Na posterunku

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szkolenia i rekrutacja

Prócz nauki niemieckiego szkolono też policjantów w umiejętnościach służbowych. W mniejszych ośrodkach w szkolenia te włączali się bezpośrednio dowódcy miejscowej żandarmerii. W Opocznie (dystrykt radomski) posterunek PP raz w miesiącu odwiedzał „Pan Leutnant” i w towarzystwie komendanta zarządzał apel, przeprowadzał (w języku niemieckim) musztrę, inspekcję broni oraz wykłady[65]. Szkoleniem młodego policyjnego narybku zajęła się także szkoła granatowej policji w Nowym Sączu. Oprócz policjantów przyjętych na służbę w czasie wojny doszkalano tu i indoktrynowano weteranów. Jesienią 1943 roku kursy dokształcające dla polskich funkcjonariuszy trwały dziesięć tygodni. I tak na przykład VII kurs przygotowawczy rozpoczął się 4 października 1943 roku, a skończył 22 grudnia. Do wzięcia w nim udziału odkomenderowano dwustu pięćdziesięciu policjantów z dystryktów: warszawskiego, krakowskiego, radomskiego i lubelskiego[66]. W programie nauczania znalazły się elementy musztry, strzelania i taktyki konwojowania aresztantów, jak również zajęcia teoretyczne prowadzone przez oficerów policji oraz osoby zapraszane z zewnątrz[67]. Tu także do najważniejszych elementów nauki należały lekcje niemieckiego, traktowane przez władze okupacyjne jako jeden z priorytetów. W miarę upływu lat okupacji znajomość tego języka wśród funkcjonariuszy istotnie się polepszała. W sprawozdaniu dotyczącym policji granatowej w Starachowicach miejscowy komendant żandarmerii z satysfakcją podkreślał postępy dokonane w tej dziedzinie przez młodszych policjantów[68].


Policjanci w szkole PP w Nowym Sączu, 1941

Źródło: NAC


Policjanci w szkole PP w Nowym Sączu, 1941

Źródło: NAC

Jeżeli już mowa o szkoleniach i rekrutacji, to trzeba – choćby pobieżnie – wspomnieć o okrytym niesławą 202 Batalionie Ochronnym (Schutzmannschafts-Bataillon 202) formowanym przez Niemców od późnej wiosny 1942 roku. Według niemieckich planów żołnierze Batalionu Ochronnego mieli wesprzeć działania policji niemieckiej na Wschodzie. Batalion ten nieco później został użyty w walkach przeciwpartyzanckich na Białorusi i Ukrainie[69]. Wobec braku ochotników (dobrowolna rekrutacja zakończyła się niepowodzeniem) do batalionu zaczęto „oddelegowywać” granatowych policjantów. Niektórych osobiście wyznaczał podpułkownik Reszczyński, gdyż chętnych było jak na lekarstwo[70]. W lecie i na jesieni 1942 roku wielu kandydatów do służby w granatowej policji automatycznie przekierowywano w szeregi 202 Batalionu – bez względu na wolę ochotników[71]. W Kochanówce pod Dębicą, w ośrodku szkoleniowym batalionu, od zgłaszających się odbierano następującą przysięgę: „Jako przynależny do Schutzmannschaftu przysięgam być wiernym, dzielnym i posłusznym i moje obowiązki służbowe, szczególnie w walce przeciwko niszczącemu narody bolszewizmowi sumiennie wykonywać. Dla tej przysięgi jestem gotów moje życie położyć. Tak mi dopomóż Bóg”[72].

Broń i dyscyplina

Z czasem jednym z najważniejszych problemów w nadzorze nad granatową policją stała się kwestia broni – lub raczej jej utraty. W 1943 roku przypadki „zgubienia” broni przez granatowych policjantów bądź też ich rozbrojenia przez „bandytów” stały się tak częste, że skłoniły niemieckie władze policyjne do znacznego zaostrzenia kursu wobec polskich funkcjonariuszy. Jednym z pierwszych, którzy odczuli to na własnej skórze, był Leon Skrzypek, wachmistrz z posterunku w Tarnobrzegu[73]. Wieczorem 21 stycznia 1943 roku w Dzikowie (powiat Dębica) doszło do napadu na miejscową gorzelnię. Skrzypek, który przejeżdżał akurat na rowerze w pobliżu gorzelni, uległ przeważającej sile i oddał bandytom służbowy rewolwer. Tak przynajmniej zeznał później w śledztwie. Sprawa Skrzypka, oskarżonego o tchórzostwo i zaniedbanie obowiązków służbowych, już niebawem trafiła na wokandę VI Sądu SS i Policji (SS- und Polizeigericht) w Krakowie. Kilka tygodni później – 8 marca 1943 roku – zapadł wobec polskiego policjanta wyrok śmierci. W obszernym uzasadnieniu niemieccy sędziowie (w Sądzie SS i Policji zasiadali oficerowie SS oraz Orpo) podkreślali, że broń odebrana policjantowi mogła posłużyć bandytom lub trafić w ręce podziemia, które za jej pomocą dokonywałoby zamachów na Niemców: „Sąd doszedł do przekonania, że za popełniony czyn oskarżonemu musi zostać wymierzona kara śmierci. W walce z bandytyzmem, którą toczą niemieckie władze policyjne w Generalnej Guberni, muszą one polegać na współpracy i wierności polskiej policji. Jeżeli polska policja zawodzi, to na dobrą sprawę walka z bandytyzmem staje się niemożliwa” – czytamy w uzasadnieniu wyroku. Lecz to nie był koniec sprawy posterunkowego Skrzypka. 26 maja 1943 roku Friedrich-Wilhelm Krüger, HSSPF w Generalnej Guberni, podjął decyzję o nadzwyczajnym złagodzeniu kary i zamienił Skrzypkowi wyrok śmierci na pięć lat ciężkiego więzienia (Zuchthaus). Końcowym aktem całej procedury był rozkaz komendanta Orpo, by nadać zarówno oryginalnemu wyrokowi, jak i aktowi łaski możliwie największy rozgłos. Informacje o sprawie Skrzypka postanowiono umieścić na plakatach w komisariatach PP na terenie całej Generalnej Guberni oraz opublikować w pismach obiegu wewnętrznego. Z jednej strony – jak można przypuszczać – Niemcy chcieli w ten sposób nastraszyć polskich policjantów, z drugiej – zademonstrować i podkreślić pobłażliwość i wielkoduszność władz. Polska policja była ważnym elementem ogólnej strategii bezpieczeństwa na terenie GG i wyaresztowanie znacznej liczby funkcjonariuszy mogło prowadzić do masowych dezercji, a w konsekwencji do rozkładu dyscypliny. Nie jest wobec tego przypadkiem, że Hans Frank nieraz korzystał z prawa łaski wobec granatowych policjantów skazanych (za różnego rodzaju wykroczenia) na śmierć przez sądy doraźne SS i policji. W sierpniu 1943 roku podziemny biuletyn Małopolskiej Agencji Prasowej donosił, że przed VI Sądem SS i Policji w Krakowie odbyła się rozprawa „z zarzutów karnych” przeciwko czterem granatowym policjantom. Nie wiadomo dokładnie, jakie zarzuty im postawiono, ale według cytowanego biuletynu wszystkich czterech skazano na karę śmierci, którą następnie Hans Frank, korzystając z prawa łaski, zamienił na sześć lat więzienia[74].

Pod koniec 1943 roku, w miarę pogarszania się sytuacji Niemców na frontach, lojalność granatowej policji wobec okupanta stawała się coraz bardziej iluzoryczna. Dezercje, kontakty z podziemiem oraz wypadki gubienia bądź oddawania broni stały się tak częste, że od wiosny 1944 roku jeszcze bardziej zaostrzono politykę represji wobec niesubordynowanych funkcjonariuszy. Na mocy rozporządzenia komendanta Orpo na okręg Warszawa niemiecka policja i żandarmeria miały odtąd prawo stosować odpowiedzialność zbiorową i aresztować rodziny dezerterów. Żony, rodziców i rodzeństwo policjantów miano wysyłać „do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu bądź na roboty do Rzeszy”, a nieletnie dzieci kierować do domów dziecka[75].

Podsumowując, utworzenie granatowej policji przebiegło bez większych administracyjnych zakłóceń, tak że na początku 1940 roku Niemcy mogli obsadzić większość komisariatów i posterunków w Generalnej Guberni. Nie wszędzie były to pełne przedwojenne składy, lecz w miarę upływu czasu stan osobowy policji się stabilizował, w czym wydatnie pomagali policjanci ściągnięci do GG z terenów wcielonych. Wypada tu po raz drugi wspomnieć, że powrót do służby odbywał się pod przymusem, a opornym policjantom grożono surowymi karami. Nie udało mi się jednak odnaleźć ani jednego wyroku wydanego podczas wojny przez Niemców na polskiego policjanta za odmowę podjęcia służby w szeregach granatowej policji. Może to wskazywać na to, że odmów takich było niewiele i że Niemcy nie musieli się uciekać do przymusu, aby zapełnić szeregi nowej formacji. Nie ulega również wątpliwości, że nowa formacja policyjna była instytucją utworzoną przez okupanta i wykonującą jego rozkazy. Last but not least, trzeba zaznaczyć, że policjanci podejmujący służbę w granatowych szeregach zdawali sobie sprawę, że „mają służyć interesom narodu polskiego” – o czym jasno i bez ogródek pisano w prasie podziemnej. Naszym celem w następnych rozdziałach będzie prześledzenie, do jakiego stopnia funkcjonariusze PP wzięli sobie to wezwanie do serca. Mówiąc konkretnie, w centrum naszego zainteresowania znajdzie się ewolucja postaw granatowych policjantów wobec tej najbardziej zagrożonej przez okupanta części narodu polskiego, jaką byli Żydzi, obywatele polscy.

Rozdział II Pierwsze lata okupacji: jesień 1939 – jesień 1941

Na stronach tej książki często pojawiać się będzie postać Emanuela Ringelbluma. Dla każdego historyka, a już szczególnie dla historyka Zagłady, powinien on być drogowskazem, busolą i wyznacznikiem standardów moralnych i zawodowych. Społecznik i działacz, człowiek czuły na krzywdę ludzką, a zarazem świadomy swoich obowiązków wobec własnej społeczności i wobec historii, Ringelblum dość szybko zrozumiał, że przypadła mu w udziale niewdzięczna rola świadka, uczestnika i kronikarza zagłady własnego narodu. Pisząc o różnych zagrożeniach czyhających na Żydów pod okupacją niemiecką, Ringelblum nie mógł nie wspomnieć o polskiej policji. W swojej ostatniej pracy pisał: „Polska policja, zwana popularnie granatową lub mundurową, aby uniknąć określenia »polska«, odegrała bardzo smutną rolę w akcji niszczenia Żydów w Polsce. Policja mundurowa była gorliwą wykonawczynią wszelkich zarządzeń niemieckich w stosunku do Żydów. Kompetencje policji mundurowej w dziedzinie współpracy z Niemcami odnośnie do Żydów są następujące:

 

1) pilnowanie bram wylotowych getta oraz murów i płotów, okalających getta czy dzielnice żydowskie;

2) udział w akcjach przesiedleńczych w charakterze łapaczy, konwojentów itp.;

3) udział w wyłapywaniu ukrytych po akcjach wysiedleńczych Żydów;

4) rozstrzeliwanie Żydów, skazanych przez Niemców na śmierć”[1].

Jeżeli chodzi o punkt drugi, czyli o udział policji w akcjach wysiedleńczych (poświęcę im w tej książce dużo uwagi), to, jak pisał Ringelblum: „Na jej [polskiej policji – J. G.] głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich, złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do »wagonów śmierci«”[2]. Wzmiankowane w punkcie trzecim „wyłapywanie ukrytych Żydów”, czyli Judenjagd, pochłonęło „dziesiątki tysięcy [ofiar – J. G.], które uszły z rąk oprawców niemieckich”[3]. Warto o tych liczbach pamiętać, bo Ringelblum jak mało kto orientował się w skali żydowskiej tragedii. Ale kwestie te omówimy szerzej w dalszej części książki, zgodnie z chronologią Zagłady. Zacząć bowiem wypada od punktu pierwszego, czyli od różnych form nadzoru polskiej policji w pierwszych miesiącach i latach okupacji.

Według niektórych badaczy do momentu zamknięcia gett rola granatowej policji w polityce nadzoru nad Żydami była niewielka[4]. W świetle ówczesnych dokumentów i relacji trudno jednak zgodzić się z tą tezą. Polnische Polizei wcielała w życie zarządzenia skierowane przeciwko Żydom już od jesieni 1939 roku, czyli od chwili wprowadzenia ich przez okupanta. Proces stawiania Żydów poza nawiasem polskiego społeczeństwa zaczął się wraz z wkroczeniem armii niemieckiej na ziemie polskie. Brutalne akcje pacyfikacyjne, uderzające szczególnie mocno w społeczność żydowską, wskazywały jednoznacznie, że podstawę niemieckich planów wobec ludności podbitego kraju będą stanowić „paragrafy rasowe”. W ciągu pierwszych miesięcy okupacji antyżydowskie ekscesy Wehrmachtu oraz niemieckiej policji ustąpiły miejsca lepiej zorganizowanej i usystematyzowanej akcji terroru i represji, której towarzyszyły specjalnie w tym celu opracowane rozwiązania prawne. Od 1 grudnia 1939 roku polscy Żydzi powyżej dziesiątego roku życia objęci zostali tak zwanym Judenkennzeichnungsgesetz, czyli nakazem noszenia opaski z gwiazdą Dawida[5]. Samo wyznanie nie miało w oczach Niemców większego znaczenia. Podstawowym kryterium identyfikacji uczyniono rozmaicie interpretowane kryteria rasowe. Na niepokornych nałożono sankcje prawne. W marcu 1940 roku gadzinowy „Nowy Kurier Warszawski” ostrzegał, że Żydzi schwytani na ulicy bez opaski będą ukarani grzywną, więzieniem lub obiema tymi karami łącznie[6]. 24 stycznia 1940 roku wydane zostało rozporządzenie nakazujące Żydom rejestrację stanu kont bankowych oraz kosztowności (włączając w to przedmioty użytku osobistego)[7]. Żydom zakazano także korzystania ze środków komunikacji miejskiej, a żydowscy lekarze, prawnicy i przedstawiciele innych wolnych zawodów stracili prawo wykonywania pracy. Wkrótce wstrzymano wypłaty rent i emerytur dla Żydów, a konta bankowe „ludności niearyjskiej” zostały zamrożone. W październiku 1940 roku w Warszawie utworzono getto, które zostało oficjalnie zamknięte 15 listopada tego roku. Wzdłuż granic nowo powstałej „dzielnicy zamkniętej” wzniesiono mur, a za przebywanie poza terenem getta wprowadzono kary, których wymierzanie zlecono niemieckiemu aparatowi sprawiedliwości.

Choć w Warszawie termin przeprowadzki do dzielnicy żydowskiej upłynął 15 listopada 1940 roku, ludzie do końca nie wierzyli, że Niemcy zdecydują się na kompletne zamknięcie getta. Murki wznoszone tu i ówdzie bez widocznego planu już od wiosny 1940 roku w oczach wielu nie były dość jasnym sygnałem intencji okupanta. 16 listopada na ulicach pojawiły się jednak wzmocnione patrole policji niemieckiej, polskiej i żydowskiej. Getto i strona aryjska zostały od siebie trwale odcięte najpierw prowizorycznymi barierami i blokadami, a już niebawem – wysokim murem. W „żydowskiej dzielnicy zamkniętej” (Niemcy stanowczo zakazywali używania słowa „getto”) znalazło się prawie czterysta tysięcy ludzi, a niebawem dołączyły do nich kolejne dziesiątki tysięcy Żydów wysiedlonych z podwarszawskich miejscowości, które – aby odwołać się do ówczesnej terminologii – systematycznie „odżydzano”. Nie wszyscy jednak pogodzili się z nakazem przenosin do getta – tysiące warszawskich Żydów (przede wszystkim ci z rodzin katolickich i głęboko zasymilowanych) zdecydowało się pozostać po aryjskiej stronie. Nie trwało to długo. Między 16 a 20 listopada granatowa policja na zlecenie władz niemieckich przeprowadziła masowe aresztowania uchylających się od przenosin. Opornych – pod eskortą – doprowadzono bądź też przewieziono do getta. „W piątek w nocy aresztowano Żydów na Pradze i wywieziono ich samochodami na Muranów i inne ulice, nocują na klatkach schodowych i na podwórzach” – zanotował w dzienniku Emanuel Ringelblum[8]. Innych wyłapanych umieszczono tymczasowo w szkołach i budynkach publicznych wewnątrz getta. Trudno o dokładne szacunki, ale liczba schwytanych poza gettem Żydów wyniosła w czasie listopadowej łapanki od piętnastu do dwudziestu tysięcy ludzi. Gigantyczna obława przeprowadzona została na podstawie specjalnych wcześniej sporządzonych list[9]. Zresztą w ówczesnej Warszawie wszyscy byli świetnie poinformowani o „pochodzeniu rasowym” swoich sąsiadów. A to z kolei znakomicie ułatwiało pracę organom ścigania.

W następnych tygodniach i miesiącach polskiej policji przypadło zadanie stopniowego wyłapywania Żydów w dalszym ciągu przebywających nielegalnie poza gettem. Wielką pomocą w tej pracy były donosy napływające obfitą strugą na komisariaty oraz do władz niemieckich. W kolekcji donosów z lat 1940–1941 przechowywanych w Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie te „z aryjskiego paragrafu” stanowią drugą co do liczebności (po motywowanych politycznie) grupę denuncjacji[10]. Na nic zdały się tłumaczenia, że aresztowany „czuje się Polakiem”, że „z żydostwem nie ma nic wspólnego”, lub też powoływanie się na wyznawaną wiarę katolicką. Część poruszających się po aryjskiej stronie Żydów wpadła w ręce policji właśnie w wyniku donosu, część – jak pisano w protokołach – „na podstawie obserwacji własnych”, a część oddali w ręce granatowej policji prości przechodnie. Z donosu wpadł – wśród wielu innych – Arnold Szyfman, reżyser, dyrektor Teatru Polskiego, po którego Gestapo przyszło do pracy[11]. Inną ofiarą donosu był ksiądz Tadeusz Puder, jeden z najbardziej znanych w Warszawie neofitów, który został wydany przez duchownego, znanego antysemitę i gestapowskiego szpicla, księdza doktora Stanisława Trzeciaka[12]. Za swoje „przestępstwo” (przebywanie po aryjskiej stronie) 1 września 1941 roku wyrokiem Sądu Specjalnego (Sondergericht) ksiądz Puder został skazany na rok i osiem miesięcy więzienia. 12 listopada 1942 roku uciekł z więziennego szpitala. Tydzień później za zbiegłym księdzem rozesłano nakaz aresztowania (Haftbefehl), który najpierw trafił do placówki Polskiej Policji Kryminalnej w Radzyminie, a stamtąd – na posterunek policji granatowej w Henrykowie[13]. To właśnie granatowym z Henrykowa wyznaczono zadanie zlokalizowania, zatrzymania oraz odstawienia księdza do więzienia. I tak – działając na zlecenie Policji Bezpieczeństwa – policjanci z Henrykowa dwukrotnie przeprowadzili dochodzenie w miejscu zamieszkania Pudra, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o tym, gdzie może się ukrywać[14]. Poszukiwania prowadzono na przełomie grudnia 1942 i stycznia 1943 roku, kiedy schwytanym poza gettem Żydom groziła już wyłącznie kara śmierci[15].

13 stycznia 1942 roku Komenda Główna warszawskiej PP zleciła komendantom obwodów ostateczne wyaresztowanie wszystkich przebywających na ich terenie przechrztów[16]. Jeżeli chodzi o karanie mieszkających po aryjskiej stronie neofitów, którzy odmówili przeniesienia się do getta, to można przywołać sprawę Henryka Hendlera[17]. Hendler, warszawski handlarz drewnem, został wydany – jako „pełny Żyd” (Volljude) – w ręce granatowej policji w październiku 1941 roku. W śledztwie tłumaczył, że katolikiem był od dziecka, a do getta się nie przeniósł, gdyż nie mógł „pogodzić się z myślą zamieszkania wśród żydów”, do których czuł „nienawiść i wstręt”[18]. Tłumaczenie to nie wzruszyło sędziów niemieckiego Sądu Specjalnego, którzy 17 czerwca 1942 roku skazali Hendlera na trzy lata pozbawienia wolności. W praktyce jednak wyroki Sondergerichtu równały się karze śmierci, gdyż wielu Żydów ginęło w trudnych warunkach więziennych, a reszta – tak jak Hendler – trafiła latem 1942 roku wraz z pierwszymi transportami do obozu zagłady Treblinka II.

W aktach sądów niemieckich zachowały się specjalne dwujęzyczne druki, tak zwane Strafanzeigen, czyli doniesienia o popełnieniu czynu karalnego. Setki z nich dotyczą zatrzymania Żydów poza terenem getta, co pozwala dziś historykowi na traktowanie tych dokumentów jako źródła kwantyfikowalnego. Rzecz charakterystyczna, prawie we wszystkich znanych przypadkach schwytanie poruszających się nielegalnie po aryjskiej stronie Żydów wiązało się z aktywnością i obecnością granatowej policji[19]. Przechodnie najwyraźniej jedynie z rzadka informowali o tym policjantów niemieckich – lub też tych ostatnich było na mieście po prostu mniej. Tak czy inaczej, z punktu widzenia schwytanych Żydów narodowość funkcjonariuszy miała niewielkie znaczenie; w obu wypadkach aresztowanych oddawano w ręce prokuratury niemieckiej. Warto tu przytoczyć protokół przesłuchania plutonowego policji polskiej Zygmunta Łoszaka, którego służba polegała na pilotowaniu tramwaju linii 17 przez dzielnicę żydowską: „Zauważyłem w tymże tramwaju (już po stronie aryjskiej) w czasie sprawdzania wagonu tramwajowego na ul. Bonifraterskiej nieznaną mi kobietę podobną do żydówki. Podszedłem do niej pytając się jej o dowód osobisty, kobieta ta oświadczyła, że nie posiada przy sobie żadnych dowodów, następnie kobietę tę wysadziłem z tramwaju poznając, że jest żydówką i doprowadziłem do IV Kom[endy] P. P.”[20]. Ucznia krawieckiego Szlamę Kama zaaresztowano 14 kwietnia 1941 roku o godzinie 15.10, gdy „usiłował przejechać tramwajem linii 3 z dzielnicy żydowskiej do dzielnicy aryjskiej, bez opaski i przepustki”. W doniesieniu granatowy policjant dopisał: „Usiłował dostać się na dzielnicę aryjską w celu kupna chleba […] tłumaczenie się podejrzanego nie zasługuje na wiarę”[21]. Trzynastoletnią Chanę Helfmann również aresztowano w tramwaju: „Przyznaję się, że w dniu 12 II 1941 byłam w dzielnicy aryjskiej bez przepustki i opaski i wyjaśniam iż ojciec mój pozostaje bez pracy, opuścił nas, że matka też jest bez pracy, przeto ja – ponieważ że nie mamy co jeść – w dniu 12 listopada 1941 wyszłam z dzielnicy żydowskiej przez posterunek przy zbiegu ul. Leszna i Żelaznej do dzielnicy aryjskiej w celu użebrania coś z żywności. Gdy wieczorem tegoż dnia, około godziny 19:15 powracałam z Pragi do dzielnicy żydowskiej jadąc tramwajem linii 5 zostałam zatrzymana na moście Kierbedzia przez konduktora tegoż tramwaju, który mnie oddał w ręce policjanta polskiego, ten z kolei przeprowadził mnie do Kom[isariatu] I Pol[icji] Polskiej na ul. Bednarską skąd po dwóch tygodniach zostałam zwolniona”[22].

Przed aresztowaniem i deportacją do getta mogły chronić zmiana miejsca zamieszkania (najlepiej wyprowadzka do innego miasta) lub też – w nielicznych wypadkach – mocne papiery. Do najmocniejszych należały glejty wydane z pomocą Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) „użytecznym neofitom”, których władze niemieckie zwolniły z obowiązku noszenia opaski oraz którym zezwolono na mieszkanie poza gettem. Jednym z nich był profesor Ludwik Hirszfeld, słynny immunolog, uczony światowej sławy. Mimo ochrony RGO w lutym 1941 roku w domu Hirszfelda na Saskiej Kępie pojawili się funkcjonariusze granatowej policji. Policjanci byli, jak pisał w swoich wspomnieniach Hirszfeld, grzeczni („zachowywali się z idealną grzecznością”); rodziny kilku z nich przed wojną leczyły się u jego żony. Ale rozkaz był rozkazem i tego samego dnia profesor Hirszfeld wraz z żoną i córką – eskortowany przez „wzorowo zachowujących się policjantów” – wylądował w getcie[23]. Obszernie pisał o tej sprawie Henryk Makower: „Gdyby się profesor, dla większego jeszcze zabezpieczenia, nie wdał w aferę z RGO, mógłby u siebie siedzieć bezpiecznie. Historia z RGO wyglądała tak, że wielu wychrzczonych Żydów złożyło, za pośrednictwem tej instytucji i przy jej poparciu, memoriał do dr. Franka, w którym podkreślali swoją szczerą wiarę katolicką, zupełny brak kontaktu z Żydami i prosili o prawo mieszkania poza gettem. RGO zapewniało profesora, że sprawa jest na dobrej drodze. Władze po zapoznaniu się z memoriałem przesłały granatowej policji wykaz osób na nim podpisanych wraz z adresami i wydały polecenie natychmiastowego dostarczenia tych stuprocentowych w myśl ustawy Żydów do getta […]”[24].

 

Przegląd policji żydowskiej w getcie warszawskim. Na pierwszym planie podpułkownik Aleksander Reszczyński, komendant PP, w środku inżynier Adam Czerniaków, prezes Rady Żydowskiej (Judenratu), z prawej major Franciszek Przymusiński, zastępca komendanta. Zdjęcie niedatowane (1941?)

Źródło: Archiwum Beit Lohamei Haghetaot

Na mieszkańcach getta przybycie neofitów wywarło wielkie wrażenie. Chaim Kapłan, jeden z najbardziej spostrzegawczych kronikarzy warszawskich, zapisał pod datą 7 marca 1941 roku: „Schwytanych jak zwykłych mętów i skazanych na srogą karę [przechrztów – J. G.] zapędzono do getta na oczach mieszkańców. Ogromne tłumy towarzyszyły im do bram siedziby Judenratu”[25]. Innym Żydem, który przez dłuższy czas korzystał z dobrodziejstw życia po aryjskiej stronie, był jeden z najwybitniejszych polskich historyków profesor Marceli Handelsman. Podobnie jak Hirszfeld, „kulejący na aryjskość” Handelsman również miał glejt i mieszkał po aryjskiej stronie, w samym centrum Mokotowa, w środku przyszłej dzielnicy niemieckiej. W maju 1942 roku do mieszkania Handelsmana zapukali granatowi policjanci. Dostarczyli mu wezwanie do warszawskiego Zarządu Miejskiego, w którym możemy przeczytać: „Do Pana Profesora Marcelego Handelsmana, w miejscu ul. Kielecka 42 m. 4. W związku z pismem Starosty Miejskiego z dnia 25 IV [1942 – J. G.] proszę o przybycie do Biura Kom[isarycznego] Burmistrza na ul. Senatorską 14 w godzinach urzędowych z dowodami aryjskości. Za kierownika Biura (–)”[26]. W odróżnieniu od profesora Hirszfelda profesor Handelsman nie tracił jednak czasu na szukanie „dowodów aryjskości” i nie czekając na ponowne przyjście policji, zaczął się ukrywać. I ukrywał się aż do roku 1944, kiedy to trafił na listy proskrypcyjne Narodowych Sił Zbrojnych, a następnie został wydany w ręce Gestapo.

O skuteczności granatowej policji w pierwszym okresie okupacji może też świadczyć następujący raport złożony przez plutonowego Józefa Bożyka, funkcjonariusza X Komisariatu PP w Warszawie, który 19 września 1940 roku schwytał dwóch żydowskich chłopców poruszających się po mieście bez opasek z gwiazdą Dawida. W raporcie plutonowy pisał: „O godz. 12 na ulicy Nowy Świat 25 przed sklepem niemieckim »Juliusz Meinl« zauważyłem 2 chłopców mających wygląd, że są żydami, lecz opasek nie posiadali na rękawach. Wobec tego zwróciłem się do jednego z nich z zapytaniem, czy jest on żydem, na co odpowiedział, że nie jest żydem i że ja się mylę. Gdy zażądałem dowodu odpowiedział że nie posiada. Doprowadzeni do komisariatu podali się za 1) Borenszteina Mojżesza s. Szmula-Joska i Mindli ur. 18 V 1926, wyzn. mojżeszowego, handlujący, zam. ul. Wołyńska 19 m 26, 2) Borensztein Icek s. Szmula-Joska i Mindli ur. 11.9.1924 handl. wyzn. mojżeszowego zam. ul Wołyńska 19 m 26. W/w będąc bez opasek i podając się za Polaków czynili zakupy w firmie J. Meinl. Przez cały czas gdy ich doprowadzałem do komisariatu utrzymywali, że są Polakami, dopiero w komisariacie, gdy oświadczyłem, że sprawdzi się w miejscu zamieszkania ich, przyznali że są żydami i założyli opaski, które mieli schowane w kieszeniach. W/w już dłuższy czas tak postępowali gdyż już przedtem ich widziałem”[27]. Chłopcy mieli odpowiednio czternaście i szesnaście lat, czyli – w rozumieniu rozporządzenia o oznakowaniu Żydów z 1 grudnia 1939 roku – podlegali „obowiązkowi opaskowemu”. Jak się tłumaczył plutonowemu Bożykowi jeden z chłopców, ich ojciec był chory, rodzina nie miała środków do życia, wobec czego chłopiec „stał przed sklepem Juliusza Meinla i kupował od wychodzących z tego sklepu cygara, którymi handluje. Opaskę zdjął z rękawa, ponieważ żydowi nikt by nie chciał nic sprzedać”. Tłumaczenia nie zdały się na wiele i obaj bracia stanęli przed niemieckim Sądem Specjalnym.

O ile Borenszteinowie poruszali się bez opasek, o tyle grupa Żydów zatrzymanych przez policjanta Edmunda Wojciszewskiego w kwietniu 1941 roku wpadła w wyniku własnej brawury, hucpy lub też braku rozwagi. Mowa tu o czterech Żydach, którzy zaopatrzeni w sfałszowane przepustki, z opaskami na ramionach, udali się dorożką na Dworzec Wschodni. Granatowy policjant oburzony widokiem Żydów podróżujących dorożką zatrzymał ich na ulicy Kijowskiej i zakwestionował autentyczność przedstawionych dokumentów. W chwilę później do kontroli dołączył przechodzący obok wachmistrz policji niemieckiej, a niefortunna wyprawa dorożką skończyła się przed Sądem Specjalnym, który skazał Żydów na dwa i pół roku więzienia[28].