Czułe serce księcia Cheritona

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janice Preston

Czułe serce księcia Cheritona

Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Cinderella and the Duke

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd., an imprint of HarperCollinsPublishers, 2017

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2017 by Janice Preston

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6753-3

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Rozdział pierwszy

Luty 1812 r. Buckinghamshire

– Do licha ciężkiego!

Owce rozbiegły się, ignorując otwartą bramę prowadzącą na łąkę, gdzie pasła się reszta stada. Rosalind Allen obróciła się i zobaczyła, że wybiegły na drogę.

– Co za głup…

Urwała w pół słowa na widok zbliżającego się jeźdźca. Nie znała tego człowieka. Instynktownie mocniej owinęła się szalem. Na szczęście niesforne owce zawróciły, więc Rosalind szeroko rozłożyła ramiona i machając kijem, który zabrała Hektorowi, pokierowała je ku bramie. Strumień beczących, kudłatych zwierząt wlał się na pastwisko i dołączył do stada pilnowanego przez Hektora, jej wiernego psa. Siedział tam, gdzie mu kazała i pilnował, żeby żadne zwierzę nie wpadło na pomysł ucieczki.

Rosalind podeszła do bramy chwiejącej się na jednym zawiasie i podstawiwszy ramię pod belkę, uniosła jej koniec. Brnąc w błocie, zamknęła wrota. Odetchnęła, kiedy szczęknęła zasuwka i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że wygląda jak folwarczna dziewka. A jeździec się zbliżał! Wychodząc na spacer, podgarnęła spódnicę do połowy łydek i zatknęła jej rąbek za pasek, żeby się nie ubłociła. Zwykle nie spotykała na spacerach żywego ducha, ale teraz sobie przypomniała, że do pobliskiej posiadłości Haldson Manor, która niedawno zmieniła właściciela, mieli przyjechać na polowanie panowie z Londynu. Rano słyszała granie myśliwskiego rogu. Jeździec musiał być jednym z nich.

– Ach nie, nie zasłaniaj ślicznych nóżek – odezwał się nagle męski głos za jej plecami. – Każdy mężczyzna marzy o takim cudownym widoku po ciężkim dniu.

Rosalind zesztywniała. Strach niczym oślizgły robak poruszył się w jej brzuchu. Po doświadczeniach z sir Peterem Tadlowem, opiekunem prawnym Nell i z jego podejrzanymi kompanami, wiedziała, czego się spodziewać po dżentelmenach z wielkomiejskiej socjety. Dzięki Bogu, że Nell – przyrodniej siostry Rosalind – nie było już w Stoney End. Tego dnia wcześnie rano wsiadła do rodzinnego powozu i wyjechała do swojej ciotki w Londynie, lady Glenlochrie, aby tam przygotowywać się do balowego sezonu dla debiutantek. Dzięki Bogu na razie była bezpieczna pod skrzydłami ciotki.

Goście Halsdon Manor nie znali Rosalind ani jej brata Freddiego, gdyż żadne z nich nie pokazywało się w towarzyskich kręgach stolicy. Co innego Nellie. Bóg jeden wie, z kim zawarła znajomości, przez lata goszcząc u różnych członków rodziny.

Rosalind, nakazując sobie spokój, opuściła i otrzepała spódnicę, po czym zwróciła się twarzą do jeźdźca. W ręku ściskała kij Hektora, ukrywając go wśród fałd materiału. Nieznajomy pan był wysoki, ciemnowłosy, o regularnych rysach. Skórę miał osobliwie śniadą i z niedbałym wdziękiem dosiadał spienionego huntera. Kształtne wargi rozciągnęły się w uśmiechu, który nie sięgał oczu – najciemniejszych, jakie Rosalind kiedykolwiek widziała. Otaksował ją od stóp do głowy spojrzeniem, w którym były chłodna kalkulacja, nieufność i zarazem dziwna bezbronność.

– Dzień dobry, sir.

Rosalind z wysoko uniesioną głową przyspieszyła, aby wyminąć konia z jeźdźcem i wrócić na drogę prowadzącą do domu. Niestety śmiały zamysł się nie udał. Mężczyzna obrócił wierzchowca, blokując jej drogę. Był tak blisko, że jej nozdrza wypełniły się wonią końskiego potu, a na twarzy poczuła żar buchający od zwierzęcia.

– Nie tak szybko, moja droga. – Głos jeźdźca był ostry. Mężczyzna wpatrywał się w nią intensywnie. – Zaczekaj, aż się przedstawię. – Uchylił kapelusza. – Anthony Lascelles, do usług. Jestem nowym właścicielem Haldson Manor. Z kim mam przyjemność?

– Pani Pryce. – Dzięki Bogu, że na użytek przeprowadzki do Buckinghamshire stała się młodą wdową. Fałszywa tożsamość dodała jej śmiałości. – A teraz proszę wybaczyć, ale… – Znów zrobiła ruch, żeby obejść konia.

Lascelles ponownie obrócił karego wierzchowca i zatarasował jej drogę. Rosalind zagryzła zęby i spiorunowała go spojrzeniem, po czym uskoczyła, kiedy chciał ją chwycić za szal. Mocniej zacisnęła w dłoni kij, gotowa do walki, i postanowiła przywołać Hektora, posłusznie czekającego na wezwanie. Włożyła dwa palce do ust i gwizdnęła przeraźliwie, uśmiechając się w duchu na myśl o minie, jaką zaraz zrobi ten arogant.

Za moment za jej plecami pazury zgrzytnęły na belce ogrodzenia i wierny Hektor, szczerząc kły, stanął u boku swej pani, gotów jej bronić. Był irlandzkim wilczarzem, wielkim psem rasy, którą wieki temu wyhodowano do polowań na wilki. Jego głowa sięgała biodra Rosalind. Koń Lascellesa zaczął bić w ziemię, spłoszony rzucił łbem, nerwowo machając ogonem. Jego pan pobladł i zacisnął usta, a w jego oczach pojawiło się zaskoczenie. Rosalind, wprawna amazonka, od razu wyczuła, że gwałtowną reakcję wierzchowca spowodowało przede wszystkim ściągnięcie wodzy przez jeźdźca, a w mniejszym stopniu pojawienie się psa.

Miała nadzieję, że Lascelles wreszcie pozwoli jej odejść.

– Spokojnie, sir!

Ostry głos przebił się przez warczenie Hektora, na moment zapadła dzwoniąca cisza. W zamieszaniu Rosalind nie zauważyła pojawienia się trzech innych jeźdźców. Jej nerwy napięły się jeszcze bardziej. Nawet Hektor nie powstrzyma czterech mężczyzn, jeśli zechcą ją skrzywdzić. Chwyciła psa za obrożę. Mądre zwierzę przestało warczeć i znieruchomiało u jej boku, lecz pozostało czujne, uważnie obserwując Lascellesa. Rosalind starała się uspokoić oddech i nie pokazać po sobie strachu, choć kolana jej drżały.

– Daleko jeszcze do Manor, Anthony?

To był głos środkowego z trzech nowych jeźdźców, mężczyzny o wyrazistej szczęce, szerokich barach, wyniosłym, arystokratycznym sposobie bycia i spokojnym głosie. Pewnie siedział na potężnym gniadoszu, jakby urodził się w siodle. Ubłocone bryczesy obciskały muskularne uda, a dłonie w rękawiczkach niedbale spoczywały na łęku. Twardość rzeźbionych rysów równoważyły pięknie wykrojone usta; spod ciężkich powiek zmysłowo patrzyły srebrzystoszare oczy, a spod kapelusza wymykały się bardzo ciemne kosmyki.

Puls dudnił Rosalind w uszach, dłonie miała mokre od potu. Przełknęła z wysiłkiem i dumnie uniosła głowę, walcząc z paniką.

– Jeszcze jakieś dwie mile. – Lascelles szpicrutą pokazał kierunek.

– W takim razie jedźmy. Robi się późno i pewnie nie tylko ja jestem głodny i zmęczony. Jeśli naprawdę masz ochotę na ten rodzaj polowania, sugerowałbym, abyś wrócił do Londynu. Tam większość dam nie jest aż tak strzeżonych jak ta.

To mówiąc, ogarnął spojrzeniem jej postać i Rosalind mimo woli poczuła zmysłowy niepokój, mimo arogancji nieznajomego, który nie raczył popatrzyć jej w twarz. Jednak jego słowa i ton głosu brzmiały uspokajająco. Miała nadzieję, że nie należy do mężczyzn, którzy przejdą obojętnie wobec damy w opresji.

Wreszcie spojrzenie nieznajomego zaszczyciło jej twarz. Rosalind wyczuła subtelną zmianę jego postawy; srebrzyste oczy zwęziły się, wwiercając się w nią spojrzeniem tak intensywnym, że z trudem zachowała spokój. Poczuła, jak zdradziecki rumieniec pali jej policzki. Pomimo uprzedzeń do rodzaju męskiego nie mogła odmówić temu mężczyźnie magnetyzmu. Nie była w stanie oderwać od niego spojrzenia, zwłaszcza kiedy jego wargi rozciągnęły się w delikatnym, znaczącym uśmieszku, od którego krew szybciej popłynęła jej w żyłach.

Siła czaru prysła, kiedy Lascelles, wreszcie opanowawszy konia, wmanewrował go pomiędzy Rosalind i pozostałych mężczyzn. W ten sposób zasłonił ją przed innymi jeźdźcami. Trzeci, stojący nieco z boku, zdjął kapelusz, odsłaniając gęstą czuprynę w tym samym ciemnoczekoladowym odcieniu, co jego oczy.

– Wy trzej jedźcie do Manor – warknął Lascelles. – Ja jeszcze chwilę tu zabawię i nawiążę nić porozumienia z uroczą panią Pryce.

Brązowowłosy kompan z dezaprobatą zmierzył go wzrokiem.

– Zostaw ją, Lascelles – powiedział. – Z całą pewnością w okolicy jest wiele kobiet chętnych do rozmowy, lecz ta dama najwyraźniej się do niej nie rwie.

 

– I w tym cała atrakcja, drogi Stantonie. Nie lubię zbyt łatwych znajomości. Odrobina oporu niczym dobra przyprawa podnosi walory dania i nagroda jest tym słodsza, nie uważasz?

Rosalind poczuła ciarki na skórze. Jak on śmie mówić o niej w ten sposób, jakby jej tu nie było? Jakby była zwykłą folwarczną dziewką?

Lascelles zadarł brodę i jawnie otaksował Rosalind zimnym spojrzeniem czarnych oczu z uśmiechem, w którym nie było wesołości.

– Jak wiesz, ja zawsze zdobywam swoje nagrody – dodał.

– Zabieraj go stąd, Stan. – Spokojny głos, w którym kryła się groźna stalowa nuta, należał do mężczyzny o hipnotycznych, srebrzystych oczach.

Stanton dźgnął konia ostrogą, aż ten naparł na wierzchowca Lascellesa, ustawiając go przodem w kierunku Halston Manor. Rosalind, nie puszczając obroży Hektora, uskoczyła im z drogi.

– Jedźmy, Lascelles. Prowadź – polecił Stanton i przejeżdżając obok Rosalind, z przepraszającym spojrzeniem musnął palcami rondo kapelusza.

Lascelles z wściekłym grymasem obrócił konia.

– Nie macie prawa…

Cały jego jad był jawnie skierowany w stronę mężczyzny, który go ofuknął, ale ten trzeci podjechał do niego. Równie przystojny, miał zielone oczy, kasztanowe włosy i był uderzająco podobny do pierwszego, a także trochę do Lascellesa. Rosalind była prawie pewna, że wszyscy trzej są spokrewnieni.

– Uspokój się, człowieku – powiedział cicho, kładąc Lascellesowi dłoń na ramieniu. – Wiesz, jak Leo się odnosi do takich spraw. Nie brnij w to.

Lascelles jeszcze się wahał, ze ściągniętymi brwiami, zacisnąwszy usta w cienką linię. Wreszcie gniewnie skinął głową na znak zgody i ruszył za Stantonem. Ich zielonooki towarzysz jeszcze wstrzymywał wierzchowca. Wymownie spojrzał na tego o imieniu Leo, który nie zwracał na niego uwagi, wpatrzony w Rosalind. Jego towarzysz wzruszył ramionami, uchylił przed nią kapelusza i odjechał.

Wytrzymała spojrzenie mężczyzny, tłumiąc dreszcz, jaki w niej budziło. Czuła na sobie jego wzrok, z pozoru beznamiętny, i miała wrażenie, że trwają tak w bezruchu przez wieczność. Wreszcie otrząsnęła się z czaru, zadarła brodę i uniosła brwi.

– Dzięki za pomoc, sir.

Na ustach Lea zaigrał cień uśmiechu. Musnął w pozdrowieniu rondo kapelusza i popędził konia.

– Miłego dnia, pani.

Odprowadziła go wzrokiem. Targały nią dziwne odczucia, wywołując poczucie niespełnienia, którego nie potrafiła wytłumaczyć. Jej dłoń mimowolnie pomknęła do piersi. Pod cienką wełnianą tkaniną sukni namacała owalny kształt srebrnego medalionu, który dostała od dziadka na szóste urodziny. Był to jej największy skarb, jedyne wspomnienie więzi z rodziną ojca. Matka Rosalind po śmierci męża zerwała wszystkie więzi z Allenami.

Dżentelmeni, którzy przed chwilą odjechali, należeli do świata, który ukształtował jej matkę – świata ściśle ustalonych wzorów zachowania i niezmiennej wiary w hierarchię społeczną. Tego świata, którego Rosalind i Freddie nie akceptowali i nie chcieli zrozumieć, choć ich owdowiała matka szybko do niego wróciła.

Znienawidzony, bezwzględny świat, z którym Rosalind nie chciała mieć nic wspólnego.

Jednak emocje, jakie w niej wzbudziło spojrzenie srebrzystych oczu, nie miały nic wspólnego z rozumem. Zawładnęły nią i przyprawiły o zawrót głowy. W podstępny sposób obiecywały przyjemność. Wzbudzały pragnienie dotyku dłoni i ust mężczyzny.

Nie każdego mężczyzny.

Tylko tego.

Powinna być w szoku, zdumiona skandalicznymi myślami, a była tylko zaintrygowana. Przez trzydzieści lat, jakie przeżyła, żaden mężczyzna nie wzbudził w niej tak gorących uczuć. Te jego oczy! Zdawały się wdzierać w jej duszę. Po raz pierwszy w życiu była gotowa odwzajemnić namiętność, której zapragnęła, choć jej nie znała.

Dotknięcie zimnego, wilgotnego nosa, który trącił jej dłoń, wyrwało ją z upojenia.

Masz rację, Hektorze, pomyślała. Nie ma sensu marzyć o przystojniaku.

– Chodź, piesku, idziemy do domu – powiedziała.

Martwiło ją, że została zmuszona do opuszczenia Lydney Hall. Stąd to napięcie, ale wszystko się jakoś ułoży. Hektor biegł przed nią po drodze, zatrzymując się co pewien czas, aby powąchać coś interesującego. Rosalind szła za psem, bez zbytniego entuzjazmu usiłując przeanalizować swoją przeszłość. Stuknęło jej trzydzieści lat, a ostatnie czternaście zajęło wychowanie rodzonego brata Freddiego oraz przyrodniej siostry Nell i przyrodniego brata Jacka po tym, jak ich matka zmarła na gorączkę połogową. Zakładała, że raczej nie wyjdzie za mąż i nie będzie miała dzieci. Tak trwała, pogodzona z przeznaczeniem, do momentu, aż zmarł jej ukochany ojczym, co wywołało w życiu rodziny wielki chaos.

Ojczym sporządził testament zapewniając renty zarówno Rosalind, jak i Freddiemu oraz hojny posag dla Nell. Tytuł i posiadłość przypadły czternastoletniemu Jackowi, ósmemu hrabiemu Lydneyowi. Te dobra miały pozostać w zarządzie powierniczym aż do czasu jego dwudziestych pierwszych urodzin. Jednak młodszy brat zmarłego hrabiego, zdefiniowany w testamencie jako prawny opiekun jego dzieci, zmarł trzy miesiące przed wyznaczoną w akcie prawnym datą. W tej sytuacji sąd apelacyjny w Londynie wyznaczył wuja Jacka i Nell ze strony matki, sir Petera Tadlowa, na prawnego opiekuna wszystkich potomków zmarłego arystokraty.

Początkowo wszystko szło dobrze, dopóki sir Peter nie zawłaszczył Lydney Hall, aby – jak to określił – „wypełnić zobowiązania wobec najdroższego siostrzeńca”. Wkrótce zaczęły się najazdy krewnych i przyjaciół Tadlowa, opłacane z majątku odziedziczonego przez Jacka. Sir Peter nie ukrywał lekceważenia dla Rosalind i Freddiego z powodu ich nędznego pochodzenia. Ich ojciec był zwykłym żołnierzem, synem złotnika, który uwiódł wnuczkę księcia i uciekł z nią. Nic dziwnego, że goście sir Petera i on sam uważali Rosalind za łatwą zdobycz, a Freddie był dla nich obiektem kpin. Mimo to rodzeństwo było gotowe ścierpieć szykany za cenę mieszkania w Lydney Hall. I tak by pewnie było, gdyby nie plany sir Petera wobec Nell.

Rosalind ogarnął bezsilny gniew na myśl o długich, frustrujących miesiącach, jakie tam spędziła pod kontrolą tego utracjusza.

Gdy dotarła do bramy Stoney End – skromnego budynku, który od dwóch tygodni nazywali domem – wyrwała się z niewesołych myśli o odległej przyszłości i skupiła na najbliższych dniach. Obraz przystojnej twarzy o magnetycznym spojrzeniu i zmysłowych ustach raz po raz wdzierał się do jej umysłu, wywołując zaciekawienie i dziwną tęsknotę.

Leo.

Czy spotkają się jeszcze? A jeśli tak, czy powinna się tego obawiać? Czy powinna się obawiać tego mężczyzny?

Intuicja podpowiadała, że nie… a przynajmniej nie w takim stopniu, jak powinna się obawiać ponownego spotkania z Lascellesem. Jednak niepokój pozostał. Mimo braku doświadczenia Rosalind wyczuwała ukryte zagrożenie, jakie stwarzał uwodzicielski Leo.

Dla niej samej. Dla jej serca. Dla jej spokoju.

Rozdział drugi

Leo Alexander Beauchamp, szósty książe Cheriton, ściągnął wodze i obrócił się w siodle, żeby spojrzeć za siebie.

Kobieta szła dumnie wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. Szal, którym się owinęła, podkreślał prowokujący ruch bioder przy każdym kroku. Leo przywołał w pamięci jej twarz. Już nie dziewczęca piękność, tylko atrakcyjna kobieta o magnetycznym uroku. W sposobie, w jaki odwzajemniała jego spojrzenie, były wyzwanie i kokieteria, lecz owo kuszenie było niewinne i pozbawione jakiejkolwiek kalkulacji, tak powszechnej u pań z towarzystwa. Znał ten styl aż za dobrze, bo od trzynastu lat – od śmierci swojej żony Margaret – była stale oblegany przez damy. Utytułowany, bogaty wdowiec, chociaż obarczony trójką dzieci, przyciągał je jak magnes.

Pani Pryce. Prawdopodobnie istnieje zatem pan Pryce. Dlatego powinien ją wyrzucić z myśli.

A jednak… kiedy ich spojrzenia się spotkały, coś zaiskrzyło, jakby ktoś uderzył młotem w kamień. Leo zaśmiał się bezgłośnie. Trafna metafora – zderzenie siły z nieugiętą materią. Ta kobieta twardo stawiła opór Lascellesowi. Leo ścisnął Zdobywcę łydkami, pobudzając go do kłusa.

Szybko zrównał się z Vernonem, który czekał na niego z uśmiechem.

– Cokolwiek chcesz powiedzieć, lepiej daj sobie spokój – warknął Leo.

– Ja? – Lord Vernon Beauchamp, brat Lea, młodszy od niego o cztery lata, zrobił niewinną minę. – Czekam, bo beze mnie nie trafisz do Halston.

– Pamięć mam jeszcze dobrą – burknął poirytowany Leo. Właśnie skończył czterdziestkę i zaczęły go nachodzić myśli o starości. – Zawsze miałem świetną orientację w terenie.

Vernon zerknął przez ramię i kpiąco uniósł brew.

– Nawet ciebie może czasem znieść na manowce.

Leo spiorunował go spojrzeniem.

– Ona jest mężatką.

Kiedyś przyprawiono mu rogi i nie chciałby wpędzać innego męża w taką nieciekawą, godną pożałowania sytuację.

– Zresztą – dodał – za dziesięć dni już nas tu nie będzie. Pewnie i tyle czasu nie wytrzymam.

– Ciągle się martwisz o Olivię?

– Nie martwię się.

Był bogatym i wpływowym księciem, głową dużego, rozgałęzionego rodu. Nic nie mogło mu zagrozić.

– Cecily potrafi przejrzeć wszystkie fortele i wykręty Olivii. Swoją drogą bystra szelma z tej dziewczyny!

Leo też to wiedział. Osiemnastoletnia Olivia, jego jedyna córka i najmłodsze dziecko, miała lada chwila zadebiutować na salonach. Fakt, iż wychowywała się ze starszymi braćmi, zrodził w niej głębokie poczucie niesprawiedliwości, bowiem w miarę jak dorastała, jej wolność była coraz bardziej ograniczana, a bracia mieli coraz więcej swobody. Leo zostawił ją w Londynie pod opieką swojej siostry Cecily, która wychowywała jego dzieci, gdy ich matka została zamordowana.

– Powiedziałem, daj sobie spokój…

– Beauchamp House jest bezpieczniejszy niż Tower – kontynuował Vernon, nie zwracając uwagi na rosnącą irytację brata. – Spokojnie może tam pobyć parę tygodni bez ciebie.

Leo z trudem stłumił desperację. Ach, rodzina! Za dużo widzieli i za dużo rozumieli.

– A co z Alexem? – zapytał. – Kto jego weźmie w karby?

Alexander, młodszy z jego dwóch synów, z każdym dniem stawał się bardziej ponury i skryty.

– Avon utrzyma go z dala od kłopotów. Przynajmniej nim nie będziesz się musiał martwić – pocieszył go Vernon.

Dominic, markiz Avon, był najstarszym synem Lea i dziedzicem tytułu. Praktycznie nie sprawiał ojcu kłopotów. Był nawet zbyt poważny jak na młodego człowieka. Leo ścisnęło się serce. Czy dlatego tak przesadnie się martwił o dzieci, bo przedwcześnie straciły matkę? Najchętniej zamknąłby całą trójkę – a w szczególności Olivię – na resztę życia w Cheriton Abbey. Chociaż Abbey nie okazało się bezpiecznym miejscem dla Margaret, którą zgwałcono i powieszono w ich letniej posiadłości.

Niemożność pełnej kontroli nad życiem rodziny była dla Lea wiecznym utrapieniem. Jego wypad z Londynu do Halsdon Manor – wbrew przekonaniu, że powinien siedzieć na miejscu i pilnować swoich spraw – był próbą udowodnienia sobie, że jego lęki są nieuzasadnione.

– Jedźmy, dogońmy ich – powiedział i popędził Zdobywcę. Wkrótce zrównali się z Richardem, lordem Stantonem, który jechał, luźno puściwszy wodze. Wyglądał na nieobecnego duchem. Leo był pewien, że jego myśli zajmuje nowa żona, Felicity, kuzynka Lea i jego była podopieczna.

– Gdzie jest nasz szacowny gospodarz? – zapytał Vernon.

– Pojechał przodem – wyjaśnił Stanton i pokręcił głową. – To jego biedne zwierzę nie przeżyje roku, jeśli będzie je tak zajeżdżał. Przecież powinien przejść do stępa, żeby koń ochłonął przed przybyciem do stajni. Poza tym – spojrzał znacząco na Leo – sam mógłby w tym czasie ochłonąć przed spotkaniem z tobą.

Leo wzruszył ramionami.

– Anthony zawsze miał kiepską opinię i nie wygląda na to, żeby coś się zmieniło. – Jego kuzyn spędził kilka lat w obu Amerykach i wrócił do Anglii przed parom miesiącami. – Moim zdaniem przyjazd tutaj był złym pomysłem, ale skoro Lascelles uprzejmie mnie zaprosił, nie miałem powodu, aby odmówić. – Był jeszcze jeden powód, do którego wolał się nie przyznawać towarzyszom – po prostu chciał się wyrwać z Londynu. Odpocząć od kolejnych naiwnych młodych dam, które prezentowali mu ich ambitni rodzice w nadziei, że zyskają dostęp do rodu i majątku Beauchampów. On tymczasem nie chciał kolejnej żony. Pierwsze małżeństwo na zawsze go wyleczyło z takich marzeń.

– Nie masz wobec niego żadnych zobowiązań – powiedział Vernon. – To nie twoja wina, że wujek Claude nie chciał się ożenić z jego matką.

 

– Gdyby się z nią ożenił, Lascelles byłby teraz księciem.

– Dobrze zrobił – skwitował Stanton. – Aktorka i dziwka z tytułem księżnej, wyobrażasz sobie? A ktoś taki jak Lascelles z dostępem do władzy i wielkiego majątku? – Potrząsnął głową. – Nawet nie mogę o tym myśleć.

– Jeśli Anthony stanie się nie do wytrzymania, zawsze możemy wcześniej stąd wyjechać – stwierdził Vernon.

– Tak. Niech no tylko Stan obejrzy te kuce – mruknął Leo, kiedy wjechali w bramę Halsdon Manor. – Stanton szukał dla Felicity pary statecznych kuców do zaprzęgu, a Lascelles wiedział, że takie zwierzęta ma na sprzedaż jego sąsiad, sir William Rockbeare, znany w okolicy hodowca i trener koni. Dlatego namówił Stantona do przyjazdu na polowanie. Niestety dwa dni po ich przybyciu do Halsdon Manor okazało się, że sir William wyjechał i nie wróci wcześniej niż za tydzień. – Nic innego nas tu nie trzyma.

Pamięć podsunęła mu obraz kobiety z kijem ręku. Wolałby, aby w jej życiu istniał jakiś pan Pryce. Wolałby nie wplątywać się niepotrzebnie w romans.

– Długo cię nie było, Ros. Hektor tak cię przegonił?

Rosalind powiesiła chustę na kołku przy kuchennych drzwiach i uśmiechnęła się do Freddiego, który podrapał psa za kosmatym uchem.

– Próbował. Kiedy wracaliśmy, owce znów wyszły na drogę i zajęło nam trochę czasu zagonienie ich do zagrody. – Świadomie wyrzuciła z myśli spotkanie z panami z Halsdon Manor i nie wspomniała o tym, by nie martwić Freddiego. I tak nic nie mógłby zrobić i czułby się bezsilny. Liczyła, że Lascelles będzie się musiał zająć swoimi gośćmi, a potem rozpocznie się sezon balowy, towarzystwo wróci do Londynu i ten gbur zapomni o spotkaniu na wiejskiej drodze.

– Oby sir William docenił twoją troskę o jego owce. – Freddie, wspierając się na kuli, pokuśtykał do salonu.

Rosalind poszła za nim. Na kominku wesoło trzaskał ogień, dodając ciepła ponuremu pomieszczeniu. Ten dom nie mógł się równać z Lydney Hall co do wygody i wielkości, ale przynajmniej mieli dach nad głową.

– Cóż, chociaż tak się mogę odwdzięczyć, skoro nie chce od nas pieniędzy za mieszkanie – odparła. – Naprawdę nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie przyjął nas do siebie.

Sir William Rockbeare był starym przyjacielem ich zmarłego ukochanego ojczyma, hrabiego Lydneya, zwanego przez nich „drugim tatą”. To właśnie do sir Williama rodzeństwo zwróciło się z prośbą o pomoc, kiedy przed dwoma tygodniami musieli uciekać z Lydney Hall wraz ze swoją przyrodnią siostrą Nell, lady Heleną Caldicot. Na szczęście ich młodziutki przyrodni brat Jack, nowy lord Lydney, był bezpieczny w szkole z internatem. Rosalind skóra cierpła na myśl, co by się stało, gdyby sir Peter się dowiedział, gdzie jest Nell. Mógłby ją zmusić do poślubienia tej starej ropuchy, wicehrabiego Bulbridge’a, u którego – jak odkrył Freddie – Tadlow był zadłużony po uszy.

Kiedy sir Peter wydał posag Nell na spłatę długów, nie troszcząc się o przyszłość siostrzenicy, Rosalind uznała, że jedynym wyjściem jest natychmiastowe wyrwanie Nell z jego łap. Napisała rozpaczliwy list do lady Glenchlorie, najstarszej siostry zmarłego ojczyma, prosząc, aby wzięła Nell pod kuratelę i wprowadziła ją do towarzystwa. Tak też się stało i Nell była już bezpieczna w Londynie. Zaś ona i Freddie znaleźli chwilowy azyl u sir Williama. Nadal jednak ich sytuacja była niepewna.

Freddie usłyszał, jak weszła, i odwrócił się, ale tak niezdarnie, że się potknął i zachwiał. Odepchnął ją, kiedy chciała go podtrzymać.

– Poradzę sobie – burknął.

Rosalind przygryzła usta. Choć bardzo się starała, nie potrafiła powściągnąć instynktu opiekuńczego wobec brata, którego chroniła przez całe życie.

– Przepraszam.

Freddie nie znosił jakichkolwiek aluzji do swojego kalectwa. Usadowił się na fotelu i po chwili jakby nigdy nic wrócił do przerwanej rozmowy.

– Jakoś byśmy sobie poradzili – rzekł. – Jack jest bezpieczny w internacie, a my w razie czego pojedziemy do Szkocji, do domu lady Glenlochrie. Sir Peter nie ośmieli się na nią naciskać. Co prawda jest wdową, ale zachowała spore wpływy. Na szczęście, droga Ros, nami nikt się nie interesuje. To jedna z korzyści wynikających z kiepskiego pochodzenia – dodał z gorzkim uśmiechem.

Po tym, jak ich rodzice uciekli, ojciec mamy, lord Humphrey Hillyer, wyrzekł się córki. Nie cofnął decyzji nawet wtedy, kiedy tata zginął w tym samym wypadku powozu, po którym jednoroczny Freddie został kaleką na całe życie. Dłoń Rosalind odruchowo powędrowała do medalionu, który miała na szyi. Dławiło ją w gardle.

– Racja – przyznała. – I raczej jedyna korzyść.

Freddie rzucił jej ostre spojrzenie i pożałowała, że w porę nie ugryzła się w język. Rosalind, pięć lat starsza od brata, pilnowała, aby Freddie nigdy nie poznał prawdy o małżeństwie rodziców – o ciągłych kłótniach i łzach matki. Ostatnim jej wspomnieniem była kłótnia, kiedy wracali z dziećmi z wizyty u dziadka. Tych wizyt matka nienawidziła.

Dzień szóstych urodzin Rosalind. Dzień, w którym zginął jej ukochany tata.

Po jego śmierci matka rozkwitła.

Zrozpaczona, zagubiona Rosalind samotnie opłakiwała stratę. Tego dnia straciła też dziadka. Nie miała pojęcia, czy jeszcze żyje, nie wiedziała, jak go odnaleźć. Matka się o to postarała.

– Zazdrościsz, że Nell będzie miała to, czego ty nie miałaś? – zapytał Freddie, obserwujący ją uważnie.

– Nie, jeśli masz na myśli małżeństwo z dżentelmenem z socjety. – Dopiero byłabym nieszczęśliwa! Poza tym nie jest tak, że mi czegoś odmawiano, Freddie. Kiedy miałam dziewiętnaście lat, nasz drugi tata zaproponował mi debiut w towarzystwie. Odmówiłam i nigdy tego nie żałowałam.

Nie chciałam skończyć w niedobranym związku jak rodzice, dodała w myśli.

Miłość nie wystarczyła jej matce. Tata bardzo się starał, aby była zadowolona i szczęśliwa, lecz ona tęskniła za luksusami, których nie potrafił jej zapewnić. Małżeństwo mamy z hrabią Lydneyem było o wiele szczęśliwsze niż jej pierwszy związek. Dla Rosalind był to jawny dowód, że poślubienie kogoś spoza własnej sfery nie przynosi nic dobrego.

Zmarły lord Lydney był hojnym i kochającym ojczymem. Kiedy mama zmarła na grypę, dbał o Rosalind i Freddiego jak o własne dzieci, mimo że krewni ze strony matki odwrócili się od nich. Kiedy druga żona lorda zmarła po urodzeniu Jacka, Rosalind – wówczas szesnastolatka – musiała zastąpić matkę jedenastoletniemu Freddiemu, czteroletniej Nell i malutkiemu Jackowi, a trzy lata później, kiedy miała szansę zadebiutować na londyńskich balach i znaleźć sobie męża, zrezygnowała na rzecz opieki nad rodziną. Nigdy nie żałowała swojego wyboru. Nawet teraz przerażała ją myśl o stawieniu czoła rodzinie ze strony matki oraz ich przyjaciołom, którzy nimi gardzili.

Ubodzy krewni. Pariasi. Stara panna i kaleka.

Nie, wcale nie zazdrościła Nell nadchodzącego debiutu w towarzystwie.

– Cóż – powiedział Freddie – przy odrobinie szczęścia Nell znajdzie sobie na balu męża, który zapewni jej pozycję i bezpieczeństwo.

– Mam nadzieję. – Rosalind z westchnieniem usadowiła się na sofie. – Nie jest dobrze, że zostawiliśmy sir Petera Tadlowa w Lydney. Bóg jeden wie, jakie szkody tam spowoduje. Gdyby drugi tata zdawał sobie sprawę, czym grozi wyznaczenie sir Petera na naszego prawnego opiekuna, na pewno zmieniłby testament.

Rosalind nerwowo splatała palce, usiłując się uspokoić. Cały ciężar odpowiedzialności spoczywał na niej. Ojczym liczył, że będzie chronić dziedzictwo Jacka. Razem z Freddiem próbowali się przeciwstawić sir Peterowi, jednak musiała się w końcu przyznać do porażki.

– Nie mogliśmy tam zostać, Ros – rzekł Freddie. – Dobrze zrobiliśmy, odchodząc. Gdybyśmy zostali, biedna Nell musiałaby wyjść za Bulbridge’a. Ale zgadzam się z tobą. Jeśli Tadlow będzie rządził w majątku bez żadnej kontroli, Jack w chwili osiągnięcia pełnoletniości otrzyma tylko nędzne resztki.

Rosalind po raz kolejny przeklęła ich bezsilność.

– Może powinienem zapytać sir Williama o radę w tej sprawie?

Nie chciała obarczyć ich dobrodzieja kolejnymi kłopotami. Nie znali go za dobrze, choć był najlepszym przyjacielem zmarłego hrabiego.

– Porozmawiam z nim, gdy wróci od córki – zadecydował Freddie. Sir William opuścił Foxbourne dzień po ich przybyciu, aby odbyć dawno planowaną wizytę u owdowiałej córki i wnuków mieszkających na północy.