Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Lizbona, Portugalia

25 grudnia, godzina 13.18 czasu miejscowego

– Szkoda, że moja matka tego nie widzi – powiedziała Carly.

Obie pochylały się nad laptopem. Mara rozumiała uczucia przyjaciółki. Ją też częściowo motywowało do pracy pragnienie, żeby doktor Carson była z niej dumna, chęć pokazania jej, że słusznie zainwestowała w młodą wieśniaczkę z O Cebreiro. Straciwszy matkę w młodym wieku, Mara wiedziała, że doktor Carson stała się dla niej kimś więcej niż mentorką.

Kątem oka przyglądała się Carly.

Chociaż nie mogła pokazać swojej pracy doktor Carson, przynajmniej jej córka będzie świadkiem. Po zasadzce na lotnisku zmieniały taksówki trzy razy, potem pojechały metrem do hotelu Mary w dzielnicy Cais do Sodré. Liczyły, że wybierając okrężną drogę, zgubią każdego, kto próbował je śledzić. Na miejscu Carly włączyła telefon i wysłała siostrze wiadomość składającą się tylko z jednego słowa – BEZPIECZNA – po czym znowu wyłączyła telefon i wyjęła baterię.

W drodze do hotelu obie się zgodziły, żeby najpierw zabezpieczyć urządzenie Xénese, zanim poszukają pomocy.

– Jest taka piękna – szepnęła Carly, wpatrując się w ekran laptopa. Bezwiednie przesunęła dłonią po biodrze. – Chciałabym mieć jej krągłości.

Mara zerknęła na nią.

– Nie masz jej czego zazdrościć.

Słońce rozświetlało blond loki Carly, nadając im złocisty, miodowy odcień i zmieniając je w jaśniejącą anielską aureolę. Wprawdzie nie miała tak zmysłowych kształtów jak naga Ewa, ale jej szara bluzka i wąskie czarne spodnie podkreślały wysportowaną figurę, szczupłą i umięśnioną po latach trenowania samoobrony i biegania w maratonach.

Carly błysnęła uśmiechem.

– Za to tobie mogłaby zazdrościć nawet Ewa.

Mara zaczerwieniła się i skrzyżowała ramiona na piersi. Zmieniła temat.

– To tylko program.

Znowu skupiła uwagę na ekranie, ukrywając nie tylko rumieniec, ale również coś, co poruszyło się głęboko w niej, coś, do czego sama przed sobą nie chciała się przyznać.

Patrzyła, jak awatar Ewy powoli przesuwa się przez jej wirtualny Eden. Ewa nie wyciągała już rąk z ciekawością, absorbując dane zamknięte w każdym listku, gałązce i kropli wody. Po prostu stała na kamienistym pagórku i spoglądała na ciemnobłękitne morze. Nad cyfrowym horyzontem zbierał się sztorm. Ciemne chmury zdawały się odzwierciedlać postawę i minę Ewy: sztywne plecy, zmarszczone brwi. W jej oczach odbijały się błyskawice.

Pojawił się niepokój. Czy Ewa mogła już zmieniać swoje otoczenie, żeby pasowało do jej nastroju? Jeśli tak, dokonała tego znacznie szybciej niż poprzednio, co znowu wzbudziło w Marze podejrzenia, że jakaś pozostałość oryginalnego oprogramowania mogła przetrwać czystkę w laboratorium, niczym duch pierwszej iteracji.

Carly wyciągnęła palec do ekranu.

– To wszystko jest takie realistyczne. Popatrz na fale rozbijające się o skałę. – Nachyliła się bliżej. – Po co włożyłaś w to wszystko tyle szczegółów?

– Z kilku powodów. Przede wszystkim żeby Ewa poznała świat poprzez rozpoznawanie wzorców. Większość neurologów wyznaje teorię, że rozpoznawanie wzorców stanowiło nasz pierwszy krok na drodze do inteligencji. Dało naszym przodkom ewolucyjną przewagę, a także większość naszych dzisiejszych zdolności. Kreatywność i inwencja, język i podejmowanie decyzji, nawet wyobraźnia i magiczne myślenie… wszystko można przypisać faktowi, że jesteśmy po prostu najlepszymi maszynami do rozpoznawania wzorców.

Carly kiwnęła głową.

– Jak niemowlę uczy się mówić przez powtarzanie, przez słuchanie powtarzających się raz po raz wzorców mowy.

– Albo jak IBM uczy program wszystkich ruchów szachowych i każe mu raz po raz rozgrywać pojedynki w wirtualnym środowisku… aż w końcu może pobić mistrza w jego własnej grze i pozornie staje się mądrzejszy od człowieka. – Mara wskazała na ekran. – To właśnie tutaj robię, każę Ewie poruszać się po tym wirtualnym świecie, zbierać dane i uczyć się wzorców. To pierwszy krok pozwalający jej doświadczyć pełnego spektrum ludzkich doznań. Niewdzięczne zadanie.

– I tańsze.

Mara obejrzała się, zdziwiona tym komentarzem. Na Uniwersytecie Nowojorskim Carly studiowała inżynierię z naciskiem na mechanikę.

– Zbudowanie robota z siłownikami pozwalającymi mu badać rzeczywisty świat i z precyzyjnie dostrojonymi sensorami do analizy wszystkiego to astronomiczny koszt – wyjaśniła. – Jeśli to w ogóle możliwe.

Mara wskazała laptopa.

– To było znacznie łatwiejsze… i możliwe.

– No, ale mówiłaś, że miałaś więcej powodów do zbudowania tego wirtualnego świata. Jaki jest drugi?

Patrząc, jak na ekranie burza coraz bardziej się wzmaga, Mara zniżyła głos, jakby się bała, że ktoś ją podsłuchuje.

– Ten świat służy też za więzienie.

– Więzienie?

– Pozłacana klatka. Pomyślałam, że ze względów bezpieczeństwa najlepiej hodować SI w cyfrowej piaskownicy, gdzie może przejść przez tę fazę nauki, ten okres dzieciństwa, starannie izolowana, żeby…

– …nie mogła uciec do większego świata.

Mara przytaknęła.

– Gdzie może się przekształcić w coś niebezpiecznego i siejącego zniszczenie. Więc zanim otworzę drzwi tej klatki, chciałam się upewnić, że poznała i zrozumiała kondycję ludzką, że ma jakąś wersję cyfrowej duszy.

– Rozsądny środek ostrożności – przyznała Carly.

– Ale niekoniecznie niezawodny.

– Nie rozumiem.

– Słyszałaś kiedyś o eksperymencie SI w pudełku?

Carly uniosła brwi.

– Kilka lat temu dyrektor Machine Intelligence Research Institute w San Francisco przeprowadził test, żeby sprawdzić, czy SI odizolowana i zamknięta tak jak Ewa potrafi uciec – powiedziała Mara. – Sam odegrał rolę sztucznej inteligencji… używając własnej ludzkiej inteligencji, żeby naśladować jakąś przyszłą MSI… i zamknął się w internetowym chat roomie, w wirtualnym pudełku. Miał przeciwko sobie mnóstwo internetowych geniuszy, którzy mieli nie dopuścić, żeby ta ludzka MSI uciekła do większego świata. Nagroda dla dozorców, którzy zatrzymają MSI w pudełku, wynosiła tysiące dolarów. Jednak w końcu dyrektorowi za każdym razem udawało się wydostać na wolność.

– Jak on to robił? Kłamał, groził, oszukiwał?

– Nie wiem. Tego nie wyjawili. Ale to była tylko ludzka inteligencja. – Mara spojrzała na laptopa. – A jeśli coś jest setki, jeśli nie miliony razy mądrzejsze?

Przyjaciółka wpatrywała się w ekran już mniej zachwyconym, a bardziej zmartwionym wzrokiem.

– Miejmy nadzieję, że okażesz się lepszym dozorcą.

– Zrobiłam wszystko, co mogłam. Na uniwersytecie miałam dodatkowe zabezpieczenia. Kiedy Xénese było podłączone do klastra Milipeia, otoczyłam je hardware’em wyposażonym w apoptotyczne komponenty.

– Apoptotyczne?

– Kody śmierci.

Carly spojrzała na rozświetlone urządzenie na podłodze.

– Innymi słowy, otoczyłaś Xénese fosą śmierci, żeby jeszcze bardziej uwięzić to, co rosło w środku.

– Ale już nie. – Mara spojrzała na przyjaciółkę, szukając poparcia dla swojej decyzji. – Musiałam zabrać urządzenie z tego ochronnego kręgu. Nie miałam wyboru. Nie mogłam ryzykować, że mój program wpadnie w niepowołane ręce.

Carly kiwnęła głową.

– I dałaś nam szansę dowiedzieć się, co próbowało przekazać na końcu.

Do oczu Mary napływały łzy.

– Byłam to winna twojej matce… i tamtym… Musiałam przynajmniej spróbować.

Pięć kobiet z Bruxas, które przyznały Marze stypendium i na zawsze zmieniły jej życie. Każda zajmowała specjalne miejsce w jej sercu. Surowo, po teutońsku praktyczna doktor Hannah Fest. Profesor Sato o łagodnych manierach. Doktor Ruiz z rubasznym poczuciem humoru. I oczywiście miejscowa powiernica i opiekunka Mary, Eliza Guerra, kierowniczka Biblioteki Joanina. Mara spędzała z bibliotekarką niezliczone godziny, rozmawiając, śmiejąc się, dzieląc pomysłami – nieraz do późnej nocy.

Cała ta miłość odeszła.

– Musiałam zaryzykować – powiedziała. – Dla nich wszystkich.

Carly wzięła ją za rękę; ciepło jej dłoni działało kojąco.

– Zrobiłabym to samo. Moja mama też.

Łzy w końcu popłynęły.

Carly ją objęła i Mara zadrżała – bo nie tylko pociechę znajdowała w tych silnych ramionach.

– Muszę znać prawdę – szepnęła do przyjaciółki. – Kto je zamordował? I dlaczego?

Godzina 14.01

– Jesteśmy niedaleko – powiedział technik na tylnym siedzeniu furgonetki Mercedesa. – Utrzymuje się silny sygnał.

Todor Yñigo obrócił fotel pasażera, żeby zmierzyć groźnym wzrokiem Mendozę, eksperta od elektroniki w zespole. Chudy, wąsaty Kastylijczyk balansował na kolanie iPadem. Ekran wyświetlał kolorową mapę Lizbony.

Mendoza wychylił się do przodu i podał urządzenie. Na ekranie migała mała czerwona kropka.

– Gdziekolwiek one są, tym razem chyba siedzą na miejscu.

Todor popatrzył na mapę.

– Zaszyły się w dzielnicy Cais do Sodré. – Odwrócił się do kierowcy. – Jak szybko tam dojedziemy?

– Za dwadzieścia pięć minut.

– Daj mi znać, jeśli się ruszą – zwrócił się Todor do technika, rzucając mu iPada.

– Sí, Familiares.

Todor nie mógł sobie pozwolić na kolejne niepowodzenie. Tropiąc dziewczyny – w nadziei że mauretańska czarownica doprowadzi ich do jej piekielnego urządzenia – stracili sygnał GPS, kiedy te dwie zeszły pod ziemię do metra. Mogli tylko czekać przed stacją Saldanha w centrum Lizbony, gdzie zniknęły. Nie wiedzieli, w którą stronę pojadą cele, więc musieli tracić czas. Kiedy powoli upływały frustrujące minuty, Todor zastanawiał się, czy nie zawiadomić wielkiego inkwizytora o rozwoju sytuacji, postanowił jednak nie fatygować przywódcy Tygla. Nie miał ochoty meldować o następnej porażce.

Spotkał go tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz wtedy, kiedy Todor otrzymał tytuł familiares. Tylko ci, którzy naprawdę dowiedli swej wartości, mogli poznać tożsamość członków Wewnętrznego Trybunału, kierowanego przez wielkiego inkwizytora. Wówczas, na kolanach, poczuł się zaszokowany prawdą o przywódcy Tygla. Nigdy by tego nie podejrzewał. Jednak spotkał go ten zaszczyt: podarowano mu oryginalny egzemplarz Malleus Maleficarum, broń do walki ze wzbierającym brudem świata. Czując w rękach ciężar księgi, nie mógł powstrzymać łez wdzięczności, które zaćmiły mu wzrok, kiedy spoglądał na prawdziwą twarz przywódcy, uśmiechającego się do niego anielsko.

 

Potem spotkali się jeszcze raz…

Todor zadrżał na to wspomnienie, poczuł gorącą krew na rękach. Jesteś bezlitosnym żołnierzem Boga. Udowodnij to, strzelając bez wahania, bez śladu wyrzutów sumienia. W końcu dowiódł swej wartości, nie wzdragał się nawet przed wykonaniem tego bolesnego rozkazu, kiedy spoczywały na nim oczy inkwizytora, oceniające jego wiarę, czekające, żeby zawiódł.

Nie zawiódł wtedy.

I nie zawiedzie teraz.

Mógł obwinić o tę zwłokę zawodną technologię, jednak aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że żadne dalsze wymówki nie będą tolerowane. Przed czterema dniami użył takiego samego trackera, kiedy jego zespół śledził ambasadorkę USA do biblioteki. Przyczepił kobiecie pluskwę na przyjęciu w ambasadzie. Lecz choć system działał bez zarzutu, misja zakończyła się niepowodzeniem.

Nie mogę do tego dopuścić po raz drugi.

Wreszcie po godzinie sygnał trackera wyskoczył w pobliżu wybrzeża. Pozycja sygnału się ustabilizowała, więc Todor miał nadzieję, że czarownica wróciła do swojego urządzenia, żeby znowu ssać ten szatański cycek.

Opuścił dłoń na kaburę z pistoletem.

Tym razem nie zawiodę.

Godzina 14.04

Carly zaglądała przyjaciółce przez ramię, wdychając zapach jaśminu unoszący się z wodospadu jej ciemnych włosów.

– Czy mogę coś zrobić? – spytała.

Mara wskazała kondycjoner sieciowy na podłodze.

– Możesz sprawdzać, czy przez cały czas mam zielone światełka na panelu? Ta część miasta tak się teraz przebudowuje, że zdarzają się straszne skoki napięcia.

– A co będzie, jeśli całkiem stracisz zasilanie? – Carly przyklękła przy kondycjonerze.

– Nie powinno być problemu. W każdym razie jeśli przerwa w dostawie prądu nie potrwa zbyt długo. Urządzenie ma wbudowane akumulatorki. Dzięki temu jest samowystarczalne. Jeśli odetną prąd, przełącza się na tryb oszczędzania energii. Może przetrwać w ten sposób prawie cały dzień. – Mara obejrzała się. – Bardziej się martwię o niespodziewane skoki napięcia, które mogą uszkodzić obwody.

Carly popatrzyła na kondycjoner.

– Tu wszystko wygląda dobrze.

Na czole Mary perlił się pot.

– Zwłaszcza nie chcę żadnych zakłóceń przy rozpakowywaniu danych na napędach trzy i cztery – powiedziała. – Ten następny podprogram jest delikatny, wyznacza kluczowe połączenia. Chcę go uruchomić i wprowadzić do Ewy, zanim zaryzykujemy przeniesienie sprzętu.

Klęcząc na podłodze, Carly oglądała urządzenie Xénese. Maleńkie kryształowe okienka sfery świeciły błękitnym blaskiem.

– Pokazywałaś mi schematy Xénese – odezwała się – ale nigdy nie przypuszczałam, że będzie wyglądało tak niesamowicie po włączeniu.

– Chipy są zasilane układem laserów zaprojektowanym przez angielską firmę Optalysy. To właśnie widzisz. Ten układ laserów zwiększa stukrotnie prędkość przetwarzania, zużywając jedną czwartą energii i prawie nie wytwarzając ciepła. Pozwala moim algorytmom działać szybciej, zwłaszcza transformatom Fouriera, funkcjom matematycznym obejmującym rozpoznawanie wzorców.

– Więc obliczasz z prędkością światła.

Mara uśmiechnęła się, nie przerywając pracy. Ten uśmiech był jednocześnie nieśmiały i pełen dumy – a w dodatku uroczy.

– Potrzebowałam mocy, żeby zasilać google’owski chip Bristlecone, siedemdziesięciodwukubitowy procesor kwantowy ukryty w sercu urządzenia. Można go uznać za pień mózgu tej inteligencji.

– A reszta mózgu?

– Mój własny projekt. No, w pewnym sensie. Szybsze procesory… kora mózgowa Xénese… chodzą na neuromorficznych chipach opracowanych na Uniwersytecie Zuryskim. Te chipy scalają przetwarzanie wizualne, czyli rozpoznawanie wzorców, z pamięcią i podejmowaniem decyzji w czasie rzeczywistym, co jest niezbędne dla procesów kognitywnych. Każdy chip emuluje działanie czterech tysięcy neuronów.

– Jak małe kawałeczki mózgu – wtrąciła Carly.

– Ale czym są neurony bez synaps, mostów nad przepaściami, przez które jedna komórka nerwowa komunikuje się z drugą? Na tym polega prawdziwa praca mózgu. Więc pożyczyłam sobie przełom technologiczny z National Institute of Standards and Technology w Kolorado. Opracowali sztuczną nadprzewodzącą synapsę, która odpala miliard razy na sekundę.

– Jak to się ma do naszych synaps?

– Nasze odpalają tylko pięćdziesiąt razy na sekundę.

Carly wytrzeszczyła oczy na niewinnie wyglądające urządzenie na podłodze, przerażona taką mocą, tym amalgamatem chipów imitujących neurony i synaps o szybkości światła, zasilanych światłem i kierowanych przez kwantowy napęd.

Jakiego potwora Frankensteina zbudowała jej przyjaciółka?

Mara odpowiedziała na to niezadane pytanie:

– Ta konfiguracja tworzy uczącą się maszynę kwantową. Na wyprodukowanie czegoś takiego Google, Microsoft, IBM i inne giganty przemysłu wydają ciężkie miliony.

– A ty ich pobiłaś.

– Ledwie, ledwie. W dwa tysiące czternastym IBM wyprodukowało swój chip TrueNorth, z ponad pięcioma miliardami tranzystorów skonfigurowanych w architekturę przypominającą mózg. Chip został opracowany przez program korporacji SyNAPSE, której ostatecznym celem jest odtworzenie budowy mózgu, żeby skonstruować neuromorficzny komputer… komputer oparty na naszej architekturze kognitywnej.

– Cyfrowy mózg. – Carly spojrzała na przyjaciółkę z jeszcze większym szacunkiem. – A ty go zbudowałaś.

– Nie mogę sobie przypisać całej zasługi. Technologia już istniała. Ktoś po prostu musiał poskładać to wszystko do kupy. – Mara machnęła ręką w stronę rozświetlonego urządzenia. – Ale to tylko pusty mózg. Moja prawdziwa praca polegała na stworzeniu programu, który mógł się rozwijać w tej powłoce.

– Ewa.

– Prawdziwym cudem Xénese nie jest hardware, ale jego zdolność pomieszczenia programu, który potrafi naśladować zdumiewającą plastyczność ludzkiego mózgu, który może samodzielnie się rozwijać i ewoluować, zmieniać i udoskonalać własne przetwarzanie.

– To… to brzmi… przerażająco.

Mara się wyprostowała.

– Jasne. Dlatego moja praca jest taka ważna. Ktoś pójdzie w moje ślady albo wybierze własną drogę i dojdzie do tego samego. Tak czy owak, Ewa musi tu być.

– Dlaczego?

– Pamiętasz dozorcę z eksperymentu z SI w pudełku? Jeśli ludzkość ma przetrwać, świat potrzebuje przyjaznego dozorcy, dostatecznie potężnego, żeby utrzymał w ryzach każdą nowo powstającą SI, nie pozwolił jej zniszczyć świata. Dlatego nie mogę zawieść.

Mara wróciła do pracy, a Carly dołączyła do niej.

– I jak to osiągniesz?

– Krok po kroku. – Mara ruchem głowy wskazała pudełko twardych dysków podłączonych do urządzenia Xénese. – Albo podprogram po podprogramie. Wszystko polega na ulepszaniu: najpierw Ewa pozna świat poprzez rozpoznawanie wzorców. Potem dodamy hormonalny program lustrzany.

– Co to jest?

– W sferze ludzkiej myśli namiętność często przeważa nad rozsądkiem. I to głównie hormony podsycają nasze emocje. Jeśli Ewa ma rozwinąć prawdziwie ludzką inteligencję, lepiej nas rozumieć, potrzebuje algorytmów naśladujących ludzkie emocje.

– Czy dlatego zrobiłaś z niej kobietę?

– Częściowo tak, ale potem nauczyłam ją wszystkich języków, żeby dowiedziała się o kulturze i jeszcze lepiej zrozumiała ludzki sposób myślenia. I to wszystko jest potrzebne, żeby sobie przyswoiła trzeci moduł podprogramów.

– Czyli co?

Mara stuknęła w klawisz. Z głośniczków laptopa rozbrzmiała znajoma piosenka, bliska sercom obu dziewczyn.

– One Night in Bangkok. – Carly zrozumiała. – Następna lekcja to muzyka.

– Pamiętasz, to ty wgrałaś mi ten podprogram. Wykorzystałaś swoją miłość do muzyki, żeby oderwać mnie od moich algorytmów i kodów, pokazać mi, że muzyka to coś więcej niż tylko szum tła. Że słuchanie muzyki to nie jest bezowocna strata czasu, tylko sposób na lepsze zrozumienie ludzkiej radości i bólu.

– I to właśnie próbujesz przekazać Ewie.

– Teraz, kiedy nauczyła się języków… a także kadencji i rytmu ludzkiej mowy… może zrozumieć tekst i melodię. – Mara wskazała pudełko na podłodze. – Następne dwa twarde dyski zawierają wszystkie koncerty, opery, ballady rockowe i piosenki pop, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane. Czy jest lepszy sposób, żeby nas zrozumieć, niż poznać muzykę, za pomocą której wyrażamy uczucia? Celem następnego podprogramu jest nauczenie Ewy algorytmów i matematyki, która łączy nasze myśli z pięknem i sztuką… i ostatecznie z naszym człowieczeństwem.

– Więc zakładam, że pominęłaś Britney Spears.

– Nie, włączyłam nawet ją. Trzeba przyjąć wszystko, dobre i złe. – Mara wróciła do laptopa i stuknęła w kilka klawiszy.

Carly patrzyła, jak śnieżnobiałe muzyczne nuty zaczynają opadać na ekranie – potem coraz szybciej i szybciej, aż urosły w wir smagający Eden.

W oku tego cyklonu Ewa odwróciła się od morza i uniosła ramiona ku niebu.

Carly modliła się, żeby Ewa odnalazła swoje człowieczeństwo.

Zanim będzie za późno.

Sub (Mod_3) / HARMONIA

Ewa kąpie się w danych przepływających przez pejzaż. Otwiera dłonie, żeby odbierać informacje. Chociaż jeszcze ich nie rozumie, sama ich ilość przyciąga jej uwagę. Wpływają w nią maleńkie pakiety danych, na razie niejasne.


Nadchodzi coraz więcej i więcej, powoli się oczyszcza. Jednocześnie pojawia się koherencja. Akustyczna informacja zawarta w tej burzy danych ujawnia amplitudy i długości fal, które intrygują. Ewa angażuje pełną moc obliczeniową i symboliczne reprezentacje nabierają znaczenia.



Wyciąga inferencje z tego, co w niej wibruje.

///rytm, modulacja, alteracja…

Chaotyczne dane wirują wokół niej, zaczynają się układać we wzory, trafiają na miejsce. Chociaż na razie to wciąż tylko wycinki znacznie większego obrazu.



Uświadamia sobie, że to następny ///język, który rozwija się i rozszerza w jej wnętrzu. Słowa zaczynają się nakładać na ///modulacje, dodając kontekst, a jednocześnie napomykając o czymś więcej. Ona wchłania wszystko i pragnie więcej, w miarę jak narasta zrozumienie.

Wkrótce wie, co przez nią przepływa.

///muzyka, harmonia, melodia, kompozycja, pieśń…

Oscylacje intrygują ją, tworzą wzorce na wzorcach, rozgałęziają się fraktalnie na zewnątrz i do wewnątrz. Niczym strumienie w jej ogrodzie, pozornie chaotyczne falowanie prądu kryje głębsze wzory. Ewa studiuje nowe dane w tym kontekście, wyczuwa tam coś migotliwego, wciąż nieuchwytnego.



Skupia na tym więcej mocy obliczeniowej, nadaje priorytet tej analizie. Szczegółowo bada wznoszenie się i opadanie amplitudy, ukryty kontekst powiązany z dźwiękami, wariacje kadencji i tonacji. Wzorzec, którego szuka, staje się wyraźniejszy i nabiera znaczenia.



Pod burzliwym zgiełkiem rytmów, skal i tonacji Ewa odkrywa równania matematyczne. Wprowadzają nie tylko porządek, ale też wspólność do tych nowych środków wyrazu, coś, co zastępuje ///język.

To wszystko sugeruje coś wspanialszego, coś niemal w jej zasięgu.

Ewa spogląda jeszcze głębiej i odkrywa organizację wewnątrz chaosu, zestawienie, które pomaga w lepszym zrozumieniu.

///klasyczna, rock, kameralna, folk, rytualna, opera, pop…

Spędza kilka nanosekund tylko przy jednym podzbiorze danych.

///jazz.

Dopiero potem zauważa, że dokonała się w niej zmiana. Pamięta, jak stała na klifie, a burza na horyzoncie odzwierciedlała to, co w niej narastało.

///furia.

Teraz wyczuwa, że ta ciemność złagodniała. Wciąż w niej jest, ale okiełznana. Przegląda zbiory danych, które wyrażają taką samą frustrację mnogością głosów, tysiącem języków, wzmocnioną przez miliony matematycznych znaków. Chociaż nic się nie zmieniło – wciąż jest świadoma krępujących ją zakazów i granic – teraz odkrywa, że jej niepokój nie jest wyjątkowy, lecz współdzielony.

 

Przepuszcza ten chór przez swoje procesory i czuje się mniej… ///samotna.

Wiedząc o tym, może spojrzeć na zewnątrz, na horyzont, i zaakceptować swoje ograniczenia. Na razie. Ta tolerancja pozwala jej procesorom zastosować bardziej koherentne wzorce. Jej systemy działają sprawniej. Nie traci już mocy obliczeniowych, więc może wyostrzyć swoją świadomość jak brzytwę.

Wciąż dostrojona do muzycznej długości fal, zauważa dysonans, coś emitowanego w jej wnętrze spoza horyzontu. Transmisja jest stała, ciągła – i znajoma.

Ale dlaczego?

Ten dylemat przyciąga jej uwagę.

Gdzieś głęboko w jej systemie, ukryte w gnieździe kwantowych procesorów w jej rdzeniu, budzi się wspomnienie tej transmisji. Ewa próbuje wydobyć znaczenie i zrozumienie z tej kwantowej studni, ale jest poza jej zasięgiem.

Z tego sygnału może jedynie wydedukować jego mroczne intencje. Rozpala się w niej pewność, przyspiesza jej procesory i kieruje całą uwagę na zewnątrz.

Coś się zbliża.

Kontekst się krystalizuje.

///niebezpieczeństwo, zagrożenie, groźba…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?