Nasze wszystkie światła

Tekst
Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6


Zardzewiałe zawiasy zewnętrznej furtki skrzypnęły, oznajmiając mój powrót ze szkoły. Dopiero od niecałych dwóch tygodni chodziłam do ostatniej klasy liceum i już bolały mnie kości, a mózg wydawał się przepełniony. Powlokłam plecak po ziemi i po zniszczonym, nierównym chodniku prowadzącym do frontowych schodków ganku. Minęłam zepsutego buicka, którego miałam dostać na szesnaste urodziny, i zahaczywszy czubkiem buta o wystający kawałek betonu, potknęłam się i opadłam na kolana.

„Łatwo jest upaść. Znacznie trudniej się wstaje”.

Zdmuchnęłam pył z otartych kolan i osłoniłam sobie twarz, gdy powiew gorącego wiatru rzucił mi kłującym piaskiem w oczy i gołe nogi. W górze zaskrzypiał szyld – podniosłam wzrok i zobaczyłam, że chwieje się do przodu i do tyłu. Dla postronnych osób był to pensjonat Juniper Bed and Breakfast, dla mnie jednak niestety był to dom.

Wyprostowałam się i otrzepałam z ziemi, która na krwawych zadrapaniach rąk i kolan zamieniała się w błoto. Nie było sensu płakać. I tak nikt by mnie nie usłyszał.

Plecak zdawał się wyładowany cegłami, gdy taszczyłam go po schodach, starając się dostać na osłonięty treliażem ganek, zanim wiatr znów potraktuje mnie piaskiem. Liceum w Oak Creek znajdowało się na wschodnim krańcu miasta, a mój dom na zachodnim, toteż ramiona bolały mnie po długim marszu w upale. W idealnym świecie na progu czekałaby na mnie mama z uśmiechem na twarzy i szklanką słodkiej mrożonej herbaty w ręce, lecz u nas zakurzone drzwi były zamknięte, a w środku nie paliło się światło. Żyłyśmy w świecie mamy.

Prychnęłam gniewnie na nadmiernie duże, zwieńczone łukiem drzwi. Patrzyły na mnie nieżyczliwie, drwiąco, ile razy wracałam do domu. Pociągnęłam klamkę i powlokłam plecak do środka. Mimo że czułam się wściekła i wykończona, dopilnowałam, żeby nie trzasnąć drzwiami.

W domu było pełno kurzu, ciemno i gorąco, ale i tak lepiej niż na zewnątrz, pod bezlitosnym słońcem, w hałasie śpiewających cykad.

Mama nie tylko nie stała w progu z mrożoną herbatą. W ogóle jej nie było. Zatrzymałam się, nasłuchując.

Wbrew życzeniu taty mama większość pieniędzy z jego ubezpieczenia na życie wydała na przekształcenie naszego dziewięciopokojowego domu w miejsce, gdzie strudzeni podróżni mogą się zatrzymać na noc lub weekend. Tak jak przewidział tata, rzadko zdarzali się nowi goście. A przyjmowanie stałych klientów nie wystarczało na pokrycie kosztów. Mimo że sprzedałyśmy samochód mamy, rachunki nas przerastały. Po audycie opieki społecznej okazało się, że nawet gdybyśmy wynajmowały każdy pokój każdej nocy do czasu, gdy skończę szkołę, wszystko i tak poszłoby na marne. Nasz dom zostanie zabrany przez bank, ja trafię pod kuratelę, a mama i stali klienci będą musieli znaleźć sposób na życie poza murami naszego pensjonatu.

Zakrztusiłam się stęchłym, wilgotnym powietrzem i postanowiłam otworzyć okno. Lato tego roku było nieznośnie gorące, nawet jak na Oklahomę, a jesień nie przyniosła szczególnej ulgi. Mimo to mama nie lubiła włączać klimatyzacji, jeśli nie spodziewałyśmy się gości.

Lecz przecież było wręcz przeciwnie. Zawsze spodziewałyśmy się gości.

W korytarzu na górze rozległy się czyjeś szybkie kroki. Zabrzęczał kryształowy żyrandol, a ja się uśmiechnęłam. Wróciła Poppy.

Zostawiłam plecak przy drzwiach i wspięłam się po dwa stopnie na piętro. Poppy stała przy oknie po przeciwnej stronie korytarza i z góry spoglądała na podwórko.

– Chcesz wyjść i się pobawić? – zapytałam, mierzwiąc jej włosy.

Potrząsnęła głową, ale się nie odwróciła.

– O-ou – mruknęłam. – Zły dzień?

– Tata nie pozwala mi wychodzić, dopóki nie wróci – poskarżyła się. – Długo go nie ma.

– Jadłaś lunch? – zapytałam, wyciągając do niej rękę. Pokręciła głową. – Założę się, że tata pozwoli ci wyjść ze mną, jeżeli najpierw zjesz kanapkę. Z masłem orzechowym i dżemem?

Uśmiechnęła się szeroko w odpowiedzi. Była dla mnie prawie jak młodsza siostra. Opiekowałam się nią od pierwszej nocy, gdy przyjechała. Ona i jej ojciec byli naszymi pierwszymi gośćmi po śmierci taty.

Poppy zeszła niezgrabnie po schodach, a potem patrzyła, jak gmeram w szafkach i wyjmuję chleb, nóż, dżem i masło orzechowe. Kąciki brudnych ust uniosły się, kiedy obserwowała, jak łączę składniki i – żeby posiłek był bardziej wartościowy – dodaję banana. Gdy byłam w wieku Poppy, mama czasami wciskała mi coś zdrowego, lecz teraz, kiedy do moich osiemnastych urodzin zostało pięć miesięcy, to ja byłam dorosła. Tak naprawdę stałam się taka tuż po śmierci taty. Mama nigdy nie podziękowała mi za to, co dla nas robię, ani nawet nie okazała, że to zauważa. Nie żebym się tego po niej spodziewała. Nasze obecne życie polegało na tym, by przetrwać z dnia na dzień. Cokolwiek wykraczającego poza ten cel przerastało mnie, a nie miałam luksusu wyboru, nie mogłam się wynieść. Przynajmniej jedna z nas musiała trzymać to wszystko do kupy, żeby się nie rozpadło.

– Jadłaś śniadanie? – spytałam, próbując dociec, o której mała się dziś wprowadziła.

Kiwnęła głową, wpychając sobie kanapkę do buzi. Do lepkiego brudu na jej twarzy dołączyła obwódka z dżemu winogronowego.

Przyniosłam plecak i położyłam go przy końcu naszego długiego prostokątnego stołu jadalnianego, niedaleko od miejsca Poppy. Podczas gdy mała żuła i ocierała sobie kleistą brodę wierzchem dłoni, ja kończyłam zadanie z geometrii. Poppy była pogodna, ale samotna jak ja. Mama nie lubiła, gdy odwiedzali mnie znajomi, jeśli nie liczyć okazjonalnych wizyt Tess, która zwykle gadała o swoim domu stojącym dalej przy naszej ulicy. Nie chodziła do szkoły, naukę pobierała w domu i była trochę dziwaczką, ale przynajmniej miałam z kim porozmawiać, no i nie obchodziło jej to, co się dzieje w pensjonacie Juniper. Tak czy inaczej, nie bardzo miałam czas na życie towarzyskie. Nie mogłyśmy pozwolić, aby postronni ludzie widzieli, jak żyje się w naszych ścianach.

Na zewnątrz zadudniły basy. Odsunęłam nieco zasłonę, by zerknąć przez okno. Na skrzyżowaniu przy naszym domu przed znakiem stopu zwolnił perłowobiały mini cooper, kabriolet Presley. Dach był otwarty, w środku siedziało pełno klonów, które śmiały się i kiwały głowami w rytm głośnej muzyki. Dwa lata temu mogłyby wzbudzić we mnie zazdrość albo smutek, lecz teraz potrafiłam jedynie odczuwać przykre otępienie. Ta cząstka mnie, która pragnęła samochodów, randek i nowych ciuchów, umarła wraz z tatą. Marzenie o czymś, czego nie mogłam mieć, było zbyt bolesne, więc wolałam nie marzyć.

Mama i ja miałyśmy rachunki do zapłacenia, a to oznaczało dotrzymywanie sekretów ludzi, którzy chodzili po naszych korytarzach. Gdyby nasi sąsiedzi znali prawdę, nie życzyliby sobie nas w tej okolicy. Byłyśmy więc lojalne wobec stałych klientów i nie wydawałyśmy ich tajemnic. Chętnie poświęciłam swoje nieliczne przyjaźnie, jeśli to miało nam zapewnić spokój i samotność oraz utrzymać nas razem na powierzchni.

Gdy tylko otworzyłam tylne drzwi, Poppy wystrzeliła po drewnianych schodach na podwórko. Oparła dłonie na ziemi i fiknęła nogami w górę, niezdarnie próbując zrobić gwiazdę. Zachichotała i zakryła sobie buzię ręką, po czym usiadła na złotej, spłowiałej trawie. W ustach mi zaschło na sam dźwięk tego, jak sucho źdźbła łamały się pod naszymi stopami. Lato zaliczało się do najgorętszych, jakie pamiętałam. Nawet teraz, pod koniec września, drzewa były przywiędnięte, a ziemia w większości składała się z uschniętej trawy, kurzu i chrząszczy. O deszczu dorośli rozmawiali jak o miłym, odległym wspomnieniu.

– Tatuś niedługo wróci – oznajmiła Poppy z nutką nostalgii w głosie.

– Wiem.

– Opowiedz mi jeszcze raz. Historię o tym, jak się urodziłaś. O twoim imieniu.

Uśmiechnęłam się i usiadłam na stopniu.

– Znowu?

– Tak, znowu. – Poppy w roztargnieniu wyrywała zeschłe źdźbła z ziemi.

– Mama przez całe życie chciała być księżniczką – powiedziałam z powagą. W ten sposób kiedyś tata przywoływał tę historię jako opowieść na dobranoc. Co wieczór, aż do dnia, w którym umarł, opowiadał mi historię Catherine. – Kiedy mama miała dziesięć lat, marzyła o zwiewnych sukienkach i marmurowych podłogach, i złotych filiżankach. Tak bardzo tego pragnęła, że wierzyła w spełnienie tych marzeń. Gdy się zakochała w tacie, wiedziała, że musi on być tajemniczym księciem, tylko to ukrywa.

W miarę rozwoju historii brwi i ramiona Poppy unosiły się, lecz nagle jej mina posmutniała.

– Ale nie był.

Potrząsnęłam głową.

– Nie był księciem. Jednak ona pokochała go jeszcze bardziej, niż kochała swoje marzenia.

– Dlatego pobrali się i mieli dziecko.

Kiwnęłam głową.

– Chciała być księżniczką i pragnęła przekazać ten tytuł komuś, kto byłby dla niej najdroższą ludzką istotą na świecie. Nadać temu komuś królewskie imię. „Catherine” brzmiało dla niej po książęcemu.

– Catherine Elizabeth Calhoun – potwierdziła Poppy, prostując plecy.

– Arystokratycznie, prawda?

Na jej twarzyczce odbiło się zakłopotanie.

– Co to znaczy?

– Przepraszam – odezwał się głęboki głos z rogu podwórka.

Dziewczynka wstała i gniewnym wzrokiem zmierzyła intruza.

Stanęłam obok niej i dłonią osłoniłam sobie oczy od słońca. Początkowo dostrzegłam tylko jego sylwetkę, dopiero potem z cienia wyłowiłam twarz. Prawie go nie rozpoznałam – zdradził go wiszący na szyi aparat fotograficzny.

 

Elliott był wyższy, mocniej zbudowany, bardziej umięśniony. Ostro wyrzeźbiona szczęka nadawała mu wygląd mężczyzny, w odróżnieniu od chłopaka, którego pamiętałam. Włosy miał dłuższe, teraz sięgały mu do dolnej krawędzi łopatek. Opierał się łokciami o nasz obłażący z farby płot i posyłał mi pełen nadziei uśmiech.

Zerknęłam przez ramię na Poppy.

– Wejdź do środka – poleciłam.

Posłusznie wycofała się do domu. Spojrzałam na Elliotta i odwróciłam się.

– Catherine, zaczekaj – poprosił.

– Dość się naczekałam – warknęłam.

Wsunął ręce do kieszeni szortów w kolorze khaki, a mnie zabolało serce. Wyglądał tak inaczej niż ostatniego dnia, kiedy go widziałam, a zarazem tak samo. Daleko mu było do tyczkowatego, niezgrabnego nastolatka sprzed dwóch lat. Zniknął aparat ortodontyczny – kłamliwe usta układały się w idealnym uśmiechu, który jaśniał na tle skóry. Jego cera nieco przyblakła, podobnie jak światło w oczach.

Gdy przełknął ślinę, podskoczyło mu jabłko Adama.

– Byłem… ee… jestem…

„Kłamcą”.

Poruszył się z zakłopotaniem i aparat zadyndał na grubym czarnym pasku. Elliott był zdenerwowany, pełen skruchy i niesamowicie przystojny. Spróbował znowu:

– Jestem…

– Niemile widziany – dokończyłam za niego, cofając się na ganek.

– Właśnie się wprowadziłem! – zawołał za mną. – Do ciotki. Moi rodzice w końcu się rozwiedli. Tata żyje ze swoją dziewczyną, a mama prawie nie wstaje z łóżka. – Podniósł zwiniętą dłoń i kciukiem wskazał kierunek za siebie. – Jestem twoim sąsiadem, prawda? Pamiętasz, gdzie mieszka moja ciotka?

Nie spodobał mi się sposób, w jaki kończył zdania pytajnikami. Jeśli jeszcze kiedykolwiek w życiu miałabym rozmawiać z jakimś chłopakiem choć z cieniem zainteresowania, będzie kończył zdania kropkami, tylko od czasu do czasu posłuży się wykrzyknikiem. Żeby podkreślić coś naprawdę interesującego, jak to robił mój tata.

– Idź sobie – powiedziałam, zerkając na jego aparat.

Podniósł pudełkowate urządzenie długimi palcami i znów się nieśmiało uśmiechnął. Jego nowy aparat był stary i przypuszczalnie widział więcej niż sam Elliott.

– Catherine, proszę. Pozwolisz mi wyjaśnić?

Nie odpowiedziałam. Dotarłam do siatkowych drzwi. Elliott opuścił aparat i wyciągnął rękę.

– Jutro zaczynam szkołę. Przeniosłem się w ostatniej klasie, uwierzysz? Byłoby… byłoby miło znać w szkole choć jedną osobę, nie sądzisz?

– Szkoła już się zaczęła – burknęłam.

– Wiem. Chwilę to trwało. Odmówiłem chodzenia do szkoły w Yukonie, aż mama w końcu pozwoliła mi tu przyjechać.

Nuta desperacji w jego głosie sprawiła, że moja stanowczość nieco osłabła. Tata zawsze mówił, że muszę się zdobyć na spory wysiłek, żeby osłonić swoje miękkie serce twardą skorupą.

– Masz rację. To do bani – odrzekłam, nie mogąc się powstrzymać.

– Catherine! – zawołał prosząco.

– Wiesz, co jest jeszcze bardziej do bani? Być twoją przyjaciółką. – Odwróciłam się, żeby wejść do środka.

– Catherine. – Mama stanęła jak wryta, bo wpadłam prosto na nią. – Nigdy nie słyszałam, żebyś się zachowywała tak nieuprzejmie.

Mama była wysoka, ale miała miękkie krągłości, w które kiedyś tak bardzo lubiłam się wtulać. Na pewien czas po śmierci taty straciła swoją miękkość i zaokrąglenia, obojczyki sterczały jej tak, że rzucały cienie, i wtedy w jej ramionach czułam się jak obejmowana przez pozbawione życia gałęzie martwego drzewa. Teraz jednak policzki znowu miała pełne i była miękka, choć zbyt często mnie nie przytulała. Teraz to ja tuliłam ją.

– Przepraszam – powiedziałam. Miała rację. Nigdy nie była świadkiem mojej nieuprzejmości. Arogancją zbywałam wścibskich uparciuchów, ale nie robiłam tego przy niej. W zawód mamy była wpisana gościnność – impertynencja ją niepokoiła, ale okazywała się konieczna, jeśli chciałyśmy zachować nasze sekrety. Teraz mama dotknęła mojego ramienia i mrugnęła do mnie.

– Cóż, jesteś moją córką, nie? Więc pewnie to ja ponoszę winę.

– Dzień dobry pani! – odezwał się nasz gość. – Jestem Elliott. Youngblood, tak?

– Mam na imię Mavis – przedstawiła się mama uprzejmie, grzecznie i lekko, jakby parne powietrze nie zatykało jej, jak pozostałych.

– Właśnie wprowadziłem się do ciotki Leigh przy waszej ulicy.

– Leigh Patterson Youngblood?

– Tak, proszę pani.

– Ojej. – Mama zamrugała. – Jak się z nią dogadujesz?

– Coraz lepiej – odparł z zadowolonym uśmiechem.

– No cóż, niech jej się wiedzie. Obawiam się, że trochę z niej zołza. Przynajmniej taka była w szkole średniej – skwitowała mama.

Elliott zaśmiał się, a ja uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go brakowało. W środku płakałam rozdzierająco, tak jak wtedy, kiedy wyjechał.

– Mój Boże, gdzie nasze maniery? Wejdziesz do środka, Elliott? Zdaje się, że mam herbatę i jakieś owoce, i warzywa z ogrodu. Czy raczej z tej resztki, która z niego została po suszy.

Spojrzałam na nią wilkiem.

– Nie. Mamy robotę. Przyjechała Poppy ze swoim tatą.

– O. No cóż. – Mama dotknęła piersi palcami. Nagle zrobiła się zdenerwowana. – Przepraszam cię, Elliott.

– Innym razem – powiedział i zasalutował na pożegnanie. – Do zobaczenia jutro, księżniczko Catherine.

Najeżyłam się.

– Nie nazywaj mnie tak. Nigdy.

Wprowadziłam mamę do domu i zatrzasnęłam za nami drzwi. Z zakłopotaniem wytarła sobie ręce w fartuch. Wzięłam ją na górę, przez korytarz na piętrze i po kolejnych pięciu stopniach do jej sypialni na poddaszu. Gestem wskazałam, żeby usiadła przy toaletce. Odkąd tata zmarł, nie była w stanie spędzić ani jednej nocy w ich dawnej wspólnej sypialni, dlatego urządziłyśmy dla niej pokój w składziku na stryszku.

Siedząc przed lustrem, pośpiesznie poprawiła sobie włosy i chusteczką otarła smugi z twarzy.

– Boże, nic dziwnego, że nie chciałaś go wpuścić do środka. Wyglądam jak siedem nieszczęść.

– Ciężko pracowałaś, mamo. – Wzięłam grzebień z toaletki i zaczęłam ją czesać.

Rozluźniła się i uśmiechnęła.

– Jak ci minął dzień? Jak było w szkole? Odrobiłaś już lekcje?

Nic dziwnego, że Elliott jej się spodobał. Sama też porozumiewała się pytaniami.

– W porządku i owszem, odrobiłam. Miałam tylko geometrię.

Parsknęła.

– Tylko geometrię – powtórzyła, naśladując mój nonszalancki ton. – Ja ledwie sobie radziłam z prostym równaniem z algebry.

– To nieprawda.

– Tylko dlatego, że twój tata… – Zamarła. W jej oczach pojawiła się pustka.

Odłożyłam grzebień i zostawiłam ją. Zeszłam na dół i zaraz znalazłam sobie zajęcie. Mama była teraz zdenerwowana i prawie się nie pokazywała przez resztę wieczoru. Całymi dniami udawała, że wszystko jest w porządku, ale od czasu do czasu, gdy w rozmowie wspomniało się tatę, uderzało ją to zbyt mocno, przypominała sobie za dużo i wymykała się rzeczywistości. Ja w tym czasie sprzątałam, gotowałam, rozmawiałam z okazjonalnymi gośćmi. Uzupełniałam księgi i próbowałam utrzymać rozpadający się dom w jako takim stanie. Prowadzenie pensjonatu, nawet takiego maleńkiego jak nasz, z nieczęstymi gośćmi, dostarczało pracy dla dwóch zatrudnionych w pełnym wymiarze pracowników. W niektóre wieczory pasowało mi, że mama się zamyka, odpychając wspomnienia i zostawiając mnie ze wszystkim. Gdy miałam pełne ręce roboty, odzyskiwałam spokój.

Trzasnęły drzwi i Poppy zawołała mnie z góry:

– Catherine!

Popędziłam na piętro. Małym ciałkiem wstrząsał szloch.

– Tatuś znów mnie zostawił!

– Tak mi przykro – powiedziałam, tuląc ją i kołysząc łagodnie.

Byłam zadowolona, że będę się zajmować nią, a nie jej ojcem. Duke – hałaśliwy, gniewny mężczyzna, zawsze krzyczący i zajęty (ale nie w jakiś spokojny sposób) – bynajmniej nie należał do przyjemnych gości. Kiedy zjawiał się u nas, Poppy była cicho. Mama była cicho. Zostawałam tylko ja, żeby go obsługiwać.

– Zostanę z tobą, dopóki nie wróci – obiecałam.

Kiwnęła głową i schowała twarz na mojej piersi. Siedziałam z nią na pokrywającym schody wyświechtanym, drapiącym czerwonym chodniku, aż przyszła dla niej pora snu i położyłam ją do łóżka.

Nie byłam pewna, czy mała spędzi jeszcze u nas ranek, ale na pewno zdążę dać jej coś szybkiego i słodkiego na śniadanie. Duke pewnie jak zwykle zje owsiankę albo omlet z plackami ziemniaczanymi. Zeszłam na dół, żeby ogarnąć kuchnię na rano. Jeśli wszystko przygotuję, mama będzie mogła przyrządzić śniadanie, podczas gdy ja zdążę się wybrać do szkoły.

Posprzątałam, włożyłam świeżo pokrojone pomidory, cebulkę i pieczarki do lodówki, po czym powlokłam się z powrotem na piętro.

Mama miewała dobre i złe dni. Dzisiejszy plasował się gdzieś pośrodku. Bywało gorzej. Prowadzenie pensjonatu wyraźnie ją przerastało. Nadal nie byłam pewna, jak udaje mi się to wszystko utrzymać na chodzie, ale kiedy liczy się tylko przetrwanie do jutra, wiek nie ma znaczenia – ważne jest tylko to, co trzeba robić na bieżąco.

Wzięłam prysznic i wciągnęłam przez głowę górę od piżamy – było za gorąco, by wkładać coś więcej – i w końcu wczołgałam się do łóżka.

Nocną ciszę przerwało płynące korytarzem łkanie Poppy. Zamarłam, starając się dosłyszeć, czy mała zaśnie z powrotem, czy rozszlocha się jeszcze bardziej. Noce w Juniper były dla niej ciężkie i zastanawiałam się, jak jej się żyje gdzie indziej, czy bywa smutna, przestraszona i samotna, czy przeciwnie – próbuje zapomnieć o tym, co dzieje się w jej sercu między noclegami przy Juniper Street. Z tych strzępów informacji, które mi zdradziła o sobie, wynikało, że jej matka odeszła. Ojciec, Duke, był przerażający. Poppy uwięzła w błędnym kole: albo siedziała w samochodzie, podczas gdy on podróżował do różnych miast w związku z pracą sprzedawcy, albo zostawiał ją gdzieś samą na długie godziny, a niekiedy dni, kiedy pracował. Najbardziej lubiła przebywać w pensjonacie, ale był to tylko mały ułamek jej życia.

Moje zmartwienie małą Poppy przerwały myśli o jutrzejszej szkole. Trudno mi było trzymać ludzi na dystans, a jeszcze trudniej będzie trzymać na dystans Elliotta. Byliśmy jedynymi młodymi ludźmi przy Juniper Street. Oprócz Tess i jednego przedszkolaka, w okolicy nie mieszkały żadne dzieci – zostali sami rodzice i dziadkowie, których pociechy i wnuki dawno temu wyniosły się daleko stąd. Wymyślanie wykrętów, żeby unikać czy ignorować Elliotta, nie będzie łatwe.

Może szybko zdobędzie popularność i nie będzie już musiał próbować przyjaźnić się ze mną. Może mnie nazwie dziwaczką i napluje mi na włosy, jak inni. Może sam okaże się taki, że łatwiej mi będzie go znienawidzić. Odpływając w sen, miałam nadzieję, że tak się stanie. Nienawiść sprawia, że samotność staje się łatwiejsza do zniesienia.