Bankructwo małego Dżeka

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szkoda, że dzieci muszą udawać, że o tylu rzeczach nie wiedzą i nie rozumieją – i dlatego nie mogą się o nic rodziców zapytać. Bo gdyby Dżekowi pozwolili, na pewno by pogodził ojca z dziadkiem.

Biedny ojciec: przez dwa wieczory nie palił cygar, żeby na swoim postawić. Ojciec jest dumny. I Dżek jest dumny jak ojciec. Żeby mieć zdrowe ręce i tylko sobie zawdzięczać wszystko, i od nikogo nic nie brać. Dżek chce tak samo.

Nigdy jeszcze nie byłem w Ameryce, więc kiedy zacząłem pisać tę amerykańską powieść finansową, musiałem wiedzieć, jakie są tam na wszystko ceny. Ale mam w Ameryce znajomą dziewczynkę, więc prosiłem, żeby napisała, ile co kosztuje.

Bo kto chce pisać książkę, a nie zna się wcale, musi zapytać takich, którzy wiedzą. I to się nazywa: robić studia do powieści. Więc i ja robiłem studia.

A ta dziewczynka odpisała, że dolar ma sto centów i przed wojną pióro ze stalką kosztowało centa, a teraz trzy centy, kajet kosztował centa, a teraz pięć, ołówek centa, a teraz trzy, scyzoryk albo piórnik tak samo pięć centów kosztowały, a teraz dziesięć. Za centa można było dostać trzy ciasteczka albo karmelek, a teraz karmelki tak samo kosztują, tylko mniejsze, i jedno ciastko za centa. Kinematograf53 kosztował pięć centów, teraz dziesięć, futbal54 piętnaście, teraz dwadzieścia pięć. Zegarek dolara, teraz jeden dolar do trzech. Rower dziesięć dolarów, teraz piętnaście albo osiemnaście. I w Ameryce wszystko przedwojenne było lepsze i tańsze.

Więc proszę pamiętać, że Dżek rozpoczyna, mając dolara, czyli sto centów. Ale finansowo mówi się trochę inaczej. Mówi się: Dżek rozpoczął z kapitałem stu centów. W ogóle w tej powieści będzie dużo słów, które są naukowe i handlowe. A im mądrzejsza nauka, tym trudniejsze słowa.

Na przykład robotnik czy doktór55, czy urzędnik – każdy za pracę dostaje pieniądze. Ale się to inaczej nazywa. Robotnik dostaje wypłatę, urzędnik – gażę, oficerowie otrzymują żołd, a lekarze – honorarium. Bo gaża – jest delikatniejsza, no, a doktór – wszystko musi mieć z honorem, więc i pieniądze.

Dżek miał kapitał zakładowy: dziewięćdziesiąt sześć centów, bo cztery przeznaczył od razu dla Mary i tego nie cofnął. Bardzo chciał kupić ojcu szczeniaka, a mamie figurkę jakąś na komodę; widział takie figurki porcelanowe z miseczką do szpilek; to jest bardzo ładny i pożyteczny prezent. A szczeniak byłby potem pieskiem i byłoby przyjemnie. Dżek nie zrzekł się projektu, ale kupi później, bo czuje jakoś, że rodzice nie chcieliby mieć nic z tego dolara.

Tak ostatecznie postanowił Dżek i wybrał się do mister Tafta dla omówienia sprawy. A miał taki plan:

Jeżeli mister Taft będzie w złym humorze, Dżek zapyta się tylko o książkę Bosko czarnoksiężnik – i nic więcej. Jeżeli mister Taft będzie w takim sobie humorze, Dżek przejrzy jeszcze sennik egipski i tyle książek, ile będzie można, żeby go nie rozgniewać. Jeżeli zaś mister Taft będzie w dobrym humorze, Dżek powie mu wszystko. W każdym z trzech przypadków Dżek dowie się dokładnie o cenę kotylionowych orderów w dwóch gatunkach: tylko ze złotego papieru – i nic więcej, i droższych z różnymi ozdobami.

No, dobrze. Wchodzi. Ostrożnie otwiera drzwi, bo nad drzwiami wisi dzwonek. Bo mister Taft nie zawsze siedzi w sklepie, tylko w pokoju za sklepem. Ze sklepu do tego pokoju prowadzą dwa schodki. To bardzo mądrze urządzone; dzwonek tak wisi nad drzwiami, że jak się otwiera, drzwi uderzają w sprężynę, na której wisi. I złodziej nie może wejść niepostrzeżenie. Raz mister Taft był w złym humorze, a Dżek za mocno szarpnął i dostał burę.

– Śpieszy ci się – mruczał niechętnie – nie możesz ostrożnie wejść. Kupi za centa, a hałasu narobi za dolara. Jeszcze może szybę wytłucze. No, czego chcesz, pewnie stalkę56?

– Stalkę – powiedział stropiony Dżek.

– No, to bierz prędko. Tylko nie wybieraj godzinę, jak to umiesz.

Ledwo wyłożył pudło z przegródkami, gdzie leżą stalki, już zaraz zabiera:

– Prędzej: grube – cienkie?

Rozumie się, Dżek wziął pierwszą z brzegu i potem cały tydzień musiał nią pisać; już nawet drugą chciał gdzie indziej kupić, ale tam też nie zawsze byli grzeczni. W ogóle dzieci, nawet jak kupują, są często lekceważone.

Dżek nie wiedział, że mister Taft cierpi na reumatyzm. Obrzydliwa choroba: raz bolą nogi, raz ręce i nogi, raz krzyż, nogi i plecy. Bóle chodzą po kościach, a dostaje się tej choroby przez kamienną podłogę w sklepie i jeżeli drzwi nie zamykają i zimno leci. Kupcy wiedzą o tym i w miejscu, gdzie stoją cały dzień, kładą deski, żeby było cieplej. A ludzie dobrze wychowani starają się drzwi w zimie zamykać. Nawet w niektórych dużych sklepach wisi napis: „Proszę drzwi zamykać”; ale małe sklepy się boją, żeby się nie obrazili i gdzie indziej nie kupowali.

Teraz już każdy rozumie, dlaczego mister Taft raz był wesół57, a raz zły albo tak sobie. Kiedy się już z Dżekiem zaprzyjaźnili, wytłumaczył mu: czasem reumatyzm wejdzie w nogi, wtedy dwa schodki – to jak dwa piętra, aż syka z bólu.

A najgorzej jak ma być deszcz. Najwięcej wszystko boli przed deszczem.

Od tej pory Dżek postanowił robić ważniejsze zakupy tylko w dnie zupełnie pogodne. Choć i ten sposób ma swoje złe strony, bo w dnie pogodne więcej jest kupujących, więc się śpieszą. I nie wiadomo, czy lepiej kupować, jak sprzedający nie ma czasu, czy jak go kości bolą.

Więc Dżek otworzył drzwi tak, że nie zadzwoniło za głośno – i wchodzi. Taft jest wesoły jak rzadko.

– Aaa, mister Dżek, jak się masz? Nie zgubiłeś jeszcze scyzoryka? Nie poszczerbiłeś go, nie ułamałeś końca? Bo wy nie umiecie się z niczym obchodzić i dlatego wszystko psujecie, i dlatego musicie ciągle kupować, a nigdy nic nie macie. Każda rzecz musi być używana do tego, do czego jest przeznaczona. Scyzoryk jest do drzewa i tylko do drzewa, i tylko do strugania. A wy chcecie, żeby scyzoryk był i dłutkiem, i siekierą, i lewarem, i korkociągiem, i wszystkim. Żelazo nie żelazo, śruba nie śruba, blacha, kłoda drzewa – do wszystkiego u was scyzoryk. Jabłko pokroi, nie wytrze – a potem ma pretensję, że zardzewiał. Piórnik mu się zaciął, bo napchał za dużo, zaraz scyzoryk. Dawaj, to ci pokażę. Ooo, tu są delikatne zawiaski: jeżeli coś podważasz albo korek z butelki wyjmujesz, to zaraz obluzujesz, przekrzywi się i nie chce się zamykać. Och, gapy, gapy.

Widzi Dżek, że dobrze. Byle tylko ktoś nie przeszkodził.

– Mister Taft – z miejsca zaczyna Dżek, nie chcąc tracić czasu. – Przychodzę do pana poradzić się w ważnej sprawie. Mam dziewięćdziesiąt sześć centów i chcę za to kupić książki, obrazki, ordery kotylionowe, cztery pióra, trzy gumy i dziesięć stalek.

Teraz Dżek jest pewien, że Taft wysłucha go uważnie, jeżeli nawet nie dziś, to innym razem. Bo nieczęsto się zdarza, że chłopak sam przychodzi po takie zakupy. I ani do głowy nie przyszło Dżekowi, że Taft może go podejrzewać.

– A skąd tyś wziął tyle pieniędzy? – zdziwił się mister Taft.

– Od dziadka – trochę niepewnie powiedział Dżek, bo jakoś nieprzyjemne było mu to wspomnienie.

– Hm, a gdzie jest twój dziadek?

– Daleko.

– Powiadasz daleko. No i jakże ci dał?

– Przysłał pocztą.

– Bardzo pięknie. No, a ojciec wie o tym?

– Wie.

Dżek odpowiada niechętnie. Zaczęło się dobrze, można było od razu przystąpić do rzeczy. A tymczasem ktoś wejdzie i zepsuje.

– No, a jakie książki chcesz kupić?

– Różne. Na przykład ma pan – Bosko czarnoksiężnika?

– Mam. Ale po co ci ta książka?

– Więc niech pan pokaże.

– Poczekaj no, mój kawalerze. Za dużo chcesz od razu kupować.

– To przecież dla pana lepiej – mówi Dżek, już zły nawet.

– Lepiej albo nie lepiej. Różni są, widzisz, kupcy. A ja, widzisz, jestem taki, że wolę mniej sprzedać, ale wiedzieć, że wszystko w porządku. Znam ciebie, mój chłopcze, od lat. Wiem, że jesteś porządny. I ojciec twój porządny robotnik. Znam i twoją siostrzyczkę. Jak ona się nazywa?

– Mary.

– Pamiętasz, kupowałeś raz dla niej obrazek. Poczekaj, niech no sobie przypomnę. Jakiegoś aniołka kupiłeś.

– Nie, świętego Mikołaja – poprawił Dżek.

 

– Dobrze. Więc wtedy rozmawialiśmy, pamiętasz? I pomyślałem, że to porządny chłopak, który nie kupuje dla siebie cukierka, tylko dla małej siostrzyczki świętego Mikołaja.

Dżek słucha, ale nic nie rozumie.

– No, a teraz powiedz mi. Wiesz, że dziewięćdziesiąt sześć centów to prawie cały dolar?

– Wiem – mówi Dżek.

– A czy ojciec wie, że chcesz kupić Bosko czarnoksiężnika?

– Nie, nie wie.

– A czy ojciec wie, że ty masz dolara?

– Wie – powiedział Dżek, marszcząc brwi.

– A ja ci mówię, chłopcze, że nie wie. I ty lepiej nie kupuj tego wszystkiego, tylko pieniądze ojcu oddaj, a różnych głupstw nie kupuj. Tak, mój synu, przyznaj się ojcu, może ci przebaczy; a jak cię nawet ukarze, to nic. Mówi się: trudno. Bo najgorzej zacząć. Zaczyna się zawsze od tego, że kolega namówi.

Tego było za wiele. Mister Taft wyraźnie przecież mówi, że ukradł. Dżekowi łzy napłynęły do oczu. Nie wiedział, co powiedzieć, co robić.

– Więc pan mówi, że jestem złodziej?

– Tego nie mówię. Ale czy chcesz przyjść tu z ojcem i powtórzyć przy ojcu, że dostałeś pocztą od dziadka dolara i ojciec pozwala ci kupić, co chcesz?

– Nie chcę przyjść tu z ojcem – zbuntował się Dżek.

– A widzisz?

– Co widzę?

– Nic. Płaczesz.

– Jeżeli tak, to dobrze – prawie krzyknął Dżek – przyjdę tu jutro. Powiem ojcu, że pan mnie nazwał złodziejem. To trudno: niech ojciec sam powie. Nawet i mama może przyjść. A tego dolara odeślę dziadkowi: niech sobie trzyma. I bibliotekę niech pani sama prowadzi. A u pana, mister Taft, już nigdy w życiu, ale to nigdy nic kupować nie będę. Ja wiem: panu się zdaje, że jak jestem dziecko, to już wolno wszystko. Dorosłemu by pan tak nie powiedział.

Teraz Taft nie wiedział znów, co robić.

– Więc mówisz dalej, że dostałeś od dziadka?

– A co mam mówić, kiedy dostałem? Jak tylko ojciec wróci z roboty… Nawet zaraz przyjdę tu z mamą.

Ledwo udało się Taftowi zatrzymać Dżeka.

– Słuchaj, Dżek – powiedział, trzymając go za rękę. – Stary jestem. Zdawało mi się, że nieprawda, ale teraz już sam nie wiem. Ale jeżeli się pomyliłem i wyrządziłem ci krzywdę, przebacz staremu. Każdy się może mylić. Chcę być twoim przyjacielem, bo jesteś porządny chłopiec. Nie zrozumiałeś mnie. Właśnie dlatego sprawiłem ci przykrość, że cię uważam za uczciwego chłopca…

– Który ojcu kradnie pieniądze – łkając dodał Dżek. – Zaraz się pan przekona.

I w dziesięć minut później matka najzupełniej potwierdziła to, co powiedział Dżek.

– Tak, wszystko prawda. Dostał pocztą od dziadka i ojciec pozwolił kupić, co tylko zechce.

Jednego tylko nie mógł Dżek zrozumieć: zamiast się gniewać, mama serdecznie uścisnęła rękę Tafta i podziękowała mu.

Za co?

A wróciwszy do domu, przytuliła spłakanego Dżeka i mówi:

– Patrz, synku, pieniądze nie zawsze przynoszą człowiekowi szczęście.

To zdanie też zapamiętał Dżek i często sobie później powtarzał.

Następujące książki kupił Dżek do biblioteczki:

1. Bosko czarnoksiężnik, czyli tajemnice czarnej i białej magii, wraz z kalendarzem astrologów i jogów indyjskich. Słoneczna przepowiednia szczęśliwych dni i miesięcy oraz wróżenie z kart, odgadywanie myśli z ręki i poznawanie charakteru ze sposobu pisania.

2. Piosenki wesołego kominiarczyka.

3. Mistrz piłki nożnej.

4. Zbiór powinszowań wierszowanych na dzień imienin, Nowy Rok i inne święta rodzinne.

5. Hodowla kwiatów i zwierząt (pies, kot, królik, świnka morska, jeż, wiewiórka, myszy białe. Z dodatkiem o tresowaniu zwierząt domowych i dzikich. Książka niezbędna dla każdego).

6. Sto tysięcy zagadek, żartów, śmiesznych opowiadań, arytmografów, szarad i rebusów.

7. Jak zbudować latawiec, balon i aeroplan.Robótki z zapałek, korków, pudełek od papierosów. Nauka i zabawa.

8. Szanuj zdrowie, jeśli chcesz długo żyć.

9. Lalka ze szmatki i papieru.

Prócz tego kupił Dżek dwanaście drewnianych bąków. W ostatniej chwili przyszło mu do głowy. Zmienił bowiem plan co do orderów. Nie kupił i sennika egipskiego. Również później już postanowił oddać książki do oprawy introligatorowi; oprawa kosztowała drożej, niż przypuszczał. Toteż nabył tylko dwa pióra, jedną gumę i pięć stalek. Zostało mu trzynaście centów.

Dżek wydał osiemdziesiąt siedem centów; zajęło mu to cały tydzień akurat od środy do środy.

Niejednemu wyda się dziwne. Dlaczego tak długo?

Muszę więc wyjaśnić, że dobrze kupować jest tak samo trudno, jak dobrze napisać wypracowanie albo dyktando. W dyktandzie można zrobić jeden, dwa albo dużo błędów; błędy mogą być nieważne albo grube błędy. Kto nie umie i pisze niedbale, spieszy się, nie zastanawia – ten robi więcej błędów. Ale tak samo można kupować nieumiejętnie, niedbale i bezmyślnie. Wtedy albo kupi nie to, co potrzebne, albo kupi coś w złym gatunku, albo za drogo zapłaci. Potem żałuje. Zmartwiony – dziwi się:

– Dlaczego nie pomyślałem, nie obejrzałem, nie dowiedziałem się gdzie indziej?

Ale już za późno. Błąd jest – i nie ma na to rady.

Dżek chciał wydać swego dolara bez błędu, więc musiał dokładnie wszystko obmyśleć sam i poradzić się. Najwygodniej zawsze poradzić się rodziców; cóż kiedy z tej strony Dżek najmniej mógł oczekiwać pomocy. I w ogóle rodzice, którzy się znają na zakupach własnych, nie bardzo rozumieją, co jest konieczne dla dzieci. Często mówią:

– Szkoda pieniędzy. Po co ci to? Nie warto. I tak zepsujesz. Znudzi ci się. Kup lepiej coś pożytecznego.

A te ich pożyteczne rzeczy są właśnie takie, bez których doskonale można się obejść. Znam wypadek, gdzie matka zupełnie poważnie dowodziła, że lepiej kupić szalik na szyję niż parę gołębi, że ważniejsze są kalosze niż łyżwy. O, risum teneatis, amici (to znaczy po łacinie: Powstrzymajcie się od śmiechu, towarzysze).

Dżek wybrał drogę najwłaściwszą. Ponieważ książki przeznaczone były dla kolegów, postanowił ich się przepytać.

Podchodzi więc do Gastona i pyta się tak od niechcenia:

– Dlaczego ty wcale książek nie bierzesz?

– Po co będę brał. – wzrusza ramionami.

– No, żeby czytać.

– Nie zawracaj gitary58 z czytaniem.

I widać, że chce się od natręta odczepić.

– Słuchaj, Gaston, a chciałbyś zrobić latawiec albo aeroplan?

– Bo co?

– Bo może będę miał książkę, jak to się robi.

A nazajutrz Gaston sam już zaczepia Dżeka.

– No co, masz tę książkę?

– Jeszcze nie. Może tymczasem weźmiesz coś innego?

– Eee, wolę zaczekać.

I chociaż nie wziął książki, ale się nie obraził.

Stanley mówi, że jutro będą u nich goście, bo są imieniny ojca.

– A nauczyłeś się jakiego powinszowania? – zapytuje Dżek.

– Z czego się mam nauczyć?

– A są książki z powinszowaniami. Wierszyki, rozumiesz, powinszowania różne.

Stanley nie rozumie, ale tym bardziej chciałby taką książkę zobaczyć.

– Jak napisać: „zmarznięta woda”? – zapytał się Todda.

– No jak? Bierze się ołówek albo kredę i pisze się.

– No to napisz.

– Ale po co? – mówi nieufnie Todd, obawiając się podstępu.

– Bo jest taka zagadka.

Todd chce wiedzieć – napisał.

– A teraz napisz to samo, ale żeby były tylko trzy litery.

Todd triumfująco napisał: „lód”.

– Nie sztuka: bo wiedziałeś.

– Nie wiedziałem.

Oczywiste kłamstwo. Kłócą się. Niby się nie udało, ale w sprzeczce Dżek mówi, że w jednej książce jest zagadek różnych sto tysięcy, a niektóre takie, których nawet pani by nie zgadła.

I Dżek słyszy z rozkoszą wyznanie Todda:

– O, gdyby taka książka była w naszej biblioteczce, to rozumiem!

Dżek ani słowem się nie zdradza, że książka jest już u introligatora.

Dżek przekonał się, że mister Taft dobrze mu poradził. Dlaczego jednak tak bardzo odradzał kupić sennik egipski? Właśnie na sennik zostawił jeszcze pięć centów: gdyby się okazał konieczny, Dżek będzie mógł kupić.

Tuzin bąków trafiło się Dżekowi nabyć bardzo tanio, a choć uczniowie trzeciego oddziału mniej się już bawią bąkami, jednak przyjemnie zrobić prezent małemu bratu albo siostrze. Pióra, gumę i stalki przeznaczył dla tych, którzy zapomnieli wziąć z domu i pani może się gniewać. Gumę kupił Dżek jedną tylko, bo gumę łatwiej pożyczyć od kogoś.

Aż trzy adresy introligatorów dostał i wybór nie był łatwy. Jeden powiedział, że robi tylko drogie i ładne oprawy, więc mu się robota nie opłaca. Drugi był zajęty, ma duży obstalunek59, więc dopiero za tydzień będzie mógł się wziąć do książek Dżeka. A trzeci dopiero wytłumaczył, że są oprawy papierowe i płócienne, trwałe i nietrwałe, że się książka zaraz rozleci, że są różne gatunki płótna. Rozumie się, są różne ceny. I dopiero Dżek musiał obliczyć, pomyśleć i wybrać.

Mister Taft odstąpił Dżekowi rabat, to znaczy policzył mu taniej, niż nawet wskazywała wydrukowana na książce cena.

Bo jest tak:

Jeżeli się coś kupuje, można się targować. Czasem powiedzą, że trzy centy kosztuje, a można tak zrobić, że się kupi za dwa centy. Ale nie każdemu się uda. Kto się wstydzi, ten na pewno nic nigdy nie utarguje.

Najważniejsza rzecz, żeby udawać, że się nie kupi. Więc mówi się:

– Och, jak strasznie drogo.

Trzeba przy tym zrobić przestraszoną minę.

Albo się mówi:

– Nie mam tyle pieniędzy.

Tu znów robi się minę smutną.

Można nic nie powiedzieć, tylko pokiwać głową i powoli odejść.

Odchodzić trzeba zawsze powoli, żeby sprzedający zdążył zapytać:

– No, a ile kawaler chce dać?

Albo:

– A ile masz pieniędzy?

Pytania podobne dowodzą, że ma ochotę sprzedać, że chce rozmawiać. I tu już różnie bywa. Albo da coś podobnego taniej, albo to samo, tylko w gorszym gatunku, albo i nie gorsze, tylko mniej ozdobne, albo w ogóle taniej policzy.

Dżek umiał się targować, ale o inne rzeczy. Wiedział, że jabłka bywają twarde, niedojrzałe, kwaśne albo przeciwnie, zanadto dojrzałe, że się już trochę nawet psują. I jeśli kto pokaże, że się zna, może kupić taniej. Ale nie wiedział, że jeśli cena wydrukowana na książce, można ją taniej kupić.

Kupiec, który się szanuje, nie pozwala targować się i grymasić. Mówi grzecznie:

– U mnie ceny są stałe.

Albo mniej grzecznie:

– Tu targów nie ma.

Albo bardzo niegrzecznie:

– To nie bazar, żeby się targować.

Ale najporządniejszy może odstąpić rabat.

Tak powiedział mister Taft.

– Z każdych dziesięciu centów odstępuję ci jednego centa rabatu. To znaczy, że się dzielę z tobą zarobkiem, bo znam ciebie, bo zawsze u mnie kupujesz.

Dżek chciał skorzystać z nabytej wiadomości i kiedy go ojciec posłał w niedzielę po gazetę, zapytał się uprzejmie gazeciarza:

– Tatuś zawsze u pana kupuje. Czyby pan nie był łaskaw obliczyć z rabatem?

– Głupiś60 – powiedział gazeciarz.

Trudno: nie udało się. Okazuje się, że nie wszyscy i nie na wszystkim odstępują rabat. Teraz już Dżek wie. Wszystkiego trzeba się uczyć, po trochu.

Udało się. Nowe książki wzbudziły duże zainteresowanie. Fil złapał swoją ukochaną książkę i tańczył z nią naprzód na podłodze, potem na ławkach, wreszcie na stoliku pani. Potem rzucił się na Dżeka, zaczął go pchać, ściskać, wreszcie wskoczył na plecy, że omal nie przewrócił. Potem odśpiewał jakąś dziką pieśń bez słów, aż przed drzwiami zebrała się kupa uczniów z dwóch młodszych oddziałów. Wreszcie zaproponował, żeby Dżeka na wiwat podnieść na rękach do góry. Hałas był, że nie daj Boże.

 

Dżek był zrazu nawet zły, ale rychło się przekonał, że Fil wyświadczył mu dużą przysługę. W mowie finansowej nazywa się to, że Fil zrobił mu reklamę.

– To jest prawdziwy bibliotekarz wolnej amerykańskiej republiki! Patrzcie, szanowna publiczności! Oto król bibliotekarzy! Długość metr i trzydzieści centymetrów, waga dwadzieścia dziewięć kilo, uczeń trzeciego oddziału, Dżek Fulton, zwycięzca turnieju bibliotekarskiego, międzynarodowy posiadacz najciekawszych książek północnej geograficznej szerokości, wszechświatowy mistrz czarnej i białej magii, pogromca Pytlasińskiego61, Eddie Polo, apaszów62 i detektywów! Wejście tylko pięć centymów, wojskowi i dzieci połowę. Wprowadzanie psów surowo wzbronione.

Fil gadałby tak bez końca, gdyby się nie rozległ dzwonek. Za to na lekcji był cichuteńki, aż go pani pochwaliła.

– Widzisz, Fil, jak chcesz, możesz być spokojny. Ani razu nie zwróciłam ci dziś uwagi.

– A pani może myśli, że nie uważam?

– Ależ nie. Mówię przecież, że się dobrze dziś spisałeś.

Po wyjściu pani Fil cztery razy ucałował książkę i narysował na tablicy małego człowieczka z olbrzymim nosem. A na nosie umieścił takie ogłoszenie:

Uwaga!

Bierzcie książki z biblioteki Dżeka. Spieszcie się, bo będzie za późno. A kto książki nie otrzyma, będzie miał taki nos jak ja.

Potem umazał rękę kredą i biegał od jednego do drugiego, niby chcąc go pogłaskać po twarzy. Dziewczynki swoim zwyczajem zaczęły piszczeć. A Fil zapalił elektryczne światło, chcąc zrobić świetlną reklamę biblioteki Dżeka.

I tu mu się nie udało, bo woźna poszła na skargę do kancelarii i Fil musiał wysłuchać przemowy, że:

„Ot, nie można go pochwalić”, że innych pochwała zachęca do poprawy, a jego tylko rozzuchwala, że jest nadal nieznośny i niepoprawny.

– Ooo Bosko czarnoksiężniku – deklamował – ileż przez ciebie znieść muszę cierpień! Ale tym więcej cię kocham.

Po ostatniej lekcji Dżek, jak zwykle, zaczął wydawanie książek i zrozumiał teraz, dlaczego kupcy i fabrykanci wywieszają na słupach, na szyldach, a nawet na ścianach i dachach ogromne ogłoszenia z napisem:

Kupujcie!

Dawniej dziwił się, bo jeśli komu potrzebne, a ma pieniądze, przecie i tak kupi.

To prawda; reklama jest dźwignią handlu.

Koło stolika zebrała się połowa klasy.

„Mnie! – Mnie! – Ja chcę! – Nie pchaj się – ja pierwszy! – Dżek, prędzej, bo muszę iść do domu!”

Nawet najspokojniejsi się pchali. Szczęście, że Fil dostał już rano swoją książkę: byłoby nie do wytrzymania.

– Dżek, tylko pamiętaj, że ja zamówiłem.

Tymczasem brali byle co, aby tylko Dżek zapisał nazwisko, aby znać było, że biorą książki.

Klaryssa poszła, jak zwykle, do domu, a Dżekowi naprawdę trudno było dać sobie samemu radę. Ten i ów ofiarował mu się z pomocą. Ale Dżek zauważył w tłumie Nelly i pomyślał, że byłoby dobrze, żeby ona mu pomagała. Dla Nelly schował Dżek książkę: Lalka ze szmatki i papieru, ale nie wiedział, co robić, żeby inne dziewczynki nie zauważyły.

– Dżek, daj i mnie coś – mówi Nelly.

– A możesz trochę poczekać?

– Dobrze – zgodziła się Nelly.

Aż przyszła i jej kolej. Klasa była już pusta.

– Jaką ci dać książkę? – pyta się Dżek, ale strasznie się wstydzi.

– Nie wiem. Daj jakąś – mówi Nelly i wzrusza ramionami, i przechyla na bok głowę, i uśmiecha się.

– A czy ty masz lalkę?

Nelly, zdziwiona pytaniem, nie odpowiada.

– Bo, widzisz, zapomniałem zupełnie, że ta książka się jeszcze została.

Dżek skłamał. Ale tak się strasznie zawstydził, że nic więcej nie mógł powiedzieć. Milcząc, podał Lalkę ze szmatki, odwrócił się i niby zaczął porządkować w szafie, bo był cały czerwony.

– Dobrze, wezmę – usłyszał głos Nelly.

– No to weź – powiedział szorstko.

Nelly wyszła. Dżek westchnął głęboko.

– Trzeba było od razu się zapytać, czy nie zechce pomagać. Cóż, kiedy nie można było. Jutro może się zapytam, czy przeczytała książkę i czy się jej przyda.

Rozumie się, że się przyda. Dżek nie zna się na lalkach, a umiałby zrobić lalkę ze szmatki i papieru według przepisu tej książki. Może nawet zrobi dla małej Mary, ale przedtem przyniesie i pokaże Nelly, czy dobra.

Nazajutrz pani się dowiedziała o nowych książkach.

– Skąd je wziąłeś.

– Kupiłem.

– Ile wydałeś? Skąd wziąłeś pieniądze?

Widać, że pani nie wie właściwie, czy pochwalić Dżeka, czy zganić. Dżek powinien był uprzedzić, że chce kupić książki, pani by poradziła. Nie każdą książkę warto czytać. Są i głupie książki także. Trudno: stało się. W każdym razie Dżek dał dowód, że sprawa biblioteki go zajmuje. Jednakże pani chciałaby na jedno zwrócić uwagę:

Czy słusznie, że Dżek dla dobra klasy poniósł aż tak dużą ofiarę? Rodzice Dżeka są biedni, są w klasie dzieci zamożne. Dlaczego jeden Dżek ma kupować książki, z których korzystać będą wszyscy? Pani zdaniem każdy powinien przynieść po jednym lub dwa centy, dzieci powinny zwrócić Dżekowi pieniądze. I tak przysłużył się klasie, poświęcając czas swój, bo bezsprzecznie jest wzorowym bibliotekarzem.

I Dżek nie wiedział, czy pani jest zadowolona, czy nie. A myśl o zwrocie wydanej sumy bardzo go zakłopotała. Pani ma słuszność, zapewne, ale to zbieranie dla niego centów niezupełnie mu się podoba.

Klasa zgodziła się chętnie zaraz jutro przynieść pieniądze, a Fil zaproponował, żeby prócz tego – ofiarować Dżekowi kotylionowy order.

– Co ty też masz za cudaczne pomysły – zdziwiła się pani.

– To wcale nie mój pomysł – zaczął Fil, ale nie dokończył, bo Dżek spojrzał na niego groźnie.

W języku literackim mówi się: spiorunował go wzrokiem.

Więc dobrze.

Dżek wziął od mister Tafta rachunek, takiż sam rachunek od introligatora. Bo pani tak poradziła, że musi mieć dowody, że wydał akurat tyle pieniędzy.

I na drugi dzień Dżekowi zwrócono sześćdziesiąt cztery centy, a jeszcze nie wszyscy wpłacili. Bogaty Pennell dał aż cztery centy, a świnia Czarli tylko centa; w dodatku się targował, że on i tak z biblioteki Dżeka korzystać nie będzie, bo jak zechce, to sam sobie kupi.

Pani bardzo uprzejmie prosiła, żeby w przyszłości Dżek uprzedzał panią, jakie nowe książki chce włączyć do katalogu, bo pani odpowiada przed kierownikiem za wszystko i może mieć przykrości.

Zastosował się Dżek do życzenia pani, bo coraz to ktoś przyniósł jakąś nową książkę. Ostrożniejsi, którzy obawiali się, że bibliotekarz nie poradzi sobie, teraz nabrali zaufania i przynosili coraz chętniej. Półki wprawdzie się nie zapełniły, bo coraz większa ilość63 książek była u dzieci.

Pani przyniosła dwa duże tygodniki z obrazkami w oprawie. Dżek miał wydawać je tylko najporządniejszym, bo to były właściwie tygodniki dla dorosłych, więc nie do czytania, tylko bardzo ładne w nich były ilustracje.

Tak, i dorośli mają w swoich książkach i pismach obrazki, ale że nie wypada, żeby dorośli patrzyli na obrazki jak dzieci, więc nazwali je inaczej – mądrze: ilustracje.

Spełniła się przepowiednia Fila: cały oddział zaczął czytać tak, że aż furczało. Dawniej tylko Dżems i Harry rozmawiali czasem o książkach, a teraz już prawie wszyscy.

Dżek dokupił jeszcze jedną bardzo pożyteczną książkę, jak z palców robić cienie na ścianie. Na przykład trzyma się poziomo duży i wskazujący palec, średni zgina się i opiera o wskazujący. A jak wieczorem trzymać rękę niedaleko ściany, to na ścianie odbija się zupełnie kaczka. A jak palcami ruszać, to się na ścianie dziób kaczki otwiera i zamyka. Tak samo można zrobić zająca, który rusza uszami. Najrozmaitsze ciekawe rzeczy wychodzą.

Pani nawet próbowała objaśnić, dlaczego robi się cień, ale nie wszyscy dobrze zrozumieli. Bo szkło jest przezroczyste – to prawda, ale z czego zrobione są promienie, trudno było wyrozumieć.

To znów chłopcy układali arytmogryfy64 i wymyślali z głowy szarady. Morris narysował rebus własnego pomysłu. Fil do spółki z Sillem ułożyli wierszyk, do którego Barnum dodał melodię, tak że można było śpiewać. Rozmawiano często, która książka ładna, która nudna, kto woli powieści historyczne, kto fantastyczne. I Gade był zachwycony, że zgodnie z wskazówkami książki O hodowli kwiatów nauczył psa służyć, warować, aportować i nawet rozpoznawać literę a.

– Jak nauczę psa czytać, przyprowadzę go do szkoły.

Jednym słowem, w trzecim oddziale rozpoczął się żywy ruch umysłowy.

Dżek miał długą i poważną rozmowę z panią. Gdyby Dżek był dorosły, a nie mały chłopak, z trzeciego oddziału, napisałbym, że Dżek odbył z panią – konferencję.

– Proszę pani – mówi Dżek – podobno uczniowie siódmego oddziału mogą kupować w szkole zeszyty, pióra, ołówki i różne rzeczy. I jeden uczeń ten sklep prowadzi.

– Istotnie – mówi pani – siódmy oddział ma kooperatywę. Czy chcesz spróbować coś podobnego i w trzecim oddziale?

Dżek nic nie odpowiedział, ale pani sama się domyśliła, że chce.

– Widzisz, chłopcze, w siódmym oddziele65 są już starsi uczniowie. Dobrze piszą, dobrze rachują. Obawiam się, że nie dasz rady.

Dżek uważnie patrzy na panią i czeka.

– Bo ja wiem. Z biblioteką doskonale sobie poradziłeś, ale kooperatywa jest o wiele trudniejsza.

– W szafce jest tyle wolnego miejsca – mówi Dżek. – Cała półka jest pusta. Mam tuzin bąków.

– Czego tuzin?

– Bąków drewnianych.

– Po co?

– No, do puszczania. Takie, co się batem pogania i się kręcą. W sklepie kosztuje po dwa centy, a ja kupiłem cały tuzin za dziesięć centów. Na gwiazdkę będą mogli kupić dla braci i sióstr na prezent.

– Więc bardzo chcesz spróbować?

Dżek nie odpowiedział, ale pani się domyśliła.

– Bardzo się boję – mówi pani. – Bo trzeba ci wiedzieć, że z własnymi pieniędzmi może każdy robić, co chce, i liczyć je albo nie liczyć. To jego rzecz. Z cudzymi pieniędzmi trzeba być niesłychanie ostrożnym. Kontrola musi być najściślejsza. Trzeba prowadzić książkę wpływów i wydatków; każdy wydatek musi być stwierdzony rachunkiem.

– Przecież przyniosłem rachunki od mister Tafta i od introligatora.

– Przyniosłeś. A czy posiadasz zaufanie klasy? Czy nie kłócą się z tobą?

– Teraz nie. Każdy dostaje na próbę gorszą książkę, a jeśli ją zwróci w porządku, dostaje lepszą. Każdy musi sprawdzać, że książka jest cała, a jak się jedna kartka kiwa, to zaraz przylepiam. Nie wolno trzymać książki dłużej niż tydzień. Sandersa i Dżona zupełnie wyrzuciłem z czytelni.

– A jednak dochodzą mnie skargi.

– Wiem, pewnie Doris.

– Skąd wiesz, że ona?

– Już teraz tylko ona się kłóci. Właściwie i ona nie powinna brać książek, ale mniejsza o to.

– No, tak. Ale od czego zaczniesz? Jak ty sobie to wyobrażasz?

– Wywieszam ogłoszenie, że kto chce należeć do kooperatywy, niech przyniesie pięć centów. Raz na tydzień urządzam posiedzenie, żeby powiedzieli, co kupić. No i kupuję, biorę rachunek, no i każdy bierze, ile chce, z rabatem, a potem kupuję coś innego. Nawet mogę nie brać od nich pieniędzy, bo mi zostało siedemdziesiąt osiem centów.

– Toś66 nie odebrał całego dolara? – zdziwiła się pani.

– Wcale nie miałem odebrać tyle. Przecież wydałem tylko osiemdziesiąt siedem centów, więc mi zostało trzynaście. Potem mi zwrócili sześćdziesiąt cztery centy i jeszcze później siedem. Jeszcze wydałem sześć centów dla Mary.

– Kto to jest?

– Moja mała siostrzyczka.

Dżek się zaczerwienił, bo skłamał. Wydał dla Mary tylko pięć centów, a jeden cent schował na pamiątkę. Tego jednego centa Dżek nie chciał wydawać; zawinął go w zieloną bibułkę i włożył do pudełka wyłożonego watą. Był to cent, który mu dała Nelly.

– A co kupiłeś siostrzyczce Mary?

– Kupiłem jej dwa ciastka, dwa aniołki – taki obrazek, a za resztę cukierków. Chciałem kupić figurkę dla mamy, ale mogę zaczekać.

53kinematograf – tu: bilet do kina. [przypis edytorski]
54futbal (daw., z ang. football) – piłka nożna, piłka do gry w futbol. [przypis edytorski]
55doktór – dziś popr.: doktor. [przypis edytorski]
56stalka (daw. pot.) – stalówka. [przypis edytorski]
57wesół (daw.) – wesoły. [przypis edytorski]
58zawracać gitarę (pot.) – zawracać głowę, naprzykrzać się, zajmować komuś czas czymś nieważnym i niemiłym. [przypis edytorski]
59obstalunek – zamówienie, wyznaczona praca. [przypis edytorski]
60głupiś (daw.) – jesteś głupi. [przypis edytorski]
61Pytlasiński, Władysław (1863–1933) – mistrz świata w zapasach, aktor polskiego kina niemego. [przypis edytorski]
62apasz (daw.) – opryszek, przestępca. [przypis edytorski]
63ilość książek – popr.: liczba książek. [przypis edytorski]
64arytmogryf – zagadka matematyczno-słowna. [przypis edytorski]
65oddziele – dziś popr. forma Msc. lp.: oddziale. [przypis edytorski]
66toś nie odebrał – dziś: to nie odebrałeś. [przypis edytorski]