Na posterunku

Tekst
Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Warunki pracy

Zgodnie z decyzją władz niemieckich polska policja miała być instytucją samorządową, co znaczyło, że koszty utrzymania funkcjonariuszy ponosiły władze gminne i powiatowe. Posterunki PP mieściły się w budynkach publicznych, wobec czego władze samorządowe musiały również pokrywać czynsze[31]. Brak amunicji, stary sprzęt, niepełne lub zniszczone umundurowanie, podłe pensje oraz (w późniejszym okresie) zagrożenie ze strony podziemia – wszystko to komplikowało życie funkcjonariuszy PP. Różnego rodzaju niedogodności dotyczyły zresztą nie tylko „zielonych” posterunków, rozrzuconych po wsiach, na prowincji, ale również samej Warszawy. I tak 16 marca 1942 roku kierownik XIV Komisariatu (Warszawa-Praga) skarżył się komendantowi obwodu, że jego komisariat od tygodni pozbawiony jest prądu, że interwencje w elektrowni nie odnoszą skutku, że policjanci pracują przy świetle latarek oraz że ucieczki zatrzymanych z policyjnego aresztu są w tej sytuacji nieuniknione[32]. Ze swej strony podpułkownik Aleksander Reszczyński, drugi – po Marianie Kozielewskim – komendant PP w dystrykcie warszawskim, wzywał kierowników komisariatów do daleko idących oszczędności wszystkich materiałów będących w posiadaniu policji, włącznie z papierem: „Panowie, którzy o tym zapominają, narażają się na bardzo niemiłe następstwa”[33]. Podzelowanie butów przysługiwało policjantom tylko raz na trzy miesiące, a specjalny okólnik wystosowany przez komendanta PP w marcu 1942 roku ostrzegał kierowników komisariatów, że wraz z nadchodzącą wiosną funkcjonariusze zrzucą płaszcze służbowe, co może ujawnić braki w sortach mundurowych, a to podważyłoby prestiż policji w społeczeństwie[34]. Sposobem na niedostatki były wszechobecne wymuszenia, szantaże oraz „kontrybucje” nakładane najczęściej na najbardziej bezbronną część społeczeństwa – na Żydów. W podwarszawskim Otwocku Radzie Żydowskiej „zasugerowano”, żeby Żydzi wyposażyli polską policję w rowery oraz buty z cholewami (notabene komendant niemieckiej żandarmerii zażyczył sobie przy tej okazji kosztownego futra)[35]. O podobnych haraczach i wymuszeniach będzie mowa w dalszych rozdziałach tej książki. Zwierzchnicy szukali także innych środków zaradczych na braki w umundurowaniu swoich podkomendnych. W maju 1943 roku powiatowy komendant PP w Miechowie wydał swoim ludziom zakaz grzebania zmarłych policjantów w mundurach, wziąwszy pod uwagę „niedostatek ubrań i mundurów ze względu na szczupłość surowca”[36]. Wynikało z tego niedwuznacznie, że granatowi policjanci powinni donaszać ubrania po zmarłych kolegach. Sygnalizowane problemy z umundurowaniem, które napotykali pozbawieni odpowiednich deputatów i środków policjanci, trwały przez całą okupację.


Tabela płac policji granatowej, 28 listopada 1939[37]
Stanowisko (jęz. niem.)Stanowisko (jęz. pol.)Płaca miesięczna
WachtmeisterPosterunkowy190 zł
HauptwachtmeisterStarszy posterunkowy215 zł
PolizeimeisterPrzodownik240 zł
PolizeiobermeisterStarszy przodownik260 zł
PolizeileutnantAspirant360 zł
PolizeioberleutnantPodkomisarz405 zł
PolizeihauptmannKomisarz495 zł
PolizeimajorNadkomisarz675 zł
PolizeioberstleutnantPodinspektor750 zł

Biorąc pod uwagę panującą pod okupacją drożyznę, zarobki policji wyglądały po prostu mizernie. Żeby lepiej zrozumieć siłę nabywczą policyjnej pensji (czy też raczej – jej brak), podaję kilka przykładowych pozakartkowych cen podstawowych produktów spożywczych. Ceny pochodzą z przełomu 1941 i 1942 roku. Później, w miarę trwania okupacji, poszły one dramatycznie w górę. Chleb razowy – 6,25 zł/kg, cukier – 32 zł/kg, fasola – 15 zł/kg, groch – 16 zł/kg, konina bez kości – 14 zł/kg, wołowe z kością – 20 zł/kg, wieprzowina – 30–32 zł/kg, słonina – 50–52 zł/kg, boczek wędzony – 50 zł/kg, masło – 60 zł/kg, kartofle – 2,80 zł/kg[38].

Z czasem Niemcy zaczęli podwyższać uposażenie funkcjonariuszy PP, lecz zmiany były śmiesznie niskie w stosunku do galopującej (szczególnie od początku 1943 roku) inflacji. Jeżeli można było za taką pensję przeżyć, to wyłącznie dzięki zakupom „kartkowym” – gdyż zakupy na czarnym rynku naraziłyby na bankructwo nawet oficerów policji, nie mówiąc już o zwykłych posterunkowych. Trudno się wobec tego dziwić korupcji panującej w szeregach PP. Pokusa zainkasowania od dwustu do trzystu złotych za każdy transport żywności wchodzący do getta dla ogromnej większości policjantów była zbyt wielka, aby mogli się jej oprzeć. A przy tym – rzecz niebagatelna – można było zracjonalizować ten gest pobudkami humanitarnymi, troską o przeżycie mas żydowskich w getcie. Ryzyko zaś było w sumie niewielkie, bo zazwyczaj granatowi policjanci dzielili się zyskiem z nadzorującymi ich żandarmami i szupowcami. Chyba że tych w okolicy nie było – wtedy cały zysk przypadał Polakom.

Proces konsolidacji i odtwarzania polskiej policji zakończył się jesienią 1940 roku. Wtedy okrzepły struktury organizacyjne stworzone przez Niemców, a wraz z nimi nabrały ostatecznego kształtu mechanizmy nadzoru sprawowanego przez okupanta. Według raportu z 20 września 1940 roku w Krakowie na sześciu komisariatach pełniło służbę czterystu dziewięciu funkcjonariuszy – co prawie dorównało stanowi z sierpnia 1939 roku (czterystu trzydziestu szeregowych). Na czele PP stanął tam podpułkownik Roman Sztaba, przed wojną komendant wojewódzki PP w Łucku[39]. Stan osobowy policji w Warszawie w połowie 1940 roku również osiągnął poziom zbliżony do przedwojennego.

W ciągu pierwszego roku okupacji na terenie Generalnej Guberni powstało w ten sposób około tysiąca posterunków i komisariatów granatowej policji. Reszta, położona na terenach wcielonych do Rzeszy, w późniejszym Bezirk Bialystok, w dystrykcie Galicja czy też dalej na Kresach – została zlikwidowana bądź też przekształcona w posterunki policji ukraińskiej. Dokładne określenie liczby posterunków PP w GG nie jest jednak możliwe, gdyż mniejsze placówki często likwidowano, konsolidowano bądź przenoszono z miejsca na miejsce. W materiałach wykorzystanych w niniejszej pracy znajdą się odniesienia do praktyki policyjnej funkcjonariuszy służących na stu dwudziestu czterech posterunkach i komisariatach policji granatowej.

Polska Policja Kryminalna (Polnische Kriminalpolizei)

Nieco inaczej potoczyły się okupacyjne losy funkcjonariuszy wspomnianej Służby Śledczej, czyli wywiadowców kryminalnych. Zacznijmy od tego, że o polskich wywiadowcach niewiele wiadomo, a ich okupacyjna działalność stanowi jedną z licznych białych plam na mapie historii wojny i okupacji. O ile w ogóle wojenna historia okupacyjnych służb mundurowych i siłowych, w których służyli Polacy (począwszy od policji granatowej, a skończywszy na ochotniczej i zawodowej straży pożarnej), nadal domaga się porządnego opracowania, o tyle o działaniach policji kryminalnej nie wiemy właściwie nic. W kilku opracowaniach poświęconych niemieckiej polityce terroru z rzadka natrafić możemy na krótkie komentarze dotyczące wywiadowców, zazwyczaj ograniczające się do paru zdań[40]. Rola „kryminalnych” w wymordowaniu polskich Żydów pozostaje wobec tego nieznana – choć temat z całą pewnością wart jest zbadania. Zacząć więc należy od początku, czyli od odzyskania przez Polskę niepodległości, kiedy młoda Rzeczpospolita zaczęła tworzyć podstawy własnych sił policyjnych.

Policja kryminalna (zwana Służbą Śledczą) stanowiła wyspecjalizowany pion przedwojennej Policji Państwowej[41]. Powołana do życia w 1919 roku, stała się integralną częścią PP, choć nie obyło się bez tarć administracyjnych i konfliktu kompetencji. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości utworzono okręgowe i powiatowe ekspozytury Służby Śledczej przy miejscowych posterunkach policji. W niektórych wypadkach „kryminalni” zostali podporządkowani miejscowym strukturom PP, w innych – stanowili element wydzielony, zależny służbowo bezpośrednio od wyższych władz Służby Śledczej. Do kolejnego przekształcenia doszło po zamachu majowym i to wtedy Służba Śledcza uzyskała swój ostateczny kształt, w którym miała dotrwać do 1939 roku. Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 8 kwietnia 1927 roku powołano Centralą Służbę Śledczą, której podlegało szesnaście delegatur okręgowych (utworzonych przy Komendach Wojewódzkich), a tym z kolei podlegały ekspozytury powiatowe. Urzędami Służby Śledczej kierowali naczelnicy, którzy z reguły pełnili również funkcję zastępców komendantów wojewódzkich PP. Po zlikwidowaniu (w 1926 roku) policji politycznej Służba Śledcza przejęła większość jej dotychczasowych kompetencji. W rezultacie cały urząd nieformalnie podzielił się na dwa główne piony: kryminalny i polityczny. Zadania policji kryminalnej realizowano w trzech zakresach: prowadzenia dochodzeń w sprawach karnych (tak politycznych, jak i kryminalnych), prowadzenia inwigilacji, czyli wywiadu policyjnego, oraz ewidencjonowania przestępców. Choć od początku lat trzydziestych energicznie zajęto się niwelowaniem podziałów między policją mundurową a śledczą, oba piony aż do końca II RP zachowały wyraźną odrębność. Jednocześnie przejście ze służby mundurowej do kryminalnej uważano za oczywisty awans, a propozycję takiego transferu kierowano wyłącznie do najlepiej przygotowanych oraz tych, którzy wykazywali się w służbie mundurowej największymi sukcesami – zwracając przy tym uwagę na odpowiednie wykształcenie kandydatów. I tak w chwili utworzenia w Lublinie pionu kryminalnego komendant wojewódzki polecił komendantom powiatowym PP „wybrać spośród niższych funkcjonariuszy umysłowo rozwiniętych oraz zdolnych do służby wywiadowczej po 4 kandydatów na każdy powiat”[42]. Dodatkowo przed podjęciem służby w pionie kryminalnym kandydaci musieli ukończyć specjalistyczne kursy. W 1933 roku stan osobowy Służby Śledczej na terenie całego kraju wynosił 2406 funkcjonariuszy, w tym 138 oficerów i 2268 szeregowych[43]. W przededniu wojny Polska Policja Kryminalna dysponowała dobrze wyszkolonym personelem, w miarę sprawnie penetrującym środowiska przestępcze oraz prowadzącym skuteczną inwigilację polityczną[44]. Były to atuty, które już wkrótce miały się okazać niezwykle ważne w formułowaniu niemieckiej polityki okupacyjnej.

 

O ile polska policja mundurowa zachowała, mimo sporych zmian, swój przedwojenny charakter, o tyle losy Służby Śledczej „za Niemca” potoczyły się inaczej. Z końcem października 1939 roku polską tajną policję wyłączono ze struktur PP, wcielono do Kripo (jako Polnische Kriminalpolizei) i oddano pod bezpośrednie rozkazy niemieckie. Szefem Kripo w Warszawie, a zarazem zwierzchnikiem polskich tajniaków, został radca rządowy oraz major (SS-Sturmbannführer) Harry Geisler, a jego zastępcą – radca kryminalny Erich Spruch[45]. Kripo, które wchodziło w skład KdS, w Generalnej Guberni dzieliło się na następujące referaty: VA – sprawy pracowników polskich, VB – kryminalna służba wykonawcza, VC – służba rozpoznawcza i ścigania, oraz VD – techniczna służba śledcza[46]. W ten sposób od późnej jesieni 1939 roku polscy funkcjonariusze policji śledczej stali się formalnie pracownikami niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei – Sipo). Na czele PPK w stolicach dystryktów GG (Krakowie, Lublinie i Warszawie) ustanowiono niezależne od siebie Dyrekcje Policji Kryminalnej (DPK)[47]. W sierpniu 1941 roku, po wcieleniu do GG dystryktu Galicja, kolejna DPK powstała we Lwowie. Równocześnie w poszczególnych komisariatach stworzono agentury śledcze podległe DPK, lecz organizacyjnie oddzielone od policji mundurowej. W Warszawie siedziby Kripo znalazły się w areszcie centralnym przy ulicy Daniłowiczowskiej 7 i w Alejach Ujazdowskich, a placówki podległe na terenie dystryktu warszawskiego ulokowano w Ostrowi Mazowieckiej, Garwolinie, Skierniewicach, Łowiczu, Siedlcach, Grójcu, Mińsku Mazowieckim, Pruszkowie i Sokołowie[48]. Komisariaty Kripo pełniły czasem podwójną funkcję: na wschodnich rubieżach Generalnej Guberni odgrywały dodatkowo rolę posterunków Straży Granicznej (Grenzpolizei)[49], a tam, gdzie nie było placówek Gestapo, przejmowały także ich obowiązki. Obie organizacje w ogóle ściśle ze sobą współpracowały, a Gestapo miało niczym nieograniczony dostęp do kartotek Polskiej Policji Kryminalnej.

Choć rozdzielone organizacyjnie, obie formacje policyjne – granatowa i kryminalna – pracowały ramię w ramię, często dzieląc ten sam budynek i przeprowadzając wspólne akcje. W interesującej nas „tematyce żydowskiej” ich bliska współpraca zarysowała się szczególnie wyraźnie w czasie likwidacji gett (1942) i trwała aż do końca wojny. Obszerniej omówimy to zagadnienie w dalszej części książki.

Nadzór niemiecki

Niektóre zdjęcia, tak jak to zamieszczone na sąsiedniej stronie, wymagają komentarza i pogłębionej refleksji. Za stołem widać czterech mężczyzn w mundurach. Po bokach stoją dwie schludnie, można powiedzieć – odświętnie ubrane kobiety, które podają mężczyznom jedzenie i picie. Trzech mężczyzn siedzi, a jeden stoi i – z wyraźnym szacunkiem – unosi kieliszek, zwracając się w stronę jednego z siedzących, który lekko, jakby pobłażliwie się uśmiecha. Uśmiechający się mężczyzna siedzi wygodnie odchylony, z nogą założoną na nogę i pali cygaro. Jest on bez wątpienia postacią centralną. Być może są to jego urodziny albo imieniny, być może okazją do biesiady jest jego awans. Tego nie wiemy. Widać jednak, że podczas gdy jego towarzysze mają na sobie ciemnogranatowe mundury polskiej policji, on nosi jaśniejszy mundur niemieckiej żandarmerii. Ot, ilustracja zależności służbowej Polaków i Niemców służących na jednym posterunku, a przy okazji odbicie „wtopienia się” polskich policjantów w lokalną społeczność. Niedatowane zdjęcie, z którego tchną spokój i harmonia, wykonano przypuszczalnie w 1942 lub 1943 roku w Otfinowie pod Tarnowem.

Orpo, któremu z końcem 1939 roku zlecono nadzór nad polską policją, miało nie tylko zajmować się kontrolą zawodową funkcjonariuszy, lecz także czuwać nad polityczną lojalnością podległych im Polaków. Wyższy dowódca SS i Policji Krüger pisał: „Oprócz nadzoru trzeba wykorzystywać wszystkie środki policyjne, aby zapewnić sobie lojalność polityczną [PP – J. G.] oraz posłuszeństwo wobec niemieckiej administracji i policji”[50]. Jako że na niższych szczeblach nadzór nad PP został oddany w ręce rozlokowanych na miejscu oficerów Policji Porządkowej – na terenach wiejskich zazwyczaj oficerów żandarmerii, a w miastach Schupo – w praktyce znaczyło to, że polecenia granatowym policjantom mógł po prostu wydawać każdy umundurowany funkcjonariusz niemiecki, który miał na to ochotę. Polscy tajniacy, czyli pracownicy przedwojennej Służby Śledczej, znaleźli się pod znacznie ściślejszą obserwacją.


Katarzyna Kozioł i jej siostra Józefa Chłoń podają poczęstunek granatowym policjantom, Otfinów 1942/1943. Autorem zdjęcia jest Stanisław Chłoń

Źródło: Archiwum Renaty Guzery

W marcu 1940 roku prasa gadzinowa chwaliła współpracę policji polskiej z policją niemiecką w sposób niewybredny i w przypochlebnym tonie: „Pewien polski kapitan policji oświadczył: »mogę i chcę na ten temat mówić zupełnie otwarcie i każdy z nas potwierdzi moją opinię w zupełności. Pracujemy chętnie i z przyjemnością już choćby dlatego ponieważ widzimy i codziennie przekonywujemy się o tem, iż nasi naczelni niemieccy przełożeni postępują z najwyższą sprawiedliwością i troszczą się o nas pod każdym względem«”[51].

W myśl zaleceń płynących z centrali w Krakowie posterunki polskiej policji powinny sąsiadować – jeżeli tylko było to możliwe – z posterunkami policji lub żandarmerii niemieckiej, co miało ułatwić pełniejszy, częstszy i bardziej bezpośredni nadzór nad polskimi funkcjonariuszami[52]. Konsekwentnie wdrażano też polskich policjantów do wspólnych akcji wraz z żandarmerią i Schupo. W celu uzyskania lepszej kontroli nad polskimi podwładnymi komendant żandarmerii w Starachowicach zdecydował się osiedlić policjantów kawalerów w pożydowskich domach w bezpośrednim sąsiedztwie posterunku[53]. Równocześnie opracowano specjalne instrukcje dotyczące dopuszczalnych interwencji „nieniemieckich” policjantów w stosunku do Niemców i funkcjonariuszy niemieckiej policji. Nawet w przypadku przyłapania Niemca na czynności przestępczej granatowi nie mieli prawa użyć broni[54].


Mieszana warta policji granatowej i Schupo. Tarnów, budynek przy ul. Chopina 8. Być może zdjęcie wykonano podczas wizyty Arthura Seyss-Inquarta, zastępcy Hansa Franka, który odwiedził miasto 5 maja 1940

Źródło: Archiwum Marka Tomaszewskiego

Od czasu do czasu komendanci powiatowi PP spotykali się na odprawach zwoływanych przez dowódcę żandarmerii odpowiedniego dystryktu. W pierwszych miesiącach okupacji narady takie organizowano częściej (raz na dwa miesiące). Później, gdy wytworzyła się obowiązująca rutyna służbowa – raz do roku. W dystrykcie krakowskim pierwsza taka narada odbyła się w stolicy Generalnej Guberni 23 stycznia 1940 roku[55]. Dowódca żandarmerii zastrzegł sobie wówczas prawo do udzielania funkcjonariuszom urlopów (na wniosek komendantów powiatowych), podkreślił konieczność utrzymania dyscypliny, oddawania honorów przełożonym (zwłaszcza niemieckim) oraz nakazał zaostrzoną walkę z przejawami bandytyzmu i ze spekulacją. W samym Krakowie w początkach okupacji niemieckie władze policyjne wykazywały daleko idący sceptycyzm w ocenie przydatności PP. W raportach składanych co dwa tygodnie na ręce Stadthauptmanna (starosty miejskiego) dowódca Schupo meldował o stanie bezpieczeństwa w mieście. Jeszcze wiosną 1940 roku ton raportów był dość pesymistyczny: polscy policjanci migali się od pracy, niechętnie wystawiali mandaty, a w walce z czarnym rynkiem w ogóle nie można było na nich liczyć. Tu należy oczywiście zadać pytanie, do jakiego stopnia granatowi policjanci toczyli wojnę z pokątnym handlem na własną rękę – wojnę, o której ich niemieccy nadzorcy nie mieli pojęcia, gdyż ewentualne zyski z łapówek oraz kar nie trafiały do oficjalnych sprawozdań. Nieliczni folksdojcze wcieleni w szeregi policji wykazywali większą aktywność niż wszyscy ich polscy koledzy razem wzięci – skarżył się przełożonym wiosną 1940 roku kapitan krakowskiego Schupo. Wobec ogólnego braku motywacji polskich funkcjonariuszy Niemcy zdecydowali się w maju 1940 roku na dyscyplinarne zwolnienie ośmiu granatowych z krakowskich komisariatów[56]. Według opinii niemieckich zwierzchników niskie morale polskich funkcjonariuszy wiązało się głównie z zamrożeniem płac, co – w połączeniu z rosnącą inflacją – wpłynęło na znaczne obniżenie poziomu życia. Szczególnie uważnej obserwacji poddano oficerów PP, których lojalność stanowiła gwarancję lojalności niższych rangą funkcjonariuszy. Nieliczni – jak czytamy w innym raporcie – nadal wierzą w zwycięstwo aliantów, ale „większość kompletnie straciła wiarę w Anglików, a zwolnienia i aresztowania nielojalnych funkcjonariuszy wywarły na reszcie zamierzony efekt odstraszający”[57]. Nastroje wśród polskich policjantów poprawiły się wyraźnie rok później. W raportach z wiosny 1941 roku przeczytać można, że funkcjonariusze PP są w miarę zadowoleni, co mogło się wiązać ze zwiększonymi przydziałami żywności, głównie pochodzącej z rekwizycji przeprowadzonych „na mieście”[58]. W miarę dobry nastrój towarzyszył granatowym policjantom z krakowskich komisariatów aż do połowy 1943 roku, kiedy to gwałtowny wzrost przestępczości i aktywizacja organizacji podziemnych zaczęły zagrażać ich bezpieczeństwu.

Do narzędzi kontroli wykorzystywanych przez okupanta należały także obligatoryjne szkolenia, w tym kursy języka niemieckiego. Zajęcia były obowiązkowe dla wszystkich funkcjonariuszy, a za miganie się od uczestnictwa policjantom groziły dotkliwe kary finansowe i dyscyplinarne[59]. We wniosku o awans plutonowego Zdzisława Danielewicza na sierżanta PP czytamy: „Plutonowy Danielewicz obowiązki służbowe wykonuje sumiennie i gorliwie z poświęceniem. Jest policjantem wzorowym. Uczy się po niemiecku, praca jego jest wydajną w interesie administracji niemieckiej”[60]. W Warszawie stopień znajomości języka niemieckiego stał się warunkiem awansu, a uchylanie się od nauki zaczęto traktować jako wykroczenie służbowe[61]. Z punktu widzenia Niemców możliwość porozumienia się z polskimi funkcjonariuszami ułatwiała bezpośrednią współpracę, zmniejszała zależność od tłumaczy oraz – rzecz niebagatelna – umożliwiała lepszą penetrację środowiska policyjnego. Trudno dziś z pewnością stwierdzić, do jakiego stopnia władze PP usiłowały tym bezpośrednim kontaktom przeciwdziałać, ale nie ulega wątpliwości, że problem „chodzenia na skargę do Niemca” musiał niepokoić policyjną „górę”. Sytuacja była na tyle poważna, że 10 marca 1942 roku komenda PP miasta Warszawy wydała funkcjonariuszom surowy zakaz udawania się „w sprawach służbowych czy prywatnych” do Kommando der Schutzpolizei bez zachowania odpowiedniej drogi służbowej[62].

W aktach PP znaleźć można przykłady bezpośrednich ingerencji policji niemieckiej, najprawdopodobniej będących skutkiem osobistych kontaktów funkcjonariuszy z Niemcami. W jednym z pism komendanta PP do naczelnika Obwodu „Praga” czytamy: „Zawiadamiam, że Kommando der Schutzpolizei z dnia 23 marca 1942 r. zarządziła telefonicznie natychmiastowe przywrócenie do czynności służbowych kaprala Komisariatu Rzecznego Rzętyckiego Antoniego z tym, że należy go przenieść do innej jednostki i nie wysyłać do służby na teren dzielnicy żydowskiej”[63]. Trudno powiedzieć, jakiego rodzaju wykroczenie popełnił na terenie getta kapral Rzętycki, ale widać, że odwołanie się do Niemców wywarło natychmiastowy – i pożądany – skutek.

 

Niemieccy nadzorcy, przeważnie żandarmi i szupowcy, mieli także prawo karania polskich funkcjonariuszy. Korzystali z niego chętnie i często, zazwyczaj z pominięciem bezpośrednich zwierzchników karanych policjantów. Ilustracją tej formy zależności są wydawane drukiem (w formie biuletynu) „Rozkazy Komendanta PP m. Warszawy”[64]. Zamieszczana tam lista policjantów zwolnionych ze służby bądź ukaranych aresztem dzielona była na trzy części: kary nałożone przez dowódcę Policji Porządkowej (Kommandeur der Ordnungspolizei), przez dowódcę Policji Ochronnej (Kommandeur der Schutzpolizei) oraz przez majora Franciszka Przymusińskiego – ówczesnego komendanta PP Warszawy.