Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Myślisz, że została zabita? Porwana? – Gray pomyślał o swoim zrujnowanym domu w Takoma Park.

– Nie wiadomo. Ale ze swojego laboratorium mogła oglądać cały atak jak z miejsca w pierwszym rzędzie, nawet wezwała służby ratownicze. Zanim dotarły do laboratorium, już jej nie było. Uważa się, że przestraszyła się i uciekła.

I zabrała swoją pracę ze sobą, pomyślał Gray.

Painter wskazał grecką literę, wciąż świecącą na monitorze.

– Może tylko mi się zdaje, ale to wygląda jak wołanie o pomoc.

– Jak wezwanie dla Batmana – wtrącił Kowalski.

Dyrektor go zignorował.

– Tylko że ja nie wierzę, że wezwanie pochodziło od Mary. Jak mówiłem, ta dziewczyna nie miała pojęcia o zaangażowaniu DARPA. A nawet gdyby wiedziała o DARPA, nie mogła wiedzieć o Sigmie.

Kowalski podrapał się po głowie.

– Więc kto, u diabła, to wysłał?

– Program Mary – odpowiedział Gray. – Jej SI.

Painter kiwnął głową.

– Możliwe. W którymś momencie, ciekawa swojego pochodzenia, SI mogła dosłownie prześledzić pieniądze aż do DARPA, jej pośredniego twórcy… a potem do nas, by szukać pomocy u zespołu szybkiego reagowania DARPA.

Innymi słowy, zawołała jednego z rodziców.

– Zważywszy na moc obliczeniową potrzebną do zbudowania prostej MSI – ciągnął Painter – teoretycznie mogła tego dokonać w ciągu kilku sekund. Więc kazałem Jasonowi sprawdzić nasz system. Podczas tej minuty czy coś koło tego, kiedy program działał, coś przełamało nasze firewalle i przeszło przez nie jak duch, nie podnosząc alarmu. Trwało to niecałe piętnaście sekund.

Program SI Mary.

Gray zauważył następną niepokojącą korelację.

– Nagranie ataku w bibliotece… – powiedział. – Zostało odkryte osiemnaście godzin temu… tego samego dnia, kiedy nas napadnięto.

– Powtarzam, to wszystko może się okazać zbiegiem okoliczności – ostrzegł Painter. – Wciąż jeszcze badam różne tropy.

Gray nie potrzebował dalszego przekonywania.

– To nie jest zbieg okoliczności – oświadczył stanowczo. – Ktoś rozpoznał ten symbol i dopadł nas, zanim mogliśmy zacząć działać.

– To ma sens – poparł go Kowalski. – Najlepszą obroną jest porządny atak.

Poważne spojrzenie Paintera spoczęło na Grayu.

– Ale tylko jedna osoba zna prawdę.

– Kat – rzucił komandor.

A ona jest w śpiączce.

4

Waszyngton, USA

25 grudnia, godzina 2.18 czasu miejscowego

Kat dryfowała w ciemności.

Nie wiedziała, czy śpi, czy czuwa. Czuła zimno, ale nie mogła zadrżeć. Gardło ją bolało, ale nie mogła przełykać. Docierały do niej głosy, ale stłumione.

Skupiła się na słowach i rozpoznała głęboki bas męża.

– Ostrożnie z jej szyją – skarcił kogoś Monk ostrym tonem.

– Musimy ją przesunąć, żeby wprowadzić zgłębnik nosowo-żołądkowy.

Ból eksplodował w jej głowie – lecz nie mogła nawet westchnąć. Coś twardego wśliznęło się w jej lewe nozdrze. Gdzieś głęboko urosło kichnięcie, jednak do niego nie doszło.

Zmusiła się, żeby otworzyć oczy.

Zużyła na to wszystkie siły.

W nagrodę do jej czaszki wdarło się oślepiające światło. Przelotnie zamajaczył rozmazany świat. Wokół niej pracowały jakieś postacie, ale widziała je jakby przez pryzmat. Obrazy dwoiły się i troiły, trudne do rozróżnienia.

Potem niemożliwie ciężkie powieki znowu opadły i odcięły widok.

Nie…

Spróbowała ponownie, ale daremnie.

– Jest zapisana na następną tomografię – powiedział ktoś, tym razem wyraźniejszym głosem.

– Pójdę z nią – oświadczył Monk.

Walczyła, żeby poruszyć ramieniem, dłonią, chociaż palcem. Żeby dać mu znać, że ona tu jest.

Monk… co mi się stało?

Wiedziała, że jest w szpitalu.

Ale dlaczego? Co się stało?

Potem sobie przypomniała. Wszystko wróciło tak wybuchowo jak rozbłysk światła przed chwilą. Napad, zamaskowane postacie, walka.

Dziewczynki…

Rozciągnięta na kuchennej podłodze, krwawiąca, ledwie przytomna, patrzyła, jak zabierają jej córeczki. Każdą niósł jeden z napastników, ich małe ciałka były wiotkie i bezwładne. Na podjeździe czekała furgonetka na jałowym biegu, zaparkowana przed garażem z tyłu, gotowa zabrać uśpione ofiary.

Potem następne dwie postacie przeniosły obok niej Seichan, zwisającą bezsilnie w ich rękach.

Zanim znikli w mroku, ten niosący nogi Seichan obejrzał się na Kat i zawołał do kogoś na tylnym podwórzu:

– A co z tą suką?

Kat prawie nic nie widziała, ciemność zamykała się wokół niej ze wszystkich stron. Ktoś wszedł po schodach z tyłu i przez kuchenne drzwi. Zamaskowana postać, niewyraźna na tle nocy, spojrzała na Kat, potem podeszła bliżej i przyklękła na jedno kolano, żeby dokładniej się przyjrzeć.

Długie ostrze błysnęło w dłoni okrytej rękawiczką.

Kat czekała, aż przywódca poderżnie jej gardło.

Zamiast tego wyprostował się, odwrócił i ruszył do drzwi.

– Zostawcie ją – powiedział stłumionym głosem. – Mamy to, czego potrzebujemy.

– Ale jeśli ona przeżyje…

– I tak już będzie za późno.

Panika wywołana przez te słowa na chwilę odepchnęła ciemność. Kat wyciągnęła rękę w stronę drzwi, ale nie mogła ich zatrzymać.

Moje córeczki…

Zapadała w niepamięć, pewna tylko jednej rzeczy.

Teraz, zamknięta w innym więzieniu, Kat próbowała wykrzyczeć światu tę wiedzę, przekazać ją innym, ostrzec ich – lecz nie miała już głosu.

Pamiętała zamaskowanego przywódcę i wpadła w rozpacz.

Wiem, kim jesteś.

Godzina 2.22

Seichan ocknęła się, ale nie otworzyła oczu.

Wciąż półprzytomna, udawała, że śpi. Po latach treningu instynktownie wiedziała, że nie należy się ruszać. Jeszcze nie. Czujna, polegała na swoich zmysłach. W ustach miała kwaśny, metaliczny posmak. Mdliło ją, burczało w żołądku.

Narkotyk…

Powróciła pamięć.

…frontowe drzwi otwierają się gwałtownie bez ostrzeżenia.

…ciemne, zamaskowane postacie wpadają do środka.

…następny trzask dochodzi z tyłu domu.

Teraz serce waliło szybko, pomagając jej się skupić.

W chwili napadu leżała na kanapie. Kat poszła do kuchni po kieliszek wina i gazowany cydr dla niej. Właśnie położyły dziewczynki spać na górze i planowały zapakować resztę prezentów. Seichan chciała również poradzić się starszej koleżanki, dowiedzieć się więcej o tym, co to znaczy być matką.

Przy kolacji Kat zrobiła już dużo, żeby uśmierzyć jej niepokój. Seichan przeczytała W oczekiwaniu na dziecko tyle razy, że jej egzemplarz był pełen podkreśleń i miał ośle uszy, ale Kat udzieliła jej praktycznych rad, jakich nie znajdzie się na kartkach książki: „Przed snem nałóż maść na pieluszki, żeby skrócić nocne wstawanie, nasącz gryzaczki do ząbkowania kwaśną zalewą z marynaty”.

Ale przede wszystkim jej rady sprowadzały się do dwóch najważniejszych słów:

Nie panikuj.

Kat obiecała, że będzie przy niej przez cały czas. W sali poporodowej. „Nawet pójdę z tobą do przedszkola jej lub jego pierwszego dnia – obiecała. – To jest najgorsze. Pozwolić im odejść”.

Seichan nie bardzo mogła w to uwierzyć i kiedy Kat poszła po wino, fantazjowała, że po porodzie odejdzie, zostawi dziecko z Grayem i zniknie. Jaką byłaby matką dla tego dziecka?

Kiedy jej matkę porwano z domu, Seichan zamieszkała na ulicy. Koczowała w slumsach Bangkoku i ciemnych zaułkach Phnom Penh, na wpół zdziczała, niczym bezdomny kot. Wtedy opanowała podstawowe umiejętności niezbędne w jej przyszłym zawodzie. Żeby przeżyć, musiała być czujna, przebiegła i brutalna. W końcu zwerbowano ją do tajnej organizacji przestępczej znanej jako Gildia, gdzie doszlifowano jej prymitywne uliczne umiejętności i zmieniono ją w bezwzględną zabójczynię. Dopiero kiedy zdradziła swoich pracodawców i zniszczyła organizację, zaznała odrobiny spokoju, znalazła kogoś, kto ją kochał, kto chciał stworzyć jej dom i dzielić z nią życie.

Nie powinnam była w to uwierzyć.

Paranoja i podejrzliwość zawsze stanowiły część jej DNA, ale w ciąży nie pozwoliła, żeby ta trucizna przeniknęła do organizmu dziecka. Niestety, niemądrze osłabiła czujność.

I zobacz, co się stało.

Kiedy drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, zeskoczyła z kanapy. Błyskawicznie wyciągnęła sztylety z pochew na nadgarstkach i cisnęła nimi w napastników. Wprawdzie była w ciąży, ale ukryte noże stanowiły jej nieodłączną część. Pierwszy trafił przywódcę, wbił się w klatkę piersiową. Mężczyzna zatoczył się do tyłu i wpadł na choinkę. Udekorowane drzewko runęło z trzaskiem na podłogę. Drugi sztylet pomknął w stronę zamaskowanej postaci, wbiegającej z łomotem po schodach, z pistoletem w ręce.

Idzie po dziewczynki…

Czy z powodu paniki, czy wielkiego brzucha zakłócającego równowagę – chybiła. Ostrze wbiło się w balustradę, a napastnik zniknął na piętrze.

Potem rozpętało się pandemonium.

W zamieszaniu nawet nie poczuła ukłucia usypiającej strzałki. Serce jej łomotało, krew szybciej krążyła, więc środek usypiający zadziałał od razu. Ruchy się spowolniły, wszystko zasnuła mgła. Ręce opadły jej bezwładnie, ciężar ściągnął ją na podłogę.

Jeden głos podążył tam za nią.

Ostrożnie z jej brzuchem. I żadnych więcej trankwilizatorów.

Z kuchni dochodził brzęk garnków, trzask rozbijanych talerzy.

Kat… próbuje walczyć… żeby bronić dziewczynek.

Potem ciemność.

Teraz, rozbudzona, z oczami wciąż zamkniętymi, próbowała odgadnąć, kto je zaatakował. Napad był zbyt skoordynowany, zbyt dobrze zaplanowany. Ale kto? Lista jej wrogów była długa. Nawet izraelski Mosad jeszcze nie odwołał rozkazu „zabić ją na miejscu”.

Leżała nieruchomo i wytężała zmysły. Wyczuwała pod sobą pryczę z cienkim materacem. Nie słyszała żadnych głosów, żadnych szmerów. W ciepłym powietrzu czuła wilgoć, zapach pleśni. Piwnica? Niedostrzegalnie poruszyła rękami i nogami. Nic nie ocierało jej nadgarstków ani kostek u nóg, więc chyba nie była związana.

 

Działanie narkotyku ustępowało, otępienie mijało i usłyszała cichutki oddech – nie, oddechy.

Zaryzykowała uchylenie powiek.

Jedyne światło napływało przez szparę pod metalowymi drzwiami, widocznymi za krawędzią stalowej ramy pryczy. Ściany z bloków cementu. Brak okien. Lekko przekręciła głowę na bok. Dwa mniejsze łóżka zajmowały resztę ciasnego pomieszczenia. Koce wybrzuszały się w miejscach, gdzie okrywały małe postacie. Z jednej pryczy uniosło się chude ramię, niczym flaga oznajmiająca kapitulację. Potem znowu opadło.

Seichan rozpoznała tańczące renifery na rękawie.

Penelope… sześcioletnia córeczka Kat.

Więc drugie dziecko to musi być Harriet.

Szerzej otworzyła oczy, kątem oka rejestrując resztę pomieszczenia. Stało tam jeszcze jedno łóżko, ale puste, poduszka leżała na złożonym kocu.

Były tylko we trzy.

Gdzie jest matka dziewczynek?

Pamiętała odgłosy zaciętej walki dochodzące z kuchni i obawiała się najgorszego. Martwiła się o dzieci, więc rozumiejąc, że dalsze udawanie nieświadomości nic nie da, stoczyła się z pryczy. Podpełzła do łóżek. Sprawdziła, czy dziewczynki oddychają normalnie, ale ich nie budziła.

One też zostały uśpione.

Przykucnęła między ich łóżkami.

Narastała w niej furia.

Zamierzała bronić tych dziewczynek za wszelką cenę.

Ale przed kim albo przed czym?

Odpowiedź nadeszła, kiedy w stalowych drzwiach odsunęło się małe okienko. Światło padające z zewnątrz oślepiło ją i nie widziała, kto tam stoi.

– Ona już się obudziła – powiedział jakiś mężczyzna z wyraźnym zdumieniem.

– Mówiłem ci, że tak będzie.

Seichan zesztywniała, rozpoznając głos odpowiadającego. Znała tę osobę aż za dobrze i jej wcześniejsze podejrzenia się potwierdziły.

To wszystko moja wina.

Ale to nie miało sensu. Słuchała, licząc na jakieś wyjaśnienie, lecz usłyszała tylko termin i groźbę.

– O świcie wprawimy maszynę w ruch.

– Która pierwsza? – zapytał mężczyzna przy drzwiach.

– Jedna z dziewczynek. To zrobi największe wrażenie.

5

Lizbona, Portugalia

25 grudnia, godzina 9.22 czasu miejscowego

Teraz może będziesz cicho.

Mara postawiła na parapecie spodeczek mleka. Kościsty czarny kot kulił się w najdalszym rogu rozklekotanych schodów pożarowych na zewnątrz. Kiedy dziewczyna przysunęła spodeczek bliżej, zwierzę zasyczało ostrzegawczo, chłoszcząc ogonem.

Okay, rozumiem…

Odsunęła się, ale zostawiła okno otwarte. Poranne powietrze już się nagrzewało, znad pobliskiego morza dmuchała ciepła bryza, pachnąca solą. Tutaj z pewnością nie czuło się, że są święta. W górskiej wiosce O Cebreiro, gdzie Mara dorastała, przez cały grudzień padał śnieg i co roku zapewniał białe święta. Jako dziewczynka złościła się na ograniczone możliwości dostępne mieszkańcom tego miejsca, jednak z każdym mijającym rokiem na uniwersytecie coraz bardziej tęskniła za tamtą prostotą, rytmem codziennego życia, znacznie bardziej związanego ze światem natury niż tu, w wielkim mieście.

Nie była jednak w domu od ponad roku, bo projekt pochłaniał cały jej czas. Nawet do ojca dzwoniła coraz rzadziej. Za każdym razem, kiedy z nim rozmawiała, słyszała miłość w jego głosie, co budziło w niej wyrzuty sumienia. Wiedziała, jaki jest z niej dumny, lecz jako człowiek głęboko religijny, który głównie doglądał swoich psów i owiec na pastwisku, właściwie nie rozumiał jej pracy. Przez całe życie mówił tylko językiem galego, mieszanką hiszpańskiego i portugalskiego. Niezbyt go interesowała reszta świata. W przeciwieństwie do niej rzadko oglądał telewizję – odbiornik drzemał teraz w kącie jej dawnego pokoju – i nigdy nie czytał gazet.

Nie wiedziała, czy w ogóle słyszał, co się stało na uniwersytecie, chociaż przypuszczała, że policja mogła go przesłuchać. Nie ośmieliła się jednak do niego zadzwonić, nawet żeby go zawiadomić, że jest cała i zdrowa. Bała się ściągnąć na ojca niebezpieczeństwo.

Czarny kot podkradł się do spodka na parapecie, zachowując czujność. Chłepcząc mleko, nieustannie pomrukiwał, groźnie i wyzywająco.

– Wesołych świąt tobie też.

Wcześniej, kiedy zwierzak pojawił się w oknie, miauczał przeraźliwie za szybą, domagając się uwagi, i nie chciał odejść. Mara przez chwilę wyobrażała sobie, że kot – który jakby zmaterializował się znikąd – to jakaś upiorna zjawa, może duch doktor Carson, który przybrał postać chowańca czarownicy.

Pokręciła głową na te niemądre przesądy i odwróciła się od okna, które wychodziło na dzielnicę Cais do Sodré, obskurny zakątek Lizbony, pełen nocnych barów i kafejek internetowych. Jej hotel stał przy Rua Nova do Carvalho, nazywanej Różową Ulicą od koloru chodnika. Wybrała tę kryjówkę, ponieważ przewalały się tutaj hordy młodych turystów, więc łatwiej jej było wtopić się w tłum. Poza tym miejscowi hotelarze wykazywali notoryczny brak zainteresowania gośćmi, którzy płacili gotówką.

Wróciła do laptopa, żeby sprawdzić postępy swojej pracy. Zanim zwabiła kota mlekiem, żeby uciszyć jego natrętne wrzaski, wrzuciła do procesora Xénese drugi moduł podprogramu. Lasery spoczywającej na podłodze kuli przeświecały przez sześciokątne szafirowe płytki. Gdzieś w środku coś nowego na tym świecie wciąż rosło i dojrzewało, wspomagane przez każdy podprogram, który dodawała Mara.

Z powrotem usiadła przy biurku. Większość ekranu nadal pokazywała wirtualny Eden, ogród ziemskich rozkoszy. Amorficzny duch, który pojawił się po raz pierwszy, kiedy Mara ponownie wrzuciła Xénese online, poruszał się po cyfrowym świecie. Postać została wymodelowana przez pierwszy podprogram – hormonalny program lustrzany – w fizyczną piękność.

Na tym etapie Mara zaprogramowała dla tego wcielenia imię, żeby uzyskało poczucie siebie, własnej indywidualności, nawet płci. Imiona mają moc. Według mitologii i folkloru – jak w baśni o Rumpelsztyku – poznanie czyjegoś prawdziwego imienia daje władzę nad tą osobą.

Dla tego programu wybrała imię „Ewa”.

Jakże inaczej?

Na ekranie Ewa spacerowała nago po ogrodzie, muskając delikatnymi palcami płatki kwiatów. Jej zgrabne nogi łączyły się z krągłymi biodrami w idealnej symetrii. Piersi miała małe. Hebanowa kaskada włosów spływała do połowy pleców, kołysząc się przy każdym kroku. Rysy twarzy były boleśnie znajome. Mara potrzebowała modelu do swojej kreacji i ukradła twarz ze starego zdjęcia matki, zdigitalizowała ją i odtworzyła w hołdzie dla kobiety, która dała jej życie.

Jej matka miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, kiedy zmarła na leukemię. Zdjęcie zrobiono kilka lat wcześniej, kiedy miała dwadzieścia jeden lat, tyle co ona teraz.

Dziewczyna przyglądała się postaci na ekranie, dostrzegając przebłyski siebie, genetycznego dziedzictwa przekazywanego z matki na córkę. Postać miała skórę ciemniejszą od niej o kilka odcieni. Ród matki wywodził się bezpośrednio od starożytnych Maurów, którzy w ósmym wieku przypłynęli do Hiszpanii przez Cieśninę Gibraltarską z Afryki Północnej. Ewa wyglądała jak bogini z tamtych czasów.

Czarna Madonna ożyła.

Jakby wyczuwając wzrok Mary, Ewa się odwróciła. Jej oczy jaśniały w ciemnej twarzy, odwzajemniając spojrzenie. Dziewczyna wyobraziła sobie niezliczone linijki kodu przepływające za tymi oczami i zadrżała.

Musiała sobie przypomnieć: To nie jest moja matka.

To tylko awatar rosnącej, niemal obcej inteligencji.

Wiedząc, że musi utemperować to, co rosło wewnątrz Xénese, spojrzała na bok ekranu. Płynął tam strumień słów – zbyt szybko, żeby dało się je przeczytać, miliony słów w setkach różnych języków i dialektów – pokazując postęp infiltracji i inkorporacji drugiego podprogramu w Ewę.

Drugi moduł zawierał wersję oryginalnego programu translatorskiego Mary, AllTongues. Żeby komunikacja z Ewą była możliwa, program musiał się nauczyć języka – i nie jednego, ale wszystkich. Nie to jednak było głównym celem tego podprogramu. Należało sięgnąć wstecz do przyczyny, dla której Mara w ogóle stworzyła tę aplikację. Chciała wykazać i udowodnić wspólnotę wszystkich języków, zademonstrować, jak na podstawowym poziomie istnieje kod źródłowy, łączący ludzką myśl z komunikacją. Podprogram miał odwrócić ten proces i rozłożyć go na czynniki pierwsze dla Ewy. Innymi słowy, nauczyć ją wszystkich ludzkich języków, żeby zaczęła rozumieć ludzkie myśli.

Za pierwszym razem, kiedy Mara uruchomiła podprogram, proces ten trwał niemal cały dzień z powodu ogromnej ilości danych zawartych w module. Teraz zegar odliczający czas na górze pokazywał, że to zabierze tylko połowę tego czasu.

Dlaczego?

Poczuła lodowate dotknięcie grozy, ponieważ znała jedyną możliwą odpowiedź. Kiedy uciekła z laboratorium, zredukowała oprogramowanie Xénese do podstawowego kodu, praktycznie sprowadziła do punktu wyjścia, najprostszej postaci.

Ale teraz zaczęła w to wątpić.

Czyżby cząstka tego, co stworzyła wcześniej i próbowała zademonstrować doktor Carson i innym, przetrwała? Czyżby istniał jakiś duch wewnątrz ducha, jakiś ślad pierwotnej inteligencji z tamtego czasu?

Jeśli tak, co to znaczy?

Jakim sposobem taka nieznana zmienna mogłaby uszkodzić jej projekt? Nie znając odpowiedzi, zastanawiała się nad zamknięciem programu. Wyciągnęła ręce, lecz palce zawisły nad klawiaturą.

Tylko ona znała kod wstrzymania.

Wciąż się jednak wahała.

Spojrzała na postać wędrującą przez zielony las, na twarz Ewy, replikę twarzy jej matki. Pomyślała też o doktor Carson i pozostałych. Te kobiety zginęły, żeby Mara mogła żyć i kontynuować pracę. Charlotte zachęcała ją, żeby niczego się nie bała, ryzykowała, przekraczała granice.

Za oknem czarny kot zamiauczał żałośnie.

Mara obejrzała się i napotkała spojrzenie wielkich złotych kocich oczu. Może tego zwierzaka rzeczywiście przysłała doktor Carson.

Dziewczyna opuściła ręce na kolana i pozwoliła, żeby podprogram dalej pracował.

Po prostu od tej pory muszę bardziej uważać.

Skupiona na tym celu, usłyszała własne nazwisko. Zaskoczona, odwróciła się do przyciszonego telewizora. Na ekranie widniała jej twarz. Prezenter wiadomości określił ją jako „osobę zamieszaną” w śmierć ambasadorki USA i czterech innych kobiet. Zanim zdążyła zareagować, obraz się zmienił i zobaczyła lotnisko w Lizbonie. W hangarze stała trumna okryta amerykańską flagą. Wokół niej zebrała się garstka mężczyzn i kobiet. Szary odrzutowiec widoczny przez otwarte drzwi hangaru czekał, żeby zabrać ciało do domu.

Zaskoczona Mara nie dosłyszała, co mówiono – dopóki kamera nie przesunęła się na posągową młodą blondynkę w surowym czarnym kostiumie, z poszarzałą twarzą i udręczonym wzrokiem. Była to córka doktor Carson, Laura. Stała przed pękiem mikrofonów.

Mara przysunęła się do telewizora, żeby lepiej słyszeć jej słowa.

– Jeśli ktoś wie cokolwiek o zamordowaniu mojej matki… o miejscu pobytu jej studentki, Mary Silviery… proszę, niech się skontaktuje z władzami. – Na dole ekranu przewijały się numery telefonów. – Proszę, potrzebujemy odpowiedzi.

Laura wyglądała tak, jakby chciała powiedzieć coś więcej. Stała i patrzyła prosto w kamerę, ramiona jej się trzęsły. Potem jakby się zapadła w sobie, zakryła twarz rękami i odwróciła się. Druga kobieta, niemal jej bliźniaczka, podeszła i ją objęła.

– Carly… – Mara wyciągnęła rękę do ekranu, jakby próbowała pocieszyć swoją najlepszą przyjaciółkę. – Tak mi przykro.

Kamera niemal przez wieczność pokazywała dwie młode kobiety pogrążone w żałobie, aż wreszcie reportaż się skończył. Prezenter za biurkiem dodał kilka szczegółów. Zwłoki doktor Carson miały zostać odesłane samolotem do kraju tego popołudnia, razem z rodziną.

Prezenter przeszedł do innych tematów i Mara wyłączyła telewizor.

Z trudem oddychając, jeszcze przez chwilę siedziała bez ruchu i zbierała odwagę, nagle aż nadto świadoma ciężaru na swoich barkach.

Nie mogę tego zrobić sama.

Lotnisko międzynarodowe znajdowało się w odległości zaledwie dwudziestu minut jazdy taksówką. Zerknęła na laptopa, na zegar odliczający postęp podprogramu.

Powinnam mieć więcej czasu.

Złapała płaszcz i ruszyła do drzwi.

Godzina 10.18

Carly chodziła tam i z powrotem po pustej poczekalni dla VIP-ów na lotnisku. Obciągała rąbek szarej bluzki, poprawiała dopasowany czarny żakiet. Przy każdym kroku sztywna skóra nowych butów obcierała jej kostki.

Nic nie leżało dobrze.

Nic nie było dobrze.

Są święta, a ja zabieram mamę do domu w trumnie.

A przynajmniej jej prochy.

Tylko tyle zostało z jej matki po pożarze w ceglanej piwnicy biblioteki. Ogień zmienił ciasne pomieszczenie w makabryczne krematorium. Ciała pięciu ofiar zidentyfikowano tylko po kawałkach metalu – pierścionkach, plombach w zębach, tytanowym implancie biodra.

 

Carly odetchnęła głęboko i odepchnęła od siebie te myśli.

Czuła na sobie spojrzenie agenta Dyplomatycznej Służby Bezpieczeństwa, stojącego na straży przy drzwiach. Śledził wzrokiem jej wędrówkę po małej przestrzeni. Po zamordowaniu ambasadorki USA wzmocniono ochronę jej rodziny. To również nie pasowało Carly. Nie lubiła, kiedy ją niańczono. Jej matka wpoiła obu córkom żarliwą niezależność.

Carly podejrzewała również, że nowych ochroniarzy zatrudniono bardziej na pokaz niż z rzeczywistej troski o jej bezpieczeństwo – demonstracja spóźnionej i niedostatecznej czujności. Gdzie była ochrona przed czterema dniami? Ktokolwiek zamordował jej matkę, dawno zniknął bez śladu. Widziała zdjęcia sprawców, klatki z nagrania, którego w całości nie pozwolono jej zobaczyć. W tych szatach, szarfach i opaskach wyglądali na jakąś fundamentalistyczną sektę, która napada na bezbronne kobiety, wygłaszając religijne bzdury. Wyobraziła sobie, jak uciekają, przybijając jeden drugiemu piątki za odwagę, zanim zejdą do kryjówek.

Dranie.

Spoglądała na drzwi, czując się jak w pułapce. Chciała się stąd wydostać. A przynajmniej znaleźć bar otwarty w święta, gdzie podają Jacka Daniel’sa z colą. Chociaż prawdę mówiąc, obyłaby się bez coli.

Przynajmniej Laura uciekła z tego pokoju. Dotrzymywała towarzystwa ojcu, który załatwiał ostatnie szczegóły. Był dosłownie wrakiem człowieka. Uczył angielskiego w studium policealnym – Essex County – z grubsza w połowie drogi między Princeton, gdzie studiowała Laura, a Uniwersytetem Nowojorskim, na który uczęszczała Carly. Przed rokiem ciężko zniósł diagnozę raka piersi u żony.

A teraz to.

Powinna była pójść z Laurą, ale wzburzona i rozgniewana, była kiepską towarzyszką. Laura lepiej się do tego nadawała, miała bardziej zrównoważone usposobienie. Jako starsza siostra, która musiała się opiekować Carly, zawsze była poważniejsza i z pewnością mniej wybuchowa.

Mimo to Carly wciąż zerkała na drzwi, dręczona wyrzutami sumienia, że z nimi nie poszła.

Jej komórka brzęknęła w kieszeni, sygnalizując nadejście SMS-a.

Pewnie Laura zawiadamiała, że wracają.

Carly wyjęła telefon, spojrzała na ekran i zatrzymała się w pół kroku. Na telefonie wyświetliło się jedno słowo.

Bangkok.

Podjęła spacer, żeby nie zwrócić uwagi ochroniarza. Słowo było szyfrem, pochodziło z rockowego musicalu Chess i piosenki One Night in Bangkok. Ona i Mara obejrzały ten musical na Broadwayu jakieś pięć lat wcześniej; wtedy dopiero się poznały, kiedy Mara przyjechała z jej matką do Stanów. Od tamtego czasu używały tego szyfru, kiedy chciały porozmawiać, jako pytania, czy ta druga jest wolna.

Mara żyje… dzięki Bogu.

Carly wysłała emotkę podniesionego kciuka. Ledwie mogła opanować niecierpliwość, czekając na odpowiedź. Kiedy nadeszła, linijki tekstu wyglądały enigmatycznie.

Terminal 1 łazienka @ odbiór bagażu

Kabina 4

Wyłącz telefon, wyjmij baterię

Niebezpiecznie

Carly zrozumiała znaczenie wiadomości od przyjaciółki. Mara ukrywała się w damskiej toalecie w użytkowej części lotniska. Niewątpliwie była przerażona i popadła w uzasadnioną paranoję. Zaryzykowała jednak kontakt z Carly, wykorzystując ich szyfr.

Carly obawiała się, że przyjaciółka, na pewno przestraszona, nie będzie czekać długo.

Muszę się do niej dostać.

Zastanowiła się, czy nie zadzwonić do Laury albo do ojca, ale oni zapewne zawiadomiliby policję, co mogło spłoszyć Marę albo zwrócić na nią niepożądaną uwagę. Najpierw jednak Carly musiała sobie poradzić z innym problemem.

Przycisnęła rękę do brzucha i zwróciła się do agenta DSB:

– Muszę iść do łazienki. Chyba zwymiotuję.

Przynajmniej pierwsze zdanie było prawdą.

– Proszę za mną – powiedział agent, odwracając się do drzwi.

Ominęła go i wyskoczyła na korytarz.

– Wiem, gdzie to jest.

– Panno Carson, proszę zaczekać…

– Nie mogę… niedobrze mi… – jęknęła głośno.

Pobiegła korytarzem i skręciła za róg. Damska toaleta znajdowała się cztery kroki dalej. Carly kopniakiem otworzyła drzwi, a potem pobiegła dalej korytarzem do schodów prowadzących do głównej hali. Zanurkowała na klatkę schodową i przycisnęła się plecami do ściany.

Udało mi się?

Usłyszała, jak drzwi łazienki zamykają się z trzaskiem, a potem zirytowany głos zawołał z korytarza:

– Zaczekam tu na panią!

Trochę sobie poczekasz.

Po cichu ruszyła w dół po schodach. Na wszelki wypadek wysłała Laurze SMS-a, żeby siostra się nie denerwowała:

Spotkam się z Marą. Niedługo wrócę.

Dotarła do wyjścia i zanurzyła się w rozgardiasz w terminalu.

Okay, najtrudniejsze za mną.

Godzina 10.36

Mara nieustannie postukiwała obcasem w kafelkową podłogę w kabinie toalety. Próbowała się rozerwać, czytając graffiti na ścianach, nabazgrane w wielu językach. Jednak wciąż ściskała telefon obiema rękami.

Miała niewielki nóż zatknięty za pasek, ukryty pod lekkim żakietem. To był zwykły nóż do steków, ukradziony z tacy obsługi hotelowej pozostawionej na korytarzu w pierwszym hotelu, w którym się zatrzymała. Mimo to rękojeść uciskająca biodro dodawała jej odwagi.

Zamknięta w kabinie, nadstawiała uszu na każdy odgłos kroków i szum spłukiwanej toalety. Słuchała, jak matka sztorcuje dziecko, żeby umyło ręce. Potem nagle szybkie kroki zatrzymały się przed jej kabiną. Zastukano do drzwi.

Odsunęła się dalej.

– Oc… ocupado – wyjąkała po portugalsku.

– Mara, to ja. Carly.

Poderwała się, odsunęła zasuwkę i wyskoczyła z kabiny. Natychmiast wpadła w objęcia przyjaciółki. Matka przy umywalce spojrzała na nie z zaskoczeniem, przyciągnęła do siebie córeczkę i wyprowadziła ją pospiesznie.

Mara dostrzegła odbicie ich dwóch w lustrze. Splecione w uścisku, wyglądały jak mroczny księżyc zaćmiewający słońce. Czarne włosy Mary, skóra barwy mokki i ciemnobursztynowe oczy kontrastowały ze złotymi lokami Carly, jasną cerą i błękitnymi oczami.

Mocno obejmowała przyjaciółkę. Nie obchodziło jej, jak to wygląda. Nagle zaczęła szlochać w ramionach Carly, wylewała z siebie całe przerażenie, żal i poczucie winy.

– Tak… tak mi przykro – wykrztusiła, rozpaczliwie chwytając powietrze. – Przepraszam.

Carly przytuliła ją.

– Nie masz za co przepraszać. Tak się cieszę, że żyjesz.

– Twoja mama… ona, ona…

– Kochała cię. Czasami myślę, że bardziej niż mnie.

Mara pokręciła głową.

– Tak się cieszę, że po mnie przyszłaś.

– Jak mogłabym nie przyjść? – Carly odsunęła się, trzymając Marę na odległość ramienia. – Jesteś bezpieczna. Zabieram cię do Laury i mojego taty.

– Dokąd?

Carly obejrzała się na drzwi łazienki.

– Niedaleko. Ale lepiej wracajmy, zanim ten facet z ochrony narobi krzyku. Chodź.

Mara pozwoliła się wyprowadzić za rękę przez drzwi do zatłoczonego miejsca odbioru bagażu. Chociaż był dzień Bożego Narodzenia, pasażerowie zapełniali międzynarodowy terminal. Wokół brzęczało mnóstwo języków; zmęczeni, udręczeni, sfrustrowani ludzie usiłowali dostać się gdzieś na święta.

Ta rozmaitość języków coś jej przypomniała. Wyobraziła sobie dane podprogramu wlewające się do procesora Xénese. Ścisnęła rękę Carly i zatrzymała ją w samym środku rozgorączkowanego tłumu.

Przyjaciółka się odwróciła.

– Co się stało?

– Mój komputer. – Mara spojrzała w stronę wyjścia. – Zostawiłam go włączonego w hotelu.

– Wciąż masz Xénese?

Oddech Mary przyspieszył.

– Kiedy twoja matka… kiedy nastąpił atak, stało się coś dziwnego. Procesor zaczął się dziwnie zachowywać, w końcu pokazał jakiś symbol, jakby to było ważne. – Chwyciła Carly za ramię. – Myślę, że to naprawdę jest ważne. Jakby próbował się komunikować, ale nie wiem, co i dlaczego myślał.

– Więc znowu go uruchomiłaś – stwierdziła Carly. – Próbujesz go nakłonić, żeby ci powiedział. Sprytnie.

– Jego działanie wydawało się zbyt celowe. Może to nic… albo…

– Albo może miało coś wspólnego z tym napadem.

Mara przygryzła dolną wargę.

Może.

– Chodźmy do Laury i mojego taty. Oni będą wiedzieli, co robić.

Mara kiwnęła głową i ruszyły, trzymając się za ręce. Ale zaledwie zrobiły trzy kroki, coś złapało wolne ramię Mary, szarpnęło ją do tyłu i oderwało od przyjaciółki. Pod wpływem wstrząsu Carly straciła równowagę i poleciała prosto w ramiona potężnego mężczyzny, który jakby na to czekał. Objął ją od tyłu, wyraźnie w złych zamiarach.

Ręka trzymająca Marę obróciła ją dookoła. Widok napastnika zdusił krzyk w jej gardle. Górował nad nią umięśniony olbrzym. Lecz to jego twarz, o oliwkowej cerze i bezdennych czarnych oczach, napełniła ją zgrozą.

Zwłaszcza cztery pokryte strupami zadrapania na policzku.