Święty i błazen. Jego droga do świętościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jan Grzegorczyk

Święty i błazen. Jego droga do świętości


ISBN 978-83-8116-114-5


Copyright © Jan Grzegorczyk, 2017

All rights reserved Opracowanie graficzne okładki Agnieszka Herman Zdjęcie na okładce Wojciech Borna Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Redakcja Magdalena Gauer, Paulina Jeske-Choińska Zdjęcia pochodzą z archiwum ojca Jana W. Góry OP oraz Wspólnoty LEDNICA 2000. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o. ul. Kościuszki 99, 61-716 Poznań tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82 sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp do nowego wydania

Wstęp

Część I

Stryjowstąpienie

Śmiertelny wstyd

Pośmiewisko i kłosy zboża

Nocny szloch

Ostatni i jedyny

Raj odzyskany

Troska o prawdę

Pocałunek żebrzącego o niebo

Czy Bóg wysłuchał Górę?

Pijany inaczej

według ojca Jana Spieża

Powołanie z oszczędności

Zakon

Marcin Babraj i „Tygodnik Powszechny”

Kompleks przezwyciężony

Panika

według ojca Andrzeja Chlewickiego

Czerwone skarpetki

Na salonach

Diabelskie rekolekcje

Zesłanie — moja miłość — Poznań

Siedemnastki

według ojca Mirka Nowaka

Monika, szerzej nogi

Kamień śpiewający

według Januarego Gołaskiego

Dziesięć razy zyskuje

Światło w ciemności

Pielgrzym

według ojca Tomasza Dostatniego

Matura

Wieczne spóźnienie

W opozycji do diabła

według Andrzeja Mikosza

Duma i zaufanie

Hermanice, czyli jak zaczynaliśmy od wychodka

według ojca Andrzeja Chlewickiego

Na bezpiecznej pozycji

według ojca Mirka Nowaka

Kombatanci

Nowe życie, czyli Częstochowa 1991

według ojca Mirka Nowaka

A dominikanie niech poczekają

według ojca Tomasza Alexiewicza

Pomysły

według Piotra „Żarówy” Ziemowskiego

Petarda

Koniec tułaczki

według Marii Szaniawskiej-Thiel

Pomógł mi odzyskać siebie

Kłopot dla gminy i zakonu

według Natalii Chromińskiej

Cena pokochania

Najsprawniejszy żebrak dominikański

Czy mógłbym się z panem zaprzyjaźnić?

Ty Żydzie, kto cię uczył?

Słabość do nawróconych kobiet

według Heleny z Monte Carlo

Rekolekcje o termosiei dziurawej skarpecie

Sprytny szaleniec

Papieskie liry

według Zbyszka Brzozowskiego

Wdzięczność, która nie umarła

Kostek, czyli szanujmy bakterie

Część II

Przełóż Gutenberga na wizję

Pełnia

Zazdrość i Duch Święty

ICHTIS to znaczy ryba

Wygrać wyścig z czasem

Powrót do zabobonu

 

Droga światła

Meldunek

według Reginy Hojny

Znaleziona na śmietniku

Pyszałek i uzurpator

według Kazka Hojny

To nie ja jestem wodzirejem

Ryba połknęła haczyk

Jesteście solą ziemi

Wy jesteście światłością świata

Woń Chrystusowa

Głód symboli

według ojca Tomasza Alexiewicza

Nigdy nie zrobiłbym tego świństwa swoim wnukom

Jak urodził się Papież ojca Jana

Godzina zero

według ojca Jana Spieża

Przewietrzcie ten zakon

Pierwszy raz

Zapowiedź

Kraj szaty

Zastępca Chrystusa w roli Mahometa

Czy istnieje życie bez pokusy

Rzeczywistość pełniejsza

Przemiana w gadułę

Telebim oknem na Watykan

Namolny

według Olka Rozenfelda

Nieszczęście nad nieszczęściami

Wskrzesiciel

Wielki czy miłosierny?

Przekroczyć siebie

według Wojtka Borny

Wolę dźwigać wory z pyrami

Gdybym mógł zapamiętać jedno zdarzenie

Napięcie i drżenie

Święty Marecki

Profesor od kadzidła

Watykan na Lednicy

według Marcina Pokusy

Kuszący ze skrzypkami

Bez poglądów politycznych

według Piotra „Żarówy” Ziemowskiego

Nigdy z królami

Nie jestem śledczym

Przypowieść o pszenicy i kąkolu

Nie modlę się do Lutra

Dwa gatunki niewierzących

Fałszywa pokora

Hebluj, synku, hebluj...

Kopia mistrza

Dłoń

Święci „Dziewięćdziesiąt plus”

O czterech takich, którzy się nie lękali

Miłosierdziowy przekładaniec

Nasza naiwność

Ostatnie spotkanie

Świat bez Jana Pawła

Część III

Tak niewiele brakowało do świętości

Przesunięcie

Skazany z przeciwnych paragrafów

Wycug — rozmowa sprzed paru miesięcy

Czas leczy

Sztuka wierności

według ojca Andrzeja Chlewickiego

Cena cudów

Ogołocenie

Świętych obcowanie

Msza o uzdrowienie brata

według Pauli Olearnik

...jak pierwsze kochanie

Benedykt wstrząsa światem

według Agnieszki „Pajonka” Chrostowskiej

Z kawałkiem chleba i kiełbasy

Młody staruszek

Oswoić świętość albo księga przemian

Bolszewicy idą na Warszawę

Przed najmniejszym dzieciątkiem

Kim jestem, Panie?

Spowiedź

Konie trojańskie

według Agaty Mazurek

Ty, mała, zaczekaj

Uzależniony

Bo nie nadążają

według ojca Pawła Kozackiego

Fascynacja i żal

Jeden taki musi być

Pokusa

Radość doskonała

Marzenie

Posłowie

Amen

Czas odpocząć

Listy gończe

Bo nie robicie dyskoteki

Przynęty na „Pajonka”

Wielki poniedziałek

Ostatnie zdjęcie

Kaszel

Muszę wyjść na chwilę...

Czekanie na sygnał

Śniadanie

Noc i gwiazdy

Wigilia i pogrzeb

Czy śmierć rozwiązała wszystkie sprzeczności?

Nowa epoka

Dusza i ciało starego kawalera

Testament

Stare buty i różaniec

To chrzest Polski odbył się na stadionie?

Widziałem go w papamobile

Czekanie

rozmowa z Prymasem Polski

Wszystko było po coś

Klon albo pojednanie i następstwo

Zapach siana, pomarańczy i koc...

Pociągi

Zdjęcia


Wstęp do nowego wydania

Ta książka składa się z dwóch części. Pierwszą — „Świętego i błazna” — pisałem razem z ojcem Janem, drugą — „Amen” — po jego śmierci.

Zadzwonił pewnego dnia i poprosił, żebym zarejestrował jego szaleńcze pragnienie świętości. Odpowiedziałem mu, że mogę pisać o jego życiu, żartowałem, że człowiek sam nie może wynieść się na ołtarze, że musi po prostu żyć, a ocenę zostawić Panu Bogu. Nie obraził się. Jednak ciągle i wszędzie powtarzał, że to będzie książka o świętości. Uparł się, jak w młodości, gdy postanowił nauczyć się grać na klarnecie, pomimo że dyrektor szkoły muzycznej, do której uczęszczał, stwierdził, że nie ma słuchu i powinien zapomnieć o swoim marzeniu. Nie do końca rozumiałem, w czym mam uczestniczyć. Nie przeszło mi przez myśl, że to będzie nasza ostatnia taka rozmowa. Ojciec nie uchylił się od żadnego pytania, ale co ważniejsze, przyjął każdy osąd na swój temat różnych świadków, których powoływałem w tym przedziwnym procesie, toczącym się na jego życzenie. Nie próbował niczego korygować... Postanowiłem zatem nie zmieniać w pierwszej części ani jednego zdania. „Świętego i błazna” w całości autoryzował. To znaczy wszystko, co powiedziano o nim, zaakceptował, a swoich wypowiedzi nie cofnął, gdzieniegdzie co najwyżej jakąś myśl pogłębił, ubarwił. Jego odwaga szokowała. Kiedy coś powiedział, nie wycofywał się. Nie drżał przed konsekwencjami, które mogą go spotkać. Kiedy sam próbowałem niektóre rzeczy złagodzić, nie pozwolił mi zmienić nawet jednego przecinka. „Jeden taki zapis musi być” — oznajmił.

 

W trakcie pisania epilogu nawiedzały mnie różne wątpliwości. Czy podołam, czy mogę, czy się godzi, czy aby mnie dobrze zrozumieją? Ratowało mnie przekonanie, że Ojciec chciałby, abym pisał o nim dalej tak, jak za jego życia. Wedle receptury, którą on akceptował.

W przeddzień jego śmierci ofiarowaliśmy razem ojcu Karolowi Meissnerowi w Lubiniu „Świętego i błazna”. Parę tygodni później dostałem od ojca Karola list, który jest dla mnie do dziś i nagrodą, i otuchą. „Tak wygląda życie świętych — napisał. — Po jego odejściu doświadczyłem wielkiej pustki... To, co on robił i co zrobił, było NADZWYCZAJNE. I to ukazujesz w swojej książce. Niełatwym byłeś rozmówcą! Dziękuję z serca, że to wszystko spisałeś!”.


Wstęp

Pierwotnie tytuł miał brzmieć „Król i błazen”, ale dla części osób termin „król” jest dziś nieczytelny. Wzięty z odległej przeszłości albo z baśniowej krainy. Różni w dziejach bywali królowie — mądrzy i pobożni, ale też satrapy i rozpustnicy. Dlatego „święty”, bo kto nim jest i tak jest królem. Jezus powiedział, że prawdziwymi królami są ci, którzy służą — czyli święci. Jan Paweł II w „Przekroczyć próg nadziei” stwierdził, że święci są istotą chrześcijaństwa. Sól wiary. Większość królów zwietrzała.

Błazen żył na dworze i miał przywilej mówienia królowi prawdy bez cenzury i ogródek. Są jednak też inne skojarzenia. Błazen to tyle, co wariat. Człowiek, który się błaźni, czyli kompromituje. To ktoś, kogo genialny życiowy plan zakończył się klapą.

Jan Góra pozwalał sobie przy Papieżu na zachowania i działania, o których inni baliby się nawet pomyśleć. Niektórzy określiliby je jako nieodpowiednie albo gorszące. A Papież, gdy Góra wsadzał jego rękę do wiaderka z silikonem protetycznym po to, aby uzyskać odlew jego dłoni dla potomnych, stukał się widelcem w czoło i mówił do księdza Dziwisza: „Stasiu, po co z tym facetem zaczęliśmy się zadawać?”, i ponownie zapraszał ojca Górę, i wspomagał jego projekty, plany, wizje...

Ale „Święty i błazen” może odnosić się też wyłącznie do Jana Góry. Dla jednych jest on świętym. Bo cuda, których dokonał, są tylko ich domeną. I tylko święci, tak jak on, potrafią kochać i płonąć. Dla innych pozostanie błaznem, hochsztaplerem, który dokonuje cyrkowo-diabelskich sztuczek.

„Piotr przypadł do kolan Jezusa, mówiąc:

Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny”.

Ewangelia Łukasza 5,8

„W tej chwili wydawało mu się, że całkiem łatwo

można było zostać świętym. Wymagało to tylko

odrobiny kontroli nad samym sobą i nieco odwagi.

Czuł się jak ktoś, kto utracił szczęście tylko dlatego,

że spóźnił się o parę sekund na wyznaczone miejsce.

Wiedział teraz, że w ostatecznym rachunku

jedna rzecz się tylko liczy — świętość”.

Graham Green, Moc i chwała

Część I


Stryjowstąpienie


Śmiertelny wstyd

Zadzwoniłem do ojca Jana na początku stycznia. Spodziewałem się, że wrócił już z Jamnej. Byłem zagrzebany w pisaniu książki i brakowało mi pewnego znaczącego ogniwa.

— Ojcze, czy mogę zająć chwilę?

— Mów, jestem co prawda dziesięć minut po operacji, ale proszę... — jego głos był niepokojąco spokojny. Jak u zawałowców, których olśniło, że nie ma już co się denerwować i spieszyć.

— Jakiej operacji?

— Miałem usuwaną kataraktę. Bardzo się jej obawiałem. Mój stryj umarł po niej. Wiesz, dzisiaj to właściwie zwykły zabieg, po godzinie można iść do domu. Dawniej nacinało się gałkę oczną na długości 5 centymetrów i wsadzało sztywną soczewkę, a dziś to tylko 2 milimetry. Wtedy po operacji leżało się w zaciemnionym pokoju trzy dni i nie można się było ruszyć. Mój stryj, przedsoborowy kapłan, nie był nawykły, aby wołać o basen, dlatego nie poprosił i... zrobił pod siebie. Pielęgniarka w odwecie, w zimowy dzień, ostro wietrzyła salę. Stryj dostał zapalenia płuc i zmarł. Oczywiście, mówię ci to na ucho...

— Według mnie jest to historia jak najbardziej do opowiedzenia innym. Bardzo ludzka. W wielu wymiarach. Wstyd prowadzi nas często do katastrofy, zarówno gdy chodzi o choroby naszego ciała, jak i duszy. Stryj już nie żyje, patrzy na to z góry i śmieje się, a żywym ta opowieść może się przydać.

— Pomyślimy. Chciałeś o coś zapytać?

— Nie mam serca teraz ojca męczyć. Niech ojciec da mi sygnał, jak dojdzie do siebie...

Odłożywszy komórkę, odszukałem na półce zieloną książeczkę „Pióro plebana”, wydaną w 1986 roku przez pallotynów. Już kiedyś ją dokładnie przegryzałem, przygotowując się do różnych rozmów. Dobrze pamiętałem, że tam jest źródło zjawiska znanego jako „Jan Góra”. Książeczka to szumna nazwa dla kilkudziesięciu doszczętnie rozklejonych, pozakreślanych karteczek, w okładce z rysunkiem plebanii w Paleśnicy. Właściwie nie muszę jej czytać, przebiegam tylko różnokolorowe zaznaczenia.

„Usiłując zrozumieć cokolwiek z tej drogi, którą już od wielu lat idę, potykam się o pióro i wracam do Paleśnicy, na plebanię. Moje korzenie sięgają właśnie tam, i tamto miejsce, wbrew metryce, uważam za właściwe miejsce mego urodzenia, ponieważ stamtąd wyniosłem, o czym miałem się dopiero z czasem przekonać, zaszyfrowany tajemnie plan”.

Przeglądam dalsze fragmenty i uświadamiam sobie, że wszystko, co działo się przez kolejnych trzydzieści lat w życiu ojca Jana, było właściwie dopowiedzeniem tej historii. Niesamowite.

Na biurku Jana Góry leżał zawsze złoty waterman, wieczne pióro z zacementowaną atramentem końcówką. Nikt nie chciał go przyjąć do naprawy, więc latami to pióro leżało bezużyteczne. Ale dzięki niemu powstała przed laty ta książeczka. Niewydolność pióra miała swoje symboliczne wymiary. Kryła się za nim opowieść nie do opowiedzenia. Z wielu względów. Góra opowiedział wtedy pewne strzępy dramatu swego stryja, coś odsłonił, ale nie do końca. Choćby dlatego, że negatywnymi bohaterami tej opowieści były osoby ze stanu duchownego, a ojciec przecież z natury nie znosi złego opowiadania o księżach. A poza tym ta opowieść rozwijała się w czasie.


Pośmiewisko i kłosy zboża

— Pisząc słowa w „Piórze plebana” o zaszyfrowanym tajemnie planie życia, nie zdawał sobie ojciec sprawy, że wypowiada proroctwo na temat samego siebie. Myślę, że wtedy oznaczały dla ojca fakt, że tam, w Paleśnicy, zrodziło się ojca powołanie. Ale przez te trzydzieści lat wydarzyło się tyle zadziwiających spraw, że ojca drogę można nazwać STRYJOWSTĄPIENIEM. I jest to tajemnica...



Mój stryj. Ksiądz Jan Góra


Taki kościół przejął stryj wraz ze swoim poprzednikiem ks. Janem Wiejaczką, którym się opiekował aż do śmierci.

[no image in epub file]

Synku, bo kto wzgardzi Bożą łaską, ten dostanie w dupę laską.


Upokorzenie — krótkie spodenki, wystające majtki i spuchnięte oko od ukąszenia pszczoły

— Bolesno-radosna... Nigdy nie przypuszczałem, że moje kapłaństwo tak bardzo będzie przypominało jego. Kochałem go i fascynował mnie, ale tak naprawdę myślałem, że jako kapłan zajdę znacznie wyżej, to znaczy, że moje kapłaństwo będzie wolne od ograniczeń przedsoborowych czasów i galicyjskiej przestrzeni. Poszedłem do dominikanów, jakby na innego księdza. Wyzwolonego z tych wszystkich balastów, które ciążyły nad kapłaństwem stryjowym. Należał do pokolenia kapłanów galicyjskich zwanych agricole cum facultate sacrificandi, rolnikami obdarzonymi prawem sprawowania sakramentów. Pokolenia odchodzącego, które moce swego kapłaństwa lokowało w ziemi. Ja byłem zafascynowany inwestowaniem w człowieka.

— Co ojca w stryju tak urzekło, że zapragnął ojciec zostać kapłanem?

— Zaangażowanie w sprawę Bożą. Uczestnictwo w innej przestrzeni, dostęp do innych światów...

— To trochę abstrakcyjne. Do młodego człowieka fascynacja wdziera się poprzez jakieś obrazy, zdarzenia.

— Przedmiotem mojego podziwu była miłość we wszystkim, co robił. Zabierał mnie na przechadzki. Niezapomniane spacery po wsi do chłopskich domów. Chadzaliśmy też polami, między zbożem. I było wtedy tak dobrze i uroczyście. On, stary ksiądz, radował się jak dziecko, że zboże takie ładne i że ma kłosy pełne i ciężkie... Nauczył mnie spotkań z przyrodą. Pokazał mi pierwsze w życiu źródełko. Stryj nie był mistrzem słowa, pomimo że kiedyś zapraszano go z kazaniami odpustowymi. Mówił niewiele, w rozmowach z ludźmi był nieporadny, jakby zakłopotany. Ale słuchał. I to było dla ludzi najważniejsze. Po prostu był.

— No dobrze, ale ojciec napisał: „Żył jako pośmiewisko i przykład nieumiejętności życia w swojej rodzinie i w swojej parafii. Nigdy nie ułatwił okazywania ciepłych dla siebie uczuć, pozostawiając to wielkodusznej wyobraźni serca, gotowej wznieść się ponad błahostki”. I dalej: „nigdy też nie przypuszczałem, że właśnie on pozostanie w mej pamięci jako wzorzec, więcej jako przesłanie”. Co się zatem stało?


Nocny szloch

— Pewnej nocy usłyszałem płacz... Nie mogłem zasnąć, pewnie objadłem się jabłkami, i wtedy usłyszałem szloch stryja — szloch przerywany modlitwą. Próbował napisać list, by wytłumaczyć się z wytaczanych przeciwko niemu zarzutów... Fatalnie mu szło to pisanie. Pismo miał szkaradne i nie potrafił się obronić przed podłościami, które dotykały.

— Jakie to były podłości?

— Donosy... Że kieruje się prywatą, że pomaga rodzinie... Że stary... Byłem wtedy bardzo młody. Ten jego żal odbierałem jakby ogólnie. Szesnaście lat po jego śmierci, kiedy pisałem „Pióro plebana”, chciałem się dowiedzieć, jakie były przeciw niemu zarzuty. Dotarłem do teczki personalnej stryja w kurii. I nie znalazłem tam nic wielkiego. Za mało, żeby wytłumaczyć jego płacz. W zasadzie dwa donosy na stryja, jeden o tym, że proboszcz pomaga z „plebańskiego” jakiemuś człowiekowi, „a to się informatorowi, jak i całej parafii, bardzo nie podoba”, a drugi o tym, że pasącym bydło poza granicami parafii nie odpowiada godzina mszy świętej, bo po zapędzeniu bydła do obór nie mogą zdążyć na mszę... Pomyślałem, że musiał tu być ktoś przede mną i wyczyścił teczkę. Ale jaki miałby w tym interes? A może te zarzuty to tylko wytwór zalęknionej starczej wyobraźni stryja, która nie nadążała za tym, co nowe i postępowe? Myślę, że płakał nad sobą. Nad swoim niedołęstwem. I nad tym, że był w tym niedołęstwie samotny. Ludzie, o których myślał, że mu pomogą, odpłacając za miłość, znaleźli interes i zabawę w jego wyszydzaniu. Nikt się za nim na starość nie ujął. Pisałem tę książkę przed laty jako jego obronę, gdyż ten jego modlitewny szloch dobiegał mnie bardzo długo.

— Zastanawiam się, ojcze, na ile ojca kapłaństwo zrodziło się z zauroczenia posługą stryja, a na ile było wynikiem jakiegoś wyrzutu sumienia, zobowiązania do podparcia chylącego się Kościoła, którego obrazem był zniedołężniały kapłan... Jego nocny szloch. Czy tak się nazywa ojca powołanie?

— Nie wiem, czy to się da ująć w procentach. Myślę, że jego niedołęstwo i samotność w żaden sposób nie opisują wystarczająco mojej decyzji, bym został księdzem, ale i pewnie sama jego miłość do świata nie wystarczyłaby. Pan Jezus też pociąga swoją miłością, ale wielu, którzy za Nim idą, porusza szczególnie Jego samotność i droga krzyżowa.

— Poszedł ojciec do dominikanów, co nie było marzeniem stryja.

— Nie, jego marzenie było proste. Miałem zostać księdzem diecezjalnym, a po jakimś czasie proboszczem, który przygarnąłby go na swoją parafię jako rezydenta. Stryj marzył o tym, by mi pomagać w parafii i w ten sposób dożyć szczęśliwej starości. Tak się nie stało. Z jednej strony, zadecydował mój kontakt z dominikanami w Prudniku, a z drugiej, wstępując do zakonu, chciałem uniknąć losu stryja — samotnego i wyszydzonego kapłana, który na starość nie bardzo mógł liczyć na pomoc ze strony parafian i Kościoła, bo nastały inne czasy, nikt nie chciał się narażać nowemu proboszczowi.

— Ale myślę, że były jeszcze inne powody ojca wstąpienia.

— Tak, jeden z nich to mój ksiądz katecheta, który się ożenił. Został potem urzędnikiem stanu cywilnego i udzielał ślubów. W miasteczku powiadano, że tak czy owak nie ma ślubu bez księdza. Ślubu zawsze udziela ksiądz.

— To znów określa ojca kapłaństwo jako RATUNEK. Ojciec czuł się od początku obrońcą, tak jakby ojciec chciał łatać dziury w statku. Czy ojcu nie zapaliły się lampki ostrzegawcze? Tu Kościół źle traktuje swego kapłana, tam kapłan występuje...

— Nie, to nie budziło moich obaw. To nie było żadnym argumentem w stosunku do dobra, które widziałem w Kościele.

— Był jeszcze element objawienia innej natury. Lekko humorystyczny.

— Tak, zanim zdążyłem pomyśleć, że chciałbym zostać księdzem, objawiła to światu gosposia stryja, Honorka. Kiedyś wlazłem pod łóżko w pogoni za kotem, a ona krzyknęła: „Jasiek, zostaw kota. Ty masz być księdzem!”. To zwiastowanie odbyło się w sposób mało uroczysty i mało poważny. Może miało to jakiś wpływ na to, że mój styl posługi kapłańskiej jest dla niektórych, delikatnie mówiąc, nietypowy.

— Czy Honorka służyła potem u nowego proboszcza?

— Nie, wziął sobie nową, Justynę, która zginęła tragicznie. Wpadła pod autobus, przechodząc z kościoła do plebanii, która była po drugiej stronie szosy. Stryj był stary, kiepsko chodził, czasem Honorka podała mu rękę i szli do kościoła, i jego następca kpił sobie, że oto małżeństwo mistyczne.