Nauka jazdyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nauka jazdy
Nauka jazdy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 13,98  11,18 
Nauka jazdy
Nauka jazdy
Audiobook
Czyta Łukasz Chmielowski
7,99  5,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Strękowski

Nauka jazdy

Saga

Nauka jazdy

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1985, 2021 Jan Strękowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726858341

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Sielanka. Otwarte okno. Ja w nim jak na bocianim gnieździe. W dole zgniła zieleń podwórza, pod ścianą komórki maliny i pokrzywy, wyrośnięte, tykowate. Kasztan na środku rzuca skąpy cień, nie zakrywający mu nawet płowy pnia. Szare ściany budynku, ściany podwórka studni iskrzą szkłem szyb. Obok drzwi do sieni wózek z małą Anne, mała śpi. Jest niedziela. Na sznurku, przywiązanym przez nas do kasztana i jakiegoś gwoździa na naszym kurniku, ręczniki, spodnie, uprane rano w misce, w zimnej wodzie.

Te rzeczy na sznurku spełniają rolę siatki. Mario gra w siatkówkę z Januszem. A podwórko rolę boiska.

Mario w krótkich spodenkach i bluzce kolorowej, bez rękawów. Długie, podrapane i poparzone nogi. Piłka co chwila wpada w pokrzywy, jego śmiech, jakieś fragmenty słów w ich języku, przefruwa to wszystko przede mną, dźwięk jak od uderzenia promieniem słońca w metal, czyste powietrze, kryształowo.

Widzę te skaczące w powietrzu odgłosy. Taka dźwiękowo - wzrokowa fata morgana.

Janusz ciemny, opalony, dużo wyższy od małego. Naprzeciwko. Krzyczy do mnie żeby go zmienić.

Zmęczył go chłopak. Strasznie ruchliwy.

A on niewyspany. I w rękach kubły z czereśniami, a w nogach drabinę czuje.

Krótka przerwa w grze. Zastanawiam się czy warto zmieniać to cudowne miejsce w oknie na górze, pod słońcem na pot, nagle odkryty na czole Janusza.

Oni zatrzymani, z głowami uniesionymi do góry. W dłoniach Mario piłka. Nie mogę się zdecydować.

Wtem piłka wyskakuje w powietrze, sama jakby wyrwała się z rąk chłopca i szybuje do słońca, nie zdążyłem się uchylić.

Plaśnięcie w czoło, okulary odrywają się od głowy i spadają na murawę, jednocześnie z wracającą piłką.

Podbiega do nich Janusz, Mario. Podnoszą, oglądają. - Całe są - mówi Janusz. - Nie wolno tak, mogłeś zbić - karci po polsku Mario, który stoi chwilę, jakby nieruchomo, ale zaraz odwraca się w moim kierunku i woła: - Komm! Janusz!

Schodzę na dół, nakładam okulary. Janusz stoi obok. Przygląda się.

Mario podrzuca piłkę do góry, złośliwie wrzucam mu ją w pokrzywy, nie zauważa chyba tego, że złośliwie. Śmieje się. Całe podwórko zatłoczone od jego biegającej postaci.

Janusz stoi pod kasztanem. Dłonią przesłonił oczy. Gapi się w słońce.

- Wiesz - odzywa się do mnie po polsku. - Oni to mają jednak we krwi. Taki mały niby, wesoły, niewinny. Ale oni to mają we krwi. Zauważyłeś jak on to rzucił? Jakby nie wiedział, że rzuca. I potem śmieje się jakby nigdy nic. Nie pamięta.

- Zwykła zabawa. To przecież dziecko - mówię.

Ale coś mi przeszkadza w swobodnej grze. Normalnie brzmi śmiech chłopca. Czuję w sobie wczorajszy dzień na drzewach.

Chłopiec ma na imię Mario. Zwykły przypadek i w innej sytuacji po prostu nie zwróciłbym na to uwagi. Ale ja kiedyś czytałem opowiadanie Tomasza Manna „Mario i czarodziej”. I właśnie teraz przypominam je sobie, dokładnie, całe.

Nie mówię o tym Januszowi, ale po paru minutach podskakiwania z piłką - rezygnuję. Ich bin müde - tłumaczę Mario, który nie może pogodzić się z utratą partnera i zawiedziony próbuje prosić mnie, a potem Janusza, by z nim jeszcze zagrać.

Szkoda mi go. Na tym podwórku tylko my grywamy z nim w piłkę. Oprócz jego siostry w wózku, którą Mario musi się zajmować, nie ma tu innych dzieci. Każde dziecko ma własne podwórko, na którym się bawi.

Uśmiecham się. - Zagram jeszcze z tobą. Ale pięć minut! - zastrzegam.

Mario podrzuca piłkę do góry... W drzwiach budynku pojawia się jego matka. - Mario! - woła. - Chodź na obiad!

- Nnieee! - marudzi Mario, ale zostawia posłusznie piłkę i wchodzi za nią do domu.

Franzosen

Mario grywa z nami codziennie w nogę. Strzela jak opętany, gdzie popadnie. Wali po ścianach, po oknach. Trafia w wózek Anne. Wózek się przewraca. Anne beczy, wymachuje rączkami, nóżkami. Z okna wychyla się Wielka Matka, mała, przygarbiona, stara. Mario próbuje coś nieśmiało tłumaczyć, ustawia wózek, poprawia sukienkę małej. Wielka Matka śledzi jego poczynania z uwagą i po chwili, widocznie usatysfakcjonowana, znika w pokoju. Mam jednak wrażenie, jakby dalej obserwowała, śledziła z ukrycia wszystkie nasze ruchy. Wielka Matka, tak ją nazwaliśmy z Januszem, to babka Mario. Wszystko widzi, do wszystkiego wtrąca swoje trzy grosze. Już parę razy słyszeliśmy jej kłótnie z matką Mario, raz z sąsiadką. Dotychczas nie mieliśmy z nią do czynienia.

Dziwiliśmy się, nie wiedząc czemu przypisać jej rezerwę w stosunku do nas. Wydawać by się mogło, że się nas boi. W jej zachowaniu wobec nas czuło się dystans, a nawet, choć wydaje się to nieprawdopodobne, szacunek.

Jedno jest pewne, to z naszego powodu zamykała wieczorem wejście do głównego budynku na trzy spusty, często blokując nam wyjście z kibelka. Na szczęście w ścianie przybytku było niewielkie okienko, które z łatwością dawało się otwierać z obydwu stron. Wychodziliśmy więc przez okno, wchodziliśmy przez okno. Drzwi kibelka z serduszkiem, tak jak u nas kiedyś na wsi. Wypolerowana deska. Oprócz papieru toaletowego, pocięta gazeta - chyba specjalnie do czytania. I ona, za ścianą jak Gerwazy /czy Protazy, bo nie pamiętałem wtedy dokładnie kto/ z pękiem kluczy.

Któregoś dnia: Mario, słońce, piłka. To wszystko co zawsze. Mario pyta jakiej jesteśmy narodowości?

Ach! Więc nie wiedzą?

- A ty jak sądzisz?

Janusz stoi obok, trąca mnie znacząco łokciem, ale nic nie mówi.

Mały naprzeciwko, podrapane kolana, zamyślona twarz.

- Babka mówi, że wy jesteście Francuzi...

- Acha ! - przelatuje mi przez głowę, szybko - nic więcej. Tylko jeszcze sylwetka jędzy babki /Wielkiej Matki/. My rzeczywiście, czarni, spaleni możemy uchodzić za Francuzów.

- My jesteśmy... - tłumaczę, ale uprzedza mnie Janusz. Śmieje się. I śmiejąc się:

- Wir sind Polen! Chachacha!

Mario kopie kapciuch, jak zwykle w kierunku śpiącej w wózku Anne. I też. Tak jak Janusz.

- Chachacha...

Lody owocowe z Dresden

Szedłem sobie główną ulicą miasta. Meißnerlandstrasse, do Eiskaffee przy wiadukcie. Polubiłem to miejsce od pierwszego razu, siadywałem przy długim stole przykrytym ceratą, z drzew sfruwały żółte, jak larwy zakręcone nasiona, a ja gapiłem się na przejeżdżające poniżej tramwaje, jeden na dwadzieścia minut, kołaczące na rozjazdach, elektryczne dzwonki wierciły dziury w uszach i kostce jezdni, jechały auta, masa aut, większość z rejestracją D /Republiki Federalnej Niemiec/, jechały codziennie, w te i wewte, ciągnęły za sobą białe jak pokoje sypialne przyczepy, auta kolorowe, błyszczące lakierem, dobre, silne wozy stamtąd.

O 19.00 zamykali kawiarnię, a mnie dziś po pracy zamarzyły się lody, lody z kremem i wiśniami, i te drzewa zrzucające owoce trocinowej barwy, i stoły ceratowe, i zamarzył mi się oddech, oddech głęboki, na wysokości tarasu, ponad grzbietem jezdni, nad wystającymi tułowiami tramwajów i samochodów, huk przelatujący nade mną, goniący rozbiegane pociągi, dudnienie szyn, brzęczenie żelastwa na wiadukcie, buczenie syren, to wszystko. Wymyśliłem to sobie i było we mnie wtedy, całe to wszystko, szedłem, ale tak jakbym już przy zasłanym ceratą stole, nad szklanym naczyniem z lodem kwitnącym czerwono, wisiennie.

Spieszyłem się, spieszyłem się bardzo, nogi wyciągałem, ręce latały mi w takt, koszula brązowa, a raczej beżowo - brunatna, z teksasu, warszawski ostatni krzyk mody, próbowała oderwać się ode mnie, sfrunąć, odlecieć, poszybować, niezdarnie ale furkotało jak na jeziorze podczas burzy, wiatr podrzucał kamyki, bawił się żwirem, ziarenkami piasku żonglował, niektóre uderzały w moje ciało odkryte, bo nie chronione podrywającą się do lotu koszulą, było jeszcze z pięćdziesiąt metrów może, za pięć siódma na zegarku, lody, prawie z zasięgu języka, widziałem taras, szyld z żółtymi wyblakłymi literami, mężczyzna w białym kitlu zbierał ze stołów naczynia, przy jednym ktoś jeszcze siedział, zagapiłem się na to, zatrzymałem się, nawet nie spostrzegłem, że stoję, jadą auta, któreś zielone, spłaszczone jak ślimak mrowik z tyłu, zatrzymuje się obok mnie, za szybą jakaś siwa kobieta, pokazuje mnie palcem prowadzącemu wóz mężczyźnie.

Stoję jak kto głupi, oni gapią się, ona pokazuje, pokazuje jakby na moją koszulę, patrzę i ja, brunatna! Kojarzę, oni mają tabliczkę D, ona coś mówi do mężczyzny, wiem, choć nie słyszę, o mojej koszuli mówi, zobaczyła we mnie Niemca, młodego, potomka tamtych w brunatnym, słyszę jej głos zza zasuniętej szyby, prawdziwy Niemiec? Zdziwiona, w tym kraju taki ogromny przejaw kultu dla historii, tradycja wcielona w moją koszulę, która teraz już nie zwykła z teksasu, prowincjonalna, warszawska, nie krzyk mody, ale krzyk historii, w tym dniu odległym od niej i w kraju bez historii, krzyk czasu, który nie wróci choć chce, bo ja, młody Niemiec, i ta brunatna koszula...

Po powrocie do kraju w ten sposób opowiedziałem swoją przygodę, i przygodę mojej koszuli, beżowej jednak, nigdy nie widziałem tamtych koszul, i nawet nie wiem czy rozpoznałbym kolor brunatny wśród innych mu pokrewnych.

 

Ale tak naprawdę to nie wiem, czy tamta siwa kobieta, siwa, więc pamiętająca pewnie, czy rzeczywiście zadziwił ją krój /półwojskowy/ i kolor mojej koszuli, czy mówiła o mnie do mężczyzny cokolwiek, nic przecież nie słyszałem, okno samochodu było przesłonięte szybą, może coś mówiła, może nie, przecież to mógł być przypadek: albo też zainteresował ją cel mojego gwałtownego zatrzymania się, zapatrzenia gdzieś, może chciała dowiedzieć się, co też zatrzymało na pustym chodniku, obok zamykanej właśnie Eiskaffee młodego Niemca, na co zapatrzył się, co oglądał ten młody Niemiec? Może próbowała mnie zrozumieć, a było to dla niej za trudne?

Opowiadanie moje zostało jednak przyjęte i zaakceptowane w tej a nie innej formie, wersji z brunatną koszulą i sentymentalną babcią za szybą zielonego cygara. Która zobaczyła we mnie, Polaku, swoje dzieciństwo lub młodość, i historii kawał, wcielony we mnie, pod koszulą ukrytej. Widocznie tak miało wyglądać tamto spotkanie, i takim ci, którzy mnie słuchali chcieli je widzieć. Tylko tak wyobrażali je sobie, tak mogli i tak musieli je sobie wyobrażać, bo tylko to wytłumaczenie było dla nich prawdopodobne, tylko ono nie budziło wątpliwości, tylko ono było warte przeżycia.

I wydaje mi się, że mieli rację wierząc mi, nie poddając w wątpliwość tego mojego opowiadania.

Bo przecież byli to członkowie narodu, który się też otarł, a nawet obtarł sobie coś niecoś na tej samej Historii. Który stracił w niej to i owo, bezpowrotnie może, więc jak:

To opowiadanie było opowiadaniem prawdziwym /jeśli nawet ich okłamałem - w co dzisiaj wątpię/, bo w tym zdarzeniu poczuli oni oddech, te błyski tajemne - to on właśnie, oddech Historii, złapany na chwilę na zimną taflę lustra, trudno go utrzymać, ulatnia się szybko, jak oddech człowieka, który umiera.

A Historia również jest śmiertelna. My wszyscy tutaj dobrze o tym wiemy.

I ta opowieść moja dla mnie też wtedy ważna, nadająca jakiś sens lub bezsens, nie wiadomo - temu mojemu pobytowi w tym kraju, mieście, choć dziś:

Powinny być ważniejsze - lato, ulica, jadące samochody, skrzypiące gruźliczo tramwaje, Eiskaffee, lody z wiśniami /jaki miałyby smak gdybym wtedy zdążył?/, wiatr, ziarna piasku, osypujące się po mojej skórze.

A wtedy równie ważne, powinny być. Może były?

Czereśnie

Jest cudowny dzień, od miesiąca już ten sam, jeden, zwarty, ściśnięty, jakby wtłoczony w gorset słońca, lata, Drezna, czereśni, podniebny dzień na drabinach wysokich na kilka metrów, kubłów targanych z góry na dół - pełnych i z dołu na górę - brzęczących, dwu majstrów grubych, obaj w spodniach na szelki, jowialnych i wciąż uśmiechniętych, żartujących, życzliwych nam.

Owoce, grube, nabrzmiałe, czerwone, z pulsującą pod skórą czernią, co chwila - pam, pam, potem owoc o owoc - zgłuszone odgłosy.

Już miesiąc na drabinach. Budzik, szaro na dworze, ale to szare poprzetykane zaraz złotym, wystarczy wysunąć się ze śpiworów, rozprostować kości, a tu już złotego coraz przybywa, mycie się pospieszne, czyszczenie zębów, przyczesywanie, i biegiem po schodkach, na podwórko, po trawie przysypanej kropelkami rosy, przystanek tuż za bramą, szybko tam, pod daszek, trochę chłodno. I czekanie.

Pierwsi oczekujący, jak my - każdy: Mołgen. Odpowiadamy: mołgen. Gruba kobieta, potem mężczyzna, zwyczajny, jakiś rudawy chłopak, pusta ulica, cisza, jakby nie było miasta. I naraz łoskot, jak przesypywanie złomu z kupy na kupę. Tramwaj. Wewnątrz parę zaspanych osób, i my - na siedzenia i w kimono.

Jest Pragerstrasse, wysiedliśmy i jak chodziarze, mijamy kwatery nieczynnych jeszcze fontann, paru cudzoziemców siedzi na ich krawędziach z nogami w wodzie, zabudowa jak w Warszawie na Pasażu Śródmiejskim, tylko dwadzieścia razy szerzej, więcej miejsca dla nas, przecinamy na ukos końcówkę, z boku rzeźby kobiet, z daleka jak kukiełki z filmu dla dzieci, długa, ceglana hala Dworca Głównego, milczą pociągi, czasem zaszczeka pojedynczy jakiś, i znów nic.

Na tyłach dworca jest przystanek autobusu. Półgodzinna jazda przez i za miasto, tam pola wyiskrzone już, niedługo szósta, autobus wciska się w mały rynek pętlą najmniejszą z możliwych, tam wyskakujemy, przechodzimy, prze i biegamy wzdłuż muru z kulami na wierzchu, znów tramwaj, mniejszy, ale bardziej zajadły, skrzypiący, drewniana podłoga. Tym kilka przystanków, kilka skrzyżowań, zakrętów, skrętów, wykrętów prawie w wąziutkich strumykach uliczek. Kolejny - końcowy przystanek, i tu już żar z powietrza, choć od ziemi chłód, a na wysokości naszych twarzy - linia frontu.

Czekamy: dwa jednopiętrowe domy, ostatnie domy w tym miasteczku, dalej góry, doły, pola, sady i trawy, i od czasu do czasu coś, i krzak jakiś, to znów jar. A tu okna otwarte, dwu staruszków przez całe dnie jak oprawnych w ramy, po sąsiedzku, z dłońmi i łokciami na parapetach, gapią się - na siebie, na nas.

Droga między i nad, wąska i jeszcze biaława jak bandaż. Mikrobus z LPG. Paru chłopców, kilka dziewcząt z Polski, kierowca, który ni be po naszemu, ci Polacy natomiast ni me po ichniemu, więc my często jako parlamentariusze. Na przykład w takiej sytuacji: wracamy z roboty, zmęczeni, spoceni, któryś, zamiast ręcznikiem obtarł twarz firanką.

Wrzask kierowcy:

- To nie ręcznik!

- Czego on chce? - pyta wytarty już.

- Żebyś się nie wycierał firanką.

- Powiedz mu, że go pierdolę!

Setka drzew z grzywami gałęzi wyrzuconymi w górę. Oczekujący majstrzy, obok traktor, waga, kubły na czereśnie na przyczepie, drabiny zrzucone na kupę pod drzewem.

Majstrzy ustawiają drabiny, ten drugi wybiera dla mnie i Janusza drzewa z najgrubszym owocem, tamten - Hans, jednej z dziewczyn, potem innej, jakieś spieranie się, że nie to, lepsze tamto, ale krótkie i pro forma. I w końcu na drabiny, po szczeblach, szturm jak na mury średniowiecznych miast.

Co jakiś czas z tych i z tamtych, bliższych lub dalszych czereśni wrzask:

- Majster! Drabina!

- Gut. Grabina - mruczy majster i przestawia, opiera od innej strony, tam gdzie jeszcze zostały owoce.

- Majster źle! Przewróci się.

- Was źle? Schlecht?

- Szlecht majster, szlecht.

- Nie szlecht. Gut.

Albo:

- Majster spadam!

- Was?

- Majster spadam!

- Padam padam. Nicht padam. Gut steht.

- Jakie gut! Lece! Majster!

- Ciepier gut.

Albo znów: trzask. Łamią się gałęzie.

- Majsterr rrratunku!

- Co tunku?

- Gałąź!

- Was? Ach so!

- Nie zo, nie zo! Ułamała się!

Taka rozmowa między majstrem Hansem i naszymi kolegami. Drugi kręci się przeważnie obok mojej drabiny lub Janusza. Mówi tylko po niemiecku, stąd sympatia do nas.

I takie mowy, dwie, skrzyżowane. Majstra Hansa ze wszystkimi i wszystkich z nim, w kilku urywanych językach i majstra drugiego z Januszem i mną, tylko po niemiecku.

Majstra pierwszego - o wojsku, potem niewoli, o więzieniu w Czechach, po trzech latach wrócił i od tamtej pory w LPG.

Majstra drugiego - o polowaniach na lisy i zające, o trofeach, skórkach, nagonkach.

Majstra pierwszego - o Polaku, robotniku z Katowic, pracował u niego podczas wojny przymusowo, ale zaprzyjaźnili się, do tej pory pamięta jego mowę, wiele wyrazów, miał na imię Karol, ciekawe gdzie on teraz, bardzo chce go spotkać.

Majstra drugiego - z majstra pierwszego podśmiechujki.

Majstra pierwszego - rechotanie z drugiego.

Jego simsonek, taka koza, przyjeżdża nim codziennie, przywozi w plecaku piwo. Pokazuje zdjęcia w myśliwskiej kurtce, butach z cholewami, ze strzelbą. Chwali się.

Janusz lub ja. Pytamy: Czy był w Wermachcie?

Był. Kiwają potakująco głowami. Obaj byli.

Wątpimy więc w tę przyjaźń z Karolem, choć nie mamy istotnych powodów by mu nie wierzyć.

Pijemy piwo, rozmawiamy, majstrzy spoceni, my też, brudni wszyscy jednakowo, jemy obiad, popijamy miętą, ta mięta doprowadza wszystkich do szału, śmiech, rozmowy o piwie, gdzie lepsze? U nich, czy u nas? Wszyscy chichoczą na widok czapki majstra pierwszego, czapki z tamtej epoki, nazwaliśmy ją „szwejkówką”, w kolorze khaki, brezentowa, o wojskowym, polowym kroju. Oglądamy zdjęcia majstra z upolowanym lisem.

Janusz pyta:

- Czy majster ma jakieś zdjęcia z Wermachtu?

Inni oglądają te z lisem. - Ładne są - chwalą.

- Mógłby majster kiedyś przynieść? Pokazać?

Uśmiecha się wstydliwie w odpowiedzi.

- Majstrowi musiało być nieźle w mundurze - śmieje się Janusz, ale nie złośliwie, jakby bardziej z siebie niż z niego. Zresztą ta propozycja jego też: mało ważna, nikt za bardzo się nią nie przejął. Pachnie kurczak, w bańkach mięta, pijemy piwo, dym papierosowy pływa sobie między czereśniami.

Któregoś popołudnia przemierzamy Drezno wzdłuż i wszerz, i na kilka możliwych ukosów. Postanowiliśmy kupić sobie czapki „szwejkówki”. To będzie po powrocie bomba! Szukamy, szukamy. Nic. Zwykłe, okrągłe. Berety, włóczka, wełna. I nie ma. Szwejkówek. Wygląda na to, że takich tu nikt nie szyje. A ta majstra to stara, pamiątka, pozostałość, przeszłość.

Ludzki odruch

Wracałem ze sklepu. Spożywczego - Lebensmittel. Z siatą pełną zakupionych produktów. Jedzeniowych i pitnych /kupiłem czerwone wino za sześć marek/. Siatka ciężka, ale że blisko: 200 - 300 metrów tylko, i piękny, z czerwonym słońcem wystającym jak milicyjny lizak zza odległych wzgórz wieczór, a z tyłu pogodny dzień, więc nieźle mi się szło, siatka nie ciążyła, nogi bez popędzania stąpały, własnym rytmem, ale zgodnie z całością - mną. Wiele okien, jak zwykle pod wieczór, otwartych. W nich, choć to Drezno, jak w naszych miasteczkach, głowy staruszek i staruszków. Nie złościli już mnie. Zdążyłem się przyzwyczaić.

Tryskający w dzień strumień samochodów wysychał na moich oczach. Szyny tramwajowe układały się do snu. Szczękały klucze w zamkach. Czekała mnie jeszcze powtórna droga do sklepu, bo nie wiedząc ile co kosztuje /znałem ceny jedynie podstawowych produktów, jak chleb czy mleko/, za dużo napakowałem do koszyka i zabrakło mi parę marek. Przewracałem w zakłopotaniu kieszenie, w końcu zacząłem odstawiać na półki nadliczbowe serki. Głupio mi było, nie wiedziałem co robić.

Dopiero sprzedawczyni wybawiła mnie z kłopotu:

- Skoczy pan do domu i przyniesie.

Próbowałem zostawić koszyk z zakupami - jako zastaw, bo niby skąd mogła wiedzieć, że jej nie oszukam, może nigdy więcej mnie nie zobaczy. Mój zbyt poprawny język zdradzał przybysza z zewnątrz.

Ale nie chciała nawet o tym słyszeć. Wrzuciłem więc wszystko do siatki i pomaszerowałem.

Czułem się jak ktoś kto tu nie tydzień dwa, ale parę lat. Jakby to miasto dopiero teraz mnie zaakceptowało. Nawet widok łysych, siwych i w papilotach w otwartych oknach przestał drażnić. Z tą siatką, w jednej ledwie, bawełnianej koszulce wyglądałem pewnie na kogoś miejscowego, jednego z lokatorów starych przedwojennych kamienic. Oszczędziły je amerykańskie bombowce, ale czas osypuje tynk. Ściany ospowate, spękane. Co wieczór wygładzane, leczone, każdego ranka jednak z powrotem liszaje, krosty.

W dole błyszczała Łaba, wiatr wiał w inną stronę, nie czułem więc smrodu. Huczała autostrada. Gdzieś daleko klekotały pociągi.

Od czasu do czasu mijały mnie gaziki z żołnierzami radzieckimi w środku. W jednej z bocznych uliczek, za czerwonym ceglanym murem znajdowały się ich koszary.

Dotychczas przyglądałem się im uważnie. Dzisiaj jednak, może dlatego, że zmierzch, nie poświęcałem im cienia uwagi. Były jak konieczny element pejzażu, jakiś słup, krzak czy drzewo, który zauważa się dopiero wtedy, kiedy się na niego wpadnie. Ich widok spowszedniał. Spotykane na każdym kroku patrole, te same mundury, woskowe twarze, samochody - przydawały tylko monotonii ulicom tego miasta.

Zauważyłem go, bo jechał wolniej niż to jest przyjęte. Szary lub kremowy zaporożec, gdy zbliżył się, przyhamował jeszcze bardziej. Na dachu umocowane namioty, jakieś torby, bagaże, cała góra tego. Wewnątrz dwie kobiety i dwu mężczyzn. Ten, co się wychylił - z okolicy czterdziestki, przypuszczam - bo w wozie ciemno, tylko czerwony cekin papierosa - że pozostali w tym samym wieku.

- Camping? - zakrzyknął, biorąc mnie widocznie za kogoś dobrze znającego okolicę. Na kogoś takiego zresztą, jak sądzę, wyglądałem.

 

- Camping? - powtórzyłem z tym samym pytajnikiem i rozłożyłem bezradnie ręce /jedną bardziej, bo w drugiej trzymałem siatkę z zakupami/.

W tym momencie powinien głośniej zawarczeć motor, jak zwykle w takiej sytuacji. Ja poszedłbym do domu po pieniądze, oni pojechaliby dalej szukać kogoś zorientowanego i zapomnielibyśmy o sobie natychmiast, jak zapomina się kogoś z kim w tramwaju wymieniło się zdawkowe uprzejmości: przepraszam, proszę, nic nie szkodzi.

Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dalej tkwiłem w tym samym punkcie chodnika przed maską wozu, zaporożec stał obok, tliły się światła postojowe.

I zamiast „trudno” - czego mogłem oczekiwać - usłyszałem jeszcze raz, jak potwierdzenie poprzedniego pytania:

- Camping?

Ale z wyraźną prośbą w głosie, jakby pytający nie dostrzegł moich dramatycznie rozłożonych rąk.

Przypadkowo /choć może spodziewałem się stąd jakiegoś wyjaśnienia jego dziwnego zachowania/ spojrzałem na tabliczkę nad zderzakiem/

SU /Sovjetunion/

Zaczynałem rozumieć. Nie zazdrościłem im w tej chwili. Byli chyba przekonani, że zauważyłem tabliczkę już na samym początku, i z tego powodu te odmowne ruchy rąk. Dla nich była to odmowa. Oni - jak sądziłem - turyści, nie czuli się wcale turystami. Może dla nich był to stan nieosiągalny? Nie wiem.

Ale ja? Niechcący ze zwykłego przechodnia stałem się reprezentantem okupowanego narodu niemieckiego. To już nie była zwykła, zaaranżowana przez przypadek scenka rodzajowa.

Zapomniałem, że jestem Polakiem i znam rosyjski na tyle dobrze, by móc wytłumaczyć mu jaką popełnił omyłkę biorąc mnie za Niemca. Stałem więc przed nim, ja - zniewolony człowiek, i nie miałem pojęcia jak skończy się ta rozmowa, która zaczynała być grą o wielką a nieznaną stawkę.

- Camping - powtórzył Rosjanin prawie szeptem i jakby z zażenowaniem.

Wydawało mi się, że słyszałem o jakimś campingu w okolicy. Coś mi się kiedyś obiło o uszy. Ale w którą stronę powinni byli pojechać?

Moja znajomość miasta okazywała się niewystarczająca.

Wzruszyłem ramionami, grymasem twarzy podkreślając, że bardzo chciałbym im pomóc, ale naprawdę nie wiem. Opuściłem przy tym rękę z siatką niżej, dając im jak gdyby do zrozumienia, że dalsze pytania nie mają sensu.

- Nieżyczliwy - usłyszałem nagle z tylnego siedzenia, pierwsze słowo w ich języku, wypowiedziane przez którąś z kobiet.

Zawarczał motor. Zagrzechotała skrzynia biegów. Zapiszczały opony.

- Camping! - wrzasnąłem, nie mogąc już się powstrzymać.

Pisk hamulców. To nic, że nie mam pojęcia, gdzie ten camping. Podbiegam. Kilka kroków zaledwie.

- Camping! - wrzeszczę i wyciągam rękę w pierwszym lepszym kierunku.

Mężczyzna za kierownicą uśmiechnął się, pokiwał potakująco głową.

Znów on jest turystą. Ja - przechodniem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?