Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niemniej spoglądając w górę, na skrzydlate cienie szybujące pod ceglanym sklepieniem, Charlotte poczuła ukłucie przesądnego lęku – a także odrobinę rozbawienia.

Co by to było za zgromadzenie czarownic bez nietoperzy?

Nawet ta noc została specjalnie wybrana. Dziś zakończyło się tygodniowe naukowe sympozjum. Jutro uczestnicy wrócą do domów, rozjadą się na wszystkie strony świata, żeby spędzić święta z rodziną i przyjaciółmi. Ale tego wieczoru w mieście zapłoną niezliczone ogniska, wokół których zabrzmi wesoła muzyka, i wszyscy będą świętować zimowe przesilenie, najdłuższą noc w roku.

Charlotte spojrzała na zegarek, wiedząc, że jest spóźniona. Wciąż miała na sobie elegancki strój ze świątecznego przyjęcia w ambasadzie: szeroką czarną spódnicę do kostek i krótki żakiet na błękitnej bluzce. Włosy gładko zaczesała do tyłu. Przedwcześnie posiwiały, zrobiły się rzadkie i krótkie po serii chemioterapii przed dziewięcioma miesiącami. Później nie zawracała sobie głowy farbowaniem czy przedłużaniem. Odkąd przeżyła brutalne i upokarzające okrucieństwo raka, próżność wydawała się niemądrą stratą czasu. Nie miała już cierpliwości do takich błahostek.

Zresztą i tak brakowało jej wolnego czasu.

Spojrzała na zegarek i zmarszczyła brwi.

Jeszcze tylko cztery minuty.

Wyobraziła sobie słońce po drugiej stronie świata, wznoszące się nad zwrotnikiem Koziorożca. Słońce znajdujące się na tej szerokości geograficznej wyznacza moment prawdziwego przesilenia, kiedy zima nieuchronnie przechodzi w lato, kiedy ciemność ustępuje przed światłem.

Idealny czas na tę demonstrację.

Udowodnienie teorii.

– Fiat lux – szepnęła.

Niech się stanie światło.

Przed nią jaśniejszy blask płynął z łukowatego przejścia, otwierającego się na spiralne schody, które prowadziły do niższych poziomów biblioteki. Ten najwyższy nazywał się Szlachetny ze względu na jego piękno i historię. Dokładnie pod nim Średni Poziom stanowił wyłączną domenę bibliotekarzy, gdzie przechowywano dla bezpieczeństwa większość najrzadszych ksiąg.

Lecz miejsce, do którego zmierzała Charlotte, znajdowało się jeszcze o poziom niżej.

Wyczuwając, że czas nagli, pospieszyła w stronę łukowatego wejścia.

Pozostałe już z pewnością zebrały się na dole. Charlotte przebiegła pod portretem portugalskiego króla Jana V, który założył tę bibliotekę, i dotarła do stopni wijących się w dół aż do najniższego poziomu.

Schodząc w kółko i w kółko po ciasnych schodach, usłyszała cichy pomruk głosów wznoszących się na jej powitanie. Na ostatnim stopniu przystanęła przed solidną czarną żelazną bramą. Jedno skrzydło zostawiono uchylone dla niej. Napis na bramie głosił: PRISÃO ACADÉMICA.

Uśmiechnęła się na myśl o więzieniu zbudowanym pod biblioteką. Wyobrażała sobie, że zamykano tu krnąbrnych studentów albo pijanych profesorów. Ten poziom stanowił niegdyś część oryginalnych lochów królewskiego pałacu i służył za uniwersyteckie więzienie aż do 1834 roku. Obecnie pozostał jedynym zachowanym przykładem średniowiecznego więzienia w całej Portugalii.

Wśliznęła się przez bramę do lochu. Spora część tego poziomu była otwarta dla turystów, natomiast zamknięte pomieszczenia wykorzystywano jako dodatkowe magazyny książek. Ruszyła na sam koniec, gdzie do średniowiecznych murów przeniknęła nowoczesność. W nieużywanej tylnej piwnicy zainstalowano nowy system komputerowy, włącznie z systemem digitalizacji książek, by jeszcze lepiej chronić skarby zgromadzone na górze.

Podczas tego zimowego przesilenia komputery posłużą do nowego celu – nie do zachowania przeszłości, ale do spojrzenia w przyszłość.

Kiedy Charlotte weszła do piwnicy, przywitał ją kobiecy głos:

– Ach, embaixador Carson, zdążyła pani na czas.

Eliza Guerra, kierowniczka Biblioteki Joanina, w wyprasowanym granatowym kostiumie i białej bluzce, podeszła i cmoknęła Charlotte w oba policzki, a potem szybko uścisnęła jej przedramię. Podniecenie aż kipiało w małej bibliotekarce.

– Nie wiedziałam, czy dam radę – wyjaśniła Charlotte z przepraszającym uśmiechem. – W ambasadzie brakuje personelu i panuje chaos z powodu nadchodzących świąt.

Jako ambasador USA w Portugalii Charlotte miała tego wieczoru tysiące obowiązków, włącznie ze złapaniem nocnego lotu do Waszyngtonu, żeby dołączyć do męża i dwóch córek. Starsza, Laura, przyjechała z Princeton – Alma Mater Charlotte – gdzie robiła magisterium z biotechnologii. Druga córka, Carly, była bardziej niesforna i próbowała spełnić marzenia o karierze muzycznej na Uniwersytecie Nowojorskim, a jednocześnie studiowała inżynierię jako zabezpieczenie.

Charlotte była ogromnie dumna z obu córek.

Żałowała, że nie ma ich tutaj, żeby dzieliły z nią tę chwilę. Również ze względu na nie pomagała założyć tę organizację, składającą się z kobiet naukowców i badaczy. Ta fundacja charytatywna stanowiła odgałęzienie większej Grupy Coimbra, związku prawie czterdziestu uniwersytetów badawczych rozrzuconych po całym globie.

W trosce o to, by wspierać, rozwijać i łączyć działalność naukową kobiet, Charlotte i pozostałe zebrane tu cztery członkinie stworzyły Bruxas International, nazwaną od portugalskiego słowa „czarownice”. Przez stulecia kobiety, które leczyły chorych, eksperymentowały z ziołowymi kuracjami albo po prostu kwestionowały istniejący porządek świata, ogłaszano heretyczkami albo czarownicami. Nawet tutaj, w Coimbrze – mieście cieszącym się długą tradycją naukową – palono je na stosach, często podczas makabrycznych widowisk zwanych Auto-da-fé albo „aktami wiary”, kiedy płonęły jednocześnie dziesiątki heretyków i apostatów.

Zamiast odrzucać to piętno, Charlotte i jej towarzyszki postanowiły nosić je z dumą, dlatego prowokująco nazwały swoją fundację Bruxas.

Ale metafora nie ograniczała się do nazwy.

Eliza Guerra uruchomiła już stację komputerową. Na ekranie rozbłysnął symbol ich organizacji i obracał się powoli. Był to pentagram wpisany w okrąg.


Pięć promieni gwiazdy przedstawiało pięć obecnych tu kobiet – pierwotny kowen – które przed sześciu laty założyły tę organizację na Uniwersytecie w Coimbrze. Nie miały wyznaczonej przywódczyni. We wszystkich sprawach decydowały wspólnie przez głosowanie.

Charlotte uśmiechnęła się ponad ramieniem Elizy do trzech pozostałych: doktor Hannah Fest z Uniwersytetu w Kolonii, profesor Ikumi Sato z Uniwersytetu w Tokio i doktor Sophii Ruiz z Uniwersytetu w São Paulo. Chociaż Charlotte przed rokiem otrzymała stanowisko ambasadora – w dużej mierze dzięki swojej roli w tworzeniu tej międzynarodowej organizacji z siedzibą w Portugalii – pierwotnie była naukowcem jak tamte, wykładała w Princeton i reprezentowała Stany Zjednoczone.

Pomimo różnic tych pięć kobiet – wszystkie po pięćdziesiątce – wybiło się każda w swojej dziedzinie mniej więcej jednocześnie, napotkało podobne trudności z powodu swojej płci, doświadczyło takiej samej dyskryminacji i poniżenia. Oprócz naukowego zacięcia łączyła je ta właśnie więź. Ich celem było wyrównanie szans, zachęcanie młodych kobiet do kariery naukowej, pomaganie im i wspieranie poprzez stypendia, praktyki naukowe i doradztwo.

Ich wysiłki przyniosły już wspaniałe rezultaty na całym świecie – zwłaszcza tutaj.

Hannah nachyliła się w stronę mikrofonu stojącego obok klawiatury komputerowej.

– Mara, jesteśmy wszystkie na miejscu. – Mówiła po angielsku z ciężkim teutońskim akcentem. – Zaczynaj prezentację, kiedy będziesz gotowa.

Odstąpiła i ekran się podzielił. Pentagram skurczył się i przesunął na bok, odsłaniając młodą twarz Mary Silviery. Zaledwie dwudziestojednoletnia, już od pięciu lat studiowała w Coimbrze, uzyskawszy stypendium z Bruxas w wieku szesnastu lat. Pochodziła z małej wioski w galicyjskim regionie północnej Hiszpanii i przyciągnęła uwagę licznych firm technologicznych, kiedy opublikowała aplikację translatorską przyćmiewającą wszystkie inne dostępne wówczas na rynku. Niewątpliwie wykazywała wrodzony talent zarówno do komputerów, jak i językoznawstwa.

Nawet na ekranie z jej oczu biła czysta inteligencja. A może tylko duma. Ciemna, kawowa karnacja i długie proste, czarne włosy sugerowały domieszkę mauretańskiej krwi w przeszłości jej rodziny. Obecnie znajdowała się po drugiej stronie kampusu, w uniwersyteckiej Pracowni Zaawansowanych Systemów Obliczeniowych, która mieściła klaster Milipeia, jeden z najpotężniejszych superkomputerów na kontynencie.

Mara zerknęła w bok.

– Rozpocznę cykl Xénese. W ciągu minuty powinnyśmy być online.

Kobiety przysunęły się bliżej. Charlotte spojrzała na zegarek.

22.23.

W samą porę.

Ponownie wyobraziła sobie słońce wiszące nad zwrotnikiem Koziorożca, oznaczające kulminację zimowego przesilenia, obiecujące koniec ciemności i powrót światła.

Zanim do tego doszło, głośno szczęknęło żelazo. Wszystkie kobiety odwróciły się, zaskoczone.

Przez czarną bramę do więzienia wtargnęła zbita grupa zakapturzonych ciemnych postaci. Intruzi trzymali w rękach duże, błyszczące pistolety. Rozproszyli się, zamykając pięć kobiet w pułapce.

Z komputerowego pomieszczenia nie było innego wyjścia.

Z sercem walącym w gardle Charlotte cofnęła się o krok. Zasłoniła własnym ciałem monitor i pomacała na ślepo za plecami. Przesunięciem i kliknięciem komputerowej myszy zwinęła obraz Mary Silviery, żeby chronić młodą kobietę oraz zrobić z niej niemego świadka. Mikrofon i kamera nadal działały, toteż Mara mogła widzieć, słyszeć, a nawet nagrywać to, co się wkrótce stało.

Kiedy postacie zbliżyły się do kobiet, Charlotte pomyślała, że Mara powinna wezwać policję, chociaż było mało prawdopodobne, żeby ratunek przybył na czas. Nie wiedziała nawet, czy Mara zdaje sobie sprawę ze zmiany sytuacji, bo zapewne skupiała się na swojej zbliżającej się prezentacji.

 

Napastników było ośmiu – sami mężczyźni – w czarnych szatach, ze szkarłatnymi jedwabnymi szarfami zawiązanymi na oczach. Jednak sądząc po ich zachowaniu i precyzyjnych ruchach, najwyraźniej doskonale widzieli przez te opaski.

Eliza Guerra wystąpiła do przodu, gotowa bronić swojej biblioteki.

– Co to ma znaczyć? Czego chcecie?

Odpowiedziało jej denerwujące milczenie.

Napastnicy rozstąpili się, żeby przepuścić dziewiątego mężczyznę, widocznie przywódcę. Miał dobrze powyżej metra osiemdziesięciu wzrostu i nosił szkarłatną szatę z czarną przepaską na oczach – lustrzane odbicie stroju pozostałych. Zamiast broni trzymał w rękach gruby tom. Wytarta skórzana okładka miała ten sam odcień szkarłatu co jego szata. Tytuł wytłoczony złotymi literami był wyraźnie widoczny: Malleus Maleficarum.

Charlotte skuliła się, bo nadzieja w niej zgasła. Dotąd modliła się, żeby to był zwykły napad rabunkowy. Biblioteka zawierała wiele bezcennych woluminów. Lecz na widok księgi w rękach mężczyzny ogarnęła ją rozpacz. To wyglądało na pierwsze wydanie, z którego zachowało się tylko kilka egzemplarzy. Jeden przechowywano tutaj, w Bibliotece Joanina. Z chmurnej miny Elizy wywnioskowała, że to może być to samo wydanie, wykradzione z półki.

Książkę napisał w piętnastym wieku katolicki ksiądz, niejaki Heinrich Kramer. Łaciński tytuł tłumaczyło się jako Młot na czarownice. Służąca za podręcznik rozpoznawania, prześladowania i torturowania czarownic, należała do najbardziej krwawych i najczęściej piętnowanych ksiąg w historii ludzkości. Według szacunkowych ocen liczba przypisywanych jej ofiar przekraczała sześćdziesiąt tysięcy.

Charlotte spojrzała na swoje towarzyszki.

A teraz będzie jeszcze pięć więcej, pomyślała.

Pierwsze słowa przywódcy potwierdziły jej obawy.

– Maleficos non patieris vivere.

Rozpoznała przestrogę z Księgi Wyjścia.

Czarownicy żyć nie dozwolisz.

Mężczyzna mówił dalej po angielsku, chociaż z hiszpańskim akcentem.

– Xénese nie może zaistnieć – zaintonował. – To abominacja zrodzona z czarów i nieczystości.

Charlotte uniosła brwi.

Skąd on wie, czego próbujemy dokonać tej nocy?

Jednak ta tajemnica musiała zaczekać. Pistolety jednoznacznie mierzyły w kobiety, podczas gdy dwaj mężczyźni przynieśli dwa pięciogalonowe kanistry. Charlotte przeczytała napis na jednym: Querosene. Nie potrzebowała biegłej znajomości portugalskiego, żeby rozpoznać zawartość, zwłaszcza kiedy napastnicy przechylili kanistry i wylali oleisty płyn na podłogę.

Duszący zapach nafty szybko wypełnił ciasne pomieszczenie.

Kaszląc, Charlotte wymieniła spojrzenia ze swoimi przerażonymi towarzyszkami. Pracowały razem od sześciu lat i dobrze się znały. Nie potrzebowały słów. Nie były przykute do drewnianych słupów. Jeśli nadszedł ich koniec, te czarownice zginą, walcząc.

Lepsza kula niż ogień.

Uśmiechnęła się szyderczo do przywódcy.

– Wsadź to sobie, gnojku!

Pięć kobiet z chlupotem rzuciło się na napastników przez kałużę nafty. Pistolety wypaliły, ogłuszająco głośne w zamkniętej przestrzeni. Charlotte poczuła, że pociski wbijają się w jej ciało, ale rozpęd doniósł ją do przywódcy. Sięgnęła rozczapierzonymi rękami do jego twarzy, wbiła w nią głęboko paznokcie, rozorała policzek, zerwała mu opaskę i zobaczyła furię w jego odsłoniętych oczach.

Odrzucił przeklętą księgę i odepchnął kobietę. Wylądowała na kamiennej podłodze obok kałuży nafty. Podparła się jednym ramieniem i rozejrzała po pomieszczeniu. Ze zgrozą zobaczyła cztery pozostałe kobiety leżące bez ruchu na podłodze; ich krew mieszała się z naftą.

Szybko osłabła i też osunęła się na podłogę.

Przywódca zaklął i rzucił jakieś rozkazy po hiszpańsku.

Spod szat wyjęto pół tuzina koktajli Mołotowa i szybko podpalono.

Charlotte zignorowała je, bo ogarniało ją zimno, które tłumiło strach przed nadchodzącym żarem. Spojrzała w głąb pokoju, gdzie jakiś ruch przyciągnął jej gasnący wzrok. Pentagram Bruxas na ekranie komputera wirował szybko, znacznie szybciej niż wcześniej, jakby poruszony tym, co się stało.



Zdumiona, wpatrywała się w rozmazany obraz.

Czy Mara próbowała jej coś zasygnalizować?

Koktajle Mołotowa rozbiły się o ściany. Płomienie strzeliły wysoko i fala żaru oblała Charlotte.

Umierająca kobieta wciąż jednak wpatrywała się w serce ognia.

Symbol na ekranie przyspieszał jeszcze przez parę sekund – potem nagle znieruchomiał. Ale środek się nie zatrzymał. Fragmenty oderwały się i rozproszyły.



Przywódca, widocznie także zaintrygowany tą zagadką, podszedł do nieruchomego ciała Charlotte. Chociaż ze swojego miejsca na podłodze nie widziała jego twarzy, wyczuwała zdziwienie mężczyzny. W pentagramie pozostały tylko dwa promienie gwiazdy, niczym diabelskie rogi.



Najwyraźniej zobaczył to samo co ona, bo zesztywniał, wyraźnie obrażony. Zatoczył się do tyłu, podniósł ramię i krzyknął po hiszpańsku:

– Znisz… zniszczyć ten computadora!

Ale było już za późno. Obraz zmienił się po raz ostatni – wykonał ćwierć obrotu.



Pistolety trzasnęły, kule przeszyły ogień. Ekran komputera pękł i pociemniał. Charlotte opadła bezwładnie i podążyła za ciemnością, wypatrując obiecanego światła na końcu, modląc się o bezpieczeństwo Mary.

Lecz jeden obraz wciąż towarzyszył jej w głębinach. Płonął jasno przed oczami jej duszy. To był ostatni obraz widoczny na ekranie. Krąg wokół pentagramu zniknął i pozostał tylko nowy symbol, który urósł i wypełnił ekran, zanim kule dosięgły monitora.



Wyglądał jak grecka litera.

Sigma.

Nie wiedziała, co znaczy ten symbol, ale jego doniosłość dała umierającej nadzieję.

Nadzieję dla świata.

CZĘŚĆ PIERWSZA
DUCH W MASZYNIE
Σ

1

Silver Spring, Maryland, USA

24 grudnia, godzina 21.06 czasu miejscowego


Kiedy moneta wirowała w powietrzu, komandor Grayson Pierce poczuł narastający niepokój. Siedział na stołku obok swojego najlepszego przyjaciela, Monka Kokkalisa, który rzucił ćwierćdolarówkę wysoko nad mahoniowym barem.

Inni klienci Quarry House Tavern zgromadzili się wokół nich, pijani, hałaśliwi i kłótliwi, i czekali na upadek monety. Po drugiej stronie tawerny mały zespół zarzynał The Little Drummer Boy w wersji rockabilly. Ciężki łomot basowego bębna rezonował w żebrach Graya, potęgując napięcie.

– Reszka! – zawołał Monk, kiedy ćwierćdolarówka błysnęła przelotnie w słabym świetle.

To był trzynasty rzut monetą.

Tak jak dwanaście razy wcześniej, ćwierćdolarówka spadła płasko na jego dłoń. Profil Jerzego Waszyngtona zalśnił, doskonale widoczny dla wszystkich.

– I jest reszka! – potwierdził Monk trochę bełkotliwym głosem.

W tłumie rozległy się jęki i wiwaty, zależnie od tego, czy ktoś stawiał na niego, czy przeciw niemu. Trzynasty raz z rzędu Monk rzucił monetą i prawidłowo odgadł, co wypadnie. Czasami orzeł, czasami reszka. Po każdym udanym rzucie Gray i jego przyjaciel dostawali w nagrodę darmową dolewkę.

Barman schylił się pod knajpianą maskotką – wiszącym łbem dzika, teraz przystrojonym czerwoną czapką Świętego Mikołaja – i przyniósł dzbanek guinnessa.

Podczas gdy ciemne piwo wypełniało kufle, jakiś bysior wepchnął się między Graya i Monka, o mało nie zwalając Graya ze stołka. Cuchnął whisky i tłuszczem.

– To sztuczka… pieprzona sztuczka. On używa fałszywej ćwierćdolarówki. – Chwycił monetę i zaczął ją oglądać przekrwionymi oczami.

Inny klient – widocznie kumpel oskarżyciela – próbował go odciągnąć. Dobrana z nich była para: przed trzydziestką, takie same bluzy z podwiniętymi rękawami, tak samo krótko ścięte włosy. Lobbyści, może prawnicy, ocenił Gray. Tak czy owak, brakowało im tylko pieczątek na czołach: BYŁY CZŁONEK BRACTWA STUDENCKIEGO.

– Daj spokój, Bryce – łagodził mniej pijany z tej dwójki. – Facet użył z sześciu różnych monet. Raz nawet dziesięciocentówki. To nie może być sztuczka z monetą.

– Gówno prawda. To oszust.

Próbując się uwolnić z uścisku kumpla, Bryce stracił chwiejną równowagę. Zamachał rękami, nieświadomie celując łokciem w twarz Graya.

Komandor zdążył się uchylić i poczuł na nosie podmuch powietrza. Rozpędzone ramię trafiło w bok przechodzącą kelnerkę, dźwigającą na ramieniu ciężką tacę. Szklanki, talerze i jedzenie – głównie frytki i krokiety ziemniaczane – poleciały w powietrze.

Gray zerwał się i złapał młodą kobietę w talii. Podtrzymał ją i osłonił przed deszczem szkła spadającym na bar.

Monk już wstał i napierał na pijanego mężczyznę.

– Odejdź, koleś, bo zobaczysz.

– Bo co? – zaszydził Bryce. Bynajmniej się nie przestraszył, tym bardziej że ogolona głowa Monka sięgała mu ledwie do ramienia.

Monk musiał wyciągnąć szyję, żeby spiorunować wzrokiem przeciwnika. Na domiar złego w grubym wełnianym swetrze, maskującym twarde mięśnie wyrobione przez lata w Zielonych Beretach, wyglądał jak mięczak. A wesoła choinka wyhaftowana z przodu swetra – prezent od jego żony Kat – raczej nie mogła skłonić Bryce’a, żeby się wycofał.

Wyczuwając narastające napięcie, Gray wypuścił kelnerkę z objęć.

– Nic się pani nie stało?

Kiwnęła głową i odsunęła się w bezpieczne miejsce.

– Nie, dzięki.

Barman nachylił się i wskazał drzwi.

– Wyjdźcie na dwór, chłopcy.

Tymczasem następni kumple Bryce’a z bractwa zebrali się wokół tych dwóch, gotowi wesprzeć towarzysza.

Wspaniale.

Gray sięgnął obok Bryce’a, żeby wyciągnąć Monka z tej sytuacji.

– Wynośmy się stąd – rzucił.

Zanim dosięgnął przyjaciela, ktoś pchnął go z tyłu. Pewnie któryś z tej paczki, przekonany, że Gray zamierza się na ich kumpla. Komandor wpadł na Bryce’a, co podziałało jak płachta na byka – Bryce ryknął i wyprowadził sierpowy w szczękę Monka.

Ten uchylił się, chwycił pięść napastnika i zatrzymał w powietrzu.

Bryce uśmiechnął się pogardliwie, napinając bicepsy napakowane w siłowni, gotowy wyrwać rękę. Potem Monk ją ścisnął. Pogardliwy uśmieszek agresora zmienił się w grymas bólu.

Monk mocniej zacisnął palce, zmuszając gościa do przyklęknięcia na jedno kolano. Ręka Monka była w rzeczywistości protezą, skonstruowaną z użyciem najnowszej wojskowej technologii. Prawie nieodróżnialna od prawdziwej, łatwo mogła rozłupywać orzechy – a w tym przypadku kości pijanego chama.

Teraz to Bryce, klęcząc na podłodze, musiał wyciągać szyję, żeby spojrzeć na przeciwnika.

– Powtórzę tylko jeszcze jeden raz, koleś – ostrzegł Monk. – Spadaj.

Jeden z kumpli Bryce’a próbował się wtrącić, ale Gray zablokował go ramieniem i wbił w niego lodowaty wzrok. W przeciwieństwie do przyjaciela nie ukrywał swoich mięśni pod luźnym swetrem, tylko podkreślał je obcisłą koszulką. W dodatku nie golił się od dwóch dni. Wiedział, że ciemna szczecina nadaje jeszcze większą szorstkość twardym płaszczyznom jego twarzy.

Obrońca Bryce’a wycofał się, ewidentnie wyczuwając drapieżnika.

– Skończyliśmy? – zapytał Monk swojego jeńca.

– Tak, człowieku, okay.

Wypuścił pięść Bryce’a, ale dopiero wtedy, kiedy przewrócił go na bok. Przestąpił nad nim z groźną miną, ale mijając Graya, mrugnął do niego.

– Teraz możemy iść.

Komandor ruszył za nim. Twarz Bryce’a pociemniała i to było jedyne ostrzeżenie. Upokorzony na oczach swojej paczki, widocznie musiał zachować twarz. Poderwał się, napędzany toksyczną mieszanką whisky i testosteronu, i rzucił się w stronę pleców Monka, zamierzając zaatakować od tyłu.

Już dość…

Gray złapał go za nadgarstek, kiedy ten go mijał. Wykorzystując masę i rozpęd napastnika, wprawnie wykręcił mu rękę za plecami. Uniósł Bryce’a na palce i tak trzymał, uważając, żeby nie naderwać mu mięśni barku.

Poskromiwszy napastnika, zamierzał go opuścić na ziemię. Ale Bryce jeszcze nie skończył; niemal zapluwając się z wściekłości, szamotał się i próbował walnąć Graya łokciem.

– Wal się. Moi kumple i ja dopadniemy was…

To by było na tyle, jeśli chodzi o zachowanie umiaru.

Gray szarpnął go mocniej za ramię. Kość pękła z głośnym trzaskiem, a ból stłumił resztę pogróżek.

– Jest cały wasz! – krzyknął Gray, popychając Bryce’a w objęcia przyjaciół.

 

Nikt nie pofatygował się, żeby go złapać.

Z okrzykiem bólu Bryce runął głową naprzód na podłogę. Gray popatrzył na pozostałych, milcząco prowokując ich, żeby wystąpili przeciwko niemu. Dostrzegł swoje odbicie w lustrze za barem. Proste ciemnoblond włosy o popielatym odcieniu miał zmierzwione, twarz pociemniałą, lodowato błękitne oczy zdawały się jarzyć groźbą.

Rozpoznając niebezpieczeństwo, kolesie Bryce’a wycofali się w głąb baru.

Zadowolony z rozwiązania sprawy, Gray odwrócił się i wyszedł. Dogonił przyjaciela na podeście przed barem. Monk, znany z bezdennego żołądka, zerkał na podświetlony szyld sąsiedniej hinduskiej restauracji.

– Co tak długo? – zapytał, nie odwracając się.

– Musiałem dokończyć to, co zacząłeś.

Monk wzruszył ramionami.

– Pewnie potrzebowałeś upuścić trochę pary.

Komandor skrzywił się, ale musiał przyznać, że ta drobna utarczka pomogła mu się odprężyć znacznie bardziej niż kilka szklanek guinnessa.

Przyjaciel wskazał na szyld restauracji, ale Gray go powstrzymał.

– Nawet o tym nie myśl. – Spojrzał na zegarek i podszedł do krawężnika. – Poza tym czekają na nas cztery panie.

– Racja. – Monk podszedł do Graya, który przywołał taksówkę. – A dwie z nich nie usną bez buziaka na dobranoc.

Mówił o swoich córkach, Penny i Harriet, którymi opiekowały się lepsze połowy obu mężczyzn. Żona Monka, Kat, przywiozła dziewczynki do domu Graya w Takoma Park na przedmieściach Waszyngtonu. Rodzina Monka miała zostać na noc, żeby spędzić świąteczny poranek z Grayem i Seichan, która była w ósmym miesiącu ciąży. Wcześniej tego wieczoru mężczyźni zostali wypędzeni z domu. Kat wygoniła ich pod pretekstem, że ona i Seichan muszą zapakować prezenty pod choinkę, jednak chociaż kapitan Kathryn Bryant była dawnym oficerem wywiadu, Gray z łatwością przejrzał wymówkę. Seichan była nienormalnie spięta, wyraźnie przytłoczona tym, co ją czekało, i Kat chciała z nią porozmawiać w cztery oczy – jak doświadczona matka z przyszłą matką.

Gray podejrzewał, że wychodne tego wieczoru miało uspokoić również jego nerwy. Wyciągnął rękę i ścisnął przedramię przyjaciela, dziękując mu bez słów. Monk miał rację. Rzeczywiście potrzebował spuścić trochę pary.

Taksówka podjechała do krawężnika i dwaj mężczyźni wsiedli.

W środku Gray z jękiem odchylił głowę na oparcie.

– Nie wypiłem tyle od lat. – Rzucił Monkowi karcące spojrzenie. – I wątpię, czy DARPA się ucieszy, że wykorzystujesz ich najnowszy hardware, żeby wyłudzać darmowe piwo.

– Nie zgadzam się. – Moneta pojawiła się jakby znikąd i Monk podrzucił ją w powietrze. – Zachęcali mnie, żebym ćwiczył motorykę.

– A jednak ten pijany gość z bractwa miał rację. Oszukiwałeś.

– To nie oszustwo, kiedy chodzi o umiejętności.

Gray przewrócił oczami, co tylko sprawiło, że wnętrze taksówki zawirowało. Przed pięcioma miesiącami Monk przeszedł operację, podczas której wszczepiono mu chirurgicznie eksperymentalny interfejs mózg/maszyna. Do kory somatosensorycznej jego mózgu podłączono szereg mikroelektrod wielkości dziesięciocentówek, które pozwalały mu kierować nową neuroprotezą za pomocą samej myśli, nawet „czuć” to, czego ona dotyka. Ponieważ lepiej wyczuwał przedmioty w przestrzeni i nimi manipulował, mógł dostroić swoją kontrolę motoryczną z niezwykłą precyzją, toteż rzucając monetą, dokładnie wiedział, co wypadnie.

Początkowo Graya bawiła ta „sztuczka”, ale przy każdym kolejnym rzucie narastała w nim niejasna obawa. Nie potrafił tego wyjaśnić. Może chodziło o utratę kobiety, którą niegdyś kochał: poniosła śmierć z powodu nieudanego rzutu monetą. A może to nie miało nic wspólnego z rzucaniem monetami, po prostu coraz bardziej denerwował się swoim zbliżającym się ojcostwem. Nigdy nie potrafił się dogadać z własnym ojcem, który szybko wpadał w gniew i przekazał mu tę cechę.

Znowu usłyszał trzask łamanego ramienia pijaka z baru. W głębi duszy wiedział, że mógł poskromić tego bydlaka, nie robiąc mu prawdziwej krzywdy, ale nie był w stanie się powstrzymać. Ta świadomość sprawiła, że znowu ogarnęły go wątpliwości.

Jakim ojcem się stanę? Czego nauczę moje dziecko?

Zamknął oczy, żeby taksówka przestała wirować. W tej chwili wiedział tylko, że cieszy się z powrotu do domu. Wyobraził sobie Seichan. W ósmym miesiącu wyglądała wspaniale. W ciąży stała się jeszcze piękniejsza, wręcz uwodzicielska. Słyszał już wcześniej, że ciężarne kobiety promienieją, ale zaczął w to wierzyć dopiero w ostatnich miesiącach. Migdałowa skóra Seichan – zdradzająca jej euroazjatyckie pochodzenie – teraz jaśniała blaskiem, który zapierał mu dech w piersi. Jej szmaragdowe oczy płonęły, czarne włosy migotały niczym skrzydła kruka w locie. I przez cały czas rygorystycznie przestrzegała reżimu ćwiczeń, zachowując siłę i sprawność, jakby wzmacniała swoje ciało, żeby chronić to, co rosło w jej wnętrzu.

– Orzeł – szepnął Monk.

Gray otworzył oczy i patrzył, jak ćwierćdolarówka ląduje na dłoni przyjaciela. Profil Jerzego Waszyngtona zabłysnął w półmroku. Gray uniósł brwi.

Monk wzruszył ramionami.

– Jak mówiłem, potrzebuję więcej ćwiczeń.

– Albo obietnicy darmowego piwa.

– Hej, przestań narzekać. Lepiej zacznij oszczędzać każdego centa, dziesiątkę i ćwierćdolarówkę. – Znowu rzucił monetą. – Pampersy nie są tanie.

Czy z powodu tego ostrzeżenia, czy samego rzutu monetą Gray znowu poczuł ukłucie niepokoju. Wkrótce jednak skręcili w jego ulicę, co pomogło mu opanować nerwy.

Po obu stronach ulicy stały urokliwe domy w stylu wiktoriańskim lub amerykańskim. Pod wieczór się ochłodziło i w powietrzu wisiała lodowata mgła. Gwiazdy słabo świeciły na niebie, przegrywając konkurencję ze sznurami choinkowych lampek, podświetlonymi reniferami na podwórzach i rozjarzonymi choinkami w oknach.

Taksówka podjechała do domu Graya. Ganek zdobiły lampki w kształcie sopli, cicho podzwaniające. Monk przed paroma tygodniami pomógł wszystko zawiesić. Gray próbował sobie wyobrazić, że wychowuje tu dzieci, gra w piłkę na podwórzu, bandażuje podrapane kolana, podziwia stopnie na świadectwach i chodzi na szkolne przedstawienia.

Lecz chociaż bardzo chciał w to uwierzyć, jakoś nie potrafił. To wszystko wydawało się niemożliwe. Mając tyle krwi na rękach, jak mógł prowadzić normalne życie?

– Coś jest nie tak – odezwał się Monk.

Zaprzątnięty swoimi zmartwieniami, Gray nic nie zauważył. Razem z Seichan ubrali choinkę, swoją pierwszą. Przez całe tygodnie wybierali ozdoby i zdecydowali się na anioła Swarovskiego na czubku. Zapłacili horrendalną cenę, Seichan twierdziła jednak, że warto i że to będzie rodzinna pamiątka – następna pierwsza wspólna rzecz. Ustawili choinkę w wykuszowym oknie od frontu.

Teraz zniknęła.

Frontowe drzwi były uchylone. Nawet z ulicy Gray zobaczył roztrzaskaną framugę. Nachylił się do taksówkarza.

– Dzwoń na dziewięćset jedenaście.

Monk wyskoczył już z samochodu i ruszył do drzwi.

Gray pospieszył za nim; zatrzymał się tylko na chwilę, żeby wyciągnąć sig sauera P365 z kabury na kostce. Zdjęty przerażeniem, wiedział, że przez cały czas miał rację.

Nigdy nie będzie mógł prowadzić normalnego życia.


Godzina 22.18


Monk wbiegł po schodkach na ganek. Serce łomotało mu w gardle, utrudniając oddychanie. Spanikowany, wpadł w drzwi, uzbrojony tylko w gołe pięści. Pięć lat w Zielonych Beretach nauczyło go błyskawicznie oceniać sytuację. Jego zmysły się wyostrzyły, postrzegał wszystko w okamgnieniu.

…przewrócona choinka w wykuszowym oknie.

…roztrzaskany szklany blat stolika.

…antyczny wieszak na ubrania Stickleya złamany na pół.

…stalowy sztylet wbity w balustradę schodów prowadzących na piętro.

…chodnik zepchnięty pod ścianę.

Gray wpadł za nim, trzymając przed sobą oburącz czarny pistolet. Uszami, skórą, każdą komórką ciała Monk rejestrował brzemienną ciszę.

Nikogo tu nie ma.

Czuł to w kościach.

Mimo wszystko Gray kiwnął głową w stronę schodów. Monk wbiegł na górę, biorąc po trzy stopnie naraz, podczas gdy Gray sprawdzał parter. Dziewczynki powinny już być w łóżkach. Wyobraził sobie sześcioletnią Penelope z rudoblond włosami splecionymi w warkoczyki, w świątecznej piżamce w tańczące renifery. I jej siostrę Harriet o kasztanowych włosach, młodszą o rok, ale już zbyt dojrzałą jak na swój wiek, zawsze poważną, zawsze zadającą pytania o świat.

Najpierw pobiegł do pokoju gościnnego, gdzie dziewczynki powinny śnić o kolorowo zapakowanych prezentach i laseczkach cukrowych. Zastał pościelone łóżka, nietknięte; pokój był pusty. Zawołał je, zajrzał do szaf, sprawdził pozostałe pokoje – z tym samym rezultatem.

Tak jak się obawiał.

Zniknęły… wszystkie zniknęły.

Targnęły nim potworne mdłości, jego pole widzenia zawęziło się do rozmiaru łebka od szpilki, kiedy chwiejnie schodził na dół.

– Gray… – Niemal zaszlochał.

Odpowiedź nadeszła z głębi domu, z małej kuchni wychodzącej na tylne podwórze.

– Tutaj!

Monk przebiegł przez splądrowany salon, obok stołu w jadalni, stojącego krzywo i zagradzającego drogę, obok dwóch przewróconych krzeseł. Próbował sobie nie wyobrażać zażartej walki, która wybuchła po wtargnięciu napastników do domu.