Nasze wszystkie światła

Tekst
Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Naprawdę? Kiedyś upiekła dla nas brownie. Cała okolica szaleje za tym jej wypiekiem.

– Przepis jest mojej mamy. Ciotka Leigh to dobra dusza, więc jej nie wydaj.

– Nie pisnę ani słowa – zapewniłam z uśmiechem.

– Wiem – odparł, odpychając się stopami od podłogi. – To właśnie w tobie lubię.

– Czyli co dokładnie?

– Powiedziałaś komuś, że mój wujek stracił pracę?

– Jasne, że nie.

– No to rozumiesz. – Odchylił się, opierając głowę na uniesionych rękach. – Umiesz dotrzymać tajemnicy.


3


Odwiedziłem Catherine następnego dnia i następnego, i tak codziennie przez dwa tygodnie. Chodziliśmy na lody, chodziliśmy nad potok, chodziliśmy do parku… Tylko chodziliśmy. Jeśli jej rodzice się kłócili, była poza domem, nie słuchała tego. Nie umiałem zrobić nic więcej, żeby poprawić sytuację, ale cieszyła się i z tego.

Tego dnia pewnie siedziała na huśtawce na ganku, jak codziennie po południu, i czekała, aż przemieszczę się do jej części ulicy. Całe rano kosiłem trawniki, starając się zdążyć ze zleceniami, zanim do Oak Creek dotrą ciemne, wzdęte chmury, które zaczęły się gromadzić na południowym zachodzie.

Za każdym razem, gdy przychodziłem do domu po wodę, wujek John siedział przyklejony do telewizora – słuchał raportów meteorologicznych o zmianach ciśnienia i porywach wiatru. W ciągu ostatniej godziny co jakieś dziesięć minut po niebie przetaczały się grzmoty, za każdym razem głośniejsze. Po ostatnim koszeniu pobiegłem do domu wziąć prysznic, złapałem aparat i bardzo się starałem nie wyglądać na zgonionego, kiedy dotarłem do ganku Catherine.

Jej cienka bluzka bez rękawów w różnych miejscach poprzywierała do błyszczącej skóry. Catherine resztkami zgryzionych paznokci skubała sobie postrzępione brzegi dżinsowych spodenek. Z trudem łapałem oddech w parnym powietrzu i ucieszyłem się nagłym chłodem, gdy niebo pociemniało i temperatura opadła. Liście zaszeleściły sucho, kiedy zimny burzowy wiatr wywiał z ziemi upał, który jeszcze przed chwilą tańczył nad asfaltem.

Pan Calhoun wypadł z domu, poprawiając sobie krawat.

– Mam kilka rozmów kwalifikacyjnych, Księżniczko. Do zobaczenia wieczorem.

Zbiegł truchtem po schodach i zaraz pośpiesznie wrócił, żeby ją pocałować w policzek. Rzucił mi jeszcze spojrzenie i popędził do buicka, a gdy wycofywał, wjechał na trawę.

Huśtawka podskoczyła i łańcuchy zadrżały, kiedy usiadłem obok Catherine. Odepchnąłem się stopami, nadając nam nierówny rytm bujania. Catherine siedziała bez słowa. Jej długie, eleganckie palce przyciągały moją uwagę. Miałem ochotę znów trzymać ją za rękę, ale chciałem, żeby tym razem to wyszło od niej. Łańcuchy huśtawki skrzypiały odprężająco. Przechyliłem głowę do tyłu i popatrzyłem na pajęczyny u sufitu. Dostrzegłem stertę martwych owadów w kloszu lampy.

– Aparat? – rzuciła pytająco Catherine.

Poklepałem się po plecaku.

– Oczywiście.

– Zrobiłeś setki zdjęć trawy i wody w potoku, huśtawek, zjeżdżalni, drzew i torów kolejowych. Rozmawialiśmy trochę o twoich rodzicach i dużo o moich, sporo o Presley i jej klonach, o futbolu, o naszych wymarzonych uczelniach i o tym, gdzie chcielibyśmy być za pięć lat. Co masz w planach na dziś? – zapytała.

– Ciebie.

– Mnie?

– Będzie deszcz. Pomyślałem, że zostaniemy w domu.

– Tutaj?

Wstałem i wyciągnąłem rękę. To tyle, jeśli chodzi o czekanie, aż ona to zrobi.

– Chodź ze mną.

– Co? Znów sesja zdjęciowa? Nie, naprawdę… nie lubię, gdy się mnie fotografuje.

Nie wzięła mnie za rękę, schowałem więc pięść w kieszeni, próbując nie umrzeć ze wstydu.

– Nie będzie dziś pstrykania. Chciałem ci coś pokazać.

– Co?

– Najpiękniejszą rzecz, jaką w życiu sfotografowałem.

Catherine wyszła za mną na ulicę i poprowadziłem ją do domu wujostwa. Po raz pierwszy od tygodni szliśmy dokądś, nie mając ubrań przesiąkniętych potem.

W domu ciotki Leigh pachniało świeżą farbą i tanim odświeżaczem powietrza. Ślady na pstrym dywanie po porannym odkurzaniu opowiadały krótką historię o pracowitej pani domu, w którym nie ma dzieci. Namalowany od szablonu wzór z bluszczem i koc w kratę pochodziły z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku, ale ciotka Leigh była dumna ze swego domostwa i poświęcała kilka godzin dziennie na doprowadzanie go do nieskazitelnego porządku.

Catherine wyciągnęła rękę ku wiszącemu na ścianie obrazowi przedstawiającemu kobietę z Pierwszego Narodu, z długimi ciemnymi włosami ozdobionymi piórem. Zatrzymała dłoń, zanim jej palce dotknęły płótna.

– Czy to mi chciałeś pokazać?

– To piękny obraz, ale nie dla niego cię tu przyprowadziłem.

– Jest taka… elegancka. Taka zagubiona. Nie zwyczajnie piękna… to taki rodzaj urody, że chce się płakać.

Uśmiechnąłem się, patrząc, jak Catherine z podziwem wpatruje się w obraz.

– To moja mama.

– Twoja mama? Urzekająca.

– Portret namalowała ciotka Leigh.

– Wow. – Catherine wyraźnie była pod wrażeniem, oglądając talerze malowane w podobnym stylu. Krajobrazy i ludzie, wszystko wyglądało tak, jakby lada chwila wiatr miał przygiąć trawę do ziemi lub rozwiać ciemne włosy na tle głęboko brązowej skóry. – To też?

Kiwnąłem głową.

Wiszący wysoko na ścianie telewizor z płaskim ekranem był włączony. Zanim przyszliśmy, prezenter obwieszczał wiadomości w pustym pokoju.

– Czy Leigh nie jest w pracy? – zdziwiła się Catherine.

– Zostawia włączony odbiornik, gdy wychodzi. Według niej to odstrasza włamywaczy, że niby ktoś jest w domu.

– Jakich włamywaczy?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Chyba jakichkolwiek.

Przeszliśmy obok telewizora przez mroczny korytarz do brązowych drzwi z mosiężną klamką. Otworzyłem je – powiew powietrza z lekką nutką pleśni zdmuchnął Catherine grzywkę z oczu.

– Co tam jest? – zapytała, wpatrując się w ciemność.

– Mój pokój.

Coś zabębniło miarowo po dachu i odwróciłem się, żeby wyjrzeć przez okna od frontu. Na mokrej trawie podskakiwały ziarna lodu wielkości groszku. Im dłużej padały, tym stawały się większe. Biała kulka o średnicy półdolarówki pacnęła w chodnik i rozpadła się na kawałki. Jak szybko grad zaczął padać, tak prędko przestał i błyskawicznie się topił. Catherine z powrotem zainteresowała się ciemnością. Wyglądała na przesadnie zdenerwowaną.

– Śpisz tam na dole?

– Zazwyczaj. Chcesz zobaczyć?

Przełknęła ślinę.

– Idź pierwszy.

Zachichotałem.

– Mały cykor.

Zszedłem hałaśliwie po schodach i zatrzymałem się dokładnie tam, gdzie – jak wiedziałem – znajdę sznurek włączający jedyne oświetlenie: nagą żarówkę u sufitu.

– Elliott? – odezwała się Catherine z połowy schodów. Jej cichy, nerwowy głos sprawił, że coś we mnie przeskoczyło. Chciałem tylko, żeby czuła się ze mną bezpiecznie.

– Czekaj, zapalę światło.

Po pstryknięciu i brzęku żarówka się zaświeciła, rozjaśniając wnętrze.

Catherine wolno pokonała resztę stopni. Spojrzała na leżący pośrodku betonowej podłogi duży szary dywan z szorstkim włosiem.

– Brzydki, ale wolę to od zimnej podłogi z samego rana – wyjaśniłem.

Rozglądała się, patrząc na dwuosobową sofkę, kineskopowy telewizor, biurko z komputerem i futon, na którym sypiałem.

– Gdzie masz łóżko? – spytała.

Wskazałem futon.

– Rozkłada się.

– Nie wygląda na… wystarczająco długi.

– Bo nie jest – odparłem po prostu. Wyjąłem aparat z plecaka i wyłuskałem spod spodu kartę pamięci. Usiadłem na turystycznym krześle, które wujek John kupił dla mnie do biurka znalezionego przez ciotkę przy drodze, i wcisnąłem kwadracik do otworu w komputerze.

– Elliott?

– Muszę to tylko załadować. – Kliknąłem kilka razy myszką i w tym momencie gdzieś nad nami zabuczał słabo wysoki, zawodzący dźwięk. Zamarłem.

– Czy to…?

– …syrena tornadowa – dopowiedziałem. Wstałem z krzesła, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem po schodach na górę. Dźwięk dobiegał z telewizora; prezenter pogodowy stał przed mapą upstrzoną czerwonymi i zielonymi plamami. W całym hrabstwie ostrzegano przed silną burzą, która miała spaść na nas lada chwila.

– Elliott. – Catherine ścisnęła mnie za rękę. – Lepiej pójdę do siebie, zanim zrobi się źle.

Niebo z minuty na minutę czerniało coraz bardziej.

– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Zaraz by cię zwiało.

W prawym górnym rogu ekranu widniała mapka Oklahomy podzielonej na hrabstwa, usiana światełkami niczym choinka. U dołu na pasku informacyjnym przesuwały się nazwy zagrożonych miast.

Prezenter zaczął pokazywać nasze hrabstwo, mówiąc takie rzeczy, jak: „ostrzeżenie przed lokalnymi podtopieniami” i „natychmiast przedsięwziąć środki ostrożności”.

Patrzyliśmy przez okno, jak niewidzialna siła chwieje drzewami i rozrzuca liście. Zajaśniała błyskawica, rzucając nasze cienie na ścianę pomiędzy dwoma nadmiernie wypchanymi fotelami z brązowej skóry. Nad Oak Creek przetoczył się grzmot i zaczął padać ulewny deszcz. Zabębnił o dach, a był tak obfity, że woda przelała się przez rynny i chlusnęła na ziemię. Ulice zamieniły się w płytkie rzeki wypełnione czymś, co bardziej wyglądało na czekoladowe mleko niż deszczówkę, a wkrótce przeładowane studzienki odpływowe zabulgotały i zwróciły zawartość na powierzchnię.

 

Prezenter błagał, aby widzowie nie prowadzili samochodów w ulewie. Wiatr wył w spoinach okien, szyby klekotały.

– Mój tata jest poza domem – przypomniała sobie Catherine. – Pewnie prowadzi samochód. Mogę pożyczyć twój telefon?

Podałem jej komórkę, odblokowaną i gotową do rozmowy. Catherine zmarszczyła brwi, słysząc automatyczną sekretarkę przemawiającą głosem ojca.

– Tato? Tu Catherine. Dzwonię z komórki Elliotta. Jestem u niego w domu, bezpieczna. Oddzwoń, kiedy odsłuchasz wiadomość; chcę wiedzieć, czy nic ci nie jest. Numer Elliotta to… – Spojrzała na mnie pytająco, więc szeptem podyktowałem jej numer. – Trzy, sześć, trzy, pięć, jeden, osiem, pięć. Zadzwoń, dobrze? Martwię się. Kocham cię. – Oddała mi telefon, a ja schowałem go do kieszeni.

– Będzie w porządku – powiedziałem i przytuliłem ją do siebie.

Jej dłonie zacisnęły się na mojej koszuli, policzek przycisnął mi się do ramienia. Sprawiła, że poczułem się jak superbohater.

Podniosła na mnie oczy, a mój wzrok padł na jej usta. Dolna warga była pełniejsza od górnej i przez pół sekundy wyobrażałem sobie, jak by to było ją pocałować, po czym się nachyliłem.

Catherine zamknęła oczy, ja zrobiłem to samo, ale zanim nasze usta się zetknęły, szepnęła:

– Elliott?

– Taak? – odparłem, nie ruszając się ani o cal.

Mimo zamkniętych powiek wiedziałem, że błyskawica rozświetliła cały dom. Niemal natychmiast huknęło. Catherine zarzuciła mi ręce na szyję i przycisnęła się do mnie mocno. Trzymałem ją w ramionach tak długo, aż się rozluźniła, po czym puściła mnie i zachichotała. Policzki jej płonęły.

– Dziękuję.

– Za co?

– Za to… że jesteś tu ze mną.

Uśmiechnąłem się.

– A gdzie niby miałbym być?

Patrzyliśmy, jak ulewa przechodzi w zwykły deszcz, pluszczący na ziemi wielkimi kroplami. Wiatr przyginał drzewa, zmuszając je, by się kłaniały burzy. Pierwszy suchy trzask zaskoczył mnie. Kiedy upadło drzewo, Catherine krzyknęła ze strachu.

– Zaraz będzie po wszystkim – zapewniłem, trzymając ją w ramionach. Nigdy w życiu nie byłem taki wdzięczny burzy.

– Nie powinniśmy zejść do piwnicy? – zapytała.

– Możemy, jeśli poczujesz się przez to lepiej.

Popatrzyła na drzwi mojej sypialni i jej uścisk osłabł.

– Może nie.

Roześmiałem się.

– Co w tym śmiesznego?

– Właśnie pomyślałem coś zupełnie odwrotnego.

– Nie chodzi o to, że… – Stała obok mnie z ręką wsuniętą pod moje ramię, trzymając się mocno i przyciskając policzek do mojego ramienia. – Dobrze, powiem to. Lubię cię.

Przechyliłem głowę na bok i oparłem policzek na jej włosach. Pachniały szamponem i potem. Czystym potem. W tej chwili był to mój ulubiony zapach, najlepszy na świecie.

– Ja też cię lubię. – Patrzyłem przed siebie, kiedy to mówiłem. – Jesteś dokładnie taka, jak myślałem, że będziesz.

– Co masz na myśli?

Znów zaczął sypać grad – tym razem wiatr ciskał nim prosto w okna salonu ciotki Leigh. Jedna szyba pękła. Otoczyłem Catherine ramieniem na wysokości piersi i cofnąłem się z nią. Na ulicy rozbłysło jasne światło i potężny huk wstrząsnął domem.

– Elliott? – odezwała się Catherine ze strachem.

– Nie pozwolę, żeby coś ci się stało, daję słowo – obiecałem.

Patrzyliśmy, jak drzewa za oknem miotają się na wietrze.

– Chciałbyś być tam na zewnątrz, prawda? Robić zdjęcia.

– Nie mam odpowiedniego aparatu. Kiedyś tak.

– Powinieneś pracować dla „National Geographic” czy coś takiego.

– Taki jest plan. Cały świat czeka na to, żeby go zobaczyć. – Zwróciłem się do niej przodem. – Nie zmieniłaś jeszcze zdania? Tak czy inaczej pakujesz się po skończeniu szkoły. Może wyjedziesz właśnie ze mną?

Za pierwszym razem pytałem o to na samym początku naszej znajomości. Teraz jej twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

– Pytasz znowu?

– Będę pytał do skutku.

– Wiesz, teraz, gdy znamy się od jakiegoś czasu, myśl o podróżowaniu z tobą po świecie wydaje się bardziej rozsądna niż siedzenie w domu.

– Więc jak? Wchodzisz w to? – zapytałem.

– Wchodzę – odrzekła.

– Słowo?

Kiwnęła głową, a ja nie umiałem powtrzymać głupiej miny, jaką na pewno zrobiłem.

Grad nagle przestał padać i wiatr najwyraźniej zelżał. Uśmiech Catherine zgasł wraz z burzą.

– Coś nie tak?

– Pewnie powinnam już wracać.

– O. Tak, w porządku. Odprowadzę cię.

Położyła dłonie na moich ramionach i wychyliła się – akurat na tyle, by pocałować mnie w kącik ust. Było to takie szybkie, że nie zdążyłem się nacieszyć, zanim się skończyło, ale nie szkodzi. Mógłbym w tym momencie wspiąć się na wielką górę, obiec świat dookoła i przepłynąć ocean, ponieważ jeśli to Catherine Calhoun zdecydowała, że chce mnie pocałować, wszystko stawało się możliwe.

Słońce nieśmiało wyjrzało zza chmur, ciemność przesunęła się nad następne miasto. Sąsiedzi zaczęli wychodzić, by oszacować szkody. Mimo kilku rozbitych okien, mnóstwa strąconych i rozsypanych dachówek, zerwanych kabli elektrycznych oraz połamanych drzew i konarów, domy w większości wyglądały na nietknięte. Ulicę zaściełały zielone liście, po obu stronach jezdni płynęły strumienie brudnej wody, pędzące do studzienek na końcu drogi.

Catherine równocześnie ze mną zauważyła, że podjazd przed ich domem jest pusty. Otworzyłem furtkę i poszliśmy razem na ganek, gdzie usiedliśmy na huśtawce.

– Zaczekam z tobą, aż wrócą – powiedziałem.

– Dziękuję. – Wyciągnęła rękę i splotła palce z moimi, a ja odepchnąłem się stopami od podłogi i huśtając się, miałem nadzieję, że najlepszy, jak do tej pory, dzień mojego życia będzie mijał powoli.


4


Resztę lata wypełniły czterdziestostopniowe upały i nieustanne staccato gwoździarek, podczas gdy rozmaite firmy naprawiały w okolicy dachy. Elliott i ja spędzaliśmy razem dużo czasu, śmiejąc się w cieniu drzew i robiąc zdjęcia nad brzegami Deep Creek, ale już nigdy więcej nie zabrał mnie do domu swojego wujostwa. Co dzień walczyłam sama z sobą: miałam ochotę poprosić go, żeby mi w końcu pokazał zdjęcia w swojej piwnicy, lecz duma była u mnie jedyną rzeczą silniejszą od ciekawości.

Razem oglądaliśmy pokaz fajerwerków czwartego lipca, siedząc na krzesełkach turystycznych za boiskiem do bejsbola. Codziennie robiliśmy sobie na lunch kanapki – raz u mnie, a raz u niego – i urządzaliśmy piknik, rozmawiając o mało ważnych rzeczach, jakby nasze wspólne lato miało się nigdy nie skończyć.

W ostatnią sobotę lipca zdawało się, że wyczerpały nam się tematy. Elliott przychodził po mnie codziennie o dziewiątej rano i czekał wiernie na huśtawce, ale w ostatnim tygodniu zmarkotniał.

– Twój chłopak znów siedzi na huśtawce – rzekł tata, poprawiając sobie krawat.

– Nie jest moim chłopakiem.

Tata wyjął chusteczkę i otarł sobie pot z czoła. Bezrobocie dawało mu się we znaki. Tracił na wadze i nie sypiał dobrze.

– Więc jak to? Gdzie się podział Owen?

– Zatrzymałam się przy jego domu kilka razy. Wolę być na zewnątrz, niż patrzeć, jak gra w swoje gry.

– Masz na myśli na zewnątrz z Elliottem – uściślił tata z uśmieszkiem.

– Jadłeś śniadanie? – spytałam.

Potrząsnął głową.

– Nie mam czasu.

– Musisz lepiej o siebie zadbać – stwierdziłam, łagodnie odsuwając jego ręce na bok. Poprawiłam mu krawat i poklepałam go po ramieniu. Miał wilgotną koszulę. – Tato.

Pocałował mnie w czoło.

– Nic mi nie jest, Księżniczko. Przestań się martwić. Powinnaś już iść. Nie chcesz się spóźnić na swoją randkę nad potokiem. Albo randkę w parku. Która opcja dzisiaj?

– Dziś park. Ale to nie randka.

– Lubisz go?

– Nie w taki sposób.

Uśmiechnął się.

– Ty mogłabyś mnie oszukać, ale nie on. Tatusiowie się na tym znają.

– Albo to sobie wyobrażają – odparłam, otwierając drzwi.

– Kocham cię, Catherine.

– Nie tak, jak ja ciebie.

Wyszłam na zewnątrz i uśmiechnęłam się na widok Elliotta bujającego się na huśtawce. Miał na sobie zapinaną na guziki prążkowaną koszulkę i pełne kieszeni szorty w kolorze khaki, a na jego szyi jak zawsze wisiał aparat.

– Gotowa? – spytał. – Pomyślałem, że możemy wpaść do Brauma na drugie śniadanie.

– Jasne – zgodziłam się.

Przeszliśmy sześć przecznic do jednego z naszych ulubionych miejsc i usiedliśmy przy stoliku, który uważaliśmy za swój. Elliott był taki zgaszony jak przez cały ostatni tydzień. Przytakiwał i odpowiadał we właściwych momentach, ale myślami błądził tysiące mil ode mnie.

Szliśmy w stronę centrum, nie zmierzając do żadnego celu. Przez minione dwa miesiące chodzenie było dla nas pretekstem do rozmowy – do spędzania czasu we dwoje.

Słońce wisiało już wysoko na niebie, kiedy ruszyliśmy z powrotem do mojego domu, żeby zrobić kanapki. Piknik w porze lunchu stał się naszym rytuałem – miejsce wybieraliśmy na zmianę. Dziś była kolej Elliotta, a on wskazał park, pod naszym ulubionym cienistym drzewem.

W milczeniu rozpostarliśmy narzutę uszytą przez moją mamę. Elliott rozwinął swoją kanapkę z indykiem i serem, jakby go coś uraziło – może ja to zrobiłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, żeby podczas naszych wspólnych wakacji znalazł się choć jeden moment, który nie byłby idealny.

– Źle się czujesz? – zapytałam, trzymając swoją kanapkę w obu rękach.

Z kanapki Elliotta ubył zaledwie jeden kąsek, podczas gdy moja była do połowy zjedzona.

– Źle – odparł Elliott i odłożył swój lunch. – Zdecydowanie źle.

– Co jest nie tak? Za dużo majonezu?

Nie odzywał się przez chwilę, po czym posłał mi zakłopotany uśmiech.

– Nie chodzi o kanapkę, Catherine. Na pewno nie o kanapkę… no i nie o to, że siedzę tu z tobą.

– Och – udało mi się wystękać, mimo że wszystko się we mnie zapadło po jego ostatnim zdaniu.

– Jutro wyjeżdżam – mruknął.

– Ale przecież wrócisz, prawda?

– Tak, tylko… nie wiem kiedy. Może na Boże Narodzenie. Może dopiero na przyszłe wakacje.

Kiwnęłam głową. Spojrzałam na swój lunch i odłożyłam go – stwierdziłam, że jednak nie jestem głodna.

– Musisz mi obiecać – powiedziałam. – Musisz obiecać, że wrócisz.

– Obiecuję. Nawet jeśli to będzie następne lato, ale wrócę.

Pustka i rozpacz, jakie poczułam w tym momencie, równały się tylko temu, czego doświadczałam, kiedy straciłam psa. Komuś innemu mogłoby się to wydawać głupim powiązaniem, ale Gamoń leżał w nogach mojego łóżka co noc i bez względu na to, czy mama miała doła, czy wybuch złości, wiedział, kiedy zawarczeć, a kiedy pomachać ogonem.

– O czym myślisz? – zapytał Elliott.

Pokręciłam głową.

– To głupie.

– Daj spokój. Powiedz.

– Miałam psa. Kundla. Pewnego dnia ni stąd, ni zowąd tata przyniósł go do domu ze stawu. To miało być dla mamy, na pociechę, ale Gamoń przywiązał się do mnie. Mama bywała zazdrosna, a ja nie wiedziałam za bardzo, czy o mnie, czy o Gamonia. Umarł.

– Czy twoja mama cierpi na depresję?

Wzruszyłam ramionami.

– Nigdy mi o tym nie mówili. W ogóle przy mnie nie rozmawiają. Wiem tylko, że miała ciężkie dzieciństwo. Mama mówi, że cieszy się, że jej rodzice zmarli, zanim się urodziłam. Podobno byli okrutni.

– Kurczę. Jeśli kiedyś zostanę ojcem, moje dzieci będą miały normalne dzieciństwo. Takie, do którego wraca się pamięcią i żałuje, że nie można wrócić naprawdę, a nie takie, od którego się ucieka i trzeba się z niego leczyć. – Podniósł na mnie wzrok. – Będę za tobą tęsknił.

– Ja za tobą też. Ale… to nie na długo. Bo przecież wrócisz.

 

– Wrócę. Daję słowo.

Udawałam, że jestem szczęśliwa, i pociągałam przez słomkę napój z puszki. Potem już każdy temat był wymuszony, każdy uśmiech sztuczny. Chciałam się cieszyć ostatnimi chwilami z Elliottem, ale świadomość, że pożegnanie jest tuż za rogiem, sprawiała, że radość stała się niemożliwa.

– Chcesz mi pomóc w pakowaniu? – zapytał, zażenowany własnymi słowami.

– Nieszczególnie, ale chciałabym pobyć z tobą jak najdłużej, zanim wyjedziesz, więc tak, chodźmy.

Pozbieraliśmy nasze rzeczy. W oddali zabrzmiały syreny – ich dźwięk zaczął się przybliżać. Elliott pomógł mi wstać. Z drugiej strony miasta zabuczała kolejna syrena – może to ze strażnicy – i zdawała się zmierzać w naszą stronę. Elliott zwinął narzutę mamy i wepchnął ją sobie pod ramię. Ja pozbierałam opakowania i wyrzuciłam je. Elliott wyciągnął do mnie rękę i bez wahania podałam mu swoją. Skoro wyjeżdżał, przestałam dbać o to, czy coś się między nami zmieniło.

Gdy byliśmy już blisko Juniper Street, uścisnął moją rękę.

– Zostawmy u ciebie narzutę, a potem chodźmy do mnie.

Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się, gdy zaczął bujać naszymi rękami. Po drugiej stronie ulicy na ganku stała jedna z sąsiadek z dzieckiem na biodrze. Pomachałam do niej, ale nie odmachała.

Elliott zwolnił kroku i zmienił się na twarzy – najpierw odmalowała się na niej dezorientacja, a potem zmartwienie. Spojrzałam w stronę mojego domu i zobaczyłam przed nim wóz policyjny, a obok ambulans z mrugającymi czerwonymi i niebieskimi światłami. Puściłam rękę Elliotta, pobiegłam, minęłam obce pojazdy i w panice zaczęłam szarpać furtkę, zapominając o zapadce.

Spokojne dłonie Elliotta odhaczyły zamknięcie. Wpadłam na podwórko, ale stanęłam w pół kroku, gdy otworzyły się drzwi frontowe. Wychodził przez nie tyłem sanitariusz, ciągnąc wózek z noszami, na których leżał tata – blady, z zamkniętymi oczami i maską tlenową na twarzy.

– Co… co się stało?! – krzyknęłam.

– Przepraszam – rzucił sanitariusz. Szarpnięciem otwarł drzwi z tyłu ambulansu i władowali tatę do środka.

– Tato? – zawołałam. – Tato?

Nie odpowiedział, drzwi ambulansu zatrzasnęły mi się przed nosem. Podbiegłam do policjanta, który właśnie schodził z ganku.

– Co się stało?

Spojrzał na mnie.

– Ty jesteś Catherine?

Przytaknęłam, czując dłonie Elliotta na swoich ramionach.

Usta funkcjonariusza przesunęły się w jedną stronę.

– Wygląda na to, że twój ojciec miał atak serca. Mama wzięła sobie pół dnia wolnego i znalazła go na podłodze. Ona jest w domu. Powinnaś… Może spróbuj z nią porozmawiać. Niewiele powiedziała, odkąd przyjechaliśmy. Powinna rozważyć pójście do szpitala. Może być w szoku.

Popędziłam po schodkach do domu.

– Mamuś? – wołałam. – Mamuś!

Nie odpowiedziała. Zajrzałam do jadalni, do kuchni, pobiegłam korytarzem do salonu. Mama siedziała na podłodze, wpatrując się w dywan. Uklękłam przed nią.

– Mamuś?

Nie zwróciła na mnie uwagi ani nawet nie okazała, że mnie słyszy.

– Będzie w porządku – powiedziałam, dotykając jej kolana. – Tata wydobrzeje. Pewnie powinnyśmy pojechać do szpitala i odwiedzić go. – Nie zareagowała. – Mamuś? – Potrząsnęłam nią łagodnie. – Mamuś?

Nadal nic.

Wstałam, chwytając się dłonią za czoło, po czym wybiegłam na zewnątrz. Złapałam policjanta, gdy odjeżdżał ambulans. Funkcjonariusz był otyły i pocił się na potęgę.

– Panie… em, władzo. – Zerknęłam na przypiętą do jego kieszeni srebrną odznakę z nazwiskiem. – Panie Sanchez? Mamusia… moja mama nie czuje się dobrze.

– Wciąż nic nie mówi?

– Chyba ma pan rację. Też powinna iść do szpitala.

Policjant skinął głową ze smutną miną.

– Miałem nadzieję, że do ciebie się odezwie.

Nacisnął coś na małym radiu, które miał na ramieniu.

– Cztery-siedem-dziewięć do raportu.

Odpowiedział kobiecy głos:

– Cztery-siedem-dziewięć, przyjmuję, odbiór.

– Zawiozę panią Calhoun i jej córkę na izbę przyjęć. Pani Calhoun może potrzebować pomocy medycznej. Proszę zawiadomić personel szpitala.

– Przyjęłam, cztery-siedem-dziewięć.

Rozejrzałam się za Elliottem, ale go nie było. Sanchez wrócił do naszego domu i poszedł prosto do salonu, gdzie mama nadal siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Pani Calhoun? – powiedział miękko. Przykucnął przed nią. – To znowu ja, sierżant Sanchez. Zabiorę panią i pani córkę do szpitala, zobaczycie się z mężem.

Mama potrząsnęła głową i wyszeptała coś, czego nie zrozumiałam.

– Czy może pani wstać?

Kiedy po raz drugi zignorowała pytanie, policjant z wysiłkiem podniósł ją na nogi. Stanęłam z drugiej strony, żeby ją podtrzymywać. Razem podprowadziliśmy mamę do policyjnego wozu, posadziliśmy ją i zapięłam jej pas.

Podczas gdy Sanchez szedł na miejsce kierowcy, jeszcze raz wzrokiem poszukałam Elliotta.

– Panno Calhoun? – zawołał na mnie policjant.

Otworzyłam drzwi od strony pasażera i wsiadłam pośpiesznie, a potem, kiedy odjeżdżaliśmy, oglądałam się za Elliottem.