Przygody Odyseusza

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Parandowski
Przygody Odyseusza
Wojna Trojańska


Wydawnictwo NASZA KIĘGARNIA

Przygody Odyseusza

Spis treści

Okładka Karta tytułowa * * * WSTĘP PRZYGODY ODYSEUSZA OD KIKONÓW DO KIKLOPÓW NIEROZWIKŁANE ŚCIEŻKI ŚWIATA OD KRÓLESTWA CIENIÓW DO WYSPY SŁOŃCA ROZBITEK DOM BEZ PANA KLĄTWA POLIFEMA SCHERIA POWRÓT STRASZNY DZIEŃ NOWE ŻYCIE WOJNA TROJAŃSKA PORWANIE HELENY GNIEW ACHILLESA ZDRADZIECKA STRZAŁA ACHILLES I HEKTOR DWA POGRZEBY KONIEC TROI Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Nasza oferta lektur i książek edukacyjnych

www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Na dwadzieścia wieków przed Chrystusem nie było jeszcze Grecji. To znaczy: był ów półwysep wycięty w kształt liścia, było morze, które go oblewa, wszystkie wyspy, które na morzu całym są rozproszone, były góry, doliny, rzeki, piękny kraj ogrzany południowym słońcem, owiany zdrowym i czystym powietrzem, ale nie nazywał się Grecją, gdyż nie było w nim Greków. Te strony czekały dopiero na nich, jak dom oczekuje swego właściciela. Był to jednak dom zamieszkany, w tym kraju żyły ludy odwieczne, nieznanego pochodzenia i języka. Grecy przyszli z północy, gdzieś znad dolnego Dunaju, i wyparli tubylców z ich siedzib: jedni uciekli w góry, drudzy szukali schronienia za morzem, większość żyła odtąd w niewoli.

Nie było to dziełem jednego roku ani nawet jednego wieku, ciągnęło się przez długie stulecia, mniej więcej od roku 2000 do 1200 przed Chr. Czasy owych wędrówek, wojen i zdobyczy nie zostawiły po sobie żadnej historii albo raczej: my jej dotąd nie znamy. Dopiero parę lat temu udało się odczytać pismo zawierające teksty w najdawniejszym języku greckim. Były one spisane na tabliczkach glinianych, których tysiące znaleziono w Knosos na Krecie i w Pylos w Mesenii, gdzie odkopano wspaniały zamek. Wśród imion, jakie się tam zdarzają, oszałamiają nas niespodzianką imiona Achillesa, Hektora, Glaukosa, znane dotąd tylko z podań. Być może w niedalekiej przyszłości dowiemy się o nich więcej i postaci, dotąd mityczne, zmienią się w historyczne.

Grecy byli niewyczerpani w legendach o tym okresie bohaterskim.

Z wieku na wiek opowiadali sobie czyny wojenne, które towarzyszyły powolnemu posuwaniu się ich przodków z północy na południe, o dalekich i niebezpiecznych wyprawach. Śpiewano o tym pieśni. Jednym z ulubionych tematów była wojna trojańska. Jak wyglądała w rzeczywistości – trudno się dziś domyślić. Ale Troja istniała naprawdę w Azji Mniejszej, tuż nad Hellespontem, gdzie i dziś są widoczne ruiny prastarego miasta ze śladami pożaru, jakby je zniszczyła pożoga wojenna. Zapewne więc Grecy, zajmując wybrzeża Azji Mniejszej, spotkali się tu z oporem silnej twierdzy, którą na koniec zdobyli.

O wojnie trojańskiej istniało mnóstwo podań. Umiały one opowiedzieć wszelkie szczegóły tej wojny; o każdym królu biorącym w niej udział, o każdym znakomitym rycerzu pojawiały się pieśni, które śpiewano po dworach książęcych i na placach publicznych. Wszystkie zaginęły, być może nigdy nie żyły inaczej niż w pamięci przygodnych poetów – śpiewaków, którzy ich nie spisywali. Ale w tej formie, ulotnej i wędrownej, oddziałały na potężny geniusz poetycki Homera.

O życiu tego wielkiego poety, od którego zaczyna się literatura grecka, a z nią europejska, nic nie wiemy. Przypadło ono na czasy zbyt jeszcze burzliwe dla młodej cywilizacji greckiej, jeszcze trwał ruch kolonizacyjny, zakładało się nowe miasta, walczono o nowy ustrój polityczny; takie wieki nie mają czasu na spisywanie i przechowywanie dokumentów historycznych. Według pewnych domysłów można przypuszczać, że Homer żył na przełomie wieku IX i VIII przed Chr. w którymś z miast greckich na wybrzeżu Azji Mniejszej albo na jednej z wysp, może na Chios. Z tego tajemniczego życia został sam kwiat: dwa niezrównane poematy dotyczące podań trojańskich – Iliada i Odyseja.

PRZYGODY ODYSEUSZA

OD KIKONÓW DO KIKLOPÓW

Po zburzeniu Troi nadszedł wreszcie dla greckich wojsk upragniony dzień powrotu. Ludzie, którzy dziesięć lat przeżyli poza domem, mieli aż nadto powodów do radości. Przy pakowaniu rzeczy panowało wesołe zamieszanie.

Troskliwie ładowano łupy zdobyczne, ciesząc się na myśl, jakie one uczynią wrażenie w ojczyźnie. Towarzysze broni spod różnych znaków ściskali się przy pożegnaniu, niepewni, czy jeszcze się kiedyś zobaczą, skoro ich domy są tak odległe. Ten i ów spoglądał z zadumą na równinę trojańską, jakby już tęsknił za tym długim okresem życia, który tu zostawiał.

Okręty gotowe do drogi kołysały się na morzu; nawoływano tych, co jeszcze byli na brzegu. Nagle, nie oglądając się na innych, oddział złożony z dwunastu okrętów rozwinął żagle. To Odyseusz, król Itaki, śpieszył do domu.

W samym początku zły los stanął mu w poprzek drogi. Zerwała się wściekła wieja i zapędziła statki ku trackim wybrzeżom. Te strony należały do szczepu Kikonów. Z morza widać było ich miasto – Ismaros. Człowiek po dziesięciu latach wojny nie od razu odwyka od myśli o napadach i grabieży. Odyseusz wysadził wojsko na ląd i znienacka wpadł do miasta. Zrabowawszy, co było pod ręką, dał rozkaz do odwrotu.

Ale żołnierze nie usłuchali. Upojeni łatwym zwycięstwem, wyprawili sobie ucztę na brzegu. Tymczasem rozgromionym Kikonom przyszły z głębi kraju posiłki, które u schyłku nocy napadły na śpiących Greków. Wszczęła się nowa bitwa, bardziej zacięta. Odyseusz stracił 72 ludzi, po sześciu z każdego okrętu. Inni byli szczęśliwi, gdy już żagle odniosły ich na morze.

Było ono niespokojne. Dął silny wiatr północny, świat okryła gęsta mgła. Obijając się po falach, Grecy znaleźli wreszcie krótki wypoczynek w jakiejś przystani, aby po dwóch dniach ruszyć dalej w kierunku południowo – zachodnim. U przylądka Malei pochwyciły ich prądy, które zawsze w tym miejscu czynią żeglugę niebezpieczną. Ledwo się wydobyli z tych wirów, dostali się pod nową wieję, która miotała nimi przez dziesięć dni, aż ich zaniosła na nieznane wody.

Wycieńczeni przybyli do pierwszego brzegu, który się nawinął. Znaleźli źródło, nabrali zapas wody, przyrządzili posiłek z żywnością, która im jeszcze została. Odyseusz nie pozwolił nikomu oddalać się od statków. Tylko dwóch ludzi wysłał na zwiady. Ci spotkali gromadę tubylców, którzy ich przyjęli z wielką serdecznością i nakarmili tym, czym sami się żywili: lotosem.

Było to ziele niezwykłe! Kto go skosztował, tracił pamięć, nie wiedział już, kim jest i dokąd dąży, miał tylko jedno pragnienie: zostać na zawsze w kraju Lotofagów[1], nasycać się niebiańskim smakiem i zapachem lotosu. Odyseusz związał i przykuł do ławy wioślarskiej tych dwóch, którzy skosztowali zwodniczego ziela, i natychmiast odpłynął.

Tułali się po morzu, żeglując w niewiadomym kierunku. Zmuszeni głodem, zatrzymali się przy jakiejś wyspie. Była urocza, pełna łąk, źródeł, gajów; nigdzie ani śladu człowieka. Tylko dzikie kozy uganiały po wzgórzach. Nie znając ludzi, nie uciekały i towarzysze Odyseusza upolowali ich ogromną ilość. Najedli się za wszystek czas błądzenia po jałowym morzu. Każdy kęs mięsa zakrapiali wybornym czerwonym winem, którego wielkie zapasy wywieźli od Kikonów.

 

Odyseusz ze szczytu góry dojrzał w pobliżu drugą wyspę, a na niej dymy wznoszące się ponad skałami. Niepohamowana ciekawość parła go, by zobaczyć, kto tam mieszka. Odczepił swój okręt i popłynął na zbadanie sąsiedniej wyspy. Reszta okrętów miała nań czekać w pierwszej przystani.

Płynąc wzdłuż wybrzeża, dotarł do miejsca, skąd widać było pieczarę obrosłą gąszczem laurowym. Przy niej była zagroda zbudowana z olbrzymich głazów, z potężnych pni sosen i dębów. Sam widok tej zagrody powinien był odstraszyć Odyseusza – nie wyglądała na dzieło rąk ludzkich. On jednak, ukrywszy okręt wśród skał przybrzeżnych, wziął dwunastu ludzi załogi i wysiadł na ląd. Przez niepojęty instynkt, który mu służył w najtrudniejszych chwilach, zabrał spory bukłak wina, nie domyślając się nawet, że mu on życie ocali.

Pieczara przedstawiała się dziwnie: tu rzędy koszów z serami, sagany i skopce z mlekiem i serwatką, a tam znów ogrodzenia i chlewy, w których stoją koźlęta i baranki. Towarzysze Odyseusza olśnieni tą spiżarnią radzili brać, co wlezie, i uciekać na okręt. Czemuż ich nie usłuchał?

Pod wieczór zjawił się gospodarz. Potwór to był straszliwy, raczej do góry porosłej lasem podobny niż do człowieka. Wielkolud miał jedno oko w środku czoła, z czego poznano, że jest jednym z Kiklopów. Dźwignął ogromną wiązań drzew, jakby cały las sprzątnął, i wziął na ramiona. Rzucił to pod pieczarą z takim łoskotem, że Odyseusz i towarzysze pochowali się po kątach, drżąc ze strachu.

Olbrzym wszedł, zamykając za sobą wejście do jaskini głazem, którego by dwadzieścia dwie pary wołów nie ruszyło z miejsca. Zaraz wziął się do dojenia kóz i owiec. Skończywszy robotę, rozpalił ogień. Przy jego blasku zobaczył ludzi. Odyseusz, zbliżywszy się na krok, powiedział, że jest rozbitkiem, że wraca z towarzyszami spod Troi, i prosił w imię bogów o gościnę. W imię bogów! Polifem (tak nazywał się olbrzym) śmiał się z bogów. Wyciągnął potworne łapska, porwał dwóch ludzi i w oczach Odyseusza zżarł.

Nazajutrz to samo: dwóch na śniadanie, dwóch na kolację. Ale po tej ludożerczej kolacji Odyseusz poczęstował go winem. Olbrzymowi trunek smakował nadzwyczajnie, pił jedną czarę po drugiej.

– Jak się nazywasz? – zapytał.

– Nikt – odparł chytry król Itaki. – Nikt. Tak mnie nazywała matka i tak mnie wszyscy wołają.

– No, to ci mówię, że Nikt będzie zjedzony na ostatku – zarechotał Kiklop i spity do nieprzytomności runął na ziemię.

Odyseusz tylko na to czekał. Porwał leżący w jaskini drąg z drzewa oliwnego, długi, zwięzły i twardy, odciosał koniec, opalił w ogniu i z pomocą towarzyszy wbił ten ożóg w jedyne oko Kiklopa. Wiercił nim jak świdrem, dopóki mu ślepia do cna nie wydłubał.

Olbrzym zawył z bólu. Na jego krzyk zbiegli się Kiklopi z okolicznych zagród.

– Polifemie – pytali – co się stało? Kto ci jakąś krzywdę robi?

– Nikt! Nikt! – woła Polifem. – Szukajcie go!

– Kto? Gdzie?

– Nikt! – wrzeszczał Polifem coraz rozpaczliwiej.

Kiklopi wzruszyli ramionami i odeszli przekonani, że Polifem oszalał.

Ale jak wyjść z jaskini, którą olbrzym zamknął nieporuszonym głazem. Odyseusz i na to znalazł sposób. Wybrał co najtęższe barany, podzielił je na trójki, każdą trójkę więzami z wikliny tak omotał, że zwierzęta musiały trzymać się razem, a pod ich brzuchami przywiązał swych towarzyszy; ukryci pod kudłami zwierząt byli bezpieczni. Sam na ostatku wlazł pod największego barana, przewodnika trzody, ręce zarzucił mu na grzbiet, cały zwinął się pod wełniastym tułowiem i tak czekał do świtu.

Podstęp udał się. Ślepy Polifem siadł u wrót pieczary i, wypuszczając zwierzęta na paszę, obmacywał wokoło dłońmi, żeby mu się nikt z ludzi nie wymknął. Ale dłonie spotykały tylko miękkie, kudłate łby i grzbiety, nigdzie ani śladu ludzkiej istoty. Był przekonany, że Odyseusz i towarzysze nie śmieją się ruszyć ze swego kąta w jaskini, a oni tymczasem razem z baranami wyszli na wolny świat, którego już nie spodziewali się oglądać.

Co tchu zbiegli na wybrzeże, gdzie stał okręt. Oczywiście uprowadzili i barany, które im ocaliły życie; chcieli mieć z nich jeszcze smaczny obiad. Odbijając od brzegu, Odyseusz uczynił rzecz najgorszą: zaczął się głośno przechwalać.

– Hej, Kiklopie! – wołał. – Jeśli ktoś zapyta, kto ci oko wybił, powiedz mu, bezwstydny zbrodniarzu: Odyseusz, sławny wojownik, król Itaki!

Słysząc to, Polifem urwał kawał góry i cisnął w stronę głosu. Chybił; tylko fala, którą wzburzył głaz rzucony, poniosła okręt. Byli już poza zasięgiem jego rąk, ale nie jego klątwy. Polifem zaczął się modlić do Pana Posejdona, wznosząc ręce ku niebu gwiaździstemu:

– Usłysz, Posejdonie, władco ziemi błękitnogrzywy! Jeślim naprawdę twój, jeśli się chlubisz być moim ojcem, daj, by nie wrócił do domu Odys grodoburca, syn Laertesa, rodem z Itaki. A jeśli chce los, by ujrzał on swych bliskich i wszedł do wysokiego domu i do swej ziemi ojczystej, niech późno wraca i w nędzy, po stracie wszystkich towarzyszy, na cudzym okręcie, i w domu niech znajdzie niedolę.

Przekleństwo miało się spełnić do ostatniego słowa. Lecz Odyseusz, wyrwawszy się z takiego niebezpieczeństwa, chociaż ze stratą sześciu towarzyszy, ucztował wesoło na koziej wysepce. Dopiero nazajutrz ruszył dalej przy dobrej pogodzie.

[1] Po grecku: „ludzie jedzący lotos”.

NIEROZWIKŁANE ŚCIEŻKI ŚWIATA

Coraz głębiej odsłaniał się przed nim świat cudów.

Oto wyspa Eolia. Nie uwięziona u dna morza chwieje się na wodach jak niezmierna tratwa i popłynęłaby z prądem, gdyby nie ściany spiżowe i skały, które ją zewsząd okrążają. Mieszka na niej Eol, król wiatrów, ojciec sześciu synów i sześciu córek. Ma pałac prześliczny, owiany nieustanną muzyką fletów, pachnący mięsem i winem wiecznie gościnnych stołów biesiadnych.

Pełen miesiąc spędził Odyseusz na tej wyspie. Eol rozpytywał o wojnę trojańską, o przygody; wymowny król Itaki przypadł mu do serca. Na odjezdnym król wiatrów ofiarował mu dar bezcenny: w wielkim miechu skórzanym zamknął wszystkie złe wiatry i sam zawiązał miech taśmą srebrną. Jeden tylko wiatr zostawił na wolności, zefir, który miał dąć w żagle Odyseusza, kierując statki ku domowi.

Dziewięć dni i dziewięć nocy żeglowano w spokoju. Odyseusz przez cały czas nie opuszczał steru. Po niebie, po morzu, po smaku powietrza poznawał, że zbliża się do swoich stron. Wreszcie dojrzał na horyzoncie zarys wysp zasłaniających Itakę od zachodu. Wola, która go trzymała u steru, opuściła go nagle, osłabł ze wzruszenia, nieodparte znużenie powaliło go snem kamiennym.

Tymczasem wśród załogi rozeszła się wieść, że w miechu Eola znajdują się wielkie skarby.

– Ten miech – mówiono – pewno wart więcej niż wszystko, co nasz pan wywiózł spod Troi. Uważaliście, jak go z oka nawet na chwilę nie spuszcza? Ani razu spać się nie położył!

– Ale teraz śpi. Zobaczymy przynajmniej, co tam jest!

Ledwo rozwiązali srebrny sznurek, srogie wichry wyrwały się z miecha i skręciwszy statki gwałtownym wirem, zagnały je z powrotem do Eolii.

Biedny Odyseusz przyszedł do zamku króla wiatrów, usiadł na progu. Eol zaniepokoił się.

– Co tu robisz? Jakież demony cię tu przygnały?

– Nie moja wina – odparł Odyseusz. – Głupota załogi nas zgubiła. Ratuj mnie, królu!

Ale Eol rozgniewał się.

– Precz stąd! Ściga cię zemsta bogów i zapewne słusznie. Nie chcę cię widzieć więcej.

Jakże smutny był ten wyjazd z Eolii! Najlżejszy powiew nie poruszał żagli, ludzie omdlewali przy wiosłach. Dopiero na siódmy dzień ujrzeli ląd. Pomiędzy dwie wysokie skały wciskało się morze wąską cieśniną. Tam wpłynęły okręty, lecz Odyseusz własny statek uwiązał na uboczu, przed wejściem do tej zdradliwej przystani.

Wspiąwszy się na skałę, ujrzeli dziką pustynię. Dwóch ludzi poszło na zwiady, czy nie znajdzie się gdzieś źródła lub jakiejś zwierzyny. Reszta wróciła na okręty. Nagle posłyszano z głębi lądu okrutny wrzask, lecz zanim kto zdążył ruszyć wiosłem, nadmorskie skały zaroiły się od wielkoludów.

Byli to Lestrygonowie, dziki szczep olbrzymów – ludożerców. Spostrzegłszy okręty uwięzione w ciasnej zatoczce, zasypali je gradem kamieni, z których każdy mógłby zniszczyć statek. W istocie, z jedenastu okrętów ani jeden nie ocalał. Lestrygonowie zaś wyławiali spośród pogruchotanych belek na wpół żywych ludzi, wbijali ich na tyki i zabierali, aby pożreć ich ciała. Odyseusz niezauważony poza skał zasłoną zdążył w porę odpłynąć.

Ocalonym nie stało serca, by cieszyć się, że żyją; zdawało im się, że ich otacza rój dusz umarłych towarzyszy. „Oto – myślał Odyseusz – zaczyna się spełniać klątwa Polifema. Z dwunastu statków został mi już tylko jeden, z tylu dzielnych, wypróbowanych towarzyszy tylko szczupła garstka!” Trwożył ich każdy ląd, choćby z daleka widziany na horyzoncie. Lecz niepodobna wyrzec się ziemi, mając za całe pożywienie szeroki przestwór świata i gwiazdy wiszące nad nim.

Zgłodniali przybyli wreszcie do nowych, nieznanych brzegów. Odyseusz sam wyszedł na ląd i udało mu się upolować wielkiego rogacza; ledwo go doniósł do okrętu.

– Towarzysze – rzekł. – Chociaż zły los nad nami, nie traćmy ducha. Każdy ma swój dzień zapisany. Ale póki mamy co jeść i co pić, bądźmy dobrej myśli.

Po doskonałej wieczerzy wyspali się na piaskach nadmorskich; żaden strach nie spłoszył im snu. Zbudził ich dzień promienny, lecz wśród tej niezmąconej pogody poczuli się jeszcze bardziej samotni. Dookoła panowała wzniosła cisza, nasycona szumem fal, które lekko i nieprzerwanie uderzały o brzeg, jakby odmierzając wieczność. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują i w którym kierunku szukać drogi do domu.

– Ze szczytu góry – odezwał się Odyseusz – widziałem wczoraj, że jest to wyspa, a wokoło równe morze. Za lasem dostrzegłem smugę dymu.

Wszystkich przeraziły te słowa. Z takim dymem w oddali przychodziło zawsze jakieś nieszczęście. Lecz Odyseusz rzekł:

– Towarzysze, nie wiem, co lepsze: zginąć na morzu w obłędnym tułactwie czy zdobyć się jeszcze raz na odwagę. Nie zawsze przecież spotyka się wielkoludów i ludożerców. Może tu mieszka ktoś, kto szanuje prawa boskie.

Podzielił drużynę na dwa oddziały: jeden miał zostać przy okręcie, drugi wyruszyć w głąb wyspy. Ciągnięto losy. Tych dwudziestu dwóch, którzy wyciągnęli los wyprawy, prowadził Euryloch, człowiek odważny i roztropny. Odyseusz dał im pełne uzbrojenie.

Zszedłszy z góry, znaleźli się w uroczej dolinie. Pośrodku stał zamek wysoki z ciosanego kamienia. Wszędzie kręciło się zdumiewające mnóstwo lwów i wilków, które jednak nie rzucały się na ludzi, lecz łasiły się jak oswojone psy. Z zamku dobiegał śpiew, piękny śpiew kobiecy. Niekiedy przycichał i wtedy słyszało się warkot tkackiego warsztatu.

– Chłopcy – rzekł jeden z drużyny – tu ktoś przy krosnach śpiewa, na pewno nie wielkolud. Zawołajmy, może się odezwie.

Na ich okrzyk ukazała się w drzwiach cud–dziewczyna, śliczna jak jutrzenka. Wszyscy weszli za nią do zamku; jeden tylko Euryloch pozostał na polu, nieufny.

Nimfa (bo trudno ją było uważać za zwykłą śmiertelniczkę) zaprosiła nieoczekiwanych gości do stołu, podała sery, miód, wino. Jedzą, piją, wesoło patrzą na piękną panią. A ona, śmiejąc się, każdego dotyka różdżką – i oto: ciało ich porasta szczeciną, głowa zamienia się w ryj, cała gromada ze świńskim kwikiem biegnie do chlewu.

Tak okrutnie bawiła się z ludźmi córka Słońca, czarodziejka Kirke. Do potraw mieszała zioła magiczne, które przemieniały człowieka w zwierzę. Wszystkie bydlęta wałęsające się pod zamkiem były kiedyś ludźmi, nieszczęsnymi wędrowcami, których na tej wyspie dosięgnął los haniebny.

Euryloch przybiegł do Odyseusza opowiedzieć, co się stało. Król natychmiast przypasał miecz, wziął łuk, kołczan ze strzałami i zostawiwszy Eurylocha przy okręcie, poszedł ratować towarzyszy. Byłby się i sam zgubił, gdyby nie pomoc boga Hermesa. Ten spotkał go w drodze do zamku, dał mu ziele czarodziejskie, które odczyniało wszystkie uroki, i taką przestrogę:

– Jeśli cię Kirke zechce tknąć różdżką, dobądź miecza i rzuć się na nią. Od razu stanie się łagodna i potulna.

Odyseusz wszedł do zamku i został przyjęty przez piękną panią z największą uprzejmością. „Na pokojach – wspominał jeszcze po latach – krzątały się cztery służebne, które służą w jej domu. Rodzą się zaś one z krynic, z gajów, ze świętych rzek, które płyną do morza. Z nich jedna trony okryła pięknymi purpurowymi kobiercami, podłożywszy spodem płótno, druga przed tronami ustawiła stoły srebrne i położyła na nich złote koszyki, trzecia w srebrnym kraterze zmieszała słodkie wino pachnące jak miód i rozstawiła złote kubki, czwarta przyniosła wody i rozpaliła mocny ogień pod wielkim trójnogiem, i grzała wodę, aż ta zaczęła syczeć w lśniącym spiżu. Inna służąca przyniosła wodę do rąk i z prześlicznego złotego dzbanka lała ją do srebrnej miednicy, a czcigodna klucznica ustawiła na rzeźbionym stole liczne dania, dumna ze swoich zapasów, i zapraszała, bym jadł”[2]. Kirke w milczeniu przypatrywała się, jak jadł i pił, i kiedy była pewna, że już jej zatrute potrawy musiały poskutkować, nachyliła się, aby go dotknąć różdżką. On jednak zerwał się z podniesionym mieczem. Kirke przelękła się ostrego żelaza, padła na kolana.

 

To był nie lada triumf widzieć u swych stóp boginkę proszącą o zmiłowanie! Odyseusz kazał jej uwolnić wszystkich towarzyszy; zamek napełnił się wesołą wrzawą, gdy ci biedacy wyszli z chlewów i odzyskali ludzką postać. Sprowadzono i resztę załogi okrętu. Bractwo łakomie rzuciło się do stołów, które już nikomu nie szkodziły. Jedli, pili, używali życia, o jakim się nie śniło tym nędzarzom, wysmaganym wiatrami, wysuszonym na słonej pustce morza.

Okrągły rok minął im na codziennym ucztowaniu, czas upływał niepostrzeżenie jak sen. W tym zbytku zapomnieli po prostu o ojczyźnie. Nareszcie jednak Odyseusz pożegnał gościnną czarodziejkę.

– Nie zatrzymuję was dłużej – rzekła Kirke – ale musicie stąd jechać w inną stronę, niż zamierzacie.

– Dokąd?

– Do państwa cieniów.

Odyseusz osłupiał. Czy był to nowy cios nieubłaganego losu? Czy jechać do krainy cieniów nie znaczy: wyjść z życia na zawsze?

Kirke go uspokoiła. Nie idzie bynajmniej o śmierć, lecz o dalszy bieg życia. Tułacz stojący pod klątwą bogów tak się zaplątał w nierozwikłane ścieżki świata, że tylko głos proroczy może go z nich wyprowadzić. Niech płynie więc do krainy cieniów, niech wywoła duszę wieszcza Tejrezjasza; ona mu powie najpewniej, co jeszcze ma spełnić, którędy iść, by odnaleźć zgubioną drogę życia.

[2] Wyjątki z Odysei w przekładzie J. Parandowskiego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?