Nasze wszystkie światła

Tekst
Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7


Małe paseczki przywiązane do metalowej kratki w suficie poruszały się w lekkim powiewie do milczącego rytmu pracy systemu wentylacji działającej w budynku szkolnym. Miały pokazywać, że klimatyzacja funkcjonuje – i funkcjonowała, tyle że niezbyt sprawnie.

Scotty Neal wykręcił się i chwycił za mój stolik, aż coś mu chrupnęło w kręgosłupie, po czym wydał z siebie dramatyczne westchnienie. Uniósł dolny skraj koszulki i otarł sobie nim rozpaloną, usianą plamami twarz.

Zwinęłam włosy, teraz sięgające kilka cali poniżej ramion, w wysoko upięty kok. Kosmyki opadające na kark były wilgotne i łaskotały mnie w skórę, wcisnęłam je więc w zapięcie. Pozostali uczniowie też się wiercili, z minuty na minutę coraz bardziej przegrzani.

– Proszę pana! – jęknął Scotty. – Możemy dostać wentylator? Wodę? Cokolwiek?

Pan Mason otarł sobie czoło chusteczką i po raz enty poprawił okulary, które zsuwały mu się po śliskim nosie.

– Dobry pomysł, Scotty. Przerwa na wodę. Skorzystajcie z kranu za rogiem. Po drodze są sale, w których odbywają się lekcje. Zachowujcie się cicho, napijcie się sprawnie i chcę was tu widzieć za pięć minut.

Scotty kiwnął głową. Zaszurały krzesła przesuwane po bladozielonej podłodze, wszyscy wstawali i zmierzali do wyjścia, bynajmniej nie cicho. Minka minęła mnie z nastroszonymi włosami, które groziły, że lada chwila się skręcą. Rzuciła mi gniewne spojrzenie przez ramię, ciągle zła o to, że dwa lata temu zerwałam znajomość z nią i Owenem.

Nauczyciel przewrócił oczami i potrząsnął głową, słysząc swobodne rozmowy, po czym zauważył mnie, samotną uczennicę wciąż siedzącą w klasie.

– Catherine?

Uniosłam brwi, dając sygnał, że słucham.

– Nie chce ci się pić? – Machnął ręką w stronę wyjścia, ale sam wpadł na wyjaśnienie. – O, rozumiem, urządzają tam cyrk. Pamiętaj, żeby wyjść i napić się, gdy już wszyscy wrócą, dobrze?

Kiwnęłam głową i zaczęłam gryzmolić po okładce zeszytu, starając się nie myśleć o smudze od potu, która tworzyła mu się na koszuli w miejscu, gdzie jego męskie piersi leżały płasko jak grube bliźniacze naleśniki na brzuchu piwosza.

Pan Mason zaczerpnął powietrza i zatrzymał je w płucach. Zdaje się, że chciał mi zadać pytanie, przypuszczalnie coś w rodzaju, jak się miewam albo czy w domu wszystko w porządku. Ale się rozmyślił. Wszystko było „świetnie”, „dobrze” albo „okej”. „Świetnie”, „dobrze” albo „okej” było także w poprzedniej klasie. Najwyraźniej pamiętał, żeby zawsze o to zapytać w piątki. Przed przerwą świąteczną przestał.

Kiedy połowa uczniów wróciła, spojrzał na mnie znad okularów.

– Okej, Catherine?

Nie chciałam protestować przy ludziach, dlatego kiwnęłam głową i wstałam. Idąc do wyjścia, skupiałam się na zielonych i białych płytkach podłogowych. Chichoty i rozmowy nasiliły się, potem w polu widzenia pojawiło się kilka par butów.

Stanęłam na końcu kolejki do kranu i klony zachichotały.

– Miło, że zajęłaś miejsce na końcu – zauważyła Presley.

– Ja po niej nie piję – oznajmiła jej przyjaciółka Anna Sue.

Wbiłam sobie paznokcie w ramię.

Presley rzuciła przyjaciółce chytry uśmieszek, po czym zwróciła się do mnie:

– Jak tam twój pensjonacik, Cathy? Ostatnio, kiedy tamtędy przejeżdżałam, wyglądał na zamknięty.

Westchnęłam.

– Catherine.

– Słucham? – Presley wyglądała na urażoną tym, że się w ogóle odezwałam.

Podniosłam na nią wzrok.

– Mam na imię Catherine.

– Ojej – zadrwiła. – Kit-Cat jest dziś zadziorna.

– Postanowiła zstąpić pomiędzy wieśniaki – mruknęła Minka.

Zacisnęłam zęby, opuściłam ramię i zwinęłam dłoń w pięść.

– Słyszałam, że jest nawiedzony – powiedziała Tatum. W jej oczach zatańczyły iskierki, już była podekscytowana draką. Odsunęła sobie rozjaśniane loki z twarzy.

– Bo jest – odwarknęłam. – Pijemy tam krew dziewic. Więc wszystkie jesteście bezpieczne – rzuciłam i ruszyłam z powrotem do klasy.

Pośpiesznie skorzystałam z bezpiecznego schronienia, jakie dawała obecność nauczyciela, i wśliznęłam się na swoje miejsce. Pan Mason niczego nie zauważył, mimo że nikt go nie rozpraszał. Nikt nic nie mówił, nikt się nie ruszał. Było za gorąco nawet na to, żeby normalnie oddychać.

Wrócił Scotty, ocierając sobie wierzchem dłoni krople wody z brody. Ten gest przypomniał mi o Poppy. Ciekawe, czy dziewczynka będzie jeszcze w Juniper, gdy wrócę do domu. Rozmyślałam też nad tym, czy mama poradzi sobie, jeśli podczas mojej nieobecności zjawi się jeszcze jakiś gość.

– W czymś ci pomóc? – odezwał się pan Mason.

Podniosłam wzrok znad zeszytu. W drzwiach stał Elliott Youngblood z olbrzymim jak kajak butem częściowo opartym o próg. W jednej ręce trzymał białą karteczkę, w drugiej – spłowiały czerwony pasek plecaka. Wróciło więcej uczniów. Wchodząc, wepchnęli go krok do przodu, jakby był nieożywioną przeszkodą na ich drodze. Żadnych przeprosin, jakby nawet nie zauważali, że ocierają się o niego spoconymi ciałami.

– Czy to do mnie? – spytał nauczyciel, ruchem głowy wskazując kartkę w ręku przybysza.

Elliott podszedł do niego, czubkiem głowy prawie muskając wiszącego u sufitu papierowego Saturna.

Wyobraziłam sobie, za co mogłabym go znienawidzić. Ludzie za wysocy, za niscy albo cokolwiek „za” mają przesadne poczucie niższości. W przypadku Elliotta zanosiło się na to, że będzie wrażliwy i niepewny siebie – aż niemożliwe, żeby w ogóle istniał.

Wyciągnął masywne ramię i wręczył nauczycielowi papier. Nos mu się zmarszczył z jednej strony, kiedy nim siąknął. Byłam wściekła na ten jego nos, na jego mięśnie, na to, że wygląda tak inaczej – o wiele wyższy i starszy niż przedtem. Najbardziej nienawidziłam go za to, że mnie zostawił samą, kiedy tata umarł. Dałam Elliottowi całe lato – moje ostatnie lato z tatą – a gdy go potrzebowałam, zwyczajnie zostawił mnie na lodzie.

Pan Mason zmrużył oczy, czytając wiadomość, po czym położył kartkę na luźnej kupce papierów na biurku.

– Witamy, panie Youngblood. – Spojrzał z dołu na Elliotta. – Przyjechał pan do nas z White Eagle?

Elliott uniósł brew, zaskoczony takim popisem ignorancji.

– Nie?

Nauczyciel wskazał mu puste miejsce z tyłu i Elliott ruszył spokojnie przejściem koło mojego stolika. Tu i tam rozległy się śmieszki. Zerknęłam za siebie i zobaczyłam, jak Elliott z trudem wpasowuje nieskończenie długie nogi w przestrzeń pod blatem. Jestem raczej niska. Nigdy mi nie przyszło do głowy, że ławki szkolne są dostosowane do wzrostu dzieci. Elliott był mężczyzną, olbrzymem, nie mieścił się w niczym, co przewidziano na jeden, uniwersalny rozmiar. Skrzypnęły metalowe nity, gdy się poprawiał na krześle, i znowu zabrzmiały chichoty.

– Już dobrze, dobrze – rzekł nauczyciel, wstając. Kiedy podniósł ręce w uciszającym geście i pokazał ciemne od potu plamy pod pachami, uczniowie otwarcie buchnęli śmiechem.

Do klasy weszła pedagog szkolna. Powiodła wzrokiem po uczniach i zatrzymała się na Elliotcie. Westchnęła z wielkim rozczarowaniem.

– Rozmawialiśmy o tym, Milo. Elliott potrzebuje większego stolika i krzesła. Myślałam, że masz coś takiego u siebie.

Pan Mason zmarszczył brwi, niezadowolony z kolejnej przerwy w lekcji.

– Nie trzeba – odezwał się Elliott. Głos miał głęboki i gładki, pełen zażenowania.

– Pani Mason. – Pan Mason wypowiedział to nazwisko z pogardą przyszłego eksmęża. – Panujemy nad tym.

Wyraz zatroskania zniknął z jej twarzy, posłała mu zirytowane spojrzenie. Chodziły plotki, że Masonowie zeszłej wiosny zdecydowali się na próbną separację, która najwyraźniej lepiej służyła małżonce niż małżonkowi.

Pani Mason straciła z dwadzieścia kilogramów, zapuściła i rozjaśniła sobie ciemne włosy, sięgnęła po śmielszy makijaż. Miała bardziej promienną cerę, a zmarszczki wokół jej oczu zniknęły. Była teraz pełna radości, która wręcz tryskała z jej skóry i spojrzenia, rozlewała się po podłodze. Niemal gdziekolwiek ta kobieta stąpnęła, zostawiała tęczowy, pachnący różami ślad. Pani Mason lepiej się czuła i wyglądała bez męża. Pan Mason zaś bez żony właściwie niewiele znaczył.

Teraz uniósł ręce otwartymi dłońmi do góry.

– Są w magazynku. Zaraz je wydobędę.

– Naprawdę nie trzeba – wtrącił Elliott.

– Zaufaj mi, synu – mruknął nauczyciel. – Jeśli pani Mason coś postanowi, lepiej nie protestuj.

– To prawda – potwierdziła pani pedagog, ewidentnie będąc na granicy wyczerpania cierpliwości. – Więc zrób to. – Nawet gdy była zła, w jej oczach błyszczała radość. Zastukała obcasami, wychodząc z sali i oddalając się korytarzem.

Nasze miasteczko liczyło około tysiąca mieszkańców i nawet dwa lata po tym, jak tata został zwolniony, nie było tu zbyt wielu możliwości zatrudnienia. Masonowie nie mieli wyboru – musieli dalej pracować w tej samej instytucji, chyba żeby któreś z nich się wyprowadziło. Ten rok najwyraźniej był dla nich impasem.

Czekanie na to, kto się wyniesie, było interesującym przerywnikiem w naszej szkolnej codzienności. Lubiłam oboje Masonów, ale zanosiło się na to, że któreś z nich wkrótce będzie musiało opuścić Oak Creek.

Pan Mason zamknął oczy i potarł sobie skronie kciukiem i palcem środkowym obu dłoni. W klasie zapadła cisza. Każde z nas wiedziało, że lepiej nie wystawiać na próbę mężczyzny, który stoi przed końcem swojego małżeństwa.

 

– Dobrze, już dobrze – rzekł nauczyciel, podnosząc wzrok. – Scotty, weź moje klucze i przynieś ten stolik i krzesło, które kazałem ci schować w magazynku na początku roku. Zabierz Elliotta i wynieście po drodze kilka zbędnych ławek.

Scotty podszedł do nauczycielskiego biurka, wziął klucze i dał znak Elliottowi, żeby szedł za nim.

– Na końcu korytarza – powiedział, widząc, że Elliott potrzebuje czasu, by się uwolnić z ciasnej ławki.

Śmiech rozwiał się jak słaby dezodorant. Otworzyły się drzwi i do sali wpadł lekki powiew, sprawiając, że ci siedzący bliżej wyjścia bezwiednie odetchnęli z ulgą.

Pan Mason oparł się dłońmi o biurko, zaszeleścił papierami.

– Powinni zamknąć szkołę, odwołać zajęcia. Wszyscy dostaniemy tu udaru cieplnego. I tak nie możecie się skupić w tych warunkach. Ja też nie mogę się skupić.

– Pani McKinstry pozwoliła nam urządzić lekcję angielskiego pod tamtym wielkim dębem między budynkiem szkoły a aulą – powiedział Elliott. Jego długie, ciemne faliste włosy reagowały na upał, wilgoć i pot: zmatowiały i wyglądały jak strąki. Wziął gumkę i spiął je sobie częściowo, u góry robiąc koczek, a większość pozostawiając luźno.

– To nie najgorszy pomysł. Chociaż… – rozmyślał na głos nauczyciel. – Na zewnątrz może być w tej chwili jeszcze goręcej niż tutaj.

– Tam przynajmniej trochę wieje – wysapał Scotty, ociekając potem pod ciężarem stolika, który pomagał wnieść Elliottowi.

W drugiej ręce Elliott niósł krzesło i swój czerwony plecak. Nie zauważyłam, żeby go wynosił, a przecież widzę wszystko.

Spojrzałam na kratkę wentylacyjną nad głową nauczyciela. Białe paseczki zwisały bez ruchu. Klimatyzacja ostatecznie padła.

– O mój Boże, proszę pana – jęknęła Minka, kładąc się na blacie. – Umieram.

Pan Mason podążył wzrokiem za moim spojrzeniem i wstał, kiedy dotarło do niego to, co już wiedziałam. Nawiew nie działał. Klimatyzacja wysiadła, a nasza sala znajdowała się po słonecznej stronie budynku.

– Okej, wszyscy wyjdziemy. Tu zaraz zrobi się jeszcze gorzej. Wychodzimy, już, już! – krzyknął po kilku sekundach, widząc, że uczniowie spoglądają po sobie skonsternowani.

Zebraliśmy swoje rzeczy i poszliśmy za nim korytarzem. Polecił nam usiąść przy długich prostokątnych stołach w holu świetlicowym, a sam poszedł szukać dyrektorki Augustine.

– Zaraz wracam – zapowiedział. – Albo odwołają lekcje, albo przeniesiemy się do lodziarni na końcu ulicy.

Wszyscy zareagowali wiwatami, tylko nie ja. Byłam zajęta gniewnym patrzeniem na Elliotta Youngblooda. Usiadł na krześle obok mnie przy pustym stole, który sobie wybrałam.

– Wasza wysokość – zagadnął.

– Nie nazywaj mnie tak – powiedziałam półgłosem, zerkając ukradkiem dokoła. Tego tylko brakowało, żeby ktoś usłyszał i podłapał nowy powód do drwin.

Elliott nachylił się bliżej.

– Jakie masz jeszcze przedmioty? Może chodzimy na więcej lekcji razem?

– Nie chodzimy.

– Skąd wiesz? – zapytał.

– Możesz sobie pomarzyć.

Przez głośniki odezwała się szkolna sekretarka, pani Rosalsky:

– Uwaga, wszyscy uczniowie, proszę wysłuchać ogłoszenia pani dyrektor Augustine.

Dało się słyszeć lekkie szuranie, po czym rozległ się świergotliwy, pasujący do trzynastolatki głos naszej dyrektorki:

– Dzień dobry, uczniowie. Jak zauważyliście, nasz system klimatyzacji dziś nawalił, więc oficjalnie wystawiamy mu akt zgonu. Popołudniowe lekcje zostają odwołane, podobnie jutrzejsze. Miejmy nadzieję, że do piątku awaria zostanie naprawiona. Wasi rodzice otrzymają automatyczne powiadomienia o wznowieniu lekcji na numery telefonów, które zgłosili w naszej bazie. Autobusy szkolne odjadą dziś wcześniej. Tym, którzy wracają do domu pieszo, doradzamy, aby poprosili rodziców lub opiekunów o podwiezienie, ponieważ dzisiejsza fala upału może być groźna dla zdrowia. Miłych dodatkowych wakacji!

Wszyscy wokół mnie wstali i wiwatowali. Kilka sekund później korytarz wypełnił się podekscytowanymi, podskakującymi nastolatkami.

Zerknęłam na bazgroły, którymi pokryłam zeszyt. Trójwymiarowy sześcian i alfabet z pogrubionych liter oplatały gęste pnącza.

– Niezłe – pochwalił Elliott. – Chodzisz na lekcje plastyki?

Zgarnęłam swoje rzeczy i odepchnęłam krzesło, żeby wstać. Zrobiłam kilka kroków w stronę szafki, gdy zawołał mnie po imieniu.

– Jak się dostaniesz do domu? – spytał.

Po kilku sekundach wahania odparłam:

– Pieszo.

– Przez całe miasto? Jest dobrze ponad czterdzieści stopni.

– Do czego zmierzasz? – Odwróciłam się do niego.

Wzruszył ramionami.

– Mam wóz. Prastary gruchot, chrysler z osiemdziesiątego roku, ale jak podkręcę klimę, to cię nawet zamrozi. Pomyślałem, że może zatrzymamy się u Brauma na wiśniową lemoniadę, a potem podrzucę cię do domu.

Wizja wiśniowej lemoniady i działającej klimatyzacji sprawiła, że rozluźniłam mięśnie. Braum był teraz jedyną w mieście restauracją, w której można było posiedzieć, a jazda w samochodzie, bez wystawiania się na słońce, i to pod sam dom, brzmiała jak rajska propozycja, ale jeśli Elliott zaparkuje pod moim domem, będzie się spodziewał, że go zaproszę do środka, a jeżeli wejdzie, zobaczy.

– Od kiedy masz samochód?

Wzruszył ramionami.

– Od szesnastych urodzin.

– Nie. – Odwróciłam się na pięcie i pomaszerowałam do swojej szafki. Miał auto od prawie dwóch lat. Teraz nie było już żadnych wątpliwości. Złamał obietnicę.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni codziennie miałam zadania domowe, od pierwszego dnia w szkole. Tym razem wyszłam po lekcjach bez plecaka i podręczników, co tylko sprawiło, że obsesyjnie sprawdzałam w głowie, czy czegoś nie zapomniałam. Co jakieś pięć kroków dostawałam ataku paniki. Przeszłam na drugą stronę Main Street i skręciłam w lewo, w kierunku South Avenue, która biegła obrzeżem miasta od zachodu, prowadząc prosto na Juniper Street.

Zanim dotarłam do skrzyżowania Main i South, mózg mi się buntował, to żądając osłony na głowę, wody i kremu przeciwsłonecznego, to przeklinając własną głupotę, która kazała odrzucić propozycję Elliotta.

Słońce paliło mnie w głowę i ramiona. Po kilku minutach marszu krople potu zaczęły mi spływać po karku i z boku twarzy. Gardło paliło, jakbym połknęła piasek. Weszłam na podwórko pana Newby’ego, by postać chwilę w cieniu jego drzew, i zastanawiałam się, czy wypada mi się ochłodzić pod jego zraszaczem, zanim pójdę dalej.

Przy krawężniku zatrzymał się pudłowaty sedan w rudobrunatnym kolorze. Kierowca przygiął się i zaczął rytmicznie podrygiwać przy opuszczaniu szyby ręczną korbką. Z okna wychyliła się głowa Elliotta.

– Czy zimny napój i klimatyzacja nadal do ciebie nie przemawiają?

Wyszłam z cienia i ruszyłam w swoją stronę, nie odpowiadając. Wścibscy ludzie potrafią być bardzo uparci w kwestii tego, czego chcą. Elliott w tej chwili chciał podwieźć mnie do domu. Później może zechcieć zajrzeć do środka Juniper albo pojawić się znowu.

Zabytek motoryzacji sunął powoli obok mnie. Elliott nic już nie mówił, mimo że okno zostawił otwarte, tracąc cenny chłód wytwarzany przez klimatyzację. Szłam po trawie wzdłuż krawężnika, w duchu wdzięczna za krótkie powiewy chłodnego powietrza docierające do mnie przez okno od strony pasażera.

Trzy przecznice dalej Elliott, widząc, jak po raz dziesiąty ocieram sobie pot z czoła, spróbował ponownie:

– Okej, nie musimy wstępować na lemoniadę. Po prostu zabiorę cię do domu.

Szłam dalej, mimo że stopy miałam ugotowane, a głowa mi prawie skwierczała. Słońce prażyło niemiłosiernie, na niebie nie było ani jednej chmurki, która by je przesłoniła.

– Catherine! Proszę, pozwól mi się zawieźć do domu. Nie będę się odzywał. Po prostu wysadzę cię i odjadę.

Zatrzymałam się, mrużąc oczy od jaskrawego światła. Cały świat zdawał się wybielony słońcem, jedynym ruchem były fale gorącego powietrza tańczącego nad asfaltem.

– Nie będziesz gadał? – zapytałam, przytrzymując dłoń przy czole, żeby osłonić sobie oczy i widzieć jego twarz. Po spojrzeniu poznam, czy nie udaje.

– Jeżeli tego sobie życzysz. Jeśli to cię ochroni przed upałem. Wystawianie się na słońce jest niebezpieczne, Catherine. Masz jeszcze pięć kilometrów do przejścia.

Zastanowiłam się przez moment. Miał rację. Nie było sensu wlec się w ponad czterdziestostopniowym upale. I jaki pożytek będzie ze mnie miała mama, jeśli się rozchoruję?

– Ani słowa? – upewniłam się.

– Przysięgam.

Skrzywiłam się.

– Ty nie dotrzymujesz obietnic.

– Przecież wróciłem, prawda? – Kiedy zmarszczyłam brwi, wyciągnął rękę, zaganiając mnie do samochodu. – Proszę, Catherine. Pozwól mi się odwieźć do domu.

Zatrzymał wóz i znowu się wychylił. Tym razem jego biceps napiął się ładnie, gdy Elliott sięgnął do klamki i pchnął dla mnie drzwi od strony pasażera.

Wśliznęłam się na welurowe czekoladowe siedzenie, zamknęłam drzwi i zakręciłam okno. Oparłam się, czując chłodny powiew na skórze.

– Dziękuję – powiedziałam i zamknęłam oczy.

Elliott dotrzymał słowa i nie odpowiedział, ruszając w dalszą drogę.

Zerknęłam na niego. Jabłko Adama podskakiwało, gdy przełykał ślinę. Przebierał palcami po kierownicy. Był zdenerwowany. Chciałam mu powiedzieć, że nie gryzę, choć może wciąż go nienawidzę za to, że mnie zostawił i kazał tęsknić przez dwa lata, ale teraz są na świecie znacznie ważniejsze rzeczy, których należy się bardziej obawiać niż mnie.


8


– O moje złotko, złotko, złotko! – zawołała Althea, otwierając ramiona do uścisku. Podprowadziła mnie do kuchennego stołka, a potem podbiegła do zlewozmywaka i zmoczyła ściereczkę zimną wodą.

Uśmiechnęłam się, opierając podbródek na dłoni. Althea nieczęsto u nas nocowała, ale troszczyła się o mnie i chyba nie mogła znaleźć lepszego momentu, żeby do nas zajrzeć.

Poskładała ściereczkę, przyłożyła mi ją do czoła i przytrzymała.

– Jest tak gorąco, że nawet nie mogę nosić peruki. Co ty sobie wyobrażałaś, dziecko?

– Że muszę wrócić do domu – odparłam, zamykając oczy. W domu było wciąż duszno i gorąco, ale przynajmniej nie świeciło już na mnie słońce. – Myślisz, że mama pozwoli nam włączyć klimatyzację?

Althea westchnęła, wytarła sobie ręce w fartuszek i oparła je na biodrach.

– Myślałam, że jest włączona. Pozwól, że sprawdzę.

Spódnica okręciła się wokół jej grubych ud, gdy ruszyła przez kuchnię. Pochyliła się przed termostatem, mrużąc oczy. Potrząsnęła głową.

– Nastawione na szesnaście stopni, a w pokoju są trzydzieści dwa. – Klasnęła językiem o podniebienie. – Ojejej. Twoja mama będzie musiała kogoś wezwać.

– Ja to zrobię – powiedziałam, podnosząc się.

– Siedź, kochana – zaprotestowała Althea i podbiegła do mnie. – W tych miejscach, gdzie nie jesteś czerwona, masz skórę białą jak chusta.

Siłą posadziła mnie na krześle, po czym zaczęła przetrząsać szafki, aż znalazła czystą szklankę. Napełniła ją lodem z zamrażarki, po czym wzięła dzban słodkiej mrożonej herbaty.

– Nie ruszaj się i pij. Niedługo wróci twoja mama, to zadzwoni po tego głupca, który zajmuje się ogrzewaniem i chłodzeniem.

Uśmiechnęłam się do niej. Należała do moich ulubionych gości. Na samą myśl o zajmowaniu się Poppy i jej ojcem poczułam się zmęczona.

– A teraz – oparła się na łokciach – powiedz, jak było w szkole.

– Jak zawsze – odparłam. – No, prawie jak zawsze. Mamy nowego ucznia. Podwiózł mnie dziś do domu.

– O? – Althea była wyraźnie zaintrygowana. Miała twarz usmarowaną mąką. Znów nad czymś pracowała w kuchni. Jako jedyna z naszych gości pomagała mamie w pensjonacie, ale to dlatego, że nie potrafiła usiedzieć spokojnie. Piekła albo sprzątała, nucąc tę samą radosną melodię: jakiś stary kościelny hymn, który słabo sobie przypominałam. Włosy miała upięte z tyłu w niski kok, jedno ciemne pasemko zwisało jej luźno z przodu.

 

Wachlowała się papierowym talerzem, pot lśnił na jej klatce piersiowej i czole.

– To Elliott – powiedziałam, mając nadzieję, że rozpozna imię. Nie skojarzyła.

– Czyli kto? Przepraszam, złotko. Takie mam urwanie głowy w pracy i z moją biblijną konkordancją, że ledwie na cokolwiek zwracam uwagę.

– Poznałam go dwa lata temu, na wakacjach. Był moim przyjacielem.

– Był czy jest twoim przyjacielem? – Uniosła brew. – Bo przecież potrzebujesz przyjaciół, dziecko. Potrzebujesz ich jak najwięcej. Za dużo pracujesz. Bóg mi świadkiem, to zbyt wiele jak dla takiej dziewczyny.

– Był – odpowiedziałam, skubiąc blat.

– O-ou – mruknęła Althea. – Co się wydarzyło?

– Wyjechał bez pożegnania. I złamał obietnicę.

– Jaką obietnicę? – zapytała defensywnym tonem.

– Że wróci.

Althea uśmiechnęła się i nachyliła do mnie, sięgając po moje dłonie.

– Moja kochaniutka, posłuchaj starej Althei. Właśnie wrócił. – Wstała i z powrotem podeszła do zlewozmywaka. Odkręciła kran, by przygotować wodę do mycia naczyń, które nie zmieściły się w zmywarce. – Widzi mi się, że kiedy wrócił, trafił prosto do domu.

– Potrzebowałam go – rzekłam. – Wyjechał, gdy go potrzebowałam, a teraz pojawia się, kiedy mi go nie trzeba. Za późno.

Althea mieszała wodę palcami, żeby rozprowadzić w niej płyn do mycia naczyń. Podniosła głowę, ale się nie odwróciła.

– Możliwe, że wciąż go potrzebujesz. – Jej słowa spłynęły wolno i zabrzmiały miło. Słychać było, że się uśmiecha, jakby przypominała sobie prostsze czasy.

– Wcale nie. – Wypiłam ostatni łyk herbaty. Wśliznął mi się przy tym do ust kawałek lodu i z zaskoczenia zrobiłam dziwną minę. Odstawiłam szklankę i otarłam sobie usta.

– Cóż, kogoś potrzebujesz. Nie jest dobrze spędzać tyle czasu w samotności. W tej całej szkole… nie możesz znaleźć sobie przyjaciół? Ani jednego?

Wstałam.

– Mam lekcje do odrobienia, a potem muszę zrobić pranie.

Althea klasnęła językiem.

– Ja to zrobię, później. Najpierw zadzwonię po mechanika. Panie Jezu, jest za gorąco, żeby oddychać.

– Powiedziała ta, która poci się nad zlewem z gorącą wodą, szorując gary – zakpiłam łagodnie.

Rzuciła mi przez ramię gniewne spojrzenie – takie rzeczowe, matczyne, które tak bardzo kochałam. Niekiedy żałowałam, że Althea nie zostanie z nami na zawsze. Miło by było, gdy na odmianę ktoś o mnie zadbał. Wnuki Althei mieszkały gdzieś w Oak Creek, ale kiedy je odwiedzała, zatrzymywała się u nas, żeby nie drażnić despotycznego męża swej córki. Była jedynym dobrem, jakie wiązało się z naszym pensjonatem.

– Jutro nie mamy szkoły. Tam też zepsuła się klimatyzacja.

– Szerzy się jak zaraza – mruknęła niezadowolona. – Musisz sobie znaleźć jakieś chłodne miejsce do odpoczynku. Na górze jest jeszcze gorzej niż tutaj.

Postawiłam swoją szklankę na zlewie i przeszłam do jadalni. Mijając termostat, postukałam w niego, jakby to mogło w czymś pomóc. Ani drgnął. Dusiłam się od kurzu i gorąca, pchnęłam więc drzwi frontowe i wyszłam na ganek, żeby posiedzieć na huśtawce.

Przez treliaże po bokach ganku od czasu do czasu wpadał lekki wietrzyk, przynosząc chwilową ulgę w dusznym upale. Odepchnęłam się łagodnie od desek podłogi i bujałam się w przód i w tył, czekając, aż słońce zajdzie. Patrzyłam na przejeżdżające samochody i słuchałam wrzasków dzieci bawiących się kilka przecznic dalej – pewnie tam, gdzie przy domu jest naziemny basen.

Łańcuchy skrzypiały w wolnym rytmie. Odchyliłam głowę do tyłu, patrząc na zakurzone pajęczyny u sufitu. Coś dotknęło mojej gołej skóry tuż nad kolanem – wystraszona, wrzasnęłam i wyprostowałam się.

– Przepraszam. Właśnie przechodziłam i zobaczyłam, że tu siedzisz. Pomyślałam, że wpadnę.

– Przechodziłaś? Niby jak? – zapytałam, pocierając sobie kolano.

Stojąca przede mną dziewczyna marszczyła brwi.

– Szłam ulicą, matołku. Chcesz obejrzeć dziś wieczorem film?

– Nie wiem, Tess. Zobaczymy.

Tess miała siedemnaście lat, tak jak ja, lecz uczyła się w domu, nie chodziła do szkoły. Była trochę dziwaczką i wyrażała się bez ogródek, ale lubiłam jej wizyty. Zaglądała do mnie, gdy się nudziła albo kiedy ja potrzebowałam rozmowy. Los obdarzył ją szóstym zmysłem, co doceniałam. Włosy nosiła spiętrzone na czubku głowy, a ubierała się w znoszone rzeczy po swoim starszym bracie, Jacobie. Nigdy go nie spotkałam, ale tyle mi o nim opowiadała, że uważałam go za znajomego.

Pociągnęła nosem i otarła go sobie wierzchem dłoni.

– Jak leci? – Nie patrzyła na mnie, kiedy mówiła, tylko spoglądała na ulicę, w stronę, gdzie mieszkała.

– W porządku. Elliott wrócił.

– O, coś takiego! I jak tam?

– Wciąż jestem wściekła. Althea mówi, że powinnam odpuścić.

– Althea jest bardzo mądra, ale nie mogę się z nią zgodzić. Uważam, że powinnaś trzymać się od niego z daleka.

Westchnęłam.

– Pewnie masz rację.

– Chodzi mi o to, że jedyne, co o nim wiesz, to że lubi fotografować i znikać.

Przełknęłam ślinę.

– Kiedyś lubił mnie.

Tess zmarszczyła brwi.

– Jak wytłumaczysz Mince i Owenowi, że mimo wszystko postanowiłaś się z kimś przyjaźnić?

Uśmiechnęłam się do niej.

– Mam ciebie.

Odpowiedziała takim samym uśmiechem.

– No właśnie. Więc nie potrzebujesz Elliotta.

Skrzywiłam się.

– Nie potrzebuję. Tak czy inaczej, nie zamierzam znowu przechodzić przez to samo.

– Pamiętam. Właśnie zaczęłaś się z tego otrząsać, a on się nagle pojawia. Moim zdaniem to okrucieństwo. – Wstała. – Muszę iść. Jacob na mnie czeka.

– Okej. Na razie.

Znowu się odchyliłam, zamknęłam oczy i pozwoliłam, by owiała mnie kolejna fala wietrzyku. Deski ganku skrzypnęły i nawet nie otwierając oczu, mogłam stwierdzić, że ktoś przede mną stanął. Przesłonił słońce i ciemność stała się jeszcze ciemniejsza.

Szybko podniosłam powieki i zaraz je zmrużyłam. Nade mną stał Elliott z dużym musującym napojem w każdej dłoni. Styropianowe kubki ociekały słodkim płynem, spod obu pokrywek wystawał ogonek wetkniętej pod plastik wiśni.

Elliott podsunął mi jeden z kubków.

– Wiśniowa lemoniada.

– Obiecałeś – przypomniałam, gapiąc się na napój.

Usiadł obok mnie i westchnął.

– Wiem. Ale, jak sama powiedziałaś, nie dotrzymuję obietnic.

Znów mi podsunął napój i tym razem go przyjęłam. Otoczyłam ustami słomkę i pociągnęłam łyk, smakując lodowato zimną, cierpką limonkę zmieszaną z bardzo słodkim syropem wiśniowym. Na języku zatańczyły mi gazowe bąbelki.

– Możesz mi wierzyć albo nie, ale tęskniłem za tobą. Myślałem o tobie codziennie. Próbowałem wszystkiego, żeby do ciebie wrócić. Przykro mi z powodu twojego…

– Przestań gadać – przerwałam mu i zamknęłam oczy.

Odczekał chwilę, a potem znów zaczął mówić, jakby nie mógł się powstrzymać:

– Jak tam twoja mama?

– Radzi sobie z tym na swój sposób.

– Czy Presley dalej… Presley?

Zakrztusiłam się i spojrzałam na niego.

– Byłeś w szkole przez cały dzień. Jak myślisz?

Skinął głową.

– Myślę, że tak?

– Musisz przestać to robić – powiedziałam.

– Co?

– Mówić pytaniami. Kończyć zdanie intonacją wznoszącą. To dziwaczne.

– Odkąd to nie lubisz dziwactw?

– Odkąd moje życie stało się ich synonimem.

– Chcesz, żebym uważał na swój ton? – Skinął głową. – Zrobi się.

Wyglądał, jakby cały ten czas, kiedy go nie było, spędził na siłowni. Kark miał gruby, szczękę kwadratową, a zaokrąglenia barków i ramion solidne i mocno zarysowane. Poruszał się z większą pewnością siebie, gapił się w moje oczy za długo i uśmiechał z takim męskim wdziękiem, który trącał o bezczelność. Podobał mi się taki, jaki był przedtem: szczupły i trochę niezdarny w ruchach, mówiący nieśmiało, mający wyzywające, ale spokojne spojrzenie. Wtedy był skromny. Teraz patrzyłam na chłopaka, który wie, że jest atrakcyjny, i uważa, że samą tą jedną cechą zasłuży na wybaczenie.

Mój uśmiech zgasł, popatrzyłam przed siebie.

– Teraz jesteśmy inni, Elliott. Już cię nie potrzebuję.

Spuścił wzrok, zmarszczył brwi, lecz nie dał za wygraną.

– Wygląda, jakbyś nie potrzebowała nikogo. Zauważyłem, że Minka i Owen przechodzą, a ty nawet na nich nie spojrzysz.

– No i?

– Catherine… Zostawiłem wszystkich przyjaciół, drużynę futbolową, mamę… Wróciłem.

– Widzę.

– Dla ciebie.

– Przestań.

Westchnął.

– Nie możesz być na mnie wiecznie wściekła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?