Nasze wszystkie światłaTekst

Z serii: Young
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Eden McGuire

– najsilniejszej osobie,

jaką miałam zaszczyt znać


Prolog


Stary dąb, na który się wdrapałem, był jednym z kilkunastu rosnących przy Juniper Street. Wybrałem właśnie tego drzewnego olbrzyma, ponieważ stał tuż obok białego płotu o szpiczastych sztachetach, po którym mogłem się wspiąć, by sięgnąć do najniższych konarów. Nie szkodzi, że ręce, kolana i łydki podrapałem sobie do krwi na szorstkiej korze i gałęziach. Ostre muśnięcia wiatru na otwartych rankach przypominały mi, że stoczyłem walkę i wygrałem. Martwiła mnie tylko krew. Nie dlatego, żebym był przewrażliwiony, tylko przez to, że musiałem poczekać, aż przestanie się sączyć, żeby nie wysmarowała mi nowego aparatu fotograficznego.

Dziesięć minut po tym, jak się usadowiłem oparty o pień, balansując tyłkiem jakieś dwadzieścia stóp nad ziemią na konarze starszym ode mnie, szkarłat wreszcie przysechł na otarciach. Uśmiechnąłem się. W końcu mogłem właściwie nastawić aparat. Nie był całkiem nowy, ale dostałem go z wyprzedzeniem jako urodzinowy prezent od ciotki. Zazwyczaj widywałem ją dwa tygodnie po swoich urodzinach, w Święto Dziękczynienia, jednak ciotka Leigh nie cierpiała wręczać spóźnionych prezentów. Nie cierpiała wielu rzeczy, oprócz mnie i wujka Johna.

Spojrzałem przez wizjer, przesuwając go po ciągnących się w nieskończoność akrach trawy, zbóż i łagodnie nachylonych pagórków. Za ogrodzeniami domów stojących przy ulicy, obok której mieszkała ciotka, biegła gruntowa dróżka. Dwie koleiny i pasek trawy – tylko tyle oddzielało podwórka naszych sąsiadów od bezkresnego morza zbóż i pól rzepaku. Krajobraz był monotonny, ale gdy o zachodzie słońca niebo barwiło się na pomarańczowo, różowo i purpurowo, byłem pewien, że nie ma na świecie piękniejszego miejsca.

Oak Creek nie przypominało wyludnionego rozczarowania z opowieści mojej mamy, ale okazało się pełne „kiedysiów”. Kiedyś miało nieduże centrum handlowe, kiedyś był tutaj sieciowy sklep wielobranżowy TG&Y i pasaż uliczny, kiedyś działał kort tenisowy i była zadbana aleja spacerowa w parku, teraz jednak budynki stały puste, a okna miały zabite deskami. Dawniej bywaliśmy tu co drugie Boże Narodzenie, zanim utarczki mamy i taty stały się tak gwałtowne, że nie chcieli się wykłócać przy mnie, a najwyraźniej pogarszało się między nimi w lecie. Pierwszego dnia letniej przerwy wakacyjnej mama, po całonocnej kłótni z tatą, podrzuciła mnie do wujka Johna i ciotki Leigh. Zauważyłem, że przez cały czas nie zdejmowała okularów przeciwsłonecznych, nawet w domu. To wtedy zrozumiałem, że zanosi się na coś więcej niż krótka wizyta – że zostaję tu na całe lato – a kiedy się rozpakowałem, ilość ubrań potwierdziła moje podejrzenia.

Niebo właśnie zaczęło zmieniać kolory i pstryknąłem kilka fotek, sprawdziwszy ustawienia. Ciotka Leigh nie była typem ciepłej, milutkiej osoby, ale najwidoczniej wzbudziłem w niej współczucie na tyle, że kupiła mi porządny aparat. Może miała nadzieję, że będę przez to więcej przebywać poza domem? Nie szkodzi, nie przeszkadzało mi to. Moi koledzy prosili o konsole PlayStation i iPhone’y, po czym zamówione gadżety pojawiały się jakimś magicznym sposobem. Ja niezbyt często dostawałem to, o co poprosiłem, dlatego aparat fotograficzny w moich rękach był czymś więcej niż zwykłym prezentem. Oznaczał, że ktoś mnie słuchał.

Rozległ się odgłos otwieranych drzwi, co odwróciło moją uwagę od zachodzącego słońca. Patrzyłem, jak jakiś ojciec z córką wychodzą na podwórko za domem, ciągnąc rozpoczętą wcześniej cichą rozmowę. Mężczyzna niósł coś małego, owiniętego w koc. Dziewczyna pociągała nosem, miała mokre policzki. Nie ruszałem się i nie oddychałem w obawie, że mnie dostrzegą i zrujnuje to ich prywatną chwilę, na którą się zanosiło. W tym momencie zauważyłem dziurę wykopaną obok pnia drzewa, a koło niej kupkę czerwonawej ziemi.

– Ostrożnie – powiedziała dziewczyna. Włosy miała po trosze jasne, po trosze brązowe, a zaczerwienione od płaczu obwódki wokół oczu sprawiały, że zielone tęczówki zdawały się jarzyć.

Mężczyzna opuścił zawiniątko do dziury, a dziewczyna zaczęła zawodzić.

– Przykro mi tak jak tobie, Księżniczko. Gamoń był dobrym psem.

Zacisnąłem usta. Chichot, z którym walczyłem, był nie na miejscu, ale i tak śmieszył mnie pogrzeb kogoś czy czegoś o imieniu Gamoń.

Z tyłu domu trzasnęły drzwi. Na podwórko wypadła kobieta; jej mocno skręcone, ciemne loki sterczały wokół głowy od wilgoci. Wytarła sobie ręce o kuchenną ściereczkę, którą miała przy pasku.

– Już jestem – wysapała. Zamarła, widząc wykopaną dziurę. – O. Już go… – Pobladła i zwróciła się do dziewczyny: – Tak mi przykro, kochanie. – Wpatrując się w Gamonia, którego łapka wystawała z luźno zawiniętego niemowlęcego kocyka, z każdą sekundą zdawała się coraz bardziej roztrzęsiona. – Ale nie mogę… nie mogę zostać.

– Mavis – odezwał się mężczyzna, wyciągając do niej rękę.

Dolna warga kobiety drżała.

– Tak strasznie mi przykro – powtórzyła i wycofała się do domu.

Dziewczyna podniosła wzrok na ojca.

– W porządku, tato.

Objął córkę ręką i przycisnął ją do swojego boku.

– Zawsze ciężko znosiła pogrzeby. Z płaczem.

– A Gamoń był jej maleństwem jeszcze przede mną – powiedziała dziewczyna, ocierając sobie twarz. – Rozumiem.

– Cóż… powinniśmy godnie go pożegnać. Dziękujemy ci, Gamoniu, za to, że byłeś taki łagodny dla naszej Księżniczki. Dziękujemy, że siadałeś pod stołem, żeby zjadać za nią warzywa…

Córką zerknęła na tatę, a on łypnął na nią z góry i ciągnął przemowę:

– Dziękujemy ci za całe lata aportowania i wierności, i…

– Za nocne przytulasy – wtrąciła dziewczyna, ocierając sobie policzek. – I za buziaki. I że leżałeś koło mnie, gdy odrabiałam lekcje, i że zawsze tak się cieszyłeś, kiedy wracałam do domu.

Mężczyzna skinął głową, po czym wziął opartą o płot łopatę i zaczął zasypywać dziurę.

Dziewczyna zasłoniła sobie usta dłonią, tłumiąc szloch. Kiedy jej ojciec skończył, postali chwilę bez słowa. Potem zapytała, czy może jeszcze zostać sama, a on jej pozwolił. Kiwnął do niej ręką i ruszył do domu.

Usiadła obok kopczyka ziemi i zaczęła skubać trawę, wyraźnie przybita. Chciałem popatrzeć na nią przez wizjer i uchwycić ten moment, ale usłyszałaby kliknięcie aparatu i wyszedłbym na wielkiego czubka, siedziałem więc nieruchomo i nie przeszkadzałem jej w żałobie.

Siąknęła.

– Dziękuję, że mnie chroniłeś.

Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, przed czym Gamoń ją chronił i czy ona nadal potrzebuje ochrony. Była mniej więcej w moim wieku, ładniejsza od wszystkich dziewczyn z mojej szkoły. Ciekawiło mnie, co przydarzyło się jej psu i od jak dawna Księżniczka mieszka w tym dużym domu górującym nad podwórkiem i rzucającym przez ulicę cień na inne budynki, gdy słońce przesuwało się po zachodnim niebie. Niepokoiło mnie, że nie wiem, czy dziewczyna siedzi tu, na tej ziemi, ponieważ czuje się bezpieczniejsza przy swoim martwym psie niż w środku, w domu.

Słońce zniknęło z pola widzenia. Zapadał zmrok, świerszcze cykały, wiatr szeleścił wśród liści dębu. Zaczęło mi burczeć i gulgotać w brzuchu. Ciotka Leigh da mi popalić, że nie zdążyłem do domu na obiad, ale dziewczyna wciąż siedziała przy swym przyjacielu, a ja godzinę temu postanowiłem, że nie będę jej przeszkadzał.

Wtem otworzyły się tylne drzwi i na podwórko padł pas ciepłego żółtego światła.

– Catherine? – zawołała Mavis. – Pora wejść do domu, kochanie. Obiad ci wystygnie. Możesz tu wrócić jutro rano.

Catherine posłusznie wstała i podreptała w stronę domu. Zanim weszła do środka, zatrzymała się jeszcze i odwróciła, by spojrzeć na grób. Gdy drzwi się za nią zamknęły, próbowałem odgadnąć, dlaczego się obejrzała. Może przypominała sobie, że to się zdarzyło naprawdę i Gamonia już nie ma, a może w myślach żegnała się z nim po raz ostatni.

Powoli zsunąłem się z drzewa, pilnując, by wylądować po zewnętrznej stronie płotu i nie nadepnąć na świeży grób. Chrzęst żwirku pod moimi stopami zaniepokoił psy z sąsiedztwa, ale powrotną wędrówkę odbyłem bez problemów – póki nie dotarłem do domu.

Ciotka Leigh stała w drzwiach ze skrzyżowanymi rękami. Wyglądała na zaniepokoją, ale kiedy złowiła mnie wzrokiem, w jej oczach natychmiast zamigotał gniew. Była w szlafroku, co tylko mi przypomniało, jak bardzo się spóźniłem. Na skroni miała pojedyncze siwe pasemko, które to znikało w splecionym na boku grubym brązowym warkoczu, to znów się pojawiało.

– Przepraszam? – bąknąłem pytająco.

– Nie przyszedłeś na obiad – stwierdziła, otwierając zewnętrzne drzwi, te z siatką.

Wszedłem, a ona ruszyła za mną.

– Twój talerz jest w mikrofalówce. Zjedz, a potem możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewałeś.

– Tak, ciociu – odrzekłem, maszerując prosto do kuchni.

Minąłem owalny stół w jadalni, a kiedy otwarłem mikrofalówkę, ujrzałem talerz przykryty folią. Od razu pociekła mi ślinka.

 

– Zdejmij tę fo… – zaczęła ciotka, ale zdążyłem już ściągnąć przykrycie, zamknąć drzwiczki i wcisnąć dwójkę na klawiaturze.

Patrzyłem, jak talerz się obraca, skąpany w ciepłym żółtym świetle. Stek zaczął syczeć, a sos i tłuczone ziemniaki puściły bąbelki.

– Jeszcze nie – burknęła ciotka, kiedy sięgnąłem do uchwytu drzwiczek.

Zaburczało mi w brzuchu.

– Jeżeli jesteś taki głodny, to czemu tak długo nie wracałeś do domu?

– Utknąłem na drzewie – odparłem i wyciągnąłem rękę w tej samej sekundzie, w której kuchenka piknęła.

– Utknąłeś na drzewie? – Ciotka podała mi widelec, gdy ją mijałem, i poszła za mną do stołu.

Wsunąłem sobie pierwszy kęs do ust i zamruczałem ze smakiem, po czym natychmiast wziąłem dwa kolejne, zanim ciotka zdążyła zadać następne pytanie. Moja mama też dobrze gotowała, ale im byłem starszy, tym bardziej przymierałem głodem. Nieważne, ile razy jadłem w ciągu dnia albo ile wcisnąłem w siebie naraz – nigdy nie czułem się w pełni najedzony. I nie potrafiłem zbyt długo utrzymać jedzenia w żołądku – jakiegokolwiek. Ciotka Leigh skrzywiła się z niezadowoleniem, kiedy zgarbiłem się nad talerzem, żeby skrócić drogę do ust.

– Będziesz mi to musiał wyjaśnić – rzekła w końcu. A gdy nie przestawałem zmiatać obiadu, wychyliła się, żeby mi położyć dłoń na nadgarstku. – Elliott, nie każ mi pytać ponownie.

Próbowałem pośpiesznie przeżuć i przełknąć, tymczasem kiwnąłem na zgodę.

– Tamten wielki dom w dole ulicy, z dębem. Wspiąłem się na to drzewo.

– No i?

– No i kiedy byłem na górze i czekałem na dobre światło, żeby zrobić zdjęcie, z domu wyszli ludzie.

– Calhounowie? Zobaczyli cię?

Potrząsnąłem głową, wsuwając kolejny kęs.

– Wiesz, że to jest szef wujka Johna, prawda?

Przestałem żuć.

– Nie.

Ciotka Leigh oparła się na krześle.

– Akurat to drzewo musiałeś wybrać.

– Wyglądali na miłych… i smutnych.

– Dlaczego? – Przynajmniej na chwilę zapomniała o gniewie.

– Zakopali coś na podwórku. Chyba zdechł im pies.

– Oj, to niedobrze – mruknęła ciotka, siląc się na współczucie.

Sama nie miała dzieci ani psów i wydawała się zadowolona z takiego stanu rzeczy. Podrapała się po głowie, nagle zdenerwowana.

– Dzwoniła dziś twoja mama.

Kiwnąłem głową i wziąłem kolejny kęs. Pozwoliła mi dokończyć, czekając cierpliwie, aż sobie przypomnę, by użyć serwetki.

– Czego chciała?

– Wygląda na to, że pogodziła się z twoim tatą. Po głosie można było poznać, że jest szczęśliwa.

Odwróciłem wzrok, zacisnąłem zęby.

– Zawsze taka zgodliwa. – Spojrzałem na ciotkę. – A oko jej się chociaż zagoiło?

– Elliott…

Wstałem, wziąłem ze stołu talerz i widelec, zaniosłem je do zlewu.

– Powiedziałaś mu? – spytał wujek John, drapiąc się po zaokrąglonym brzuchu. Stał w przedpokoju, miał na sobie granatową piżamę, którą ciotka Leigh kupiła mu na ostatnie Boże Narodzenie. Teraz skinęła głową. Wujek popatrzył na mnie, zapewne widząc moją zniesmaczoną minę. – Taa. Nam też się to nie podoba – rzekł.

– No właśnie. – Ciotka skrzyżowała ramiona.

– Co do mamy? – upewniłem się. Wujek przytaknął skinieniem. – Głupota.

– Elliott – upomniała mnie ciotka.

– To chyba normalne, że nie podoba się nam, jeżeli wraca do kogoś, kto ją bije – powiedziałem.

– To twój tato – zauważyła ciotka.

– A jakie to ma znaczenie? – rzucił wujek.

Ciotka Leigh westchnęła, dotykając sobie czoła palcami.

– Nie spodobałoby się jej, że rozmawiamy o tym z Elliottem. Jeżeli chce, żeby wrócił…

– A wy chcecie, żebym wrócił? – spytałem zaskoczony.

Ciotka znów skrzyżowała ramiona na piersi, nie dając mi okazji do rozwinięcia tematu. Emocje w niej aż kipiały. Może dlatego, że trudno jej było nad nimi panować, a przez to czuła się słaba, jednak bez względu na powód nie zamierzała rozmawiać o czymś, co budziło w niej tylko gniew.

Wujek się uśmiechnął.

– Za każdym razem po twoim wyjeździe ukrywa się w sypialni przez godzinę.

– John – syknęła ciotka.

Odpowiedziałem uśmiechem, ale ten szybko zgasł. Świeże zadrapania na rękach i nogach przypomniały mi, co dzisiaj widziałem.

– Myślicie, że tamta dziewczyna jest w porządku?

– Ta od Calhounów? – upewniła się ciotka. – Dlaczego?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Widziałem trochę dziwne rzeczy, kiedy utknąłem na drzewie.

– Utknąłeś na drzewie? – zainteresował się wujek.

Ciotka zbyła go machnięciem ręki i podeszła do mnie.

– Co widziałeś?

– Nie jestem pewien. Jej rodzice wydają się mili.

– Akurat, mili – skwitowała z przekąsem. – Mavis była w szkole rozpuszczonym dziewczyniskiem. Do jej rodziny należało pół miasta dzięki wytopom cynku, ale hutę zamknięto, a oni jedno po drugim poumierali na raka. Wiesz, że ta cholerna huta skaziła tu wodę gruntową? Ich rodzinę pozwano o to do sądu, była wielka sprawa. Jedyne, co jej zostało, to ten dom. Kiedyś nazywano go rezydencją Van Meterów. Nazwę zmieniono, kiedy rodzice Mavis zmarli, a ona wyszła za chłopaka od Calhounów. Van Meterów się tu nienawidzi.

– To smutne – stwierdziłem.

– Smutne? Van Meterowie zatruli to miasto. Połowa mieszkańców walczy z rakiem albo z powikłaniami po chorobie. Jeżeli o mnie chodzi, na pewno nie zasługują na współczucie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, jak w swoim czasie wszystkich traktowali.

– Czy Mavis źle cię traktowała? – zapytałem.

– Nie, ale była okropna dla twojej mamy i dla wujka Johna.

Zmarszczyłem brwi.

– Jej mąż jest szefem wujka?

– To dobry człowiek – wtrącił wujek John. – Wszyscy go lubią.

– A co z dziewczyną? – dopytywałem. Wujek posłał mi porozumiewawczy uśmiech, więc tylko potrząsnąłem głową. – Nieważne.

– Ładna jest, co? – Mrugnął do mnie.

– E tam. – Minąłem ich, otworzyłem drzwi do piwnicy i zacząłem schodzić po schodach. Ciotka Leigh miliony razy prosiła, żeby uporządkować to pomieszczenie, kupić nowe meble i dywanik, ale nie przebywałem tu na tyle długo, żeby to miało znaczenie. Obchodził mnie tylko aparat, a wujek dał mi swojego starego laptopa, żebym mógł poćwiczyć edytowanie zdjęć. Przegrałem fotki, które dziś pstryknąłem, ale nie mogłem się skupić, bo rozmyślałem o dziwnej dziewczynie i jej pokręconych rodzicach.

– Elliott? – zawołała ciotka Leigh.

Głowa podskoczyła mi automatycznie, zerknąłem na stojący obok monitora mały czarny kwadratowy zegar. Aż go podniosłem, nie mogąc uwierzyć, że minęły już dwie godziny.

– Elliott – powtórzyła ciotka. – Twoja mama przy telefonie.

– Zaraz do niej oddzwonię! – odkrzyknąłem.

Ciotka zeszła do mnie z komórką w ręce.

– Mówi, że jeśli chcesz mieć własny telefon, musisz porozmawiać z nią przez mój.

Westchnąłem i odsunąłem krzesło, po czym poczłapałem do ciotki. Wziąłem komórkę, włączyłem funkcję głośnego mówienia, położyłem aparat na blacie i usiadłem z powrotem do pracy.

– Elliott? – odezwała się mama.

– Hej.

– Em… rozmawiałam z tatą. Wraca. Chce ci powiedzieć, że mu przykro.

– To czemu sam tego nie powie? – burknąłem.

– Co?

– Nic.

– Nie masz nic do powiedzenia o jego powrocie do domu?

Rozsiadłem się na krześle, krzyżując ramiona.

– A co to zmieni? I tak mnie o nic nie pytasz, nie obchodzi cię, co myślę.

– Ależ obchodzi, Elliott. Dlatego dzwonię.

– Jak twoje oko?

– Elliott – syknęła ciotka, robiąc krok w moją stronę.

Mama odpowiedziała dopiero po chwili.

– Już lepiej. Obiecał…

– Zawsze obiecuje. Problem w tym, że kiedy się wścieknie, zapomina o tym.

– Wiem. – Mama westchnęła. – Ale muszę spróbować.

– A może poproś go, żeby tym razem to on spróbował?

Przez chwilę milczała.

– Prosiłam. Nie zostało mu wiele szans, wie o tym. On się stara, Elliott.

– Nie jest trudno nie podnosić ręki na dziewczynę. Jeśli się nie umie zapanować nad ręką, trzeba się trzymać z daleka. Powiedz mu to.

– Masz rację. Wiem, że masz rację. Powiem mu. Kocham cię.

Zacisnąłem zęby.

Wiedziała, że ją kocham, jednak trudno jej było pamiętać, że takie zapewnienie wcale nie oznacza, że zgadzam się z nią albo z tym, że tata wraca do domu.

– Też cię kocham.

Wysiliła się na coś w rodzaju śmiechu, lecz na jej słowach ciążył smutek.

– Będzie dobrze, Elliott. Obiecuję.

Zmarszczyłem nos.

– Nie rób tego. Nie składaj obietnic, jeżeli nie możesz ich dotrzymać.

– Czasem zdarza się tak, że sprawy wymykają się nam spod kontroli.

– Obietnica nie jest równa dobrym chęciom, mamo.

Westchnęła.

– Czasami się zastanawiam, kto tutaj kogo wychowuje. Nie rozumiesz, Elliott, ale pewnego dnia pojmiesz. Zadzwonię jutro, okej?

Zerknąłem na ciotkę Leigh. Stała u stóp schodów, jej rozczarowanie dawało się zauważyć pomimo półmroku.

– Taak – odrzekłem, czując, że opadają mi ramiona. Próba przemówienia mamie do rozsądku była straconą sprawą, ale i tak czułem się z tym źle, wyczerpywało mnie to. Rozłączyłem się i podałem ciotce komórkę.

– Nie patrz tak na mnie.

Wskazała sobie palcem na nos i zatoczyła kółko wokół twarzy.

– Myślisz, że ta mina jest dla ciebie? Elliott, uważam, że masz rację.

Czekałem na „ale”, lecz nie padło.

– Dzięki, ciociu Leigh.

– Elliott?

– Tak?

– Jeśli uznasz, że tamta dziewczyna potrzebuje pomocy, dasz mi znać?

Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym kiwnąłem głową.

– Będę miał na nią oko.


1


Dziewięć okien, dwoje drzwi, ganek dookoła parteru i dwa balkony – to był tylko zewnętrzny wygląd naszego zwalistego piętrowego wiktoriańskiego domu przy Juniper Street. Obłażąca niebieska farba i zakurzone okna zdawały się śpiewać brutalną pieśń o stuleciu bezlitosnych letnich upałów i zimowych mrozów, jakie ten budynek przetrwał.

Oko mi drgnęło, gdy coś mnie połaskotało w policzek, a w następnej chwili skóra stanęła w ogniu. Plasnęłam się dłonią w twarz, zabijając pełznącego po niej czarnego owada. Zatrzymał się tam, by posmakować potu spływającego strużką z włosów. Tata zawsze mawiał, że nie skrzywdziłabym muchy, ale patrząc na dom, który na mnie spogląda, jestem zdolna do dziwnych rzeczy. Strach to niepokonana bestia.

Cykady zgrzytały z gorąca, zamknęłam więc oczy, próbując w ten sposób zablokować dźwięk. Nie cierpiałam płaczu, brzęczenia owadów, odgłosu ziemi wysychającej w czterdziestostopniowym upale. Przez podwórko przewinął się leciutki wietrzyk i na twarz opadło mi parę kosmyków włosów, kiedy tak stałam z granatowym plecakiem z Walmartu u stóp. Ramiona miałam obolałe i obtarte od taszczenia go przez miasto ze szkoły. Niedługo będę musiała wejść do środka.

Tak bardzo starałam się być dzielna, próbowałam się namówić do tego, by wejść i odetchnąć zawiesistym, pełnym kurzu powietrzem, a potem wspiąć się po schodach, które będą skrzypiały przy każdym kroku, ale jak zawsze było mi trudno. Wtem z podwórka na tyłach dobiegło miarowe stukanie, co dało mi wymówkę, by jeszcze nie wchodzić przez podwójne szerokie drewniane drzwi.

Podążyłam za dźwiękiem – coś twardego uderzało w coś jeszcze twardszego, siekiera w drewno, młotek w kość – aż okrążyłam ganek i zobaczyłam chłopaka o brązowej skórze. Walił skrwawioną pięścią w korę naszego starego dębu, którego pień był pięć razy grubszy od niego.

Skąpe liście drzewa nie wystarczały, żeby osłonić chłopaka od słońca, ale on stał tam mimo upału, z przykrótką koszulką usianą plamami od potu. Albo miał coś z głową, albo robił to w jakimś ważnym celu, a kiedy namierzył mnie oczyma o intensywnym spojrzeniu, nie mogłam oderwać od niego wzroku.

 

Ścisnęłam palce, aby osłonić sobie oczy daszkiem nad czołem – wystarczyło, żeby zamienić chłopaka z konturowej sylwetki w postać o wystających kościach policzkowych, noszącą okulary w okrągłych oprawkach. Nieznajomy porzucił swoje bolesne zajęcie, schylił się i podniósł z ziemi aparat fotograficzny. Wyprostował się i przełożył sobie przez głowę gruby czarny pasek. Aparat zadyndał mu na szyi, kiedy chłopak go puścił i z zakłopotaniem poprawił sobie dłońmi przetłuszczone, sięgające do ramion włosy.

– Cześć – rzucił, a słońce błysnęło przy tym w jego aparacie na zębach.

„Nie mówi głębokim głosem, jakiego można by się spodziewać po kimś, kto okłada pięściami drzewa”.

Trawa połaskotała mnie w palce, klapki zaklaskały o podeszwy moich stóp. Zbliżyłam się o kilka kroków, zastanawiając się, kim on jest i dlaczego stoi na naszym podwórku. Coś w głębi serca podpowiadało mi, żebym uciekała, ale zrobiłam kolejny krok naprzód. Zdarzyło mi się już stawiać czoło znacznie bardziej przerażającym rzeczom.

Moja dociekliwość prawie zawsze zwyciężała z rozsądkiem. Tato mawiał, że przez to podzielę los pewnego nieszczęsnego kotka, którego historię przytoczył mi jako opowieść ku przestrodze. Ciekawość popychała mnie do przodu, lecz chłopak nie poruszył się już więcej ani nie odezwał, tylko cierpliwie czekał, aż tajemnica pokona we mnie instynkt samozachowawczy.

– Catherine! – zawołał tata.

Chłopak ani drgnął. Mrużył oczy w jasnym słońcu, spokojnie obserwując, jak zamieram na dźwięk swojego imienia.

Cofnęłam się kilka kroków, złapałam po drodze plecak i pobiegłam na ganek od frontu.

– Tam jest chłopak – wydyszałam. – Na naszym podwórku.

Tata miał na sobie swoją zwykłą zapinaną na guziki białą koszulę z kołnierzykiem, wygodne spodnie i poluzowany krawat. Ciemne włosy ułożył sobie na żel. Jego zmęczone, ale życzliwe oczy patrzyły na mnie, jakbym zrobiła coś niesamowitego – jeśli liczy się ukończenie pełnej tortur pierwszej klasy szkoły średniej, to miał rację.

– Chłopak, co? – Wychylił się, udając, że wygląda za róg domu. – Ze szkoły?

– Nie, ale widziałam go już wcześniej w okolicy. To ten, co kosi trawniki.

– O. – Tata zsunął mi plecak z ramion. – To siostrzeniec Johna i Leigh Youngbloodów. Leigh mówiła, że zostanie u nich przez lato. Nie rozmawiałaś z nim jeszcze?

Potrząsnęłam głową.

– Czy to znaczy, że chłopcy nie są już obrzydliwi? Nie powiem, że mnie to cieszy.

– Tato, czemu on jest na naszym podwórku?

– Niszczy coś? – wzruszył ramionami.

Znów potrząsnęłam głową.

– W takim razie nie obchodzi mnie, co tutaj robi, Catherine. Pytanie brzmi: dlaczego ciebie to tak interesuje?

– Bo jest obcy i wszedł na nasz teren.

Tata łypnął na mnie.

– Nie jest uroczy?

Skrzywiłam się z niesmakiem.

– Łe. Tatusiowie nie powinni pytać o takie rzeczy. I nie, nie jest uroczy.

Tata pobieżnie przeglądał pocztę. Na jego twarzy, przyprószonej popołudniowym zarostem, pojawił się lekki uśmiech zadowolenia.

– Tylko sprawdzałem.

Odchyliłam się do tyłu, spoglądając na pas trawy oddzielający nasz dom od działki z gołą ziemią, która kiedyś należała do Fentonów, zanim wdowa po panu Fentonie zmarła, a ich dzieci kazały zrównać dom z ziemią.

Mama powiedziała, że cieszy się z tego, ponieważ nie dość, że chałupa śmierdziała z zewnątrz, to w środku było jeszcze gorzej, jakby coś tam w niej zdechło.

– Tak sobie myślałem – zagadnął tata, otwierając drzwi z siatką. – Może w ten weekend wyprowadzimy buicka na przejażdżkę?

– Okej – odpowiedziałam i zaczęłam się zastanawiać, co kombinuje.

Przekręcił klamkę i otwarł drzwi wejściowe, po czym zachęcił gestem, bym weszła.

– Myślałem, że się ucieszysz. Niedługo będziesz mogła rozpocząć naukę jazdy, prawda?

– Masz na myśli, że to ja wyprowadzę buicka na przejażdżkę?

– Czemu nie?

Weszłam za nim do holu, upuszczając na podłogę plecak pełen zeszytów i tego, co pozostało z przyborów szkolnych po całym roku nauki.

– Chyba nie widzę w tym sensu – odparłam. – Nie zanosi się na to, żebym miała kiedyś samochód.

– Możesz jeździć buickiem – odrzekł.

Wyjrzałam przez okno, by sprawdzić, czy chłopak nie przeniósł się, żeby atakować drzewa przed naszym domem.

– Ale ty nim jeździsz.

Tato skrzywił się, zniecierpliwiony moim uporem.

– Możesz brać buicka, gdy ja go nie potrzebuję. Musisz się nauczyć prowadzić, Catherine. Kiedyś w końcu będziesz miała samochód.

– Okej, okej – zgodziłam się. – Chodziło mi tylko o to, że zbytnio się nie śpieszy. Nie trzeba tego robić w ten weekend. No wiesz… jeśli jesteś zajęty.

Pocałował mnie w czubek głowy.

– Nigdy nie jestem zbyt zajęty, Księżniczko. Powinniśmy posprzątać w kuchni i zacząć gotować obiad, zanim mama wróci z pracy.

– Czemu jesteś w domu tak wcześnie? – spytałam.

Żartobliwie zmierzwił mi włosy.

– Ale z ciebie dzisiaj pytalska. Jak minął ostatni dzień w dziewiątej klasie? Domyślam się, że nie zadali wam zadania domowego. Masz jakieś plany z Minką i Owenem?

Potrząsnęłam głową.

– Pani Vowel prosiła, żebyśmy podczas wakacji przeczytali co najmniej pięć książek. Minka się pakuje, a Owen wyjeżdża na obóz naukowy.

– O, faktycznie. Rodzina Minki ma letni dom w Red River. Zapomniałem. Cóż, będziesz mogła spędzać czas z Owenem, gdy wróci.

– Taa. – Straciłam wątek, nie wiedziałam, co jeszcze powiedzieć. Wysiadywanie przed ogromnym płaskim ekranem Owena i oglądanie, jak przechodzi przez kolejne poziomy najnowszej gry, nie wydawało mi się wymarzonym pomysłem na lato.

Minka i Owen byli moimi jedynymi przyjaciółmi od pierwszej klasy, kiedy to każde z nas dostało łatkę dziwaka. Marchewkowa czupryna i piegi Minki przysparzały jej zmartwień, ale gdy w szóstej klasie dostała się do cheerleaderek, poprawiła sobie notowania. Owen większość czasu spędzał przed telewizorem, grając na xboxie i odsuwając sobie grzywkę z oczu, ale jego prawdziwą pasją była Minka. Zawsze będzie jej najlepszym przyjacielem i wszyscy troje udawaliśmy, że wcale się w niej nie kocha.

– Cóż, to chyba nie będzie problem, co? – zapytał tato.

– Z czym?

– Z książkami.

– O. – Otrząsnęłam się i wróciłam do rzeczywistości. – Nie.

Popatrzył na mój plecak.

– Lepiej go podnieś. Mama się wścieknie, jeśli znowu się o niego potknie.

– Zależy, w jakim będzie nastroju – mruknęłam pod nosem. Wzięłam plecak z podłogi i przycisnęłam go sobie do piersi. Tata zawsze mnie ratował przed mamą.

Spojrzałam w górę schodów. Światło słońca wlewało się przez okno na końcu korytarza. Unoszące się w jasnej smudze drobiny kurzu wywoływały we mnie potrzebę wstrzymania oddechu. Powietrze było zastałe i stęchłe jak zawsze, lecz upał jeszcze pogarszał sprawę. Na karku uformowała mi się strużka potu i popłynęła w dół, natychmiast wsiąkając w bawełnianą bluzkę.

Gdy wspinałam się na piętro, drewniane schody jęczały nawet pod moim pięćdziesięciokilogramowym ciężarem. Poczłapałam przez korytarz prosto do swojej sypialni i położyłam plecak na podwójnie szerokim łóżku.

– Czy klimatyzacja wysiadła? – spytałam, schodząc z powrotem na dół.

– Nie. Po prostu ją wyłączam, kiedy nikogo nie ma w domu, żeby obciąć koszty.

– Na górze nie da się oddychać.

– Właśnie włączyłem. Zaraz się ochłodzi. – Tata zerknął na ścienny zegar. – Mama będzie w domu za godzinę. Ruszajmy się.

Wzięłam z miski na stole jabłko i ugryzłam je, a potem żułam, patrząc, jak tata podwija rękawy i puszcza wodę w zlewozmywaku, żeby zeskrobać sobie z rąk brudy dnia. Wyraźnie dużo mu chodziło po głowie – więcej niż zwykle.

– W porządku u ciebie, tato?

– Mhm.

– Co dziś na obiad? – zapytałam niewyraźnie, z ustami pełnymi jabłka.

– Ty mi powiedz. – Skrzywiłam się, a on się roześmiał. – Moja specjalność. Chili z kurczaka z białą fasolką.

– Za gorąco na chili.

– Okej. No to może tacos z szarpaną wieprzowiną?

– Nie zapomnij o kukurydzy – dodałam. Wyrzuciłam ogryzek i zajęłam miejsce taty przy zlewozmywaku.

Napełniłam komorę ciepłą wodą z płynem i podczas gdy woda pieniła się i parowała, zrobiłam obchód po pokojach na parterze, żeby pozbierać brudne naczynia. W bawialni, na tyłach domu, zerknęłam przez okno w poszukiwaniu tamtego chłopaka. Siedział obok pnia dębu i patrzył przez wizjer aparatu na pole za naszym domem.

Zastanawiałam się, jak długo zamierza sterczeć na naszym podwórku. A on nagle odsunął aparat i odwrócił się, przyłapując mnie na podglądaniu. Skierował obiektyw w moją stronę i pstryknął zdjęcie, po czym opuścił aparat i znów na mnie popatrzył. Cofnęłam się, nie wiedząc, czy się speszyłam, czy wystraszyłam.

Wróciłam do kuchni z naczyniami, włożyłam je do zlewu z pozostałymi i zaczęłam szorować. Woda pryskała mi na spódnicę, a podczas gdy piana rozprawiała się z bałaganem, tata marynował pieczeń wieprzową i wstawiał ją do piekarnika.

– Za gorąco na chili z wolnowara, ale nie przeszkadza ci włączenie piekarnika – droczył się ze mną. Wokół pasa miał zawiązany fartuszek mamy, żółty z różowymi kwiatkami, pasującymi do spłowiałej bladoróżowej tapety pokrywającej ściany głównych pokoi.