio odłożył łyżkę, rzucił się na swoje łóżko i aż do przyjścia korepetytora leżał i płakał. Nie był to już spazmatyczny płacz obrażonej dumy, gniewu bezsilnego i buntu, płacz, którym wzbudził współczucie klasowego gospodarza, tak że go na pauzie nie wyrzucił z klasy, był to teraz płacz poddania i poczucia wielkiej krzywdy, gorzki płacz człowieka, który się zawiódł nawet na najbliższych mu – na ostatnich już.

I matka zrozumiała – dobre myśli podsunęło jej tym razem serce:

– Może naprawdę niesprawiedliwie? Stasio przecież nie kłamie. Doktór powiedział, że Stasio jest anemiczny. Stasio nie tknął obiadu i śniadanie przyniósł z powrotem. Jeszcze się rozchoruje i gorzej będzie. Stasio nie siedział jeszcze w żadnej klasie dwa lata.

Po lekcji z korepetytorem Stasio zjadł obiad, nie miał lekcji z Niemką, a wieczorem dostał już w łóżku nadziewaną długą czekoladkę.

*

Biedna mama, jaka ona dobra. Stasio odpowiadał niegrzecznie, a ona pozwoliła mu nie mieć lekcji z Niemką i dała mu nadziewaną czekoladkę. Biedna mama – mama także jest nieszczęśliwa, bo nic nie ma z życia: siedzi cały dzień w domu jak zaklęta, tatuś jest niewyrozumiały i bezwzględny, a jak mama kupi ładny materiał na suknię, to jej krawcowa spaskudzi.

A tatuś czy szczęśliwy? Także nie: męczy się, pracuje, teraz o grosz trudno, a jak się wybiera do teatru albo co, to mama mu robi scenę i zepsuje humor.

A Stasio zamiast się starać dobrze uczyć, zatruwa im chwile i wpędza do grobu.

Tak, tak. Wszystkiemu winien Stasio, bo jest leń, bo nie chce się uczyć.

Jutro sobota, jutro będzie na pewno wydawał z geografii; już w poniedziałek miał wydawać, a czy umie? Prawda, że może się nauczyć na dużej pauzie, bo zadano mało i łatwe, ale czy nie lepiej było dziś się nauczyć, a jutro powtórzyć tylko? Siedział dwie godziny w kozie; mógł nauczyć się pokazywać główne miasta w Azji, bo o to się pyta – a dlaczego tego nie zrobił, chociaż mapy wisiały na ścianie? Skorzystał z tej kozy i płaczu, żeby się tylko nie uczyć.

Ale teraz koniec: Stasio weźmie się do siebie.

– Jak Bozię najszczerzej kocham, będę się już uczył – postanawia Stasio.

Przysięgnie się, i to tak, że już będzie się musiał uczyć, bo inaczej popełniłby straszny grzech.

Klęka więc w łóżku i ponawia uroczyście przysięgę:

– Jak Ciebie kocham, o Panie nasz i Ojcze, jak Ciebie kocham, przenajświętsza Trójco, od jutra będę się uczył, będę czytał tylko w niedzielę…, i jeżeli będzie już zupełnie mało lekcji – dodaje przezornie – i już powtórzę wszystko, czego nie umiem dobrze, a co potrzebne.

Stasiowi trochę się strasznie zrobiło, że tak za jednym zamachem spalił za sobą mosty, ale tym silniej wierzy w moc swojej przysięgi.

Co dzień po sześć stronic geografii, po trzy paragrafy niemieckiego ze słówkami i to tak, żeby wiedzieć, co jest der, co die i co das50, po jednej części mowy i po dziesięć zadań.

Trzysta zadań w ciągu jednego miesiąca!

Stasio czuje się bogaczem – tylko jeden miesiąc wytrzymać. I wytrzyma – teraz już musi, bo się związał przysięgą.

Gdyby już było jutro, gdyby tak można teraz w nocy wstać z łóżka i zrobić pierwszych dziesięć zadań albo od razu dwadzieścia – na dwa dni z góry.

I Stasio tak cudnie, pogodnie, tak spokojnie zasypia. I nazajutrz tak szybko i rześko zrywa się z łóżka, o dziesięć minut wcześniej niż zwykle wychodzi z domu, tak wesoło upływają mu pierwsze trzy lekcje, tak bez troski bawi się podczas pauzy w berka.

Nawet na geografii nie boi się ani trochę.

Dziś zrobi z korepetytorem dziesięć zadań, pierwsze paragrafy niemieckiego są łatwe, suszczestwitelnoje51 umie prawie na pamięć – na poniedziałek mało lekcji, wszystko to machnie w dwie godziny, a wieczór będzie miał swobodny.

To samo jutro, pojutrze.

Nawet dziennik go nie przeraża. Przyrzeknie uroczyście, że się poprawi, powie, ze przysiągł, to mu mama musi uwierzyć.

Do dzwonka zostało pięć minut. Stasio składa książki, zapina tornister i już go nawet trochę wysunął z kasetki.

– Przemyski!

Stasio nie wierzy. Jak to? Od poniedziałku miał zacząć w szkole nowe życie, pełne zaszczytów i tryumfów – nowe i zupełnie niepodobne do dawnego – już… już za pięć minut miał się skończyć ten stary przeklęty tydzień – już nawet książka schowana – i nagle…

– Przemyski.

Stasio nie pamięta głównego miasta w Tybecie. Na pewno każe mu mówić główne miasta w prowincjach chińskich. Stasio jest odurzony – zmartwiały.

– Główne miasto w Persji – rzuca nauczyciel, spoglądając za zegarek.

O Persji Stasio wie, ale potem zapyta go o Chiny, a on zapomniał, jak się nazywa to miasto, gdzie mieszka dalajlama52.

– Ja czekam – mówi nauczyciel.

I Stasio czeka. Owładnęło nim dziwne lenistwo myśli. Może dzwonek! I dlaczego go wyrwał?

– Teheran – podpowiada pierwsza ławka.

Zdrowy rozum nakazuje pleść byle co. Nauczyciel już nawet notes schował – i tak stopnia nie postawi.

– Teheran – krzyczy cała klasa.

– No? – pyta nauczyciel, udając, że nie słyszy podpowiadania.

Stasio milczy.

– Jakie jest główne miasto w Persji?

– Teheran – ryczy już głośno klasa.

Stasio wzrusza obojętnie ramionami. Nauczyciel leniwie wyciąga rękę po pióro.

W mowie potocznej nazywa się to, że Stasio się uparł.

38strogij, M. r.n. strogoje (ros. строгий, строгое) – surowy, rygorystyczny. [przypis edytorski]
39otwratitielno (ros. отвратително) – obrzydliwie, wstrętnie. [przypis edytorski]
40uczitielskoj (ros. учительской) – pokój nauczycielski. [przypis edytorski]
41raniec (daw. reg.) – prostokątna torba na książki, tornister. [przypis edytorski]
42blizoruki (ros. близорукий) – krótkowidz. [przypis edytorski]
43szynelnia – szatnia; od słowa szynel (rosyjski wełniany płaszcz mundurowy). [przypis edytorski]
44filować – kopcić. [przypis edytorski]
45kurier – gazeta codzienna. [przypis edytorski]
46Ojciec zadżumionych – poemat Juliusza Słowackiego. [przypis edytorski]
47sztrafny – osoba wymierzająca karę (daw. sztraf). [przypis edytorski]
48wschody (daw.) – schody. [przypis edytorski]
49koza (daw.) – zarówno pomieszczenie w szkole, w którym zatrzymywano ucznia za karę, jak i kara polegająca na zatrzymaniu ucznia w szkole po lekcjach. [przypis edytorski]
50der, die, das – niem. rodzajniki określone r.m., r.ż. i r.n. [przypis edytorski]
51suszczestwitelnoje (ros. существительное) – rzeczownik. [przypis edytorski]
52dalajlama – przedstawiciel jednej ze szkół buddyzmu tybetańskiego, według wiernych ma moc świadomego wybierania kolejnego wcielenia. Do 1950 r. kolejni dalajlamowie władali Tybetem. [przypis edytorski]