Nasze wszystkie światła

Tekst
Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odwrócił się do drzwi i przytrzymał je otwarte, zachęcając gestem, żebym wyszła. Prześliznęliśmy się między zaparkowanymi autami na drugą stronę parkingu i ruszyliśmy w kierunku naszych domów. Latarnie uliczne świeciły, komary bzykały w kręgach światła. W panującej ciszy odgłos stąpania naszych butów na chodniku brzmiał głośniej niż normalnie.

– To było… – szukałam właściwego słowa – …legendarne. Nigdy nie umiałabym tak kogoś usadzić.

– Hm, nie mieszkam tu, więc jest mi łatwiej. No i nie było to całkiem moje.

– No coś ty?

– To scena z Detention Club Musical. Nie mów mi, że nie oglądałaś tego, kiedy byłaś mała.

Wlepiłam w niego wzrok z niedowierzaniem, po czym wybuchnęłam głośnym śmiechem.

– To ten film, który leciał, kiedy mieliśmy osiem lat?

– Oglądałem go codziennie przez półtora roku.

Zachichotałam.

– Wow. Nie mogę uwierzyć, że nie skojarzyłam.

– Cieszę się tylko, że Presley nie załapała. Moja przemowa zrobiłaby wtedy znacznie skromniejsze wrażenie.

Znowu się roześmiałam i tym razem mi zawtórował. Kiedy nasz śmiech ucichł, Elliott trącił mnie łokciem.

– Naprawdę masz chłopaka za miastem?

Dobrze, że było ciemno. Poczułam, że cała twarz zajmuje mi się ogniem.

– Nie.

– Dobrze wiedzieć – stwierdził, błyskając zębami.

– Powiedziałam im tak kiedyś w gimnazjum. Miałam nadzieję, że mi dadzą spokój.

Zatrzymał się i spojrzał na mnie z rozbawionym uśmiechem.

– Domyślam się, że nie pomogło.

Potrząsnęłam głową. Każda sesja przesłuchań, jakie mi urządzały, tkwiła w pamięci niczym niezagojona, jątrząca się rana.

Elliott siąknął i dotknął sobie czubka nosa poranionym knykciem.

– Nie boli cię to? – spytałam.

Śmiech i uśmiechy zgasły. Kilka przecznic dalej zaszczekał pies, nisko i tęsknie. Brzęknęła i włączyła się klimatyzacja, zawarczał ostro silnik – pewnie jacyś starsi uczniowie wozili się po Main Street. W otaczającej nas ciszy światełko w oczach Elliotta znikło.

– Przepraszam. To nie moja sprawa.

– Dlaczego nie? – rzucił.

Wzruszyłam ramionami, idąc dalej.

– Nie wiem. Po prostu wygląda na coś osobistego.

– Powiedziałem ci o moich rodzicach i ich problemach, a ty uważasz, że rozwalone knykcie to coś osobistego?

Znowu wzruszyłam ramionami.

– Straciłem panowanie nad sobą. Wyładowałem się na waszym drzewie. Widzisz? Żadna magiczna sztuczka. Wciąż jestem zły.

Zwolniłam kroku.

– Zły o to z rodzicami?

Potrząsnął głową. Widać było, że nie chce więcej zdradzić, więc nie naciskałam. W naszym cichym zakątku, na ostatniej ulicy w obrębie granic miasta, kończył się znany nam dwojgu świat, nawet jeśli nie do końca jeszcze to sobie uświadamialiśmy.

Po obu stronach ulicy ciągnęły się domy, niczym wysepki życia. Oświetlone okna przerywały ciemność w przestrzeniach między latarniami. Od czasu do czasu przez któreś z nich przemknął cień i zastanawiałam się wtedy, jak biegnie życie na tych wyspach, czy mieszkańcy cieszą się piątkowym wieczorem, oglądając skrojony dla nich film w telewizji, wtuleni wygodnie w kanapy. Strach przed płaceniem rachunków zapewne trzymał się od nich z daleka.

Kiedy dotarliśmy do naszej furtki, moja wyspa była ciemna i cicha. Zatęskniłam za ciepłym żółtym blaskiem bijącym z okien okolicznych domów, za mruganiem telewizyjnego ekranu.

Elliott wsadził ręce do kieszeni, zabrzęczały drobniaki.

– Są w domu?

Zajrzałam do garażu – buick taty był w środku na miejscu, lexus mamy stał z tyłu za garażem.

– Wygląda na to, że tak.

– Mam nadzieję, że nie pogorszyłem twojej sytuacji z Presley.

Machnęłam ręką.

– Presley i ja znamy się od urodzenia. Po raz pierwszy w życiu ktoś stanął w mojej obronie. Zdaje się, że nie wiedziała, co z tym zrobić.

– Oby tylko trzymała to blisko kija, który ma w tyłku.

Wyrwał mi się głośny śmiech, a Elliott nie umiał ukryć zadowolenia z mojej reakcji.

– Dasz mi numer swojej komórki?

– Nie, nie mam telefonu.

– Nie? Naprawdę? Czy tylko nie chcesz mi dać numeru?

Potrząsnęłam głową i zaśmiałam się lekko.

– Naprawdę. Kto by do mnie dzwonił?

Wzruszył ramionami.

– Na przykład ja miałem taki zamiar.

– O.

Podniosłam zapadkę zamka i pchnęłam furtkę. Rozległo się piskliwe zgrzytnięcie metalu trącego o metal. Wejście zamknęło się za mną z kliknięciem. Odwróciłam się do Elliotta, kładąc dłonie na elegancko wygiętym żelazie. Zerknął w górę, na dom – bez strachu, jakby to był zwyczajny budynek. Jego odwaga rozgrzała coś w głębi mnie.

– Jesteśmy prawie sąsiadami, więc… pewnie zobaczę cię w okolicy – rzekł.

– Taak, na pewno. To znaczy, chyba… bardzo możliwe – plątałam się, potakując głową.

– Co robisz jutro? Masz jakąś pracę na lato?

Potrząsnęłam głową.

– Mama chce, żebym w lecie pomagała jej koło domu.

– Może po ciebie wpadnę? Nie masz nic przeciwko? Obiecuję pstrykać tylko ukradkiem.

– Jasne, w porządku, pod warunkiem, że rodzicom nie strzeli do głowy coś dziwnego.

– No to okej – odparł, prostując się i nieco wypinając pierś. Cofnął się kilka kroków. – Do jutra.

Ruszył w swoją stronę i ja zrobiłam to samo, wspinając się wolno po stopniach. Hałas, jaki robiły wypaczone deski naszego ganku pod naciskiem moich pięćdziesięciu kilogramów, wystarczyłby do zaalarmowania rodziców, lecz dom pozostał ciemny. Pchnęłam podwójnej szerokości drzwi, przeklinając w duchu zgrzytające zawiasy. Kiedy byłam już w środku, zaczekałam. Żadnej przyciszonej rozmowy, żadnych kroków. Żadnego tłumionego gniewu na górze. Żadnego szeptania za ścianami.

Gdy szłam po schodach na piętro, każdy krok zdawał się wrzaskiem oznajmiać moje przybycie. Trzymałam się środka stopni, żeby nie ocierać się o tapetę. Mama chciała, żebyśmy szanowali dom, jakby był żywym członkiem rodziny. Stąpałam miękko w korytarzu i zamarłam, kiedy skrzypnęła deska przed sypialnią rodziców. Dopiero po chwili zrobiłam kolejny krok w stronę swojego pokoju.

Tapeta w mojej sypialni miała pionowe pasy i nawet różowo-kremowa kolorystyka nie była w stanie zmienić wrażenia, że znajduję się w klatce. Zsunęłam buty ze stóp i w ciemności podreptałam do swego jedynego okna. Biała farba na ramie łuszczyła się, opadając płatkami na podłogę.

Na zewnątrz, dwie kondygnacje niżej, Elliott to się pojawiał, to znikał, przechodząc przez plamy światła latarni. Szedł w stronę domu swojej ciotki. Gdy mijał pustą działkę Fentonów, spojrzał na telefon. Ciekawiło mnie, czy wróci do cichego, spokojnego domu, czy pani Leigh pozapala wszystkie światła, czy będzie się kłóciła z mężem, czy raczej jest pogodzona z losem i czeka na Elliotta.

Stanęłam przed komodą i mój wzrok padł na kasetkę, którą tata kupił mi na czwarte urodziny. Podniosłam wieczko i w środku na tle owalnego lusterka, wprawionego w niemowlęco różowy filc, zaczęła się kręcić balerina. Namalowane niegdyś na jej twarzy szczegóły starły się i pozostały tylko dwie ciemne plamki oczu. Baletowa sukienka była zniszczona. Sprężyna, na której sterczała figurka, zdążyła się nieco wygiąć, przez co tancerka wychylała się za mocno w jedną stronę podczas swoich piruetów, za to powolne, tęskne dźwięki pozytywki wciąż brzmiały bez zarzutu.

Tapeta odłaziła tak samo jak farba, miejscami zwisając od góry, a miejscami po prostu odstając. Brązowa plama w rogu sufitu z każdym rokiem zdawała się rosnąć. Łóżko o żelaznej białej ramie skrzypiało przy najlżejszym ruchu, a drzwi szafy nie zamykały się tak gładko jak dawniej, ale ten pokój był moją własną przestrzenią, miejscem, do którego nie sięgała ciemność. Gdy zamykałam się w tych czterech ścianach, status mojej rodziny jako miejscowych pariasów oraz gniew mamy zdawały się tak odległe… Nigdzie nie czułam się tak jak tu, kiedy siedziałam przy lepiącym się stoliku naprzeciw odlanego z brązu chłopca i jego dużych brązowych oczu, spoglądających na mnie bez śladu współczucia czy pogardy.

Podeszłam z powrotem do okna, wiedząc, że Elliott będzie już poza zasięgiem wzroku. Był inny – bardziej niż tylko dziwaczny – ale mnie znalazł. I przez chwilę to było bardzo miłe, bo nie czułam się zagubiona.

* Pierwszy Naród – rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej.


2


– Catherine! – zawołał tata z dołu.

Zbiegłam truchtem po schodach.

Stał na parterze i uśmiechał się.

– Jesteś dziś niesamowicie radosna. Czemu to zawdzięczamy?

Zatrzymałam się na przedostatnim stopniu.

– Są wakacje?

– Niee. Widywałem już twój wakacyjny uśmiech. To coś innego.

Wzruszyłam ramionami i wzięłam wysmażony kawałek bekonu z serwetki na jego otwartej dłoni. Moją jedyną odpowiedzią było głośne chrupanie, którego nie lubił.

– Mam dzisiaj o drugiej rozmowę kwalifikacyjną, ale pomyślałem, że może przejechalibyśmy się wokół jeziora.

Ukradłam kolejny plasterek i schrupałam go. Tata się skrzywił.

– Mam chyba na dziś plany.

 

Uniósł brew.

– Z Elliottem.

Dwie zmarszczki pomiędzy jego brwiami pogłębiły się nieznacznie.

– Z Elliottem. – Wymówił to imię tak, jakby otworzyło jakąś klapkę w jego pamięci.

Uśmiechnęłam się.

– Z siostrzeńcem męża pani Leigh. Tym dziwakiem z naszego podwórka.

– Tym, który boksował nasze drzewo?

Zatkało mnie, że tata zna ten szczegół, aż wreszcie wyjaśnił:

– No tak. Widziałem go.

– Ale… pytałeś mnie, czy coś niszczy na podwórku.

– Nie chciałem cię denerwować, Księżniczko. Nie jestem pewien, czy mi się to podoba, że spędzasz czas z chłopakiem, który atakuje drzewa.

– Tato, nie wiemy, co się dzieje u niego w domu.

Dotknął mojego ramienia.

– Nie chcę też, żeby moja córka mieszała się w takie sprawy, cokolwiek to jest.

Potrząsnęłam głową.

– Po ostatnim wieczorze jego ciotka i wujek mogą to samo mówić o naszej rodzinie. Na pewno słyszała was cała okolica.

– Przykro mi. Nie zdawałem sobie sprawy.

– Chodzi zwłaszcza o nią – mruknęłam.

– Chodzi o nas oboje.

– Wczoraj wieczorem usadził Presley.

– Chłopak od drzewa? Chwileczkę. Jak to „wczoraj wieczorem”? Co masz na myśli?

Przełknęłam ślinę.

– Poszliśmy do Brauma… po tym, jak mama wróciła do domu.

– O. Rozumiem. I był w porządku? Mam na myśli: nie próbował boksować Presley ani nic takiego, co?

Zachichotałam.

– Nie, tato.

– Przepraszam, że wczoraj nie pożegnałem cię przed snem. Zasiedzieliśmy się do późna.

Ktoś zapukał do drzwi. Trzy razy, a potem dwa.

– To on? – zapytał tata.

– Nie wiem. Nie ustaliliśmy godziny… – odparłam, patrząc, jak tata idzie do drzwi.

Wypiął pierś, zanim pociągnął klamkę. Przed drzwiami stał Elliott, świeżo po prysznicu, z włosami jeszcze lśniącymi od wilgoci. W obu rękach ściskał aparat, mimo że pasek miał przełożony przez szyję.

– Pan… ee…

– Calhoun – przestawił się tata, wyciągając rękę do mocnego uścisku. Potem zwrócił się do mnie: – Chyba mówiłaś, że spędziłaś z nim wczorajszy wieczór? – Spojrzał na Elliotta. – Nie zapytałeś jej nawet, jak ma na nazwisko?

Elliott uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Trochę się speszyłem, kiedy pan otworzył.

Tacie złagodniały oczy, ramiona się rozluźniły.

– A wiesz chociaż, że ma na imię Księżniczka?

– Tato! – syknęłam.

Tata mrugnął do mnie.

– Wróć do domu na obiad.

– Tak jest! – zapewnił Elliott i odsunął się na bok.

Mijając tatę, cmoknęłam go pośpiesznie w policzek, po czym wyprowadziłam Elliotta z ganku i z naszego podwórka.

– Już jest gorąco – zauważył, ocierając sobie czoło. – To lato będzie okrutne.

– Przyszedłeś wcześnie. Jakie masz plany? – spytałam.

Trącił mnie łokciem.

– Poobijać się z tobą.

– A co z aparatem?

– Pomyślałem, że może poszlibyśmy nad potok.

– Nad…?

Podniósł aparat.

– Żeby robić zdjęcia.

– Potokowi?

Uśmiechnął się.

– Zobaczysz.

Skierowaliśmy się na północ, w stronę Brauma, ale skręciliśmy ulicę wcześniej. Nawierzchnia przeszła w czerwonawą ziemię i żwir, a my wędrowaliśmy jeszcze z milę, nad Deep Creek. Potok był wąski – z wyjątkiem kilku odcinków trzymetrowej szerokości mogłabym go przeskoczyć z rozbiegu. Elliott prowadził mnie brzegiem, aż znalazł miejsce, gdzie woda płynęła po kamieniach.

Przestał ze mną rozmawiać i zaczął majstrować przy aparacie. Szybko pstryknął zdjęcie, po czym sprawdził ustawienia i zrobił kilka kolejnych. Przyglądałam mu się przez godzinę i w końcu ruszyłam na własny spacer, czekając, aż będzie miał dość.

– Pięknie tu – powiedział po prostu. – Chodźmy.

– Dokąd?

– Do parku.

Ruszyliśmy z powrotem w stronę Juniper, a po drodze zatrzymaliśmy się u Brauma na wodę z lodem. Przycisnęłam sobie kciuk do ramienia – został biały ślad, który po chwili sczerwieniał.

– Oparzenie słoneczne? – spytał Elliott.

– Zawsze tak mam w czerwcu. W pierwszym słońcu się poparzę, a potem już w lecie wyglądam dobrze.

– Nie byłbym tego taki pewien – droczył się.

Z zazdrością przyjrzałam się jego brązowej skórze. Było w niej coś miękkiego, co zachęcało do dotyku, i od tych myśli zrobiło mi się nieswojo, ponieważ nigdy dotąd nie miałam podobnych.

– Powinniśmy ci osłonić ramiona. To będzie bolało.

– Niee. Będzie w porządku. Zobaczysz.

– Co zobaczę?

– Po prostu miałam na myśli, że nic mi nie będzie – odparłam, spychając go z krawężnika.

Przyjął to z uśmiechem i zaraz też mnie popchnął. Straciłam równowagę zbyt blisko ogrodzenia i moja bluzka jakimś cudem zahaczyła się o wystający drut. Krzyknęłam, a Elliott wyciągnął ręce, akurat gdy drut rozszarpywał cienki materiał.

– Ostrożnie! – zawołał, podtrzymując mnie.

– Uwięzłam! – poskarżyłam się, zgięta wpół. Palcami wczepiłam się w siatkę ogrodzenia, żeby nie upaść i bardziej nie podrzeć ubrania.

– Wyplączę cię – obiecał i zaczął odhaczać materiał z drutu. – Już prawie… – Napiął mięśnie. – Strasznie cię przepraszam. To było głupie.

Uwolnił mnie i pomógł mi stanąć prosto. Sprawdziłam rozdarcie i zachichotałam.

– W porządku. Ale ze mnie oferma.

Skrzywił się.

– Powinienem być mądrzejszy i nie podnosić ręki na dziewczynę.

– Nic mi się nie stało.

– Tak, wiem. Tylko że… mój tata czasami się wścieka i traci panowanie nad sobą. Zastanawiam się, kiedy to się zaczęło i czy zawsze tak go ponosiło. Nie chciałbym być taki jak on.

– Moja mama też się czasami zapomina.

– Bije twojego tatę?

Potrząsnęłam głową.

– Nie.

Mięśnie szczęki zadrgały mu pod skórą i zaraz potem skręcił do parku, przywołując mnie gestem za sobą. Milczał przez kilka kolejnych przecznic, aż usłyszeliśmy odległy śmiech i pisk dzieci.

Beatle Park był zaniedbany, ale i tak kiedy przyszliśmy, roiło się w nim od maleńkich istot ludzkich. Nie byłam pewna, jak Elliott zamierza robić zdjęcia z nieustannie wpadającymi w kadr zaślinionymi, zasmarkanymi, umorusanymi maluchami, ale on jakoś zdołał znaleźć piękno w zardzewiałych rurach i popękanych deskach huśtawek, na których nikt się nie bawił. Po godzinie matki i opiekunki zaczęły zaganiać pociechy, by zabrać je rodzinnymi vanami na lunch. W ciągu kilku minut zostaliśmy na placu zabaw sami.

Elliott zaproponował mi huśtawkę, usiadłam więc rozchichotana, a on zaczął ją popychać, biegając wokół mnie. Sięgnął po aparat, a ja zakryłam twarz rękami.

– Nie!

– Wychodzi gorzej, kiedy się zasłaniasz.

– Po prostu tego nie lubię. Proszę, przestań.

Opuścił aparat i potrząsnął głową.

– To dziwaczne.

– Okej, w takim razie jestem dziwaczką.

– Nie, tylko to… jak gdyby zachodzące słońce broniło się i nie chciało być takie piękne.

Huśtałam się w przód i w tył, zaciskając mocno usta, żeby się nie uśmiechnąć. Znowu nie byłam pewna, czy to z jego strony komplement, czy po prostu w ten sposób postrzega świat.

– Kiedy masz urodziny? – zapytał.

Zmarszczyłam brwi, zaskoczona tematem.

– W lutym… A co?

Zachichotał.

– Którego?

– Drugiego. A ty?

– Szesnastego listopada. Jestem Skorpionem. Ty jesteś… – Popatrzył w górę, licząc. – O. Wodnikiem. Znak powietrzny. Bardzo tajemnicze.

Wyrwał mi się nerwowy śmieszek.

– Nie mam pojęcia, co to znaczy.

– To znaczy, że powinniśmy trzymać się od siebie jak najdalej, według mojej mamy. Lubi takie głupoty.

– Astrologię?

– Taa – mruknął, wyraźnie zażenowany, że dzieli się ze mną tym sekrecikiem.

– Czy astrologia jest ważna dla Czirokezów? Przepraszam, jeżeli to głupie pytanie.

– Nie. – Pokręcił głową. – Ona to robi dla zabawy.

Usiadł na huśtawce obok mojej, odepchnął się, a potem rozbujał ruchami nóg. Złapał łańcuch mojej huśtawki, pociągając mnie za sobą. Też zaczęłam poruszać nogami i wkrótce frunęłam już tak wysoko, że huśtawka podskakiwała, gdy sięgała końca swoich możliwości. Wyciągnęłam palce u nóg w stronę nieba, przypominając sobie to samo porywające uczucie z dzieciństwa.

Kiedy nasze huśtawki zwolniły, patrzyłam, jak Elliott spogląda na mnie. Wyciągnął rękę, a ja się zawahałam.

– To nic nie znaczy – zapewnił. – Po prostu weź mnie za rękę.

Zahaczyłam palcami o jego dłoń. Spocone, śliskie ręce dawały okropne wrażenie, ale po raz pierwszy trzymałam chłopaka za rękę i przeszył mnie niedorzeczny dreszcz, do którego nigdy bym się nie przyznała. Nie uważałam, że Elliott jest jakoś szczególnie ładny czy zabawny, ale był słodki. Zdawało się, że jego oczy wszystko widzą, a mimo to chciał spędzać czas ze mną.

– Lubisz swoją ciocię i wujka? – spytałam. – Podoba ci się u nich?

Spojrzał na mnie, mrużąc oczy od słońca.

– W większej części tak. Ciotka Leigh jest… Dużo w życiu przeszła.

– Co na przykład?

– Nie rozmawiają o tym przy mnie, ale z tego, co podsłuchałem przez ostatnie lata, wiem, że Youngbloodowie początkowo jej nie akceptowali. Wujek John po prostu kochał ją tak długo, aż zmienili zdanie.

– Ponieważ jest… – Zacięłam się na niezręcznym słowie.

Zachichotał.

– W porządku. Możesz to powiedzieć. Moim dziadkom też było z tym trudno. Ciotka Leigh jest biała.

Zacisnęłam usta, starając się nie roześmiać.

– A co z tobą? Naprawdę się wyniesiesz, gdy skończysz szkołę?

Przytaknęłam.

– Oak Creek jest w porządku – powiedziałam, rysując sandałem kółka na piasku. – Po prostu nie chcę tu zostać na zawsze… albo ani sekundy dłużej, niż to koniecznie.

– Ja będę podróżował z aparatem. Robił zdjęcia ziemi i nieba, i wszystkiego, co jest pomiędzy. Możesz pojechać ze mną.

Roześmiałam się.

– I co będę robić?

Wzruszył ramionami.

– Być pomiędzy.

Pomyślałam o tym, co wcześniej powiedział tata. Chciałam mu udowodnić, że się myli. Uśmiechnęłam się chytrze.

– Nie jestem pewna, czy chcę podróżować po świecie z kimś, kto boksuje drzewa.

– O. Tamto.

Trąciłam go łokciem.

– Tak, tamto. O co chodziło?

– To był jeden z tych momentów, kiedy nie słucham filozofii wujka Johna związanej z gniewem i złością.

– Każdy bywa wściekły. Lepiej wyładować się na drzewie. Tylko może następnym razem włóż rękawice bokserskie.

Zaśmiał się krótko.

– Ciotka wspomniała, że zainstaluje na dole worek treningowy.

– Moim zdaniem to zdrowy wentyl.

– Więc jeśli nie zamierzasz podróżować ze mną po świecie, co będziesz robić?

– Jeszcze nie wiem – odparłam. – Zostały nam tylko trzy lata. Czuję, że pewnie trzeba by przynajmniej mieć jakiś pomysł, a jednocześnie wydaje się to szalone, by w wieku piętnastu lat myśleć o przyszłej pracy. – Odwróciłam oczy, marszcząc brwi. – Stresujące.

– No to trzymajmy się po prostu za ręce.

– Catherine?

Podniosłam wzrok i ujrzałam Owena, a moja ręka momentalnie wyśliznęła się z dłoni Elliotta.

– Cześć – przywitałam się, wstając.

Owen zrobił kilka kroków w naszą stronę i otarł sobie pot z czoła.

– Twój tata powiedział, że możesz być tutaj. – Jego spojrzenie przeskakiwało z Elliotta na mnie i z powrotem.

– To jest Elliott. Mieszka przy mojej ulicy – powiedziałam.

Elliott wstał i wyciągnął rękę. Owen ani drgnął, z rezerwą patrzył na wysokiego, ciemnoskórego nieznajomego.

– Owen – syknęłam.

Zatrzepotały jasne rzęsy i mój przyjaciel uścisnął Elliottowi dłoń, po czym zwrócił się do mnie:

– O. Sorry. No więc… jutro wyjeżdżam na obóz. Przyjdziesz dziś do mnie wieczorem?

– O… – Zerknęłam na Elliotta. – My… em… tak jakby mamy plany.

Owen zmarszczył brwi.

– Ale jutro wyjeżdżam.

– Wiem – odrzekłam, mając już wizję kilku godzin pogryzania popcornu obok Owena, który w tym czasie kładzie trupem nieprzeliczonych kosmicznych najemników. – Możesz iść z nami.

 

– Mama nie pozwoli mi dziś nigdzie wyjść. Chce, żebym wcześnie wrócił do domu.

– Naprawdę mi przykro, Owen.

Odwrócił się ze zmarszczonymi brwiami.

– Taa. No to pewnie widzimy się za kilka tygodni.

– Tak, zdecydowanie. Baw się dobrze na obozie naukowym.

Owen odsunął sobie spadające na oczy włosy koloru piasku, wcisnął ręce do kieszeni i odszedł w kierunku przeciwnym do mojego domu, w stronę swojej ulicy. Mieszkał w jednej z ładniejszych dzielnic, jego dom stał otulony drzewami na końcu ślepej uliczki. Spędziłam tam jedną trzecią dzieciństwa, siedząc w jego workowatym fotelu i wegetując przed telewizorem. Chciałam pobyć z nim, zanim wyjedzie, ale Elliott składał się z wielu warstw, a ja miałam tylko kilka wakacyjnych tygodni, żeby się przez nie przedrzeć.

– Kto to był? – spytał Elliott. Po raz pierwszy nie miał na twarzy swojego zwykłego niewzruszonego uśmiechu.

– Owen. Mój przyjaciel ze szkoły. Jeden z dwojga. Kocha się w mojej przyjaciółce Mince. Trzymamy się razem od pierwszej klasy. No właśnie taki jest… zagorzały gracz. Lubi, gdy Minka i ja patrzymy, jak sam gra. Nie kręcą go tandemy. Pewnie nie uśmiecha mu się czekać, aż załapiemy reguły.

Kącik ust Elliotta uniósł się nieco.

– Jeden z trojga.

– Słucham?

– Owen jest jednym z trojga twoich przyjaciół.

– O. To… bardzo miłe. – Spuściłam głowę, zerkając na zegarek, żeby ukryć oblewający mnie rumieniec. Cienie zdążyły się tymczasem wyciągnąć ku wschodowi. Spędziliśmy w Beatle Parku dwie godziny. – Chyba powinniśmy coś zjeść. Wpadniesz do mnie na kanapkę?

Elliott uśmiechnął się i poszedł za mną cienistą stroną drogi do Juniper. Nie rozmawialiśmy już dużo i nie sięgnął ponownie po moją dłoń, ale czułam mrowienie tam, gdzie jeszcze niedawno trzymał mnie za rękę. Zatrzymałam się z wahaniem tuż za furtką. Wóz mamy stał za buickiem i na ulicy było słychać kłótnię.

– Mogę sobie zrobić kanapkę u siebie – powiedział Elliott. – Albo wejdę tam z tobą. Wybieraj.

Spojrzałam na niego.

– Tak mi przykro.

– To nie twoja wina.

Założył sobie pasmo włosów za ucho, po czym podjął decyzję za mnie. Pchnął furtkę z powrotem, wyszedł i ruszył w stronę domu swojej ciotki, ocierając sobie pot ze skroni i poprawiając pasek aparatu.

Powoli weszłam na ganek. Wzdrygnęłam się, kiedy głosy zniżono do szeptu.

– Wróciłam! – zawołałam, zamknąwszy za sobą drzwi. Zajrzałam do jadalni. Tata siedział przy stole, ręce trzymał splecione przed sobą. – Dostałeś pracę?

Pod pachami miał plamy od potu, twarz poszarzałą. Próbował posłać mi uśmiech.

– Na to stanowisko jest stu innych facetów, wszyscy młodsi i sprytniejsi od twojego starego taty.

– Akurat w to uwierzę – powiedziałam. W drodze do kuchni minęłam mamę. Przygotowałam dwie szklanki wody z lodem i postawiłam jedną przed tatą.

– Dzięki, Księżniczko – rzekł, po czym pociągnął duży łyk.

Mama przewróciła oczami i skrzyżowała ręce.

– Posłuchaj. To mogłoby zadziałać. Mamy cały ten dom i…

– Powiedziałem „nie”, kochanie. – Jego głos brzmiał stanowczo. – Do tego miasta nie przyjeżdżają turyści. Nie ma tu nic do oglądania oprócz zamkniętych zakładów i lokalu Pizza Hut. Jedyni, którzy tutaj nocują, to ci, którzy robią sobie przerwę, bo ich zastała noc na autostradzie, no i faceci od ropy. Nie będą płacić dodatkowo za łóżko ze śniadaniem.

– Jest tylko jeden hotel – odwarknęła mama. – I prawie co noc pełny.

– Nie co noc – odrzekł tata, przykładając sobie papierową serwetkę do czoła. – A nawet jeśli przejmiemy nadkomplet, to i tak nie wystarczy do utrzymania biznesu.

– Tato? – wtrąciłam. – Dobrze się czujesz?

– Nic mi nie jest, Catherine. Po prostu się dziś przegrzałem.

– Napij się jeszcze. – Podsunęłam mu jego szklankę.

Mama wykręciła sobie ręce.

– Wiesz, że to coś, co zawsze chciałam zrobić z tym domem.

– Rozpoczęcie biznesu wymaga pieniędzy – tłumaczył tata. – I nie czuję się dobrze na myśl, że tuż obok Catherine co noc będą spali obcy.

– Dopiero co mówiłeś, że nie będziemy mieli gości – burknęła mama.

– Bo nie będziemy, Mavis. Gdyby ten dom stał w San Francisco albo bliżej jakichś atrakcji turystycznych, zadziałałoby, ale jesteśmy w środku Oklahomy, nie ma tu nic w odległości dwóch godzin jazdy.

– Dwa jeziora – przypomniała.

– Ludzie przyjeżdżają nad jezioro na jeden dzień albo obozują na brzegu. To nie jest Missouri. Nie znajdujemy się na skraju zbiornika Table Rock, dziesięć minut drogi od Branson. To nie to samo.

– Mogłoby się udać, gdybyśmy się ogłaszali. Gdyby miasto z nami współpracowało.

– Niby w czym? Nikogo nie przekonasz. Brakuje nam środków finansowych na rozpoczęcie takiego biznesu, już teraz mamy miesięczne zaległości w rachunkach. – Tata zerknął na mnie, jakby się z czymś wygadał.

– Mogę poszukać sobie pracy – zaproponowałam.

Zaczął coś mówić, lecz mama mu przerwała.

– Mogłaby pracować ze mną w naszym pensjonacie, Juniper Bed and Breakfast.

– Nie, kochanie – sprzeciwił się tata zniecierpliwiony. – Nie mogłabyś jej płacić przez długi czas, a to przesądza sprawę. Popatrz na mnie. Wiesz, że to nie jest dobry pomysł. Wiesz o tym.

– Rano dzwonię do banku. Sally da nam pożyczkę. Jestem tego pewna.

Tata trzasnął pięścią w stół.

– Cholera, Mavis, powiedziałem: „Nie”.

Mamie zadrgały nozdrza.

– To ty nas w to wpakowałeś! Gdybyś był dobry w swojej pracy, nie wyrzuciliby cię!

– Mamuś! – ostrzegłam.

– To twoja wina! – ciągnęła, nie zwracając na mnie uwagi. – Zostaniemy bez grosza, a ty podobno miałeś o nas zadbać! Obiecałeś! Teraz siedzisz w domu przez cały dzień, a jedyny dochód przynoszę ja! Będziemy musieli sprzedać dom. Gdzie się podziejemy? Jak to się stało, że wylądowałam z takim niedorajdą!

– Mamuś! – krzyknęłam. – Dość tego!

Trzęsły jej się ręce, kiedy skubała sobie paznokcie i nerwowo poprawiała zmierzwione włosy. Odwróciła się na pięcie i popędziła na górę, siąkając po drodze.

Tata popatrzył na mnie zażenowany i pełen skruchy.

– Nie mówiła poważnie, Księżniczko.

Usiadłam.

– Jak zawsze – mruknęłam pod nosem.

Usta taty przesunęły się na bok w dziwnym grymasie.

– Jest zestresowana.

Wyciągnęłam do niego rękę przez stół i ujęłam jego lepką od potu dłoń.

– Czy tylko ona?

– Znasz mnie. – Mrugnął porozumiewawczo. – Łatwo jest upaść. Znacznie trudniej się wstaje. Załatwię to, nie martw się. – Potarł sobie ramiona.

Uśmiechnęłam się do niego.

– Nie martwię się. Zajdę do Brauma i zapytam, czy nie potrzebują kogoś do pomocy.

– Nie dodawaj swoich rzeczy do tej sterty prania. Porozmawiamy o tym w przyszłym miesiącu. Może.

– Dla mnie to naprawdę nie problem.

– Co jadłaś na lunch? – zapytał.

Potrząsnęłam tylko głową, a on zmarszczył brwi.

– Zrób sobie coś do jedzenia. Ja pójdę na górę uspokoić mamę.

Kiwnęłam głową, ale zanim się ruszyłam, wstał z trudem i o mało nie stracił przy tym równowagi. Przytrzymałam go za ramię, aż złapał pion.

– Tato! Nie masz udaru słonecznego?

– Wezmę to ze sobą – rzekł, biorąc wodę ze stołu.

Objęłam się w pasie i patrzyłam, jak powoli wspina się po schodach. Wyglądał na postarzałego, słabszego. Każda córka woli widzieć swojego tatę jako mężczyznę nie do pokonania.

Gdy dotarł na górę, poszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Włączyła się i zabuczała, podczas gdy szukałam w niej czegoś na lunch. Nie znalazłam wędliny, tylko ostatni plaster żółtego sera i trochę majonezu. Wyjęłam to i rozejrzałam się za chlebem. Nic. W szafce była pełna paczka solonych krakersów, posmarowałam więc kilka majonezem i podarłam plaster sera na małe kawałki, starając się pokryć nimi jak najwięcej krakersów. Mama była taka zdenerwowana, że zapomniała pojechać do sklepu. Ciekawe, na ile zakupów będzie nas jeszcze stać.

Jadalniane krzesło taty skrzypnęło, gdy na nim usiadłam. Wzięłam pierwszego krakersa i ugryzłam go z głośnym chrupnięciem. Tata i mama nie kłócili się, nie było słychać nawet płaczu, a mama zawsze płacze, gdy jest tak roztrzęsiona. Zaczęłam się zastanawiać, co się tam na górze dzieje i dlaczego nie pojechała do pracy.

Żyrandol nad moją głową zadrżał, po czym zaśpiewały rury. Odetchnęłam z ulgą, domyślając się, że tata przypuszczalnie przygotowuje kojącą kąpiel dla mamy. Skończyłam jeść i umyłam po sobie talerz, po czym powlokłam się na ganek, żeby usiąść na huśtawce. Elliott już się na niej bujał, trzymając zawinięte w celofan dwa duże kawałki brownie i dwie butelki coli. Podniósł je i zapytał:

– Deser?

Usiadłam obok niego i poczułam się odprężona i szczęśliwa po raz pierwszy, odkąd poszedł do siebie. Odwinęłam ciasto z folii i wgryzłam się w nie, mrucząc z zadowolenia.

– To twojej cioci?

Puścił do mnie oko i uśmiechnął się.

– Mówi paniom z kościelnej grupy pomocy, że to jej przepis, ale kłamie.