Na posterunkuTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Grabowski

Na posterunku

Udział polskiej policji granatowej

i kryminalnej w zagładzie Żydów


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: Oddział wypadowy policji granatowej i Kripo z Siedliszowic,

1943 / Instytut Pamięci Narodowej

Copyright © by Jan Grabowski, 2020

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Katarzyna Rycko, Jadwiga Makowiec

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-013-2

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Podziękowania

Wstęp

Wykaz skrótów występujących w tekście

I Początki: wrzesień 1939

II Pierwsze lata okupacji: jesień 1939 – jesień 1941

III Okres przejściowy: jesień 1941 – lato 1942

IV Straszny rok 1942: akcje likwidacyjne

V Judenjagd: 1942–1945

VI Warszawa

VII Udział Polskiej Policji Kryminalnej w wymordowaniu polskich Żydów

VIII O ratowaniu

Zakończenie

Aneks

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Policja mundurowa odegrała smutną rolę w akcjach wysiedleńczych. Na jej głowę spada krew setek tysięcy Żydów polskich, złapanych przy jej współudziale i zapędzanych do „wagonów śmierci”.

Emanuel Ringelblum, Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej[1]

Podziękowania

Chciałbym wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy w ciągu lat służyli mi pomocą i zachętą do pracy. Przede wszystkim chcę podziękować mojej Matce, która poświęciła pół wakacji na zapoznanie się z niekończącymi się opisami ludzkiego nieszczęścia. Wydawnictwu Czarne za wykazanie niezwykłej cierpliwości wobec autora – przez trzy lata zajmował się on bowiem zupełnie inną książką niż ta, którą obiecał dostarczyć. Jarkowi Kurskiemu dziękuję za to, że w pół drogi między Kamloops a Hope w Kolumbii Brytyjskiej wymyślił tytuł (za podtytuł odpowiedzialność ponoszę wyłącznie ja). Kasi, która oświadczyła, że trzeba się wreszcie wziąć do roboty i książkę skończyć, i która podzieliła się ze mną pierwszymi komentarzami. Jackowi, razem ze mną przekopującemu się przez raporty podziemia. Moim studentom, magistrantom i doktorantom jestem wdzięczny za wnikliwe pytania – nieraz zmusiły mnie one do ponownego przemyślenia zagadnień, które wcześniej byłem skłonny uznać za rozstrzygnięte. Książka ta nie miałaby obecnego kształtu, gdyby nie ogromny wkład pracy, życzliwości i benedyktyńskiej cierpliwości redaktor Magdy Budzińskiej. Uzmysłowiła mi ona, że między moją polszczyzną a polszczyzną tout court istnieje wielka przestrzeń, na której pojawiają się pułapki frazeologii, transzeje gramatyki oraz złowrogie pleonazmy, których istnienia nie byłem dotąd nawet świadom.

Pamiętam o długu wdzięczności zaciągniętym u moich przyjaciół z waszyngtońskiego United States Holocaust Memorial Museum: Jürgena Matthäusa, Elizabeth Anthony, Jacka Nowakowskiego i Teresy Pollin. Pomocą i radą służyli mi nieraz moi przyjaciele z Yad Vashem w Jerozolimie: Yehuda Bauer, Havi Dreifuss, Rob Rozett, Dan Michman, David Silberklang i Ela Linde. Osobne podziękowanie należy się archiwistom z Instytutu Pamięci Narodowej, którzy w ciągu lat sprawili, że mogłem wydajnie pracować w czytelni przy placu Krasińskich w Warszawie. Z oczywistych względów wolę nie wymieniać ich nazwisk i niniejszym składam im podziękowania zbiorowe.

Historykom Janowi Tomaszowi Grossowi, Jerzemu Kochanowskiemu, Łukaszowi Krzyżanowskiemu, Dariuszowi Libionce, Krzysztofowi Persakowi, Szymonowi Rudnickiemu, Annie Zapalec oraz Marcinowi Zarembie jestem wdzięczny za wnikliwe i krytyczne uwagi, które miały znaczny wpływ na ostateczny kształt tej pracy. Za wszystkie pomyłki i niedociągnięcia całą odpowiedzialność ponoszę oczywiście sam.

Niezwykle wdzięczny jestem Social Sciences and Humanities Research Council of Canada za wieloletnie wspieranie moich badań. Nie wypada nie wspomnieć tu o koleżankach i kolegach z wydziału historii University of Ottawa, którzy udzielili mi wsparcia, zachęty i pomocy wtedy, gdy polsko-polskie wojny o pamięć dotarły i do Kanady.

Na koniec – i bez ironii – chciałbym podziękować obrońcom mitu „Polski niewinnej” – a imię ich legion, więc wyliczać nie będę – gdyż swymi nieustannymi próbami fałszowania historii Zagłady zmobilizowali mnie do tym większego wysiłku badawczego.

Książkę tę – jak wszystkie inne – dedykuję Ojcu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

W październiku 2016 roku, ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej, Ministerstwo Spraw Zagranicznych rozesłało do polskich placówek dyplomatycznych na świecie listę tak zwanych błędnych kodów pamięci, czyli zwrotów i sformułowań, które „fałszują rolę Polski w czasie II Wojny Światowej”[1]. Gdyby zwroty te pojawiły się w przestrzeni publicznej – uczulał MSZ Polaków mieszkających za granicą – należy donieść o tym najbliższemu polskiemu dyplomacie, tak by ministerstwo mogło podjąć odpowiednie kroki zaradcze. „Bylibyśmy serdecznie zobowiązani i wdzięczni za informacje dotyczące wyrażeń należących do powyższych kategorii lub im pokrewnych i zniekształcających tym samym negatywnie rolę Polski w trakcie II Wojny Światowej” – czytamy w liście. Jak można założyć, wyrażenia zniekształcające pozytywnie rolę Polski nie spędzają polskim dyplomatom snu z powiek. Nie przypadkiem lista opracowana przez MSZ w dużym stopniu wiąże się z historią Zagłady. Na liście „błędnych kodów pamięci”, które w ocenie państwa polskiego należy wyeliminować z publicznego obiegu, znajdują się między innymi zwroty: „polskie ludobójstwo”, „polskie masowe mordy”, „polscy zbrodniarze wojenni”, „polskie obozy dla internowanych” oraz – rzecz nie bez znaczenia dla czytelników niniejszej książki – „polski udział w Holokauście”. Już w tym miejscu muszę ostrzec, że błędne kody pamięci pojawiać się będą bardzo często na stronach tego studium. Można wręcz powiedzieć, że książka ta jest nimi nasycona. Sapienti sat.

W ostatnich latach uprawianie najnowszej historii Polski stało się zajęciem podwyższonego ryzyka. Szczególnie jest to widoczne w wypadku historii zatrącającej o sprawy polsko-żydowskie, a już najbardziej o stosunki polsko-żydowskie w czasie Zagłady. Zaobserwować też można wzmożenie tak zwanej polityki historycznej państwa, której ukoronowaniem stała się niechlubna „polska ustawa o Holokauście” (czyli nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej), po raz pierwszy od czasu zaborów wprowadzająca do polskiego prawa rozróżnienie oparte na rasie, na pochodzeniu. To właśnie w tej ustawie nadano podmiotowość karną pojęciu „naród polski”, co szło w parze z rozróżnieniem na „obywateli pochodzenia żydowskiego” oraz „obywateli II RP”. Ufundowanie poczucia obywatelskości na kategorii wspólnoty krwi stanowi zwieńczenie procesu „umacniania godności narodowej”, który trwa od lat, a który ostatnio szczególnie przybrał na sile. Nie jest dziełem przypadku, że coraz częściej słychać w Polsce odwołania do pojęcia „wspólnoty narodowej” (czyli tak zwanego Volksgemeinschaft), która definiowana jest na gruncie rasowym, etnicznym, na gruncie pochodzenia. Nie jest dziełem przypadku również to, że kara trzech lat więzienia przewidziana w „ustawie o Holokauście” dla „szkalujących dobre imię narodu” stanowi powtórkę praktyki prawnej późnych lat trzydziestych. To właśnie wtedy, w atmosferze narastającego antysemityzmu, zaczęto stosować karę trzech lat więzienia wobec ludzi „obrażających naród polski” (w oryginale: „Naród Polski”). Niedawna dekryminalizacja tego czynu w haniebnej ustawie w niczym nie zmienia faktu, że nad badaczami Zagłady zawisł karzący miecz państwa, a efekty nadal obowiązującego prawa kładą się cieniem na prowadzonych sine ira et studio badaniach historii.

 

W pracy historyka nagłe zaskoczenia należą do zjawisk rzadkich – kwerendy archiwalne polegają zazwyczaj na mozolnym wyszukiwaniu, a potem przeczesywaniu tysięcy stron dokumentów, odcyfrowywaniu mało czytelnych kart, odgadywaniu sensu wielowarstwowego palimpsestu, pełnego lepiej lub gorzej zakodowanych znaczeń. Niemniej przeto bywają takie chwile, kiedy – dość niespodziewanie – badacz staje twarzą w twarz ze zjawiskiem, którego istnienia nie podejrzewał lub też którego wagi nie potrafił wcześniej odpowiednio docenić. Tego rodzaju niespodziewanym odkryciem była dla mnie rola granatowej policji w wymordowaniu polskich Żydów. Wiele lat temu, przystępując do pisania książki o zagładzie Żydów ukrywających się na wsiach w południowo-wschodniej Polsce, z rosnącym zdumieniem odkrywałem coraz to nowe wypadki rabunków, gwałtów, tortur i mordów, których dopuszczali się polscy policjanci na ukrywających się Żydach. Skala tego „współsprawstwa” była niesłychana – swoją wydajnością mordercy w granatowych mundurach potrafili dorównać kolegom, niemieckim żandarmom i szupowcom.

W książce Nasi litewska pisarka Rūta Vanagaitė zajęła się udziałem Litwinów w wymordowaniu żydowskich sąsiadów w czasie Zagłady. „Žydšaudys [żydobójca – J. G.] oznacza tylko ludzi, którzy pociągali za spust. Ale uważam, że powinniśmy wymyślić dodatkowe słowa, określające wszystkie inne kategorie ludzi, którzy brali udział w tym procesie – takich jak žydgaudys (łapiący Żydów) […] oraz žydvedys (eskortujący Żydów), a być może i žydvagis (kradnący żydowskie mienie)” – pisała[2]. Po latach badań doszedłem do wniosku, że określenia użyte przez Vanagaitė: žydšaudys, žydgaudys, žydvedys i žydvagis, mogą z powodzeniem posłużyć do opisania postaw i zachowań polskich policjantów podczas wojny.

Druga zaskakująca konstatacja dotyczyła swoistego modus operandi – polscy policjanci niejednokrotnie mordowali Żydów (często swoich sąsiadów, ludzi dobrze im znanych z lat przedwojennych) w tajemnicy przed Niemcami. Innymi słowy, akcje przeciwko Żydom prowadzono na własny rachunek, z własnej inicjatywy, często w geście swoiście rozumianej solidarności społecznej z miejscowymi, którzy prosili granatowych o likwidację dość uciążliwych – lub stwarzających zagrożenie dla wiejskiej wspólnoty – „obywateli pochodzenia żydowskiego”, jak określano ofiary w powojennych dokumentach. Niemcy, bezpośredni przełożeni granatowych policjantów, najczęściej nie mieli najmniejszego pojęcia o mordach dokonywanych przez polskich podwładnych. Nie żeby mieli coś przeciwko, ale w razie otrzymania meldunku o wykryciu, zatrzymaniu czy zabiciu Żydów ich reakcja była trudna do przewidzenia. Mogli zacząć pytać o personalia zamieszanych w sprawę Polaków, mogli też zainteresować się kwestią pozostawionych przez ofiary „rzeczy żydowskich” – które przeszły już przecież w inne, godniejsze ręce. Łatwiej było więc, co do tego nie ma wątpliwości, „załatwić sprawę” we własnym zakresie, bez informowania Niemców. Nie ulega kwestii, że w oczach wielu polskich policjantów mordowanie Żydów stanowiło formę ochrony miejscowych chłopów przed terrorem okupanta, a zabójstwa tłumaczono po wojnie jako akt patriotycznego poświęcenia. Najczęściej wysuwanym argumentem było to, że wykrywszy Żydów, Niemcy mogli wymordować Polaków podejrzanych o ich ukrywanie. Niekiedy represje mogły dosięgnąć wielu gospodarstw lub nawet całej wioski. Zabicie ukrywających się Żydów przedstawiano wobec tego jako ochronę interesów polskiej społeczności, jako swoiście rozumianą walkę o zachowanie substancji narodowej.

Trzecia konstatacja płynąca z lektury akt powstałych w latach okupacji wiązała się z dwoistością roli granatowych policjantów i ich kolegów wywiadowców, czyli funkcjonariuszy policji kryminalnej. Wielu spośród policjantów, którzy mordowali Żydów, pełniło jednocześnie odpowiedzialne funkcje w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego; stanowili oni ważne ogniwo oporu w miejscowych siatkach Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Armii Ludowej czy Narodowych Sił Zbrojnych. Byli wśród nich patrioci, ludzie oddani Polsce, gotowi poświęcić życie w walce z okupantem. Według wielu policjantów, których spotkamy na kartach tej książki (jak i w opinii wielu ich kolegów z konspiracji), nie było jednak większej sprzeczności między mordowaniem Żydów a walką o wolną Polskę. Warto się tu odwołać do często aż po dziś cytowanego powiedzenia: „Co Hitler złego zrobił, to zrobił – ale przynajmniej Polskę od Żydów uwolnił”. A jeżeli Hitler nie dość sprawnie i nie dość gruntownie przykładał się do pracy – należało mu w tym pomóc. W sposób zwięzły, choć dosadny ujął to Józef Górski, endek, właściciel majątku Ceranów pod Sokołowem Podlaskim, niedaleko Treblinki: „Dzisiejsza propaganda [po 1945 roku – J. G.] uważa Żydów za część narodu polskiego i twierdzi, że Niemcy wymordowali 6 milionów Polaków. Jest to jeszcze jedno zakłamanie w szeregu tych, którymi jesteśmy karmieni. Żydzi nigdy nie byli Polakami. Był to żerujący od wieków na naszym organizmie obcy polip, którego wskutek naszego niedołęstwa nie potrafiliśmy się pozbyć”[3]. W latach wojny, a już zwłaszcza od roku 1942, o „niedołęstwie” nie było już mowy.

Kolejna obserwacja dotyczy skali udziału granatowej policji w działaniach skierowanych przeciwko Żydom. Jak się okazuje, Polnische Polizei (PP) stanowiła od pierwszych miesięcy okupacji jedno z podstawowych narzędzi kontroli okupanta nad ludnością żydowską. Zadaniem PP było egzekwowanie coraz liczniejszych niemieckich zarządzeń, a jest rzeczą nieobojętną, że los Żydów w dużej mierze zależał od gorliwości, z jaką funkcjonariusze podchodzili do przydzielonych im obowiązków. Mowa tu o egzekwowaniu „przepisów opaskowych”, o ograniczaniu mobilności ludności żydowskiej, o zwalczaniu szmuglu ze strony aryjskiej do głodujących gett oraz o wielu innych działaniach, które stanowiły preludium do Zagłady. Z tym wiąże się inne, choć pokrewne pytanie, które będzie powracać często na stronach tej książki: w jakim stopniu polscy policjanci ponosili odpowiedzialność za śmierć Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie? Gdy analizuje się okoliczności wykrycia poszczególnych ofiar, widać zresztą wyraźnie, że policjanci nie działali w próżni, że w sukurs przychodzili im różnego rodzaju informatorzy, strażacy czy też wszechobecni gapie. To na tym etapie rozważań trzeba się zastanowić nad sensem często powtarzanego twierdzenia, że „żaden Żyd nie mógł przeżyć bez pomocy Polaków”. Czy rzeczywiście? Wielu Żydów poradziło sobie bez polskiej pomocy, wykazując się ogromną przedsiębiorczością i samodzielnością. Nie szukali pomocy; można wręcz powiedzieć, że szukali polskiej indyferencji, liczyli po prostu na obojętność. Możemy jednak na to samo zagadnienie spojrzeć z innej perspektywy i twierdzenie powyższe przeformułować następująco: czyż nie jest prawdą, że prawie wszyscy Żydzi, którzy uciekli z gett, zrzucili opaski i schronili się po aryjskiej stronie, zginęli przy udziale Polaków?

Gdy bada się praktykę policyjną w okresie po likwidacji gett, widać wyraźnie rosnącą rolę polskich funkcjonariuszy (oraz innych polskich ochotników) w chwytaniu ukrywających się Żydów. Bez polskiej pomocy Niemcy po prostu nie byliby w stanie sprostać temu zadaniu – i władze okupacyjne miały tego pełną świadomość. Świadczą o tym nie tylko relacje żydowskie, lecz także dokumenty i deklaracje władz okupacyjnych. Dopóki Żydzi przebywali w gettach, nosili opaski i okazywali dokumenty zaopatrzone (bądź nie) w „stempelki życia”, zadanie Niemców było stosunkowo proste. Z chwilą ucieczki na aryjską stronę ci sami Żydzi – z perspektywy okupanta – stawali się niewidzialni. Aby ich odnaleźć, trzeba było odwołać się do kodów kultury, do znajomości języka, akcentu, obyczajów, do codziennej praktyki, do doświadczenia, którego Niemcy nie mieli. Ale polscy policjanci – i ich cywilni pomocnicy – posiedli te umiejętności aż w nadmiarze. Ten temat będzie powracać w książce w wielu miejscach, lecz najdokładniej omówię go w rozdziale poświęconym Judenjagd, czyli polowaniu na Żydów.

W literaturze dotyczącej wojny i okupacji możemy często przeczytać, że szantażowaniem i mordowaniem Żydów zajmował się skryminalizowany margines. Że ludzie krzywdzący Żydów swoimi czynami stawiali się poza nawiasem polskiej wspólnoty, innymi słowy – że przestawali być Polakami. To bardzo wygodna linia rozumowania, która pozwala pozbyć się balastu nieszczęścia, odpowiedzialności i historii przy minimalnym wysiłku umysłowym. Jest to jednak ścieżka donikąd. W kolejnych rozdziałach tej książki czytelnik pozna bohaterów mojej opowieści, ludzi cieszących się przed wojną uznaniem i szacunkiem społecznym, sprawujących ważne funkcje w życiu zbiorowym. W końcu przed wojną policjant, strażak, urzędnik państwowy to był ktoś, to był autorytet. Po wojnie wielu z tych ludzi wróciło na swoje dawne stanowiska i dalej cieszyło się dużym prestiżem. Gdy niektórzy z nich stanęli przed sądem, to w ich obronie do prokuratury, do władz partyjnych i państwowych słano nieraz petycje podpisane przez setki osób! Tymczasem podczas wojny ci sami ludzie dopuszczali się masowych, okrutnych zbrodni na Żydach. Co nam to o nich mówi? Czego dowiadujemy się o mężczyznach i kobietach występujących w ich obronie? Czy jest to komentarz pozwalający nam lepiej zrozumieć kondycję moralną polskiego społeczeństwa podczas wojny?

To właśnie te aspekty historii okupacji stały się jednym z najboleśniejszych odkryć, które skłoniły mnie do poświęcenia kolejnych lat pracy na badanie udziału polskiej policji w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” w Polsce. Zadanie to nie było łatwe, gdyż w sprawie tego wycinka własnej działalności polscy policjanci zachowali, co można łatwo zrozumieć, daleko idącą powściągliwość. Dokumenty posterunków PP z lat wojny są zdekompletowane, a bardziej zasobne zespoły archiwalne można zliczyć na palcach jednej ręki. Nie ulega wątpliwości, że pod koniec wojny lub też bezpośrednio po ucieczce Niemców policjanci zniszczyli znaczną część korespondencji urzędowej. Dlatego reszty materiałów trzeba szukać wśród rozproszonych dokumentów instytucji polskich i niemieckich (takich jak sądy), których kompetencje zazębiały się z kompetencjami PP. Niezwykle ważne są również materiały podziemnych władz wojskowych (AK) i cywilnych (Delegatura Rządu na Kraj). Dokumentację archiwalną w sposób istotny uzupełniają relacje świadków wydarzeń – tak Żydów, jak i Polaków. W wyniku ich badania powstaje swoisty palimpsest pamięci – kolejne warstwy opisu wydarzeń, nieraz przedzielone dziesiątkami lat.

Książka ta ma jasno zakreślone pole badawcze i ogniskuje się na tych aspektach pracy polskiej policji granatowej i kryminalnej, które miały bezpośredni wpływ na losy Żydów w czasie Zagłady. Czytelnik szukający w tym studium wyczerpujących informacji o całej historii policji podczas okupacji będzie zawiedziony. Siłą rzeczy w niewielkim tylko stopniu i fragmentarycznie omówiona zostanie rola granatowej policji w akcjach podziemia niepodległościowego czy też działaniach skierowanych przeciwko polskiemu społeczeństwu (rozumianemu w kategoriach etnicznych). Nie jest jednak dziełem przypadku, że właśnie te zagadnienia zostały nieco lepiej rozpoznane w istniejącej literaturze historycznej. O konspiracyjnej akcji agenturalnej wśród funkcjonariuszy PP pisali prawie wszyscy kronikarze państwa podziemnego oraz sami członkowie ruchu oporu. W podobny sposób liczne prace dotyczące wsi polskiej pod okupacją obszernie omawiały kwestię ściągania kontyngentów oraz łapanek na roboty do Rzeszy – a tak w jednym, jak i w drugim wypadku polska policja odgrywała główną rolę.

Opis udziału polskiej policji granatowej i kryminalnej w Zagładzie nie może się jednak obyć bez choćby pobieżnej analizy działań policji niemieckiej, której podlegali polscy funkcjonariusze. W sieci wzajemnych zależności szczególną rolę w wyniszczeniu polskich Żydów odegrały również Polska Policja Kryminalna (PPK – Polnische Kriminalpolizei) oraz, w mniejszym zakresie (zagadnienie dotąd właściwie niebadane), ochotnicza i zawodowa straż pożarna. Obie te formacje znajdą się wobec tego w polu naszego zainteresowania. Studium poświęcone policji granatowej nie może także pominąć milczeniem Jüdischer Ordnungsdienst, czyli policji żydowskiej, formacji znajdującej się pod bezpośrednim nadzorem PP.

 

Badania źródłowe, które znalazły się u podstaw tej pracy, objęły zasięgiem wszystkie dystrykty Generalnej Guberni (choć w Galicji polscy funkcjonariusze działali jedynie w ramach Polskiej Policji Kryminalnej), ze szczególnym uwzględnieniem obszarów, na których obecność wspólnot żydowskich zaznaczała się w sposób bardzo wyraźny. Z tego też powodu odpowiednio mniej uwagi poświęcam terenom, skąd Żydów wysiedlono bardzo wcześnie, niekiedy już na początku 1940 roku – jak na przykład stało się w powiatach położonych na zachodzie dystryktu warszawskiego. Poza podstawą badawczą znalazły się również tereny II RP wcielone do Rzeszy (Eingegliederte Ostgebiete), na których administracja polska – wliczając w to polską policję – została całkowicie zlikwidowana i zastąpiona przez instytucje niemieckie.

W kwestiach terminologii pozostaję wierny zasadom współczesnej pisowni w ramach powszechnie przyjętego zwyczaju. Z pewnymi jednak wyjątkami. Jeżeli chodzi o nazwy własne, to będę całkiem świadomie używał nazwy „Generalna Gubernia”, choć zdaję sobie sprawę z tego, że poprawna jest forma „Generalne Gubernatorstwo”. Tak się jednak składa, że w czasie wojny to właśnie ta pierwsza weszła do powszechnego użycia. I to właśnie o życiu – i śmierci – w Generalnej Guberni mówili i mówią świadkowie epoki. To samo dotyczy tych wszystkich, którzy trafili wówczas do Oświęcimia, a nie do Auschwitz. Z tego samego powodu znikną cudzysłowy wokół „aryjskiej strony”, a przedmiot moich badań, czyli „granatowa” policja, będzie granatową policją lub po prostu – i przemiennie – polską policją. Wychodząc naprzeciw możliwym pytaniom, czy pisząc o polskiej policji, chcę podkreślić jej autonomię i sprawczość, odpowiem krótko: to właśnie w ten sposób Polacy pod okupacją określali polskich policjantów. Niekiedy granatowych policjantów nazywano po prostu „naszymi policjantami”. Może się o tym przekonać każdy czytelnik spisanych podczas wojny dzienników Franciszka Wyszyńskiego, Edwarda Kubalskiego, Aurelii Wyleżyńskiej, Adama Chętnika czy Neli Samotyhowej. Nie chodziło wówczas o podkreślanie autonomii działań granatowej policji, lecz po prostu o odróżnienie jej od o wiele bardziej znienawidzonej i wzbudzającej powszechny strach policji niemieckiej. Na koniec dodam, że we wspomnieniach i świadectwach polskich Żydów zwrot „polska policja” stosowany jest wobec granatowych policjantów prawie zawsze. Oba terminy – „polska policja” i „policja granatowa” – występowały równolegle. W tej książce kilkakrotnie pojawi się też określenie „powstanie sierpniowe” w odniesieniu do powstania warszawskiego. Jest to o tyle uzasadnione, że w stolicy wybuchły dwa powstania, oba warszawskie, z tym że jedno wybuchło w getcie, w kwietniu 1943 roku, a drugie – piętnaście miesięcy później, po aryjskiej stronie. No i nazwa „powstanie sierpniowe” znajdowała się w powszechnym użyciu – przynajmniej przez pierwsze powojenne dekady. W uzasadnionych przypadkach, kiedy tożsamość uczestników opisywanych zdarzeń nie ma znaczenia dla dalszej narracji, zmienione zostały nazwiska.

Osią chronologiczną niniejszej książki jest okupacja widziana przez pryzmat żydowskiej tragedii. Innymi słowy, kolejne rozdziały stanowić będą odbicie systematycznie zaciskającej się wokół Żydów pętli terroru. Podstawowe etapy tej periodyzacji nie są dla polskiego czytelnika oczywiste – dla Polaków periodyzacja okupacji wygląda zupełnie inaczej. Z mojej perspektywy najważniejsze będą jednak decyzje niemieckie, które wyznaczały najpierw kolejne fazy zniewolenia Żydów, a w końcu dały początek polityce eksterminacji. W zgodzie z tym założeniem podział chronologiczny zacznie się od wstępnych zarządzeń okupanta, które podcięły podstawy egzystencji ekonomicznej społeczności żydowskiej. Stało się to na przełomie 1939 i 1940 roku, a niezwykle ważna rola we wcieleniu tych zarządzeń w życie przypadła właśnie granatowej policji. Drugi okres zniewolenia polskich Żydów wiąże się z utworzeniem gett. Jedną z podstawowych cezur czasowych było bez wątpienia ogłoszenie III Rozporządzenia o ograniczeniach pobytu w GG, czyli wprowadzenie kary śmierci za opuszczenie getta. Tak jak poprzednio nad przestrzeganiem nowego prawa pieczę miała sprawować granatowa policja, z tym że zakres jej obowiązków znacznie się poszerzył, gdyż od późnej jesieni 1941 roku polscy funkcjonariusze przystąpili także do rozstrzeliwania Żydów złapanych poza gettami. Trzeci okres to likwidacje gett – jedna z mniej zbadanych faz żydowskiej tragedii, a szczególnie dramatyczna. Likwidacje, przeprowadzane publicznie, na oczach milionów Polaków, stanowiły pokaz niesłychanego okrucieństwa, w trakcie którego ulice polskich miast i miasteczek całkiem dosłownie, bez żadnej poetyckiej przenośni spłynęły krwią. Jak wynika z niedawno przeprowadzonych badań, w czasie akcji likwidacyjnych wymordowano od dziesięciu do dwudziestu procent deportowanych Żydów. W niektórych gettach na wschodzie Generalnej Guberni w dniach deportacji i likwidacji zginęła na miejscu prawie połowa żydowskiej ludności[4]. Granatowa policja była ważnym elementem w niemieckiej strategii masowego mordu i polscy policjanci uczestniczyli praktycznie we wszystkich akcjach na terenie GG[5]. Pełnili przy tym wielorakie funkcje – od uszczelniania granic gett z zewnątrz, tak by wyłapywać Żydów uciekających w trakcie likwidacji, przez wyciąganie ofiar z domów i pędzenie ich na place zbiórki, aż po przeszukiwanie opróżnionych gett i wyciąganie ukrywających się ze schronów i kryjówek. Ale zdarzały się i takie wypadki, gdy granatowi policjanci musieli przeprowadzić likwidację miejscowej wspólnoty żydowskiej głównie własnymi siłami, bez większej pomocy Niemców. Wszystkie te aspekty działań PP zostaną omówione w rozdziale poświęconym akcjom likwidacyjnym. Czwartym i ostatnim okresem periodyzacji jest trwający do końca wojny Judenjagd, czyli polowanie na ukrywających się po aryjskiej stronie Żydów.

Oprócz podziałów opartych na chronologii trzy zagadnienia tematyczne zostaną omówione oddzielnie: udział granatowej policji w eksterminacji Żydów Warszawy, wkład Polskiej Policji Kryminalnej w działania skierowane przeciwko Żydom oraz udział w Zagładzie polskich strażaków. Pierwszy temat zasługuje na oddzielne potraktowanie tak ze względu na liczbę Żydów zamkniętych w getcie warszawskim, jak i siły policyjne oddelegowane do nadzoru nad „żydowską dzielnicą zamkniętą”. Równie ważny jest problem masowych ucieczek na aryjską stronę Warszawy, które rozpoczęły się wraz z Grossaktion Warschau, czyli likwidacją getta w lipcu 1942 roku, a przybrały na sile przed wybuchem powstania w getcie i podczas walk. Drugi omawiany oddzielnie temat dotyczy Polskiej Policji Kryminalnej, której jak dotąd w literaturze historycznej nie poświęcono praktycznie ani słowa. Tymczasem PPK stała się jednym z podstawowych ogniw w łańcuchu terroru i prześladowań skierowanych przeciwko Żydom. W znacznie skromniejszym zakresie omówiony zostanie także udział strażaków w „ostatecznym rozwiązaniu”. Temat ten w zasadzie nie był dotąd poruszany przez historyków, a działania ochotniczych i zawodowych straży pożarnych niejednokrotnie stanowiły rozwinięcie, wsparcie i kontynuację działań policji.