Nieuchwytny

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OBSESJA BYŁEJ ANALITYCZKI FBI CZY SPRAWA KRYMINALNA, JAKIEJ NIE ZNA HISTORIA?

SETKA NIEROZWIĄZANYCH SPRAW. BRAK MOTYWÓW. BRAK NARZĘDZI ZBRODNI. BRAK PODEJRZANYCH.

Mają ją za wariatkę.

Emmy Dockery jest pewna, że jej siostra bliźniaczka została zamordowana, a pożar, w którym spłonęła, miał służyć tylko zatarciu śladów. Co więcej, jest przekonana, że seria pożarów w różnych częściach Stanów Zjednoczonych to perfidnie zaplanowane, w jakiś sposób powiązane ze sobą zbrodnie. Nie wierzy jej ani policja, ani FBI, ani jej były chłopak.

I nikt nie uwierzy, dopóki Emmy nie znajdzie dowodów, których nie da się dłużej ignorować. A tymczasem w płomieniach giną kolejni ludzie.


Tego autora

DOM PRZY PLAŻY

DROGA PRZY PLAŻY

KRZYŻOWIEC

MIESIĄC MIODOWY

RATOWNIK

SĘDZIA I KAT

SZYBKI NUMER

OSTRZEŻENIE

BIKINI

REJS

POCZTÓWKOWI ZABÓJCY

(z Lizą Marklund)

KŁAMSTWO DOSKONAŁE

WYCOFAJ SIĘ ALBO ZGINIESZ

DRUGI MIESIĄC MIODOWY

ZOO

KOCHANKA

(z Davidem Ellisem)

DELIKWENTKI

(z Davidem Ellisem)

NIEUCHWYTNY

(z Davidem Ellisem)

Kobiecy Klub Zbrodni

TRZY OBLICZA ZEMSTY

CZWARTY LIPCA

PIĄTY JEŹDZIEC APOKALIPSY

SZÓSTY CEL

SIÓDME NIEBO

ÓSMA SPOWIEDŹ

DZIEWIĄTY WYROK

Alex Cross

W SIECI PAJĄKA

KOLEKCJONER

JACK I JILL

FIOŁKI SĄ NIEBIESKIE

CZTERY ŚLEPE MYSZKI

WIELKI ZŁY WILK

NA SZLAKU TERRORU

MARY, MARY

ALEX CROSS

PODWÓJNA GRA

TROPICIEL

PROCES ALEXA CROSSA

GRA W KOTKA I MYSZKĘ

JA, ALEX CROSS

W KRZYŻOWYM OGNIU

ZABIĆ ALEXA CROSSA

ALEX CROSS MUSI ZGINĄĆ

Michael Bennett

NEGOCJATOR

TERROR NA MANHATTANIE

NAJGORSZA SPRAWA

Private Investigations

DETEKTYWI Z PRIVATE

DETEKTYWI Z PRIVATE: IGRZYSKA

Tytuł oryginału:

INVISIBLE

Copyright © James Patterson 2014 This edition published by arrangement with Little, Brown and Company, New York, New York, USA. All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Anna Esden-Tempska 2019

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: Aartii Kalyani/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-698-8

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

 

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Rozdział 98

Rozdział 99

Rozdział 100

Rozdział 101

Rozdział 102

Rozdział 103

Rozdział 104

Rozdział 105

Rozdział 106

Rozdział 107

Rozdział 108

Rozdział 109

Rozdział 110

Rozdział 111

Rozdział 112

Rozdział 113

Rozdział 114

Rozdział 115

Rozdział 116

Podziękowania

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  Tego autora

5  Strona redakcyjna

6  Spis treści

7  Dedykacja

8  Rozdział 1

9  Rozdział 2

10  Rozdział 3

11  Rozdział 4

12  Rozdział 5

13  Rozdział 6

14  Rozdział 7

15  Rozdział 8

16  Rozdział 9

17  Rozdział 10

18  Rozdział 11

19  Rozdział 12

20  Rozdział 13

21  Rozdział 14

22  Rozdział 15

23  Rozdział 16

24  Rozdział 17

25  Rozdział 18

26  Rozdział 19

27  Rozdział 20

28  Rozdział 21

29  Rozdział 22

30  Rozdział 23

31  Rozdział 24

32  Rozdział 25

33  Rozdział 26

34  Rozdział 27

35  Rozdział 28

36  Rozdział 29

37  Rozdział 30

38  Rozdział 31

39  Rozdział 32

40  Rozdział 33

41  Rozdział 34

42  Rozdział 35

43  Rozdział 36

44  Rozdział 37

45  Rozdział 38

46  Rozdział 39

47  Rozdział 40

48  Rozdział 41

49  Rozdział 42

50  Rozdział 43

51  Rozdział 44

52  Rozdział 45

53  Rozdział 46

54  Rozdział 47

55  Rozdział 48

56  Rozdział 49

57  Rozdział 50

58  Rozdział 51

59  Rozdział 52

60  Rozdział 53

61  Rozdział 54

62  Rozdział 55

63  Rozdział 56

64  Rozdział 57

65  Rozdział 58

66  Rozdział 59

67  Rozdział 60

68  Rozdział 61

69  Rozdział 62

70  Rozdział 63

71  Rozdział 64

72  Rozdział 65

73  Rozdział 66

74  Rozdział 67

75  Rozdział 68

76  Rozdział 69

77  Rozdział 70

78  Rozdział 71

79  Rozdział 72

80  Rozdział 73

81  Rozdział 74

82  Rozdział 75

83  Rozdział 76

84  Rozdział 77

85  Rozdział 78

86  Rozdział 79

87  Rozdział 80

88  Rozdział 81

89  Rozdział 82

90  Rozdział 83

91  Rozdział 84

92  Rozdział 85

93  Rozdział 86

 

94  Rozdział 87

95  Rozdział 88

96  Rozdział 89

97  Rozdział 90

98  Rozdział 91

99  Rozdział 92

100  Rozdział 93

101  Rozdział 94

102  Rozdział 95

103  Rozdział 96

104  Rozdział 97

105  Rozdział 98

106  Rozdział 99

107  Rozdział 100

108  Rozdział 101

109  Rozdział 102

110  Rozdział 103

111  Rozdział 104

112  Rozdział 105

113  Rozdział 106

114  Rozdział 107

115  Rozdział 108

116  Rozdział 109

117  Rozdział 110

118  Rozdział 111

119  Rozdział 112

120  Rozdział 113

121  Rozdział 114

122  Rozdział 115

123  Rozdział 116

124  Podziękowania

Dla rodziny Kasperów: Mike’a, Laury i małego aniołka, Sophie Mei-Xiang

Rozdział 1

Tym razem wiem. Jestem tego tak pewna, że przerażenie ściska mi gardło, chwyta za serce i kręci nim, jakby miało je wyrwać z korzeniami. Tym razem nie zdążę.

Tym razem jest za gorąco. Zbyt jasno, za dużo dymu.

Alarm wyje. To już nie wczesne dzwonki ostrzegawcze, ale przeszywający uszy pisk: „Zabieraj się stąd natychmiast, bo jak nie, to koniec”. Nie wiem, ile to trwa, ale teraz jest już dla mnie za późno. Palący żar naciera z czterech kątów sypialni. Ohydny czarny dym osmala mi włoski w nozdrzach, zatruwa płuca. Pomarańczowe języki falują po suficie nade mną, tańczą wokół łóżka w drwiącym staccato. Strzelają i trzaskają, jakby to był nie ogień, ale zgrany zespół płomieni. Chcą, żebym miała pełną świadomość, kiedy wzbijają się wyżej i opadają, wystawiają swoje jęzory i rechocząc, powoli się zbliżają. „Tym razem już za późno, Emmy…”

Okno. Nadal jest szansa wyskoczyć z łóżka w lewo i rzucić się do okna. Tylko tam jeszcze się nie pali. Wróg mnie osacza, prowokuje: „No, dalej, Emmy, biegnij do okna, Emmy…”.

To moja ostatnia szansa. Nawet nie chcę myśleć o tym, co mnie czeka, jeśli się nie uda, ale wiem, że muszę przygotować się na ból. Skręcająca wnętrzności męka potrwa ledwie kilka minut. Zacisnę zęby. Potem żar przepali końcówki nerwów i już nie będę nic czuła. A może nawet będę miała szczęście zemdleć od zatrucia tlenkiem węgla.

Nie ma nic do stracenia. Czas ucieka.

Płomienie od razu chwytają flanelową kołdrę, kiedy ją zrzucam i podrywając się na nogi, kilkoma susami, raz-dwa-trzy-cztery, dopadam do okna. Z mojego gardła wymyka się dziewczęcy pisk strachu, jak wtedy, gdy bawiłam się z tatą w berka na podwórku za domem, a on już, już miał mnie złapać. Pochylam się i nacieram ramieniem na szybę, specjalnie hartowaną, żeby nie można jej stłuc. Do wycia syreny pożarowej i trzasków ognia dołącza alarm przeciwwłamaniowy, głodny ryk, a ja odbijam się od okna i upadam do tyłu, w rozszalały żar. Mówię sobie: „Oddychaj, Emmy, wciągaj trujący dym, nie daj się żywcem spalić płomieniom, ODDYCHAJ…”.

Oddychaj. Weź wdech.

– Cholera – bąkam w pustkę swojego ciemnego, wolnego od ognia pokoju.

Od spływającego z czoła potu pieką mnie oczy. Ocieram je koszulką. Odczekuję, wiem, że lepiej nie wstawać, póki puls nie wróci do ludzkiego tempa i nie wyrówna się oddech. Spoglądam na budzik elektroniczny. Kanciaste czerwone cyfry wskazują, że jest wpół do trzeciej.

Sny nie odpuszczają. Myślisz, że uporałeś się z czymś, przepracowujesz to cierpliwie i mówisz sobie, że dasz radę, zmuszasz się, by to pokonać, gratulujesz sobie poprawy. A wieczorem zamykasz oczy, odpływasz w inne światy i nagle twoje wewnętrzne ja trąca cię w łokieć i szepcze: „Wiesz co? Wcale nie jest ci lepiej!”.

Jeszcze raz wypuszczam powietrze z płuc i sięgam do nocnej lampki. Kiedy ją włączam, ogień jest wszędzie. Teraz to moja tapeta – na ścianach sypialni są różne zdjęcia, informacje i raporty z pożarów, które spowodowały czyjąś śmierć na terenie Stanów Zjednoczonych. Hawthorne na Florydzie. Skokie w Illinois. Cedar Rapids w Iowa. Plano w Teksasie. Piedmont w Kalifornii.

I oczywiście, Peoria w Arizonie.

W sumie pięćdziesiąt trzy przypadki.

Idę wzdłuż ściany i przebiegam wzrokiem po dokumentacji każdej z tych spraw. Potem ruszam do komputera i zaczynam otwierać maile.

Wiem o pięćdziesięciu trzech zdarzeniach. Z pewnością jest ich więcej.

Ten ktoś nie ma zamiaru przestać.

Rozdział 2

Przyszłam do tego palanta Dicka. Formułuję to inaczej, ale to mam na myśli.

– Emmy Dockery do pana Dickinsona.

Kobieta usadzona za biurkiem przed gabinetem Dickinsona to osoba, której nie znam. Na plakietce ma napisane LYDIA. I wygląda jak Lydia – krótkie brązowe włosy, okulary w rogowej oprawie, klasyczna jedwabna bluzka. W wolnym czasie pewnie pisuje sonety. I pewnie ma ze trzy koty i lubi hinduskie żarcie, tyle że nazywa to „kuchnią indyjską”.

Nie powinnam być tak kąśliwa, ale drażni mnie, że jest tu ktoś nowy, że coś się zmieniło, od kiedy stąd odeszłam, i że czuję się jak obca w tym biurze, w którym sumiennie pracowałam prawie dziewięć lat.

– Czy była pani umówiona z dyrektorem, pani… Dockery?

LYDIA podnosi na mnie wzrok z uśmieszkiem satysfakcji. Wie, że nie byłam umówiona. Wie, bo dzwonili tu z recepcji w holu, by sprawdzić, czy mogę wejść. I właśnie mi przypomina, że wpuszczono mnie aż tutaj tylko przez grzeczność.

– Dyrektorem? – pytam z udawanym zdziwieniem. – Ma pani na myśli zastępcę dyrektora wydziału do walki z cyberprzestępczością i szybkiego reagowania?

No dobrze, może i jestem podła. Ale sama zaczęła.

Znoszę cierpliwie jej fochy, bo nie stałabym tu, gdyby Dick nie zgodził się ze mną zobaczyć.

Teraz każe mi czekać, co jest bardzo w jego stylu, ale dwadzieścia minut później znajduję się już w jego gabinecie. Ściany wykładane ciemnym drewnem, obwieszone trofeami – zdjęcia, dyplomy, świadectwa podbudowujące ego. Palant ma bardzo wygórowane mniemanie o sobie. Uważa się za Bóg wie co.

Julius Dickinson – wiecznie opalony właściciel zaczeski, kilku kilogramów nadwagi i wazeliniarskiego uśmiechu – wskazuje mi krzesło.

– Emmy – mówi tonem pełnym fałszywego współczucia i popatruje na mnie radośnie.

Od razu stara się mnie sprowokować.

– Nie odpowiedziałeś na żaden z moich maili – stwierdzam, siadając.

– To prawda – kwituje, nie zadając sobie trudu, by się jakoś usprawiedliwić.

Nie musi. Jest szefem. Ja tylko pracownikiem. Do licha, w tym momencie nawet i tym nie, bo wysłali mnie na bezpłatny urlop, moja kariera wisi na włosku, a ten człowiek siedzący naprzeciwko może mnie zniszczyć wedle własnego widzimisię.

– Czy przynajmniej je przeczytałeś? – pytam.

Dickinson wyciąga z szuflady jedwabną szmatkę i pucuje sobie okulary.

– Zorientowałem się w nich na tyle, by wiedzieć, o co ci chodzi – oznajmia. – O serię pożarów. Według ciebie są dziełem geniusza, który potrafił zaaranżować wszystko tak, że wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego.

W zasadzie tak.

– Za to bardzo dokładnie przeczytałem – dodaje z przekąsem – opublikowany ostatnio artykuł w „Peoria Times”, lokalnej gazecie miasteczka w Arizonie. – Unosi wydruk i czyta: – „Osiem miesięcy po śmierci swojej siostry w pożarze domu Emmy Dockery nadal toczy bój, by przekonać wydział policji Peorii, że Marta Dockery nie zginęła przypadkowo, ale że było to morderstwo”. O, i dalej: „Doktor Martin Lazerby, przedstawiciel biura badań kryminalistycznych hrabstwa Maricopa, twierdzi stanowczo, że wszelkie dowody wskazują na śmierć w pożarze, który nie był wynikiem podpalenia”. A to mój ulubiony fragment, z wypowiedzi ich szefa policji: „Ta pani pracuje w FBI. Jeśli jest tak pewna, że to było morderstwo, dlaczego nie zajmie się tym jej macierzyste biuro śledcze?”.

Nie reaguję. Kiepski artykuł. Wzięli stronę policji. Nie przedstawili jak należy moich argumentów.

– Zaczynam się nad tobą poważnie zastanawiać, Emmy. – Składa dłonie, jakby zbierał myśli, zanim udzieli dziecku reprymendy. – Chodziłaś na terapię? Naprawdę potrzebujesz pomocy. Oczywiście bardzo chcielibyśmy, żebyś do nas wróciła, ale dopiero jak zobaczymy postępy w leczeniu.

Ledwie jest w stanie powstrzymać uśmiech, kiedy to mówi. Mamy ze sobą na pieńku. To on postawił mi zarzut nieodpowiedniego zachowania, co spowodowało zawieszenie mnie w obowiązkach. O, przepraszam, oficjalnie, w biurokratycznym żargonie, nazywa się to „wysłaniem na bezpłatny urlop”. Nadal zostało mi siedem tygodni, zanim wrócę do pracy, ale nawet potem czeka mnie jeszcze sześćdziesięciodniowy okres próbny. Gdyby nie to, że ostatnio straciłam kogoś z najbliższej rodziny, pewnie by mnie wylali.

On wie dokładnie, dlaczego naprawdę zostałam oskarżona. Oboje wiemy. Więc drażni się ze mną. Nie wolno mi dać się wyprowadzić z równowagi. Tego by chciał. Chce, żebym wybuchła. Wtedy mógłby powiedzieć szefostwu, że nie jestem gotowa do powrotu.

– Ktoś krąży po kraju i zabija ludzi – mówię. – To właśnie powinno cię niepokoić, bez względu na to, czy chodzę na terapię, czy nie.

Mruży oczy i patrzy na mnie. Nie musi nic robić. To ja się czegoś domagam. I w ten sposób zamierza się nade mną znęcać: siedząc z zaciśniętymi ustami, oporny na wszelkie argumenty.

– Skoncentruj się na leczeniu, Emmy. Pilnowanie prawa zostaw nam.

Stale powtarza moje imię. Wolałabym już, żeby mnie opluł czy zwymyślał. I on to wie. Stosuje pasywno-agresywną wersję tortury podtapiania. Nie byłam pewna, czy przyjmie mnie dzisiaj, gdy zjawię się tak bez zapowiedzi. Teraz uświadamiam sobie, że pewnie nie mógł się już doczekać, kiedy mnie tu zobaczy, zgasi, zaśmieje mi się prosto w twarz.

Jak powiedziałam, mamy ze sobą na pieńku. Krótko ujmując: to świnia.

– Nie chodzi o mnie – mówię z naciskiem. – Chodzi o tego gościa, który…

– Zezłościłaś się, co, Emmy? Jesteś pewna, że panujesz nad swoimi uczuciami? – Patrzy na mnie kpiąco, niby to z zatroskaną miną. – Bo widzę, że się czerwienisz. Zaciskasz pięści. Martwię się, że nadal dajesz się ponosić emocjom. Zatrudniamy psychologów, Emmy. Jeśli tylko potrzebowałabyś z kimś porozmawiać…

To brzmi jak wieczorne reklamy społeczne dla uzależnionych: „Nasi konsultanci czekają. Zadzwoń!”.

Dociera do mnie, że nie ma sensu tego ciągnąć. Głupio z mojej strony, że tutaj przyszłam. Jak mogłam liczyć na to, że on mnie wysłucha. Miałam z góry przechlapane, jeszcze zanim się tu pojawiłam. Wstaję i ruszam do drzwi.

– Udanej terapii! – woła za mną. – Będziemy trzymać za ciebie kciuki.

Przystaję i odwracam się do niego.

– Ten człowiek morduje ludzi w różnych stanach – mówię, z ręką na klamce. – A sytuacja nie wygląda tak, że my go tropimy i nie potrafimy złapać. My nawet nie dopuszczamy myśli, że jest kogo ścigać. Tak jakby w ogóle dla nas nie istniał.

Dick nie odpowiada. Unosi tylko dłoń i leciutko macha mi na pożegnanie. Wychodzę, trzaskając drzwiami.

Inne książki tego autora