3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Imieniny Haneczki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Imieniny Haneczki
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Grabowski

Imieniny Haneczki

Warszawa 2021

Spis treści

[Dedykacja]

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

[Dedykacja]

Haneczko, masz wprawdzie ciemne włoski i oczy jak dojrzałe kasztany, nie sterczą Ci też z boku głowy dwa warkoczyki sztywne jak druciki, ale wiesz dobrze, że tę najprawdziwszą historię świata opowiedziałem dla Ciebie.

Jan Grabowski

I

Haneczka... Jaka Haneczka? No, ten miły brzdąc o oczach niebieskich jak majowe niebo, złotym łepku, z którego sterczały jej dwa warkoczyki sztywne jak druciki! Znacie ją na pewno!

Nie znacie? Nie może być!

Ta Haneczka! Gniecioszkówna! Z drugiej klasy powszechniaka! Córka pana Gniecioszka, szewca z Nowego Światu! Tego, co to nad sklepem ma szyld, a na nim wymalowany wysoki but z cholewą i damski pantofelek na wysokim obcasie! A pomiędzy butem i pantofelkiem wypisane jest jak wół:

Tu mieszka szewc Gniecioszek, ma obuwie modne,

Co na zimę jest ciepłe, a na lato chłodne.

No, teraz już wiecie na pewno, o kim mówię, prawda?

Otóż ta Haneczka Gniecioszkówna przyszła kiedyś do mnie. Odniosła mi kamaszki, do których pan Gniecioszek był łaskaw doszyć piękne łatki. Zobaczyła dzieci mojej Imki. Piękne to były kociaki! Nawet wyjątkowo piękne! Przyjrzała się im. I powiada:

– A moja Kukusia też ma kocięta!

– Kukusia? – dziwię się. – A któż to jest Kukusia?

– Moja kotka – mówi mi Haneczka. – Bardzo jest miła i mądra.

– A skąd ją masz?

– Przyszła kiedyś do nas na podwórze. Był tego dnia mróz. Kukusia była taka zmarznięta, że bardziej zmarzniętego kota na pewno pan nigdy nie widział!

– No i co?

– Dałam jej ciepłego mleka, posadziłam przy blasze na kuchni.

– Odtajała?

Haneczka kiwnęła swoim wyzłoconym łepkiem.

– Myła się i myła. A mruczała, powiadam panu, tak rozkosznie, że aż mi się na sercu ciepło robiło! Potem zeskoczyła z kuchni. I zaczęła się o mnie ocierać. Pieściła się i pieściła. A taka była przymilna, jak mało który kot.

– No i co? Została już u was? – pytam.

– A któż by miał serce wypędzać biedną kocinę na mróz – oburzyła się Haneczka. – Pan Niedojadło to nawet się ucieszył z tego, że mamy kota w domu. Nie będą mi myszy po nocy na strychu harcować, powiada!

– A któż to jest pan Niedojadło? – pytam.

– To pan nie zna pana Niedojadły? – zdziwiła się Haneczka. – To wielki artysta! Gra na skrzypcach! I śpiewa! Wprawdzie śpiewa ciągle jedną tylko piosenkę, ale za to tak ładnie, że nasłuchać się nie można! Pani radczyni Bimbanowska to nie bardzo lubi, kiedy pan Niedojadło śpiewa. Ale pani radczyni trudno dogodzić! Cały dzień słucha radia albo patefonu! I wszystko jej przeszkadza! Nawet i to, że mój Amorek szczeknie sobie od czasu do czasu. Czy pan zna takiego psa, co by milczał jak zaklęty i nie szczeknął sobie czasami?

– Nie. Nie znam takiego psa. A jak się nazywa twój piesek?

– Amorek, proszę pana. Też przybłęda! – zaśmiała się Haneczka. – Skąd się u nas znalazł, tego nikt nie wie. Przyszedł. No i jest.

– A jak żyją z kotką?

– Jeżeli panu powiem, że jadają oboje z jednej miski, to już nic więcej nie potrzebuję panu opowiadać, prawda? – powiada Haneczka i patrzy mi w oczy tymi swoimi chabrowymi ślepkami.

– Oczywiście, że już wszystko wiem o Kukusi i Amorku! – mówię.

– A może by pan chciał zobaczyć Amora i Kukusię? – pyta mnie Hanka. – Niech pan kiedy wstąpi do nas. Ale nie do sklepu. Tylko na podwórze. Od razu przez bramę. Zobaczę pana przez okno w kuchni. I zaraz wyjdę do pana, dobrze?

– Dobrze, kochanie. Dziękuję ci za zaproszenie. Wpadnę w tych dniach.

– No, to czekam. I do widzenia! – szepnęła Haneczka.

Kucnęła przede mną w pięknym dygu, zawróciła na pięcie i poszła.

Nie skorzystalibyście to z tak miłego zaproszenia? Ja się nie wahałem ani chwili!

Wybrałem się do niej za kilka dni.

Brama na podwórze wychodziła na ciasną uliczkę. Pomiędzy domkiem, gdzie pan Gniecioszek miał sklep i warsztat, a innym maleńkim dominą. Domyśliłem się od razu, że w tym maciupeńkim domku mieszka pani radczyni Bimbanowska. Bo radio ryczało tak, że w uszach dudniło! Musiał też tam zamieszkiwać i pan Niedojadło, bo z jednego okna słychać było męski głos. Nie bardzo piękny, powiem wam od razu. Skrzypiał, jak nienasmarowane koło u wozu! I wyciągał z całej piersi:

O, gwiazdeczko, coś błyszczała,

Gdym ja ujrzał świat!

Tak mi się zdaje, że panu Niedojadle zależało na tym, żeby przekrzyczeć radio! I dlatego zapewne wolał śpiewać głośno niż przyjemnie.

Jeszcze nie zdążyłem wejść do bramy, a już okno pani radczyni zatrzasnęło się z hałasem i jakiś skrzekliwy głos wołał przez lufcik:

– Ciemna masa! Prostak! Radia nie znosi! Wynalazków ludzkiego rozumu nie szanuje! Pomiędzy jakich to ludzi rzuciłeś mnie losie niesprawiedliwy!

Lufcik się zamknął. A z drugiego okna zaraz zagrzmiał zsiadły bas:

– Pomiędzy ludzi, co mają uszy, pani szanowna! I chcieliby słyszeć jako tako do końca swego życia! Cha, cha, cha! – zaśmiał się pan Niedojadło.

Niedobrze – myślę sobie – zalewają sobie wzajemnie sadła za skórę pan artysta i pani radczyni! Ale co to mnie obchodzi? Idźmy zobaczyć Haneczkę i jej zwierzyniec.

Jestem już na podwórzu. Rozglądam się. Ciepło jest. Bo to środek lata. War z nieba płynie. Oddychać nie ma czym. Toteż domyślam się od razu, że Amor śpi zapewne gdzieś w chłodku, a Kukusia wygrzewa się na słońcu, w największym upale, po kociemu.

Jest!

Leży na daszku drwalki. W pełnym słońcu. Oczywiście śpi!

I Amorek się znalazł. Nie potrzebowałem go szukać. Sam do mnie wyszedł. Ale był tak zaspany, że nawet mu się szczekać nie chciało!

Obejrzał mnie z daleka. Raz, drugi, trzeci zerknął na mnie spode łba.

– Nieźle ci z oczu patrzy! – powiada. – Nie chce mi się na ciebie szczekać! Ani doskakiwać do ciebie, jak by właściwie należało, kiedy jesteś obcy! Ale tak mi się spać chce! – ziewnął, a tak głęboko, że mu pół gardzieli było widać.

Później przeciągnął się raz w tył, raz naprzód, zamiótł za sobą nogami. I dopiero wtedy spojrzał na mnie przytomniej.

– Czego się wałęsasz po naszym podwórku? – spytał mnie już zupełnie poważnie. – Nikt cię tu nie zna.

– Przestań się boczyć, Amorek! – powiadam do niego i wyciągam rękę.

Spojrzał mi raz jeszcze zezem w oczy. Niepewnie. I ostrożnie podszedł bliżej. Nie ruszałem się. Obwąchał mnie starannie.

– Czuć cię kotem – mruczał. – Nie wiadomo, po co trzyma się te kociska po domach! Ale czuć cię też i psami! Pewno mieszkasz w takim samym domu jak ten. Takim, co to pies musi żyć pod jednym dachem z kotem! Ale na żadnego drapichrusta nie wyglądasz! – stwierdził.

I zamajtał najuprzejmiej w świecie ciężkim ogonkiem.

W ten to sposób zawarliśmy miłą znajomość z Amorkiem.

Czy był piękny? Phi – co się komu podoba!

Wyglądał na stryjecznego brata jamnika. Był długi i miał ostry pyszczek. Za to uszy sterczące do góry i zadarty nosek. A ogon puszysty zawijał mu się w okazały obarzanek. Cały był jak kawa z mlekiem. Tylko na końcu ogonka miał biały pędzelek.

Ale minę miał godną. I z oczu patrzyło mu bardzo poczciwie.

Spostrzegła mnie Haneczka. Wybiegła do mnie. No i wtedy nastąpiło poznanie z Kukusią.

Miła była kocica! A widać, że nie z jednego pieca chleb już jadła! Bo uszy miała porządnie postrzępione i ogon nadłamany.

Podrapałem ją za uchem tak, jak to koty lubią. Spojrzała na mnie. Skoczyła na drwalkę. I nuż mi coś opowiadać! Mruczała i mruczała!

– Nasza Kukusia to taka gaduła, że opowiadałaby bez ustanku! – zaśmiała się Haneczka.

– Każdy się rad wygadać – powiadam – kiedy mu coś dolega!

Ledwiem to powiedział, Kukusia się nastroszyła i jednym skokiem już była na jabłoni, co rosła w kącie podwórza.

 

Zakrakało coś. Zatrzepotało się w powietrzu. I wielkie wronisko przefrunęło tuż nad naszymi głowami.

– Co Kukusia cierpi do tej wrony? – pytam Haneczkę.

– To obrzydliwe ptaszysko! Porwała jej jedno kocię! A takie było śliczne!

– A widzisz! To pewnie o tym porwanym dziecku chciała mi Kukusia opowiedzieć! Matka daruje wszystko, tylko nie zapomni krzywdy, jaka się stała jej dziecku.

Pogaworzyliśmy sobie z Haneczką o tym i o owym. Amorek pokazał mi, jak pięknie potrafi służyć. Kukusia skakała przez Hanczyne ręce.

– Uczone są twoje zwierzaki – powiadam. – Bardzo się cieszę, że je poznałem. A zabierz je kiedy do mnie. No i zaglądaj do mojego ogródka, jak tylko będziesz miała czas!

Zegnam się z Haneczką. Z Amorkiem. Z Kukusią. I wychodzę.

II

Ledwiem wyszedł za bramę, natknąłem się na pana Niedojadłę.

Boże, jakiż to był chudy człowiek!

Pierś – jak deska! Nogi – jak u bociana! Ręce – jak szczapy! Twarz – skóra i kości! Aż dziwne było, że się taki kościotrup mógł poruszać!

A ruszał się wcale żwawo! Machał rękoma jak skrzydłami wiatraka! I mrugał do mnie oczyma, co mu się świeciły jak węgle.

Opowiadał mi o Haneczce. Jaka ona miła, jaka gospodarna, jak wszystko w domu na jej tylko głowie!

– Taki mały manelik – powiada – a wszystko w całym domu nią tylko stoi. Bo pan Gniecioszek jest wdowiec. Rozumie pan? Wdowiec! – powtórzył i wytrzeszczył na mnie swoje ogniste oczy.

– Rozumiem – mówię mu na to. – Czemuż bym nie miał rozumieć? Znaczy to mniej więcej tyle, że matka Haneczki umarła.

– Właśnie! Właśnie! – ucieszył się pan Niedojadło, jakbym mu nie wiem jaką nowinę zwiastował.

Schwycił mnie pod ramię, nachylił się ku mnie. I szepnął mi w samo ucho, jak największy sekret:

– Czy pan wie, że za parę dni są Haneczki imieniny?

– A tak. Rzeczywiście. Za parę dni jest Anny.

– Właśnie, właśnie! – uradował się znów pan Niedojadło.

Obejrzał się na prawo, na lewo. Zajrzał w zamknięte okno pani radczyni. Przeprowadził mnie na drugą stronę ulicy. Jeszcze raz się obejrzał na wszystkie strony. A ulica pusta była jak wymiótł.

– Czy pan nie ma czasem jakiegoś pierścionka? – spytał mnie najbardziej tajemniczym szeptem, jaki kiedykolwiek słyszałem.

– Pierścionka? – zdziwiłem się. – A na co to panu?

Pan Niedojadło rozejrzał się raz jeszcze trwożliwie po pustej uliczce.

– Muszę mieć pierścionek! Wszystko jedno czy złoty, czy srebrny, czy ołowiany! Tylko żeby wchodził łatwo na serdeczny palec Haneczki! – powiedział i spojrzał mi tajemniczym zezem w oczy.

– Chce jej pan zrobić prezent imieninowy? – spytałem.

Pan Niedojadło zaśmiał się rechotliwie.

– Prezent? Rozumie się, że prezent! I to jaki! Sułtan turecki oddałby wszystko, co ma, za taki pierścionek, jaki ja dam Haneczce!

Patrzę na pana Niedojadłę, przyglądam mu się. Nadyma się jak paw. Zdjął kapelusz i siwe włosy palcami przegarnia.

– Ha – powiadam wreszcie do niego. – Pierścionka takiego, co by był w sam raz na palec Haneczki, nie mam niestety. Ale, wie pan, mam myśl!

– No? Jaką myśl? – ucieszył się pan Niedojadło.

– Jutro jest jarmark w naszym miasteczku. Zaproszę Haneczkę, żeby się ze mną przeszła po jarmarku. Może się coś wynajdzie w kramach.

– Pysznie! Znakomicie! – ucieszył się pan Niedojadło. – Że mi też to od razu nie przyszło do głowy! Więc jej pan taki pierścionek kupi! I odda mnie! A ja już się tym zajmę, żeby z niego zrobić cudo nad cudami!

– A jakie ma być oczko w tym pierścionku? – pytam.

Pan Niedojadło zaśmiał się drwiąco.

– Czy to nie wszystko jedno, proszę pana? Nie chodzi o to, jakie jest oczko w pierścionku, niebieskie czy czerwone, tylko o to, jaką pierścionek ma moc!

– Jak to? Nie rozumiem! – zdziwiłem się.

Pan Niedojadło spojrzał na mnie z góry.

– Moc! Moc! Rozumie pan? – powtarzał, a patrzył mi przy tym świdrem w same oczy. – Pierścionek, który Haneczka dostanie ode mnie, będzie miał nie lada siłę! – zaśmiał się.

– Jakąż to siłę, panie Niedojadło?

– Będzie Haneczce sprowadzał tak piękne sny, że najcudniejsze bajki, jakie by mogła wyczytać w najpiękniejszych książkach świata, wydadzą się jej tak nudne jak deszcz w jesieni. Rozumie pan?

– A czy to dobrze? Przecież Haneczka nie będzie chciała wcale czytać.

– O to właśnie chodzi! – powiedział pan Niedojadło z głębokim przekonaniem. – Ona za wiele czyta! Pożera książki! Zarywa nieraz nocy, zamiast spać! I chodzi później cały dzień z zapuchniętymi oczyma! A nie ma jej kto zwrócić na to uwagi, że czytać długo, szczególnie wieczorami, to bardzo, bardzo niedobrze! – rzekł pan Niedojadło i długo kiwał głową, jakby się czemuś ogromnie dziwił.

Był zupełnie podobny do chudego koguta!

– Może pan ma słuszność – mówię mu na to. – Kupię jutro Haneczce pierścionek.

– Tylko niech jej pan go nie oddaje! Wstąpię do pana wieczorem. I zabiorę. Dobrze?

Zgodziłem się. Pożegnaliśmy się. Pan Niedojadło odszedł kilka kroków. Nagle zawrócił. Przypadł do mnie. Schwycił mnie za łokieć. Nachylił się ku mnie i szepnął:

– Tylko ani słowa nikomu! Ta-je-mni-ca! – wysylabizował uroczyście. A co wymówił którą zgłoskę, to kiwał suchym, kościstym palcem przed samym moim nosem.

Przyrzekłem mu najuroczyściej, że przed nikim nie pisnę ani słówka o pierścionku.

– Bo to ta Bimbanowska! Ta Bimbanowska! – powtórzył jadowicie. – Ona wie wszystko! Rozumie pan, wszystko! Radio jej to mówi! Wszystko mówi! Każdą plotkę powtarza! Nie wychodzi ona z domu ani na krok, a wszystko wie, co się w całym miasteczku dzieje!

– Z radia? – zaśmiałem się.

Pan Niedojadło oburzył się do żywego.

– Niech pan sobie ze mnie nie kpi! – parsknął. – Sam słyszałem!

– Co pan słyszał?

Pan Niedojadło znów się rozejrzał na wszystkie strony podejrzliwie.

– Wczoraj – zaczął, ale przerwał i długo spoglądał w okno pani radczyni. – Wczoraj sam słyszałem – ciągnął po chwili, gdy się upewnił, że w oknie nie ma nikogo – jak ktoś mówi przez radio: Pszenica 39, żyto 22, karmne wieprze 17 i nagle wpada pomiędzy te wieprze: A Bussoltowej pies zdechł, bo go jędza morzyła głodem. I co pan na to?

– Dziwne jakieś radio! – powiadam.

Pan Niedojadło zaśmiał się na to z bolesnym politowaniem.

– Dziwne? Dziwne? – powtórzył i pokiwał nade mną głową. – A ja panu powiadam, że to zaczarowany aparat! Już ja się na tym znam! Bimbanowska to wiedźma! To zwykła czarownica! Jędza!

W tym samym momencie kiedy pan Niedojadło to mówił, okno pani Bimbanowskiej odemknęło się. Rozwarło na oścież. I ukazała się w nim pani radczyni.

Była to zażywna osoba, o twarzy pełnej i czerwonej jak dojrzały pomidor. Na głowie miała figlarny koczek z nieco pozieleniałych włosów. Najwidoczniej od dawna je farbowała.

Uśmiechnęła się do mnie uprzejmie. I kiwnęła mi z lekka głową.

Pan Niedojadło się obejrzał. Zobaczył panią Bimbanowską. Chwycił mnie z całych sił za łokieć. Szepnął w samo ucho:

– Ani słowa nikomu! – spojrzał z pogardą na radczynię. Nie jestem pewien, czy splunął, ale tak mi się zdaje, że to zrobił. Zawrócił na pięcie i zniknął.

Pani radczyni przywołała mnie do siebie.

– Przepraszam, że pana fatyguję – usprawiedliwiała się. – Ale po co pan szanowny rozmawia z takim Niedojadłą? To nie jest odpowiednie towarzystwo! Mówi o sobie, że jest artystą. A ja panu powiem, że to jest ciemna masa, nie jakiś tam artysta! Radia nie znosi! Ludzkiego rozumu wynalazków nie szanuje! I cóż szanowny pan na to powie? – spytała. Przekrzywiła głowę na prawo i czekała na odpowiedź.

Milczałem. Więc ciągnęła dalej.

– Jaki tam zresztą kto jest, to jest! Mnie tam nic do tego! Ale chodzi mi o tę małą, tę Haneczkę! Co ona na tym zyska, proszę pana, że się zadaje z takim cudakiem? Jej potrzeba dobrych manier, wychowania, a on całe dnie nic, tylko: O, gwiazdeczko, coś błyszczała! Czy to jest coś modnego? Jakiś tak zwany modny szlagier? Toć przecież i psom już się aż nadto uprzykrzyło wyć tę jakąś tam gwiazdeczkę, prawda? A co on rzępoli na tych swoich skrzypeczkach? Same takie kawałki, że aż ciarki po człowieku chodzą, jak tego słucha! Fe!

Pani radczyni wstrząsnęła się ze wstrętem i odrazą.

– Proszę tu bliżej! Proszę! – wabiła mnie.

Stanąłem tuż przy oknie. Pani radczyni nachyliła się ku mnie. Szepnęła mi w samo ucho:

– Robię, co mogę, dla tej Haneczki! Chcę, żeby wyrosła na miłą panienkę. Wychowaną! Dobrze wy-cho-wa-ną! – odbijała sylaba po sylabie. – Więc też na imieniny umyśliłam dać jej mały upomineczek. Taką sobie laleczkę.

– Laleczkę? Pewno po to, żeby się nauczyła szyć dla niej sukienki?

Pani radczyni żachnęła się oburzona.

– Wcale nie o to mi chodzi! Wewnątrz lalki będzie taki gramofonik maleńki.

– Gramofonik? – zdziwiłem się.

– Tak – przytwierdziła pani Bimbanowska. – Gramofonik.

– Ale cóż będzie nagrane na płytach? – pytam zdziwiony.

– To moja tajemnica! – oświadcza mi radczyni.

Rozejrzała się po pustej uliczce. Nachyliła niżej ku mnie. I mówi:

– Haneczka jest najlepsze dziecko. Ale, widzi pan, i najlepszemu dziecku trzeba powtarzać bezustannie, co mu wolno robić, a czego Boże strzeż i chroń. Rozumie pan?

– Niezupełnie.

– No, trzeba mu ciągle zwracać uwagę: Siedź prosto! Nie garb się! Nie śliń końca ołówka, kiedy piszesz! Nie zakładaj nogi na nogę!

– I to ma powtarzać ten gramofon w lalce?

– Zgadł pan! – ucieszyła się pani Bimbanowska. – Będzie to rozrywka i pożytek! Coś niby radio! Prawda? Tylko niech pan nic o naszej rozmowie nie wspomina Niedojadle! Ten człowiek jest nazbyt ordynarny, żeby mnie zrozumieć!

Przyrzekłem pani radczyni tajemnicę. Pożegnaliśmy się. Pani Bimbanowska zniknęła w swoim pokoju. Za chwilę usłyszałem jakąś pogadankę radiową. Nasłuchiwałem umyślnie, czy nie usłyszę jakichś wiadomości, takich, o jakich mi mówił pan Niedojadło.

Ale nie usłyszałem nic. Ani słowa o tym, co się działo w naszym miasteczku.

Powiedziałem też do okna:

– Do widzenia pani radczyni! – i poszedłem do domu.

III

Nazajutrz w naszym miasteczku był jarmark.

Na rynku wiele zgiełku, gwaru, hałasu. Przez cały ranek. Aż do południa.

Po południu za to było już ciszej. Co kto miał kupić czy sprzedać, to już zdążył załatwić. Na rynku zostały tylko kramy z różnymi drobiazgami. Były tam zabawki, paciorki, korale, wstążki, chusty barwne takie, że aż oczy ćmiło.

Poszedłem zaraz po południu po Haneczkę. Powiadam do niej:

– Nie miałabyś też ochoty przejść się trochę po rynku? Zobaczymy, co jest w kramach, dobrze?

Zaświeciły się jej oczy. Ale mówi:

– Chyba tylko na bardzo krótko, bo tatuś sklepu pilnuje, a ja muszę myśleć o podwórku! A dziś mam roboty huk! Wysprzątać kurnik! Wymieść wszystkie kąty! Wymyć podłogę w kuchni! – wyliczała na palcach.

– To chodź, nie zwlekając, jeśli dziś masz tyle roboty – mówię.

Poszliśmy. Amorek biegł na przedzie. Sadził godnym truchcikiem. Ogon trzymał zadarty prosto jak świecę.

Co chwila chwytał w pyszczek jakiś kamień. Podrzucał go do góry. I łapał w powietrzu. A jak mu się to znudziło, szczekał na prawo i na lewo:

– Hej, ludzie, z drogi! Bo my idziemy z moją panią na miłą przechadzkę!

W ciżbie ludzkiej stracił jednak nieco rezon. I oglądał się starannie na boki, żeby nie wpaść pod ciężkie buciory.

Przed kramami było luźniej. Więc Amorek znów się wysforował naprzód. Zatrzymał się przed budą z płóciennym dachem. Zwieszały się z niego bicze paciorków, sznury korali i pęki chust.

– Zajrzyjmy tu – mówię. – Amorek pokazał nam drogę.

Zaglądamy. Nie ma nic ciekawego. Ani jednej zabawki. Pierścionka ani na lekarstwo! Same wstążki i kolorowe łachmanki!

Ano nic! Idziemy dalej. Przejrzeliśmy jeden stragan i drugi. Wszędzie to samo.

Aż tu nagle Amorek skacze w bok! Nastroszył sierść na grzbiecie, że mu stanęła jak szczotka! Wyprężył się cały! I warczy!

Patrzę – kot! Bure, pręgowate kocisko!

Siedzi na daszku straganu. Patrzy w dół na psa zielonymi ślepiami. I ani drgnie. Tylko mu ogon chodzi tam i z powrotem jak wahadło!

A Amorek szczeka, aż się zanosi! W gardle mu bulgocze ze złości! Miota się tu, tam! Podskakuje do kota!

 

I nagle zamilkł, jak uciął. Zakotłowało się coś na ziemi! Zaparskało, zaskowyczało. Migają mi przed oczyma to nogi Amorka, to znów pręgowany grzbiet kota! Awantura! Niesłychana! Żeby się kot rzucił na psa!?

Skoczyliśmy z Haneczką Amorkowi na ratunek. Bo kocisko porządnie mu doskwierało. Jęczał biedak i skomlał wcale boleściwie.

Ale nie zdążyliśmy! Bo zza straganu wysunął się jakiś grubas. Z wielką brodą. W watowanej kacabai.

Krzyknął:

– Hop! Na swoje miejsce! Co to jest?

I kocisko zaraz odbiło się od ziemi, hycnęło z powrotem na płócienny daszek straganu. I tam zaczęło wylizywać się starannie, jak gdyby nigdy nic! A Amorek kręcił się w kółko, skowyczał, skarżył się. Musiał porządnie oberwać od tego tygrysowatego kocura!

Brodacz w watowanej kacabai uśmiechnął się przymilnie do nas. A wargi miał takie czerwone, jakby je wymalował. I zaczął przepraszać za swojego kota. Że taki spokojny, miły, łagodny. Ale czasem ma takie nieoczekiwane wyskoki. Napada na zwierzęta, choćby nawet silniejsze od siebie.

Kocur słuchał tej przemowy. Przestał się wylizywać i nadstawił uszu. Gdy jego pan skończył, podniósł się i wolno przeszedł na drugi brzeg daszka. Tam się ułożył. Ale swoich zielonych oczu z nas nie spuszczał.

Brodacz w najuprzejmiejszych lansadach zapraszał mnie i Haneczkę do obejrzenia wszystkich cudów, jakie miał na swoim straganie. Podeszliśmy bliżej. Było tam rzeczywiście co oglądać!

Cały stół był zastawiony zabawkami! Jedna obok drugiej! Samych lalek było pewno kilkadziesiąt! Najrozmaitszych!

Większych, mniejszych, ubranych wspaniale i zupełnych golasków! W ostatnim rzędzie, tuż przy samej krawędzi stołu, stały takie zabawki, co się same poruszały. A więc królik, co bił w bęben, małpa, co się wspinała po sznurze, kogut, który, jak mi się zdawało, powinien machać skrzydłami. I wiele innych, jeszcze ciekawszych.

Haneczce oczy wychodziły z głowy z podziwu. Brodacz spoglądał na nią zezem. I uśmiechał się jakoś dziwnie swoimi czerwonymi wargami.

– Ach, jak dobrze byłoby mieć to wszystko, prawda? – powiedział wreszcie gęstym basem. – A to, co panienka widzi, to jeszcze nic! Trzeba zobaczyć wszystko we właściwym świetle! Bo światło, panieneczko, to grunt!

Wziął w grubą, łopaciatą rękę latarkę elektryczną. Zaświecił. I powiódł światłem po stole.

I stała się rzecz zupełnie nieoczekiwana!

Wszystkie lalki jakby nagle ożyły! Nawet golaski z celuloidu wydały mi się tak prawdziwe, że tylko patrzeć jak zapłaczą! A jedna wielka lalka, ubrana jak królowa, podniosła ręce do góry i poprawiła sobie koronę, bo ją najwidoczniej uwierała! Królik zaczął bić w bęben! Kogut zapiał! A jakiś ptak tak barwny, jak nawet najbardziej kolorowa papuga barwna nie bywa, zaczął nagle obracać głową w prawo, w lewo. I wołał zabawnym, skrzekliwym, zduszonym głosem:

– Ja jestem rajski ptak! Ja jestem rajski ptak! – jakby komu bardzo zależało na tym, żeby się o tym dowiedzieć!

Ja byłem zdumiony! Naprawdę zdumiony! A Haneczka?

Moja Haneczka schwyciła mnie mocno za rękę. A oczy zrobiły się jej wielkie jak niebieskie talerze!

Ale najbardziej zastanawiającą rzecz zobaczyliśmy później.

Brodacz zawołał:

– Maciuś! Maciuś! Do roboty, leniuchu!

I bure kocisko hycnęło z daszka na sam środek stołu. Podniosło ogon do góry. I zaczęło spacerować po stole tam i z powrotem.

Co się wówczas działo, to trudno opowiedzieć!

Wszystkie lalki wzięły się za ręce! Królowa podała rękę kogutowi! Kogut królikowi! Królik już nie pamiętam komu! I cały orszak zaczął spacerować po stole tuż za kotem!

Tylko rajski ptak się nie poruszył. Obracał bez ustanku głową tu i tam. I wciąż wołał:

– Jestem rajski ptak! Jestem rajski ptak!

Ale jakoś przedziwnie smutno! Niezawodnie bolało go to, że był uwięziony w swojej złocistej klatce i że nie może spacerować razem ze wszystkimi!

Wtedy brodacz cmoknął. Kot zeskoczył ze stołu. Lalki znalazły się na swoich miejscach. Królik przestał bębnić, kogut machać skrzydłami, a rajski ptak popisywać się swoim schrypniętym głosem.

– Co pan każe zawinąć dla tej miłej panieneczki? – spytał mnie kramarz.

Haneczka zamachała rączkami.

– Nie chcę stąd nic! Nie chcę stąd nic! – powtarzała i ciągnęła mnie za rękę. – Chodźmy już, proszę bardzo, chodźmy!

– Poczekaj, kochanie – mówię do niej. – W tej chwili pójdziemy. Czy ma pan pierścionek na taki mały paluszek, jak ma ta dziewuszka? – pytam brodacza.

– Mam każdy pierścionek, jaki tylko można sobie wymarzyć – odpowiedział uprzejmie brodacz. – Z księżycowym kamieniem, ze słonecznym. Z zielonym zwykłym i koloru morskiej wody. Jaki więc pan rozkaże?

– Phi! Bo ja wiem – powiadam. – Niech mi pan da ten, który uważa pan za najpiękniejszy.

– A na jaki palec? Serdeczny? Wskazujący? Czy może na wielki? Bo i na wielkim palcu niektórzy noszą pierścionki. Od złego uroku – dodał i pogładził się po brodzie.

– Niech będzie na serdeczny – mówię mu na to.

Wyciągnął spod stołu małe tekturowe pudełko. I długo w nim przebierał swoimi grubymi paluchami. Wreszcie wyjął srebrny, mały pierścioneczek z niebieskim oczkiem. Podał mi go.

– Ten będzie najodpowiedniejszy – powiada. – Srebro jest prawdziwe meksykańskie, a kamień aż z Indii. Stamtąd, skąd małpy pochodzą! – zwrócił się do Haneczki. – Może panienka zechce przymierzyć?

Haneczka cofnęła się za mnie. Ukryta za moim rękawem patrzyła na kramarza. Ale pierścionka wziąć nie chciała.

Brodacz się uśmiechnął. Przesunął dłonią po twarzy.

Gdy usunął rękę, wyglądał zupełnie inaczej. Miał poczciwą, dobroduszną twarz. Wypisz, wymaluj, podobny był do starego Lufcikowskiego, co od niepamiętnych lat był kościelnym w naszym miasteczku.

– No i cóż, panieneczko? Pozwoli mi panienka włożyć sobie pierścionek na swój mały paluszek czy nie? Uf! – westchnął tak zabawnie, że Haneczka nie wytrzymała. Zaśmiała się. I zza moich pleców wyciągnęła palec ku brodaczowi.

Pierścionek był dobry. Pasował akurat na jej serdeczny paluszek. Jak ulał!

Zabraliśmy go. Idziemy. Nie mówimy do siebie nic. Nagle Haneczka mnie pyta:

– A na co panu taki pierścionek?

– Dla jednej miłej dziewuszki, która niezadługo będzie obchodziła swoje imieniny – powiadam.

Spojrzała mi w oczy.

– A jak jej na imię?

– Haneczka.

– Haneczka? – stropiła się. – To tak, jak ja!

– Właśnie.

Zatrzymała się. Spojrzała na mnie zatroskana. I mówi:

– Ale to chyba nie ja. Bo czymże ja mogłabym się wywdzięczyć za taki bogaty prezent!

– Czym? Sercem, dziewuszko kochana. Dobre, zacne serce, moja maleńka, więcej jest warte niż wszystko złoto całego świata!

Pożegnaliśmy się. No i tak się skończyła nasza wyprawa po pierścionek z indyjskim kamieniem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?