Rozmaitości i powiastkiTekst

Autor:Jan Lam
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy się oddalili, stary borsuk zerwał się, zebrał ostatnie siły i biegł póty, póki nie wpadł w ręce stróżom porządku i bezpieczeństwa publicznego, pilnującym wstępu do jakiejś wsi galicyjskiej. Tu odbył drugą łaźnię, nie mniej gorącą od pierwszej, i zamknięty w karczmie, pokutował tam, póki go nie wybawił żandarm, który mu się wydał istnym aniołem, wysłanym z nieba i zaprowadził go do raju, czyli, do becyrku. Tam spisano z nim kilka protokołów, a nakoniec wręczono mu kartę pobytu, na mocy której mógł do pewnego czasu zostać w Galicji.

Widać, że go miano za indywiduum niezbyt szkodliwe.

Dostawszy się do pierwszego dworu w sąsiedztwie, znalazł tam przypadkiem synowicę swojego dawnego pana, pannę Henrykę Kotwicką, i z nią razem jechał właśnie przez Rogocin, gdyśmy się spotkali. Cel ich podróży był ten sam, co nasz — powiedziałem mu to i dodałem, że pan Łąkowski także jedzie z nami.

Stary borsuk skoczył jak oparzony na te słowa, i poleciał czemprędzej do swojej panny, prosząc mię poprzednio, żebym nie wspominał Plantagenetowi, że panna Kotwicka znajduje się w Rogocinie.

Gdy się oddalił stary borsuk, obejrzałem się za moimi towarzyszami podróży, których opuściłem był na chwilę. Józio nie złaził wcale z bryczki, bolała go głowa z przeziębienia i kaszlał przytem okropnie; widaćbyło że miał gorączkę, chociaż się do żadnej z tych rzeczy, tak zbytecznych w partyzanckiej wojnie, przyznać nie chciał. Lord Plantagenet przeciwnie, uskarżał się na gwałtowny ból w krzyżach, na kurcze w żołądku, na chrypkę, duszność i nudności; oprócz tego twierdził,, że mu mocno dokucza prawe ramię, gdzie według własnego biuletynu, miał otrzymać martwy postrzał przy sposobności owej ciężkiej walki, którą bujna wyobraźnia jego stoczyła pod Zabnikami z tak przeważną liczba Lonców, Czuchońców i innych Kałmuków.

Wśród ciągłego stękania i narzekania wypytywał się miszuresa, gdzie jest poczta, i już chciał się tam udać dla zamówienia koni, które go w nadzwyczaj pilnym interesie miały zawieźć do najbliższej stacji kolei żelaznej — gdy wtem zastąpił mu drogę wiarus panny Kotwickiej, i zaciskając historyczne swoje zęby, co mu tak dobrze posłużyły do wydobycia się z niewoli, przemówił jak mógł najspokojniej:

— A, proszę pana!

Eliptyczny ten frazes, przetłumaczony na język pedantów salonowych i książkowych, znaczył właściwie: Przepraszam najuprzejmiej że jestem tak śmiały prosić pana na ustęp, ale miałbym z nim kilka słów do pomówienia!

Stary borsuk zmieścił całą tę perorę w trzech wyrazach, co przemawia za twierdzeniem Russa, że prości ludzie są najlepszymi mowcami.

Lord Henry Plantagenet żachną! się jednak mocno na tę lakoniczną przemowę wiarusa, i ofuknął go piorunującem:

— Czego chcesz? coś za jeden?

Stary borsuk odparł spokojnie:

— Alboż to mię pan nie poznaje? Wszak niedawno widzieliśmy się w obozie majora Rębajły!

Szlachetny lord zmierzył pogardliwie siwą kapotę, baranią czapkę i jarmarkowe buty swego interlokutora, i odezwał się znudzonym głosem, wzruszając lekko ramionami:

— Albo ja wiem! trudnoż znowu pamiętać wszystkich „gimajnów!“

— Czy gimajnów, czy nie gimajnów! — hukną! wiarus podkręcając wąsa, zaś pogromca Kałmuków obejrzał się troskliwie, czy w danym razie będzie miał wolny odwrót, bo giest starego borsuka wydał mu się raczej wojennym, niż komisarskim.

Ten ostatni uspokoił się jednak szybko, i prawił dalej, z powolnym namysłem: — Przecież to my się znamy dawniej! Pan nie zapomniałeś pewnie Wawrzyńca Siedlaka, co był leśniczym u pana Kotwickiego, kiedy to pan tak często bywałeś w Zabrzezincach. Nawet później zdaje mi się, że widziałem pana w Warszawie, dokąd mię mój pan posłał był z listem do pana. Przyszedłem właśnie kiedy pan Władysław...

— Aha, aha, przypominam sobie! — zawołał nagle pan komisarz wojenny, chwytając starego w swoje lordowskie objęcia. — Kochany panie Siedlaku! jakże mi się miewasz?

— Przyszedłem właśnie, — ciągnął dalej nielitościwy borsuk wywijając się panu Henrykowi i zdejmując czapkę z uszanowaniem — przyszedłem właśnie kiedy pan Władysław Kotwicki podobnoś bardzo niegrzecznie się znalazł u pana dobrodzieja... O, stary, to zawadjaka, gorszy prawie niż jego córka! Pamiętam jak dziś, trzymał w ręku swoją wiśniową pałkę, a czerwony był jak ćwik! Pan dobrodziej za to....

— Ależ powiedz mi jak się masz kochany Wawrzku — przerwał na nowo lord Henry, i na nowo zaczął ściskać borsuka. — Masz podobnoś żonę, dzieci; co one robią?... Może się napijesz wódki... Słuchaj, a dużo zabiłeś Moskali?...

— Ba, gdybym ja umiał tak wywijać bronią jak stary pan Władysław; Kotwicki swoją wiśniową pałką! Pan dobrodziej musiałeś otrzymać bardzo wiele kontuzji?

— Pan Łąkowski — odezwałem się dla urozmaicenia dyalogu, otrzymał kontuzję w bitwie pod Żubnikami, od kuli moskiewskiej!

Stary borsuk otworzył niepospolicie gębę, usłyszawszy tę nowinę, lecz pan komisarz wojenny nie pozwolił mu się długo nad nią zastanawiać, i chwyciwszy nas obu za ręce, ciągnął do szynkowni, zagadując czemprędzej:

— Ej, co tam o tem mówić! Chodźcie lepiej, napijemy się wódki, bo tu zimno w sieniach.

Wódka jest płynem radykalnego zapomnienia. Ileż to ludzi w jej letejskich głębiach zanurza codziennie swoje frasunki, kłopoty małżeńskie, zgryzoty sumienia i finansowe negocjacje z handełesami! Od korespondenta politycznego dziennika, trapionego myślą o zapóźnionym artykule, do którego bieżąca historja żadnego nowego nie dostarczyła materjału, aż do liana kilkudziesięciumiljonowej hordy, którego podwładni murzowie nie dość szczęśliwie wytępiają buntownicze plemiona, wszystko szuka w kieliszku to, czego Manfred napróżno żądał od duchów! Z tą różnicą, że jedni piją anyżówkę, a drudzy kumis lub rum. Nie pojmuję, dlaczego Byron nie zaproponował swemu bohaterowi englisch bitter, kiedy ten tak żałośnie wołał: Forgetfulness! Zapomnienia! Pan Łąkowski pod tym względem był daleko jenialniejszym od hardego barda Albionu, i chcąc nam narzucić zapomnienie, Któregośmy bynajmniej nie pragnęli, raczył nas na gwałt kontuszówką. Nigdy jeszcze nie widziałem go tak uprzejmym, jak naówczas.

Wszystkie wysilenia szlachetnego lorda były atoli daremne. Ani Siedlak, ani ja nie daliśmy się namówić do „sznapsa“, jednakowoż borsuk przestał sekować znakomitego komisarza ową fatalną wiśniową pałką, prosząc go za to, żebyśmy weszli do zajętej przez niego stancji, bo ma nam coś nadzwyczaj ważnego powiedzieć i pokazać.

Wielki Plantagenet ani się spodziewał, co go tam czekało, i nastroiwszy fizjonomję do najwyższego szczebla ministerjalnej powagi, wkroczył przez nizkie drzwi a nader wysoki próg do malutkiej izdebki żydowskiej, która służyła za pokój dla honoracjorów, odwiedzających „dom pański i trakther“ w Rogocinie. Za nim wszedłem ja, a na końcu barczysty i wąsaty nasz stary borsuk. Nim jeszcze zdołałem zobaczyć wnętrze izby, komisarz wojenny cofnął się tak nagle, że gdybym miał nagniotki, byłby mi je nielitościwie podeptał.

Wsteczny ten ruch miał nas wszystkich trzech wyprowadzić nazad do sieni, ale borsuk oparł mu się stanowczo i wpchnął nas do izby tak energicznie, że lord Plantagenet znalazł się niespodzianie przyparty nosem do przeciwległej ściany, ja zaś długo musiałem szukać równowagi na środku izdebki, bo działanie tych dwóch sprzecznych sił nadało mi zupełnie inny kierunek w nogach, a inny w górnej części ciała.

Jednocześnie odezwało się chichotanie kobiece w jednym kąciku tego zaimprowizowanego salonu. Obejrzawszy się, ujrzałem pannę Henrykę i jeszcze jakąś panię, siedzące na ważkiej kanapce obitej cycem, to jest na najwykwintniejszym meblu z całego „pańskiego domu“.

Mimo komicznej introdukcji naszej, wszystko przybrało natychmiast nastrój nadzwyczaj poważny, skorośmy odzyskali nasze centra gravitationis, a Siedlak zamknął drzwi na zaszczepkę, bo klucza nie było, i stanął przy nich jakby na straży. Lord Henry był bardzo niespokojny, i szukał słów, żeby wyrazić swoje zdziwienie i oburzenie z powodu fizycznego przymusu, którego właśnie doznał.

Ciekawy byłem, jak się to wszystko skończy, a właściwie, jak się zacznie, bo widocznie do końca jeszcze było daleko, skoro dopiero drzwi zamykano. Najrozmaitsze domysły snuły mi się po głowie, między innemi oglądałem się czy nie ma gdzie jakiej wiśniowej pałki, bo nietykalność osoby ostatniego z Plantagenetów, zdawała mi się mocno zagrożoną. Zdaje się, że on także coś podobnego przeczuwał, bo przypierał plecy jak najszczelniej do ściany.

Zamiast wszelkiej doraźnej egzekucji, nastąpiła atoli uroczysta cisza, którą przerwała najprzód panna Kotwicka.

— Panie Łąkowski — rzekła umiarkowanym ale stanowczym głosem — naczelnik wojenny województwa ......skiego polecił mi, widzieć pana, a nie mogąc odmówić posłuszeństwa rozkazowi, do którego wykonania nikt inny na prędce się nie znalazł, zmuszoną byłam przyjąć tę niemiłą misję — niemiłą, bo jeślibym pana chciała gdzie widzieć, to chyba w moskiewskich szeregach, żebym mogła pomścić razem ojczyznę, ojca i siebie na niegodziwym człowieku....

A niech cię kaci...! — pomyślałem sobie — jak się dziewczyna rozsierdzi, gotowa go zastrzelić, jak tego Moskala, co zabił naszego dzielnego majora! Z kobietami, jak widać, nie lepsza sprawa w wojnie jak w pokoju.

Tą razą jednak panna Henryka nie zgładziła jeszcze ze świata swego byłego konkurenta; lecz mówiła dalej:

— Jenerał rozkazuje panu, żebyś mu doniósł, co się stało z pieniędzmi, które panu wręczono dla oddziała majora Rębajły; a to z powodu, że dotychczas nikt nie wie, gdzie się podziały.

Wielki Plantagenet zmarszczył się na to pytanie i jął utrzymywać, że nikomu nie potrzebuje zdawać rachunków, prócz tego co mu powierzył pieniądze; pokazaniu jednak pisemnego pełnomocnictwa, w które była zaopatrzona panna Henryka, zmiękł znacznie i tłumaczył się, że oddane mu dziesięć tysięcy rubli wręczył Niemirze, temu samemu młodemu człowiekowi, po którego mię chciał wyprawić do Warszawy, żeby się mnie pozbyć z Kalnowa.

 

— W takim razie musiałeś pan otrzymać kwit, a tego właśnie żąda jenerał — odparła panna Henryka.

— Kwit... — odrzekł milord nieco zakłopotany — ja kwitu z sobą nosić nie mogłem, to jest rzecz — nadzwyczaj kompromitująca...

Pozwoliłem sobie zrobić mu uwagę, że daleko więcej kompromitującą rzeczą było rąbać i strzelać sałdatów jego carskawo weliczestwa, jak to według własnego zeznania miał uczynić pod Żabnikami.

Panna Henryka uśmiechnęła się gorzko na te słowa, a stary borsuk wybuchł tak serdecznym śmiechem, że aż dostał czkawki.

Lord Henry nie dał się jednak i tem zdekoncertować, ale odciął się w najlepsze:

— Bijąc się z wrogiem, narażamy tylko własne życie, ale papiery mogą także kogo innego skompromitować. Z tej przyczyny, jeżdżąc sam jeden i bojąc się wpaść w ręce Moskali, nie chciałem nosić z sobą kwitu, i dałem go do schowania pana X. obywatelowi z Królestwa, u którego jenerał może go każdego czasu odebrać.

Była to szczera prawda, jak się później pokazało; całe nawet tłómaczenie się szlachetnego lorda, miało wiele słuszności za sobą. — Bezstronność nakazuje mi to przyznać, a muszę sobie oddać tę sprawiedliwość, że jestem bezstronnym jak najcnotliwszy Rzymianin z czasu złotego wieku cnoty rzymskiej, który się skończył na wiele lat przed wynalezieniem świeckiej władzy papieżów. Jednakowoż — niestety — nie zawsze się jest aniołem, a gdyby Cherubiny tak nienawidziły pana Henryka jak ja, byłyby go znalazły winnym defraudacji, tem bardziej ułomny człowiek i nieułomna wprawdzie i piękna jak anioł, ale zawzięta jak sto djabłów kobieta.

Prawie jednocześnie, jeżeli się nie mylę co do daty, powstała nam myśl, że pan Łąkowski nie mogąc do połatania swojej fortuny znaleźć stosownego posagu, nadużył funduszów narodowych.

Mamże być szczerym aż do bezczelności, jak jaka; francuska autorka miłosnych pamiętników, czy też upiększyć się i pozować jak nasz gadatliwy nieprzyjaciel, pan de Lamartine? Zdaje mi się, że otwartość, byle bez czynizmu, zjedna mi więcej przyjaciół, niż szarlatańskie przechwalstwo — wyznam tedy, że podejrzenie to cieszyło mię trochę. Złapałem pana Henryka kilka razy na kłamstwie, posądzałem go nie bez przyczyny o tchórzostwo, teraz znalazła się nowa plama na tem słońcu kalnowskiem, obok którego biednemu człowiekowi nie wolno nawet było być księżycem. Zacierałem więc ręce, w duchu, po tem odkryciu, bo jak powiadam, nie cierpiałem pana Henryka, choć mi właściwie osobiście nie złego nie zrobił. Nie rozumiem teraz, co mi to szkodzie mogło, że się podobał pannie Wandzie, że chciał w jej oczach uchodzić za bohatera, że w tak niekorzystnem świetle przedstawił nas wszystkich, którzyśmy się bili, podczas gdy on wygodnie jechał sobie do Galicji, i że mię za to panna Wanda po dawnej znajomości, nieraz uczciwie wyłajała, chociaż się jak najusilniej starałem uniewinnić z niesłusznego zarzutu. Koniec końców — byłem pewny, że lord Plantagenet przywłaszczył sobie owe dziesięć tysięcy rubli, a pewność ta sprawiała mi zarazem uciechę i oburzenie. Panna Henryka i stary borsuk podzielali podobnoś w zupełności moje uczucia, jak to się ze skutków okazało.

— Mój panie — odezwała się panna Kotwicka — twierdzenie pańskie nie może być rękojmią, że kwit, o którym pan mówisz, istnieje w rzeczywistości. Kto się — jak często mija z prawdą....

— Kto tak bezczelnie kłamie — poprawił zaperzony Siedlak, nieposiadając się ze złości.

Z nas wszystkich, on jeden podobnoś widział w tem wszystkiem najjawniej to, co nas najbardziej powinno było obchodzić, to jest, prawdopodobieństwo znacznej materjalnej straty dla ogółu.

— Kto woli kijem dostać, niż narazić się na jedne kulę, a chwali się że tysiącom czoło stawiał.... — dodałem z mojej strony, ośmielony ogólną tą manifestacją uczuć.

Trzy te urwane frazesy jakby trzy pioruny spadły niespodzianie na pana Henryka, tak, że nieborak stracił zupełnie jedyny rodzaj odwagi, którym się mógł poszczycić, a który był całkiem cywilnej natury. Spojrzał, a raczej próbował nam spojrzeć w oczy, i spotkał się z spojrzeniami, które go jeszcze mocniej do ściany przyśrubowały. Zmięszany, zastraszony, stał tam przed panną Henryką jak delikwent, schwytany na gorącym uczynku, i tą postawą swoją utwierdził nas nie mało w niesłusznem naszem posądzeniu.

— Stosownie do rozkazu jenerała — rzekła dalej panna Henryka — odstawię pana więc do jego obozu, gdzie się pan wytłumaczysz, jak będziesz mógł.

— Co, do obozu? — jęknął pan Henryk. — Czyż państwo macie rozum! A cóż bym ja tam w obozie robił? Ja jestem słaby — mam nieznośny ból w boku, i już czuję, że dostanę zapalenia płuc. Przytem ja mam interes do Siekierowa, gdzie zostawiłem konie, bryczkę i furmana. Ja teraz na żaden sposób nie mogę jechać — do obozu; ja tam nie pojadę!

— Pojedziesz pan! — krzyknęła panna Henryka, tupiąc nóżką, a jednocześnie siągnęła ręką do torbeczki podróżnej, która koło niej leżała.

— Ale nie, nie, nie pojadę! — wołał lord Henry na pół jeszcze w strachu, a na pół już w rozpaczy. — J a nie chcę teraz jechać do obozu! Wtem z torbeczki podróżnej ukazał się instrument żelazny, nader rzadki w torbeczkach tego rodzaju. Był to bardzo piękny rewolwer, prawdziwe cacko, tylko nie dla panien.

Na ten widok, milord odsunął — może zresztą przypadkiem — komodę, na której stały porcelany pani Sury — ale wnet, jakby sobie pomyślał, że ten schowek nie będzie dość bezpiecznym, rzucił się do drzwi. Tam atoli spotkał się z Siedlakiem, który się nie mógł wstrzymać od przywitania go moskiewskiem:

O, ne ujdjosz! ptaszku!

Milord był w rozpaczliwem położeniu, i w tej uroczystej chwili zdobył się na frazes arcydyplomatyczny.

— Nie zapominajcie państwo, że jesteśmy na obcem terytorjum. Gwałt na mojej osobie, mógłby was tu drogo kosztować!

— O, nie ujdziesz nam pan nawet pod inwokacją pana Szmerlinga! — zawołała panna Henryka. — Z tego terytorjum, które pan nazywasz obcem, mamy tylko dwie mile do granicy, konie nasze są doskonałe, a sześć strzałów wystarczą mi zupełnie!

Cóż mi więcej zostaje do powiedzenia? Oto zapisuję tu na wieczną rzeczy pamiątkę, że w powiatowem mieście Rogocinie, w królestwie Galicji i Lodomerji, o godzinie pierwszej po południu, a zatem w biały dzień popełniono zbrodnię naruszenia spokojności publicznej, a oraz gwałtu publicznego na osobie pana Henryka Ł abowskiego, obywatela z Królestwa Polskiego, przebywającego tu za legalnym paszportem, wydanym przez władze ces. rosyjskie, a to w następujący sposób: wsadzono pomienionego pana przemocą na bryczkę, a obok niego siadło dwóch mężczyzn, którzy zaciąwszy konie, uwieźli go ku granicy. Tuż za nimi ruszyła druga bryczka, wioząca dwie panie i chorego młodzieńca w okularach.

Biedny lord wyglądał jak niewinna ofiara, prowadzona na zarznięcie, nie bronił się, nie ruszał się nawet i nie mówił ani słowa, tylko stękał od czasu do czasu.

Józio był w takiej gorączce, że nawet nie uważał, iż towarzystwo jego zmieniło się w sposób bardzo przyjemny — i nie wiedział nic o rozmaitych despektach, które spotkały jego przyszłego szwagra. Za trzy godziny byliśmy w obozie jenerała***.

III.

Szczęściem dla szlachetnego lorda, obywatel, któremu powierzył ów kwit nieszczęśliwy, dał się z łatwością odszukać; inaczej sprawa jego mogła była wziąć obrót bardzo fatalny. Wszyscy byli jak najgorzej usposobieni dla niego; wiedziano, że nie chciał stanąć na czele swoich włościan, kiedy chwyciwszy za kosy, wzywali go, żeby ich prowadził. Wyjechał z domu, udając że coś organizuje, starając się koniecznie o jakąś funkcją, dającą znaczenie, a nienarażającą bezpieczeństwa osobistego — w końcu opuścił kraj, i udał się w strony, gdzie czynności tego rodzaju więcej popłacają. Najlepiej byłby zrobił, udając się do Chin, bo powiadają, że gdy raz Chińczycy chcieli przyjść w pomoc swoim braciom, ujarzmionym przez. Mongołów, wzięli się wszyscy do organizowania, i w tym celu powstało w Pekinie dziewięć komitetów, a w Nankinie jedenaście. Jeden składał się z mandarynów o pięciu piórach pawich, dragi z mniejszych mandarynów, trzeci z fabrykantów czernidła drukarskiego i t. d. W końcu pokazało się, że na stosiedmdziesiąt siedm organizatorów, był jeden zorganizowany i uzbrojony kompletnie pomocnik, którego zaopatrzono w buty, pieniądze, nóż i rusznicę. Szkoda tylko, że kule które mu dano, były za wielkie, i że z tego powodu musiał strzelać ślepemi nabojami. Szczęściem, mieszkańcy Korei mniej byli zorganizowani i wypędzili sami Mongołów, bo Chiny byłyby do dziś dnia jeszcze w ich niewoli.

Nie dosyć było jednak dla naszego bohatera, że wyszedł z honorem z trudnej sytuacji, w którejśmy go niespodziewanie postawili — trzeba było koniecznie zostać w obozie, bo do oddalenia się już nawet jego jeniusz nie mógł znaleźć dostatecznego pozoru. Biedny lord namyśla! się głęboko, jaki rodzaj zatrudnienia będzie dla niego najbezpieczniejszym; — zdawało mu się z początku, że lepiej być na koniu, bo jużci cztery nogi prędzej noszą niż dwie — wkrótce atoli dowiedział się, że konnica uważaną bywa do pikiet, podjazdów i tym podobnych ćwiczeń nader ryzykownych. Piechota znowu idzie w tyraliery — a tam strzelają do ludzi jakby do celu, co się także nie zgadzało usposobieniem milorda. Nareszcie po gruntownem rozważeniu skłonności i zdolności swoich, przypomniał sobie, że niegdyś celował w powożeniu faetonem — prosił więc jenerała, żeby go przeznaczył do furgonów.

Był to pierwszy w dziejach wypadek, żeby Plantagenet służył za smarowoza.

Przy tej sposobności muszę zwrócić uwagę P. T. ulicy na pożyteczność niektórych ćwiczeń salonowo-furmańskich, z których się zwykła naśmiewać. Panicze, wożący na spacer swoich stangretów, zbyt często stają się przedmiotem złośliwych konceptów brukowych i kronikarskich — a opinja kładzie ich pospolicie w rzędzie istot, tak mało potrzebnych na tym bożym świecie, jak muchy, pchły i komary. Tymczasem tak nie jest, najlepszy dowód mamy w panu Łąkowskim. Zawsze w razie pospolitego ruszenia, ulica dostarczyłaby piechoty, prowincja jazdy, a faetony zaprzęgów dla artylerji i trenu, wraz z doskonałymi a nawet dystygwowanymi woźnicami. Tak to każda rzecz ma swoję stronę pożyteczną, i widzimy jasno, że Pan Bóg niczego daremnie nie stworzył, nawet kasyna obywatelskiego.

Lord Henry, znalazłszy się mimowolnie między powstańcami, znosił swoje nieszczęścia z wzorową rezygnacją; przez całe sześć godzin, które wytrwał w kampanji, spał bowiem na wozie zawierającym furaż dla kawalerji jenerała ***. Oddział, w którymeśmy się znajdowali, stoczył był właśnie bardzo pomyślną potyczkę — a straciwszy w niej kilku zabitych, zajmowano się właśnie kopaniem grobu dla nich. Okoliczność ta wpłynęła przeważnie na dalsze losy mego bohatera, i dla tego tu o niej wspominam.

Po kilku godzinach naszego pobytu w obozie, zostaliśmy niespodzianie znowu zaatakowani przez nieprzyjaciela. Nie będę opisywał potyczki, którąśmy wskutek tego stoczyli, bo w oddziale jenerała *** znajdowało się sześciu ochotników z Galicji, którzy dostarczyli dwanaście bardzo szczegółowych opisów owej walki, trzynasty byłby więc całkiem zbytecznym. Zajmę się odtąd wyłącznie losami lorda Plantageneta, zasługującemi na to, żeby pamięć ich przeszła do potomności.

Zbudzony hukiem wystrzałów i trzaskiem gałęzi, łamiących się od gradu kul i spadających mu na głowę, dzielny komisarz wojenny podniósł skołataną tyła wypadkami głowę, i usłyszał głośne wołanie: Zaprządz „wozy! W poczuciu przyjętego na się obowiązku, skoczył n a ziemię, i przecierając oczy, począł szukać za końmi, przeznaczonemi do tego użytku. Tymczasem strzały nie ustawały, i owszem, padały coraz gęściej, niektóre kule już tylko o parę łokci przenosiły głowę jego lordowskiej mości, a na domiar tego wszystkiego, z jednej strony lasu dał się słyszeć kwik i pisk szkaradny, zwiastujący szarzę kawalerji moskiewskiej. Położenie mojego bohatera było trudne, ale trzeba mu przyznać, że się zeń wydobył z prawdziwie napoleońską przytomnością umysłu. Rzuciwszy bowiem oczyma wkoło, zobaczył ów dół, wykopany dla zabitych, i nie tracąc czasu, zajął w nim stanowisko wyczekujące i tem warowniejsze, iż jakiś oddział kosynierów poskoczywszy naprzeciw zbliżającym się dragonom, przestraszył ich tak gwałtownie, że się już więcej tego dnia nie pokazali.

Wielka szkoda, że panna Zamirska nie mogła widzieć, jak bezpiecznie i zaciszno kochanek jej przepędził czas bitwy: byłaby się przestała trapić myślą o ciosach i strzałach, które go trafić mogły.

 

Po dwugodzinnym boju, nieprzyjaciel począł pierzchać — a cały nasz oddział ruszył za nim. Zaprzęgnięto wozy, żeby nie uległy jakiemu napadowi, i kazano im postępować zwolna za kolumnami piechoty. Milord tego wszystkiego nie widział i nie słyszał, bo nakrył się był z głową swojemi niedźwiedziami, a nadto ściągnął jeszcze kilka okłotów słomy za sobą do grobu. To długim czasie dopiero ośmielił się rozkryć, a nie słysząc żadnego ruchu około siebie, prócz krakania wron i kruków po lesie, wniósł ztąd bardzo logicznie, że albo obydwa nieprzyjazne zastępy wyginęły co do nogi, albo musiały się oddalić. Po niejakim namyśle zdecydował się nareszcie opuścić swoję strategiczną pozycję, i wygramolił się na górę, rozmyślając co dalej uczynić, a właściwie jak uczynić, bo co do głównego punktu, zamiar jego był powzięty w chwili gdy się przekonał, że Moskale rzeczywiście strzelają stożkowemi kulami. Postanowił on nie narażać się więcej na takie poty, ja kich doznał na swojem głęboko obmyślanem i głęboko obranem stanowisku, nie wiedział tylko, jakim sposobem dostać się do granicy, dokąd było blisko półtora mili. Trudno było iść tak daleko piechotą, w niedźwiedziej delii i w ciężkich berlaczach; zresztą Moskale a nawet swoi mogli go byli spotkać i zawrócić, a to bynajmniej nie zgadzało się z jego przekonaniem. W lesistej okolicy, w której się znajdował, wsie leżą daleko jedna od drugiej — słowem, lord Plantagenet mimo świeżo odniesionego zwycięztwa, był w wielkim ambarasie co do planu dalszej kampanii. Wtem dało się słyszeć opodal stąpanie konia. Z początku lord Henry przeraził się mocno i przycupnął za najbliższym krzakiem, lecz wkrótce spostrzegł, że to był koń kozacki, którego pan leżał zabity pod drzewem, i który spostrzegłszy słomę, co do niedawna okrywała wielkiego Plantageneta, zbliżał się do niej z widocznym apetytem.

Lord Henry chwycił — jak mówią Francuzi — oburącz swoję odwagę, wraz z garścią słomy, i zwabiwszy tą ostatnią czworonożnego syna Donu, porwał go za uzdę. Podszedłszy potem do nieżywego kozaka, wziął jego nahajkę, wskoczył na siodło, gwizdnął, i o padającym zmroku ruszył pędem ku granicy galicyjskiej.

Kto czytał Marję Malczewskiego, ten wie, ile jest poezji w takiem karkołomnem cwałowaniu po nocy. Lada chwila można się zaczepić o gałęź, albo też wskutek utknięcia szkapy wylecieć z siodła i uderzyć nosem 0 jaką kłodę. Przytem wiatr gwiżdże i roztwiera z przodu suknie, któremi się trudno całkiem dokładnie obtulić, a ciągłe podpędzanie rumaka piętami i nahajką, wprawia ciało w ruchy niezmiernie fantastyczne, słowem, że

„koń, step, jeździec, ciemność — jedna dzika dusza!“

Wszystko to w wierszach i w rzeczywistości sprawia efekt przecudny, romantyczny. Żałuję mocno, że jaki malarz nie widział mego lordowskiego Farysa, kiedy wsadziwszy berlacze w krótkie strzemiona kozackie, z szalem i futrem rozwianem przez wiatry, w siwej bałagułce na głowie i wywijając nahajką, przesadzał kopiec graniczny, dzielący burzliwą Kongresówkę od lojalnej i błogosławionej ziemi galicyjskiej, i kiedy oddychając całemi piersiami tutejszem konstytucyjnem powietrzem, rzucał po za siebie wzrok wstrętu w te lasy, rąbane kartaczami, pełne krwi i trupów niepogrzebanych, rozlegające się echem jęków skonania i dziką wrzawą walk, niemających przykładu w dziejach cywilizowanego 1 barbarzyńskiego świata. Raz jeszcze mróz przeszedł po grzbiecie Jego Wysokości, a potem pochylił się na szyję bieguna, i przedrzeźniając jego dawnego pana, krzyknął sobie na ochotę:

Ho, Łowi-i! łowi-i!

Koń snać zrozumiał to wezwanie, i zbierając raźno kopytami, dmuchnął jak strzała, tonąc z wraz z jeźdźcem w egipskiej ciemności, rozpostartej nad Galicją, Lodomerją, Oświecimem i Zatorem.

W jednem z miast tego pięknego kraju wznosi siępośród rynku stara, kiikopiątrowa kamienica. W jej murach, na pierwszem piętrze, znajduje się kilka pokoi napełnionych biurkami, stołami, fotelami i krzesłami. Tu dziennikarze galicyjscy zwykli codziennie przyrządzać artykuły do „Kurjera“, tu zwykli co miesiąc jak najpunktualniej zgłaszać się po remuneracje za swoje trudy i zasługi; ztąd c. k. władze i sądy zwykły od czasu do czasu zabierać ich do siebie w celu rozmaitych przesłuchań i przesiedzeń — słowem, tu znajduje się bióro redakcji „Kurjera“.

Na ciemnych schodach, wiodących do tego przybytku, stał w dwa dni po opisanym powyżej wypadku, jakiś bardzo dobrze ubrany mężczyzna, trzymając w ręku papier, który przeglądał z wielką uwagą, prowadząc po nim ołówkiem.

Mężczyzna ten był cokolwiek łysy, i posiadał piękne faworyty, po których łaskawy czytelnik pozna od razu pana Henryka żakowskiego, zwanego Lordem Henrykiem Plantagenetem, ilekroć miała być mowa o jego cnotach rycerskich.

Szlachetny lord zamyślił się głęboko, i oparł ołówek o koniec nosa; snać w tej postawie lepiej mu było medytować.

W końcu ocknął się i mruknął:

— Tak, adjutantem! Ja byłem adjutantem, inaczej być nie może. Adjutant — kto tam wie co to za ranga, a zawsze to jest ktoś, co ciągle jest przy sztabie, koło dowódzcy, a nawet w razie potrzeby musi go pewnie zastępować. Nie inaczej, ja byłem adjutantem!

I nakreśliwszy coś jeszcze na papierze, który miał w ręku, wylazł na resztę schodów, i wszedł do redakcji Kurjera.

Poważny jegomość w okularach, nadzwyczaj ugrzeczniony, przyjął go ukłonem i prosił siadać. Reszta indywiduów, znajdujących się w pokoju, nie ruszyła się od stolików, i wśród ogólnej ciszy słychać było tylko skrzypienie piór po papierze. Widocznie redagowano tu jakieś bardzo poważne pismo. Jedni współpracownicy zanurzeni byli w foliantach encyklopedji, stojącej na biurku, drudzy piłowali i przyprawiali korespondencje przysłane z kraju i z zagranicy, lub układali takowe przy pomocy dzienników zamiejscowych. Inni wybierali z tych ostatnich najważniejsze doniesienia, które mogły służyć do ułożenia pikujących telegramów, a jeszcze inni przysmarzali nowinki brukowe dla mniej inteligentnej publiki. Jeden tylko, najsłuszniejszy ze wszystkich, nie robił nic, i ten przyjmował naszego bohatera; zaraz też lord Plantagenet p oznał, że to musi być „naczelny i odpowiedzialny redaktor i wydawca Kurjera.“

— Mój panie — rzekł do niego dawnym swoim arystokratycznym tonem, rozpierając się na sofie — jestem wysłany zagranice kraju przez jenerała ***, w nader ważnym interesie. Bawiąc w tem mieście u mego kuzyna, księcia Y, przeglądałem pański dziennik i spostrzegłem, że brakuje w nim kilku szczegółów nader ważnych z ostatniej bitwy. Kazałem memu sekretarzowi, żeby je ułożył, i przynoszę mu oto tę korespondeneyjkę.

Po słowach: „mego kuzyna księcia Y“ odpowiedzialny i naczelny redaktor i wydawca Kurjera zsunął się z uszanowaniem na brzeg swego krzesła, zaś po wyrazach: „kazałem memu sekretarzowi11 powstał i nie siadając więcej, z głębokim ukłonem odebrał podane mu pismo, któreśmy już widzieli na schodach.

— Niezmiernie jestem obowiązany panu dobrodziejowi! Tak nam trudno o wiadomości, zasługujące na wiarę!

— To prawda — odrzekł milord, zapalając cygaro — piszą wam czasem wierutne brednie. W tej ostatniej bitwie naprzykład powiadają, że kosynier zabił atamana kozackiego, podczas gdy ja sam wypaliłem mu w łep z rewolwera i wziąłem mu konia, na którym tu do Galicji przyjechałem, bo mi mojego granat z pod nóg zabrał.

— Pan dobrodziej raczyłeś... — zaczął odpowiedzialny i naczelny redaktor i wydawca, przejęty wielkością swego gościa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?