Topiel

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LUŹNA KARTKA

Oczyszczająca moc żywiołu – pomyślał, patrząc, jak zagryzmolona koślawymi notatkami kartka zajmuje się ogniem, stopniowo ciemnieje, czernieje i rozpada się w popiół, a wraz z nią skrzętnie zbierane informacje. Szczegóły planu.

To wtedy poczuł pierwsze z serii ukłuć paniki. Czy aby na pewno dobrze zapamiętał? A może powinien ugasić płomień w donicy, wyjąć te papiery i wszystko sobie powtórzyć?

Potrząsnął głową. Wiedział już, co trzeba, kolejna powtórka nic nie da, a gasząc teraz płomień, zrobiłby krok wstecz. Równie dobrze mógłby dać sobie z tym spokój. Trzeba mieć odwagę, żeby sięgać po najlepsze jabłka. Te, które rosną na samym czubku drzewa.

Ogień hipnotyzował. Płomień przeniósł się właśnie z kartek na kiepsko wykadrowane zdjęcia przedstawiające ulicę zwyczajnego miasteczka. Podziurawiony asfalt, krzywe chodniki, kilka jednopiętrowych domków obwieszonych kablami i antenami, otoczony siatką magazyn z falistej blachy. No i, rzecz jasna, cel. Betonowy, niepozorny klocek obwieszony banerami, spod których wystawał wypłowiały nieczytelny szyld. Obok okna z kratą słupek przystanku autobusowego ze zdartym rozkładem jazdy i tablica zaklejona kserówkami sklepowych gazetek, reklamami i odręcznie napisanymi ogłoszeniami. Na jednym ze zdjęć stoi przy niej starsza kobieta w berecie, z reklamówką sieci Billa. Wpatrzona w wyblakły plakat wyborczy nie czuje, że trawi ją płomień. Przygląda się obietnicom wąsatego kandydata, powoli zamieniając się w popiół.

Nienasycony ogień przeszedł na mapę okolicy pokreśloną czerwonym pisakiem. Sięgnął do dziur po pinezkach, pożarł małe samoprzylepne karteczki z notatkami. W tym momencie rozzuchwalony uniósł się ponad krawędź donicy, uderzył żarem w twarz mężczyzny, zagroził tapecie na ścianie i firankom. Zaraz trzeba go będzie okiełznać, ostudzić, ale jeszcze nie teraz, bo nie może przecież zostawić śladów. A kawałki papieru wciąż są rozpoznawalne, wciąż można wyczytać z nich intencję, plan. Wciąż mogłyby świadczyć przeciwko niemu.

To naprawdę się dzieje, pomyślał i poczuł kolejne ukłucie strachu.

Za oknem niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami i szare strugi deszczu. Czy pokrzyżują mu plany? Czy powinien jeszcze raz przyjrzeć się cholernym zdjęciom pod tym właśnie kątem? Zobaczyć, gdzie podziurawiona droga wypełni się kałużami? Gdzie pojawi się błoto, w którym mógłby się zakopać kołami albo pośliznąć?

Może i powinien, ale już jest za późno. Bo już nie ma zdjęć, tylko popiół.

Swędzą go dłonie. Uzmysłowił sobie, że oddycha płytko, nerwowo wpatrzony w ogień, w płomienie obracające w niwecz kilka tygodni pracy. Zastanawiał się, choć nie była to już pora na takie myśli, czy mu się to opłaci. Czy będzie warte włożonego wysiłku. Bo niby tak, ale nigdy nie wiadomo. No i czy się uda. Nie przewidział przecież wszystkiego...

W końcu sięgnął po stojącą obok szklankę i zalał doniczkę wodą. Jeden żywioł z sykiem ustąpił drugiemu.

Będzie, jak będzie, pomyślał. Za późno, by się wycofać.


DAREK

Obudził się na dochodzący zza ściany dźwięk własnego imienia. Przestraszony, że może chodzić o wczorajszą akcję, przez minutę nasłuchiwał tonu, z jakim mama wypowiadała kolejne słowa. Czy mówi normalnie, czy przyciszonym głosem, szybko czy wolno, czy tata odpowiada półsłówkami, czy rzeczywiście ma coś do powiedzenia. Zastanawiał się też, czy szum deszczu zza otwartego okna w kuchni sugeruje, że rodzice palą. Na ile Darek zdążył się bowiem zorientować, w jego domu wszystko wyglądało inaczej niż u kolegów. Na przykład kłótnie. Długo uważał, że jego rodzice nigdy się nie kłócą, bo nie podnosili na siebie głosu, nie było płaczów, trzaskania drzwiami i palenia na balkonie, jak to miało miejsce regularnie u sąsiadów spod piątki. Dopiero niedawno dotarło do Darka, że w jego domu awantury i trudne rozmowy odbywają się w kuchni, przy otwartym oknie albo włączonym wentylatorze nad okapem kuchenki. Przyciszonymi głosami i pełnymi, grzecznymi zdaniami z obu stron, jak w szkole.

Jeśli rozmowy szły dobrze, wszystko wracało do normy, która w domu państwa Woźniaków przypominała typowe ciche dni. Z rzadka przerywane milczenie, mijanie się, zajmowanie swoimi sprawami. Jeśli nie, zarówno Darek, jak i jego młodsza siostra Marysia, zwana Wiśką, mogli się spodziewać festiwalu wzajemnych uprzejmości, a ponadto lodów, spacerów to z jednym, to z drugim rodzicem czy wypożyczania więcej kaset wideo niż zazwyczaj. Im większa spina, tym bardziej rodzice trzymali wspólny front przed światem, a zwłaszcza przed dziećmi. Pięcioletnia Wiśka jeszcze się na to łapała. On już nie.

Wyglądało jednak na to, że za cienką ścianą z dykty, oddzielającą jego pokój od wąskiej kuchni, wszystko jest w porządku. Rodzice ani się nie kłócili, ani nie byli zbulwersowani czy źli, co z pewnością miałoby miejsce, gdyby dowiedzieli się o wczorajszej akcji. Mama narzekała tylko na ubłocone ciuchy Darka – jakby celowo tarzał się w błocie, mówiła. Tata mruknął w odpowiedzi, że chłopak powinien sam to wyprać, najlepiej w rękach. Z jego tonu łatwo dało się wywnioskować, że tata myślami jest już gdzie indziej.

Pewnie w pracy, pomyślał Darek, bo takie deszcze zawsze powodowały telekomunikacyjne problemy. Co prawda nie potrafił sobie wyobrazić, na czym mogły polegać teraz, gdy już – jak rozumiał – w całej gminie zastąpiono linię napowietrzną wkopanymi w ziemię światłowodami, ale też nie znał się na tym za bardzo, a w żadnym wypadku nie zamierzał o to pytać. Nie obchodziło go to. Dla niego fakt, że tata jest kierownikiem nadzoru w Telekomunikacji, wiązał się wyłącznie z jego służbową linią telefoniczną. A skoro mieli ją doprowadzoną do domu, to po szesnastej i w weekendy Darek podpinał do niej modem i buszował w internecie. Wcześniej ściągał w ten sposób głównie gierki i śmieszne filmiki, ale ostatnio zaczął pobierać ładne, romantyczne piosenki, z których miał zamiar zrobić składankę. Wyobrażał sobie, jak wręcza ją Laurze ze słowami: przesłuchaj sobie, może ci się spodoba.

Położył się na wznak, przeciągnął i dopiero wtedy otworzył suche, napuchnięte oczy. Swędziały, jakby ktoś nasypał do nich piasku, więc potarł je wierzchem dłoni. Korzystając z tego, że rodzice poszli wczoraj na urodziny do Leśnickich, zasiedział się przy konsoli i teraz absolutnie nie chciało mu się wstawać. Pewnie gdyby nie pęcherz, spałby jeszcze co najmniej godzinę.

Za oknem było szaro i szumiał deszcz. Jednostajnie, miarowo, chyba że akurat zawiało, wtedy rytm zmieniał się na moment i odzywały się szarpane podmuchem liście rosnącej naprzeciw lipy. A potem znowu, szu, szu, szu, jak Białka na wodospadzie koło Stadionu. Albo przy tym drugim, koło trzystu schodków. Szu, szu, szu...

– Kurwa – zaklął cicho, odrzucając kołdrę. Rozmasował obolałe kolano i przyjrzał się świeżym siniakom i drobnym skaleczeniom. Mogło być gorzej. Sięgnął po bawełniane spodenki wiszące na oparciu krzesła, wciągnął je na tyłek i rozejrzał się za koszulką, którą w nocy rzucił gdzieś w kąt na ślepo i w pośpiechu, gdy tylko na klatce usłyszał wracających rodziców.

Skapitulował i wziął z szafy czystą. Włożył ją, upewnił się, że dobrze leży, i sprawdził luz w rękawach. Miał wrażenie, że ostatnio trochę schudł. Coś tam jednak dawała ta mikra siłownia w piwnicy u Grześka. Napiął mięśnie w kilku kulturystycznych pozach, prężąc się do nieistniejącego lustra, spryskał się dezodorantem – ostatnio starał się tego pilnować – po czym zapiął casio na nadgarstku.

Wyłonił się z pokoju akurat w chwili, gdy tata z filiżanką parującej kawy w jednej dłoni i talerzykiem z kawałkami babki piaskowej w drugiej przenosił się do salonu. Szedł powoli, zgarbiony, jakby się skradał, przez co sprawiał wrażenie sporo niższego. W rzeczywistości Krzysztof Woźniak był wysokim, szczupłym mężczyzną o czarnej czuprynie i gęstej brodzie, która dodawała mu lat. W zasadzie, co Darek stwierdził już dawno, a teraz znów sobie przypomniał, gdyby tata popracował nad muskulaturą, wyglądałby właśnie tak, jak chłopak chciał wyglądać w przyszłości.

– Dzień dobry, tato.

– Dobry to będzie, jak wannę zwolnisz – odparł tata. – Te ciuchy z wczoraj to takie brudne, że mama do pralki boi się włożyć. Coś ty w nich robił?!

Darek zbył pytanie i uwagę głośnym westchnieniem.

– Tylko się wysikam, dobrze?

Woźniak wzruszył ramionami. Filiżanka na spodeczku zaprotestowała przeciwko gwałtowności tego gestu i kilka kropel pomknęło po ściance.

– Szlag!

– Krzysiek! – dobiegło ich z kuchni.

– Już, już. Weź serwetkę, jak możesz. I cukier.

Umywalka w ciasnej toalecie nie działała, więc Darek musiał skorzystać z łazienki. Z dłońmi pod strumieniem bieżącej wody patrzył na ciuchy leżące na dnie wanny. Ułożyły się tak, że przypominały obrys zwłok z filmów kryminalnych albo ubranie porzucone przez kosmiczną istotę, która tylko na moment przybrała ludzkie kształty. Nogawki spodni uformowały się w czwórkę, trochę jak nogi wisielca z Tarota. Darek teraz już nie wierzył w takie bzdury, ale gdy dwa lata temu pojechali nad morze, do Władysławowa, i mama dała się naciągnąć starej Cygance na wróżbę, pięknie zdobione, wytarte karty zrobiły na chłopcu wrażenie. Szczególnie Wisielec. I Śmierć.

– Musisz tak tę wodę lać? – zapytała mama.

Odwrócił się. Ewa Woźniak stała w progu, trzymając się pod boki jak tancerka z Mazowsza, które tak lubiła. Włosy, wczoraj stawiane na lakier, miała w nieładzie, szlafrok, kupiony jeszcze na ostatnią fazę ciąży, zwisał jej z ramion i fałdował się nad ciasno zawiązanym paskiem. Jednak nawet teraz, nad ranem i bez makijażu, była ładna. Może nieco zbyt opuchnięta na twarzy, po dwóch ciążach trochę grubsza niż jego ulubione aktorki i modelki, ale ładna. Zresztą nie tylko on tak uważał. Kilka razy musiał już dać jednemu czy drugiemu w ryj za teksty o matce.

 

Zakręcił kran.

– Przepraszam, mamo. I już biorę się do prania.

– Zjedz najpierw. Co wyście w ogóle robili? Ciocia Basia mówiła, że jak Józek do domu wrócił, to go nie poznała. Też poobijany, uwalany błotem i jeszcze kurtkę podarł.

Darek nie potrafił teraz przypomnieć sobie, kiedy kuzyn rozdarł ortalion, ale mało to było okazji w całym tym szaleństwie?

– Poszliśmy za Muszlę. Na huśtawkę z liny – skłamał gładko, bez zająknienia. Ustalili to zawczasu, jak zawsze, gdy szli na akcję. Wiarygodna, trochę głupia zabawa, taka całkowicie w ich stylu, stanowiła najlepsze możliwe alibi. Zwłaszcza że Grzesiek mieszkał niedaleko Góry Chrobrego i poszedł tam, by sprawdzić: woda lała się ścieżkami, błota wszędzie w cholerę.

Teraz Darka ogarnęła tylko jedna, za to poważna wątpliwość: czy powiedział o tym Józkowi? Bo jeśli nie i ten chlapnął coś innego...

Na szczęście mama przyjęła wiadomość zwyczajowym przewróceniem oczami i westchnieniem.

– Mogliście chociaż gorzej się ubrać. Chodź jeść.

Wyszła z łazienki, a Darek wytarł ręce i spojrzał na zegarek. Była za pięć ósma, co znaczyło, że zaraz na Dwójce poleci Kleszcz, a na Polsacie Strażnik Teksasu. Wolałby to pierwsze, ale wiedział, że nie ma szans. Zwariowana animacja o dziwnym superbohaterze zaliczała się do tych „głupot”, które tata zawsze kazał przełączać, bo rzekomo lasowały im mózgi. Chociaż w sumie Strażnik Teksasu też dawał radę, a tata lubił. Może gdy obejrzą razem, uda się namówić ojca, by coś wzięli na wieczór. W razie czego Darek miał całą listę tytułów, wypisał na kartce wszystkie nowości, jakie ostatnio zakupiła wypożyczalnia.

Zrezygnował z pomysłu, ledwie wszedł do pokoju z talerzem jajecznicy. Tata stał przy telefonie, a choć mówił spokojnie, wyglądało na to, że coś się stało, najpewniej w pracy. Kilka razy powtórzył: „tak, tak, tak”, co brzmiało w jego ustach jak suche trzaski. W końcu rzucił „zaraz będę” i odłożył słuchawkę.

– Mamy awarię w Gierałcicach – powiedział do mamy. – Woda schodzi z pól tak ostro, że ziemniaki wyrywa. Rowem idzie rzeka i podmyło słupy.

Uniósł do ust filiżankę wciąż parującej kawy. Wypił ją na dwa łyki, jakby zupełnie mu nie przeszkadzało, że napój jest gorący.

– Nie wiem, o której będę, może być, że późno.

Mama skinęła głową ze zrozumieniem, co dla postronnej osoby, nieznającej zwyczajów panujących w tym domu, wyglądałoby jak obojętność.

– Będziesz potrzebowała samochodu? Bo Waldek może po mnie przyjechać.

– Nie, nie trzeba. Zakupy mam zrobione, jakby coś, wyślę Darka.

Tata złapał kawałek ciasta, po czym zniknął w sypialni, skąd wyszedł po chwili w starej flaneli i roboczych ogrodniczkach. Z szafy w przedpokoju wyjął gumowce, ale nie włożył ich, tylko wpakował do reklamówki.

Darek przyglądał mu się, z satysfakcją myśląc o tym, jak te ciuchy będą wyglądały wieczorem. Ciekawe, czy i wtedy mama będzie się bała wsadzić je do pralki.

Skubnął jajecznicy, odczekał, aż tata wyjdzie, po czym zwrócił się do mamy:

– Mogę przełączyć na Dwójkę?

GRZESIEK

Tata spał. Grzesiek nauczył się to rozpoznawać po oddechu, bo czasami trudno było odróżnić, czy śpi, czy po prostu leży bez ruchu, bo to jeden z tych jego momentów. Wtedy też zwykle miał zamknięte oczy i przyjmował te same co podczas snu pozycje, a to na plecach, sztywno wyprostowany z rękami wzdłuż ciała, a to na boku, wygięty w pałąk z nogami podciągniętymi do piersi. Ta druga pozycja kojarzyła się Grześkowi ze zwijaniem się z bólu i ilekroć widział ojca ułożonego w ten sposób, ściskało go w dołku. Ale i tak wolał to niż pozycję numer jeden. Ta bowiem przywodziła na myśl sztywniejące, martwe ciało.

Przymknął drzwi do sypialni ojca i cicho przeszedł do kuchni. Tu również zamknął drzwi i dopiero wtedy zajrzał do lodówki, w której natychmiast zapachniało koperkiem i gotowanym kalafiorem. Skrzywił się i z wyrzutem spojrzał na garnek stojący na dolnej półce, z pokrywką obróconą uchwytem do środka. Pani Lodzia, sąsiadka z drugiej połówki bliźniaka, miała niewątpliwie wielkie serce i dobre chęci, jednak gotowała fatalnie i nawet jarzynową umiała spieprzyć. Mimo to tata uparł się, że skoro dostali, to zjedzą. Więc jedli od trzech dni.

Teraz jednak Grzesiek nie musiał się kłopotać zupą. Wyjął dwa papierowe zawiniątka, jedno z pokrojoną sopocką i drugie z resztką sera salami, potem ramę i wreszcie mikrego, trochę już pomarszczonego pomidora z dolnej szufladki. Zauważył, że jest troszkę przymrożony, i zanotował w pamięci, by powiedzieć o tym tacie. Od jakiegoś czasu planowali kupić nową lodówkę i wyglądało na to, że nadszedł już czas.

Nucąc pod nosem jakąś melodię, zrobił kanapki – dla siebie na białym, trochę już zleżałym chlebie, dla taty na niemieckim pumperniklu. Tata mówił, że to fajne, zdrowe, ale Grzesiek nie umiał się przekonać. Dla niego ciemny chleb był słodko-kwaśny i psuł smak wszystkiego, nieważne, nutelli czy szynki. Nastawił wodę, zrobił herbatę, nakrył do stołu.

W drugim pokoju zaskrzypiało łóżko, a potem rozległo się długie, przeciągłe pierdnięcie wraz z udawanym kaszlem, którym ojciec nieudolnie próbował je zamaskować.

Grzesiek uśmiechnął się, bo znaczyło to, że tata ma dobry humor.

– Śniadanie gotowe! – zawołał.

– Super! – odkrzyknął Edward Szczęsny i ten głos, wesoły, pogodny, jak za dawnych dni, stanowił ostateczne potwierdzenie, że jest dobrze. Może nawet bardzo dobrze.

Zaraz potem szuranie, drzwi, szuranie, drugie drzwi i zza framugi wychyliła się rozczochrana, napuchnięta twarz ojca. Skierowana mniej więcej we właściwą stronę, trochę za wysoko, z oczami błądzącymi, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał. Albo kłamał, unikając wzrokowego kontaktu.

– Ciągle pada – stwierdził, pociągając nosem. – Albo to mi tak szumi w uszach.

– No, leje, leje – odparł Grzesiek i jak zawsze ze zdumieniem przyjął, że tata natychmiast skorygował ułożenie głowy, patrząc teraz wprost na niego. Zupełnie jakby do tej pory się wygłupiał i tylko udawał niewidomego. Jedynie gałki oczne, uciekające na bok i do góry, miały w sobie coś niepokojącego i chłopak wolał zdecydowanie, kiedy tata nosił przyciemniane okulary. Zresztą wyglądał wtedy nawet lepiej niż normalnie. Trochę jak Stallone w Cobrze.

Właściwie Edward Szczęsny nie był niewidomy, bo tak – co im wytłumaczono podczas jednej z sesji terapeutycznych, na którą poszli jeszcze z mamą – mówiło się na osoby pozbawione wzroku od urodzenia. Natomiast jeśli ktoś stracił wzrok w wyniku wypadku lub choroby, nazywano go ociemniałym. Chłopak jednak nie lubił tego słowa. Kojarzyło mu się z określeniem ciemnota, jakby tata zdurniał albo coś.

Wypadek miał miejsce dwa i pół roku wcześniej i z tego, co mówiono na mieście, spowodował go sam Edward, bo nie tylko znalazł się na budowie, choć nie powinien, w dodatku bez kasku, to jeszcze rzekomo ganiał po dachu jak po cholernej łące. Niektórzy mówili, że trochę wcześniej wypił, w co akurat Grzesiek nie wierzył, bo tata prawie wcale nie pił, chyba że czasem wieczorem do filmu.

Co do reszty – cóż, pasowało, bo Edward Szczęsny taki właśnie był. Beztroski, jak zwykła wyrzucać mama, gdy się kłócili. Wiecznie z głową w chmurach. Nie wszyscy go za to lubili, wielu skrycie nienawidziło. Za motocykl z przyczepką, za syrenkę własnoręcznie przerobioną na kabriolet, za skoki na spadochronie w opolskim aeroklubie i niekwestionowane mistrzostwo w zakładowych zawodach siłowych. Po wypadku publicznie mu współczuli i okazywali wsparcie, a za jego plecami mówili, że się doigrał. Zakłamane skurwysyny.

– Która jest godzina? – zapytał tata.

Grzesiek zerknął na zegar. Ten wisiał teraz niżej niż kiedyś, o czym świadczył jasny, okrągły ślad na ścianie, wyjęli też z niego szybkę, by tata w razie potrzeby mógł dotknąć wskazówek. To znaczy, jeśli by potrzebował, co raczej się nie zdarzało, bo zwykle miał na ręku elektroniczne cudo od pana Grassa, swojego szefa, które po naciśnięciu guzika podawało godzinę, datę i coś tam jeszcze. Po niemiecku co prawda, ale szybko się przyzwyczaili.

– Za dwie ósma.

– To włącz telewizor, zaraz będzie... – Ojciec zawahał się. – Czekaj, co dzisiaj jest?

– Sobota, tato – odparł Grzesiek i zaraz dodał: – Strażnik Teksasu.

– No to już, gnaj do pokoju i włączaj.

Chłopiec spojrzał tęskno na kanapki. Generalnie lubił to całe oglądanie z tatą, ale wiedział, że przez najbliższe czterdzieści kilka minut sobie nie poje. Będzie miał szczęście, jeśli uda mu się zrobić przerwę na łyk herbaty.

To niesprawiedliwe, pomyślał po raz kolejny, niesłyszący mają te machające łapami krasnoludki w dole ekranu, podczas gdy o niewidomych nikt nie dba. A przynajmniej nie w normalnej telewizji.

– Pomóc ci z przyniesieniem śniadania? – zapytał tata.

– Nie, w porządku, tato. Idź, ja zaraz przyjdę.

Odczekał, aż usłyszy głośne sapnięcie poduchy fotela, i dopiero wtedy wziął do jednej ręki talerzyk kanapek z pumperniklem, a do drugiej herbatę ojca. Po swoje nie zamierzał teraz wracać, zje, gdy już Cordell Walker upora się z kolejną porcją bandziorów.

Sprawiedliwość, uznał, nie może czekać.

JÓZEK

– Jóźwa, jakiś kolega do ciebie! – zawołał dziadek Filip spod drzwi, tak akcentując słowo „kolega”, jakby oznaczało wstydliwą chorobę.

Józek siedział akurat w ostatnim pokoju, tym z widokiem na ulicę. Zajmowali go z mamą od trzech dni i wedle ustaleń miał być jego domem do końca wakacji. Znaczyło to, że krzyk dziadka musiał być na tyle donośny, by ponieść się przez długi, wykrzywiony w „L” przedpokój i całkiem spory pokój przechodni. A że dźwięk rozchodził się równomiernie, o koledze, który najwyraźniej nie przypadł dziadkowi do gustu, usłyszeli też pewnie wszyscy sąsiedzi.

Barbara Bednarz, mama Józka, drobna kobieta o podkrążonych smutnych oczach, siedziała w fotelu, w zabudowanej wnęce balkonowej. Gdy rozległ się krzyk, uniosła wzrok znad czytanej właśnie książki.

– Kolega? – zapytała z przekąsem. – Jeden z tych z wczoraj?

– Daj spokój, mamo – żachnął się Józek. Odłożył na bok komiks, nie bez żalu, bo zostało mu raptem kilka stron do końca, i zsunął się z łóżka. – Mogę wyjść?

– Na ten deszcz? Żebyś znowu wrócił brudny jak nieboskie stworzenie? Nie masz drugiej kurtki.

– Dzisiaj się nie ubrudzę, naprawdę. Darek obiecał, że pójdziemy do Grześka, on ma siłownię w garażu.

To w zasadzie nie było kłamstwo, Darek rzeczywiście coś takiego obiecał. Co prawda, zanim jeszcze Józek poznał tego piegowatego, wyrywnego mikrusa z cofniętym podbródkiem i ślepym starym, bo teraz, po akcji na torach, raczej nie zanosiło się na to, by odwiedzali się z Grześkiem, ale słowa padły? Padły. Więc zero wyrzutów sumienia.

Mama wsunęła zakładkę między strony i położyła książkę na taborecie. Z wysoko upiętymi włosami, złączonymi nogami, w prostej spódnicy i zwiewnej bluzce, co prawda bez rękawów, za to zapiętej pod samą szyję, wyglądała, jakby pozowała do jednego ze starych obrazów. Wrażenie psuły tylko wielkie okrągłe kolczyki zrobione przez tatę.

– I to on po ciebie przyszedł? – zapytała. – Ten Grzesiek? Ma w ogóle jakieś nazwisko?

– Nie, to raczej taki Kacper – odpowiedział, lekceważąc zupełnie pytanie, na które nie znał odpowiedzi. – Pewnie pójdziemy też po Darka albo pogramy u niego na konsoli. To mogę? Wrócę na obiad.

Westchnęła i już wiedział, że się zgodzi. Podniosła się z fotela.

– Chodź, poznajmy tego twojego kolegę – rzuciła, a widząc jego spłoszony wzrok, roześmiała się. – Nie patrz tak, przecież nie zareaguję gorzej niż dziadek, nie?

– No fakt.

Gdy wyszli z pokoju, babcia, sama nieco przygłucha, najwyraźniej uznała, że nie usłyszeli wołania.

– Kolega jakiś – zwróciła się jak zwykle do Barbary, nie wnuka. – Do Jóźwy.

– Józka, mamo. – Położyła rękę na ramieniu syna. – Nie lubi, gdy mówi się na niego Jóźwa, prawda, synek?

Odruchowo wzruszył ramionami i natychmiast pożałował tego gestu. Pomyślał, że w ten sposób trochę wystawia mamę, która stanęła w jego obronie.

Babcia nic nie odpowiedziała, tylko zmierzyła go wzrokiem i ściągnęła brwi, wzbogacając twarz o kilka kolejnych zmarszczek.

 

Jakby potrzebowała dodatkowych, stwierdził w duchu Józek ze złośliwą satysfakcją. Jej twarz przypominała gazetowe strony przygotowane do użycia zamiast papieru toaletowego – gniecione i mięte tak długo, aż zrobiły się miękkie.

Zaraz też zdał sobie sprawę, że to porównanie, z oczywistych względów nienadające się do wygłoszenia, w tym akurat domu i tak byłoby nieczytelne. Dziadek, przed emeryturą majster w głuchołaskiej papierni – obrobionej wczoraj przez Darka i spółkę – miał pawlacze pełne srajtaśmy i gwarancje dożywotnich dostaw. Tu chyba nigdy nie musieli używać pomiętych gazet.

W przedpokoju odbywało się już regularne przesłuchanie. Dziadek palił, wsparty o framugę drzwi, a zziębnięty Kacper stał na brudnej szmacie, ociekając wodą i cierpliwie odpowiadał na pytania a to o dziadków, a to o rodziców. Co mama robi w wakacje, gdzie pracuje tata.

– Mama kiedyś w szkole, a teraz w sekretariacie w MSW. Tata najwięcej to w Reichu. – Kacper trzymał ręce skrzyżowane na piersi, nie wiadomo, czy chciał w ten sposób wyglądać poważniej, czy próbował zakryć tiszert z Eddiem, maskotką Iron Maiden. – Kiedyś na ogórki jeździł, ale teraz to na budowy.

– Reichu, powiadasz. – Dziadek zadarł głowę i wypuścił kłąb dymu w wyłożony boazerią sufit. – A dużo jest z tego pieniędzy? W sensie przebitka jaka, tak na złotówki?

Kacper już miał odpowiedzieć, zanim jednak to zrobił, mama weszła między swojego ojca a kolegę syna.

– Tata da chłopakowi spokój. To są sprawy dorosłych. Józek, skocz po ręcznik dla kolegi.

– Nie trzeba, proszę pani – odezwał się Kacper. – I tak zaraz znowu zmoknę.

Dziadek machnął ręką z papierosem, jakby opędzał się od muchy. Nadwyżka popiołu spadła mu na niegdyś biały, prążkowany podkoszulek.

– Im szybciej się pieniędzmi zainteresuje, tym lepiej dla niego – stwierdził, po czym wskazał na Kacpra. – A ty wiesz, czyj to jest wnuk? Świętej pamięci Edka Beckiera. Z Edkiem to ja wieczorówkę robiłem. Ledwo po polsku mówił wtedy, ale obrotny chłop, wiedział, jak się ustawić. Heh, cholera, w sumie twojego ojca to pewnie do Reichu do korzeni ciągnie. A mówisz, że mama to czego w tej szkole uczy?

– Uczyła, bo już tam nie pracuje. I polskiego – odparł Kacper, jakoś tak hardziej.

Dziadek pokręcił głową z niedowierzaniem, raz jeszcze machnął ręką i wszedł do kuchni.

Józek, którego od całej tej dyskusji ze wstydu piekły policzki i uszy, odchrząknął.

– Mamo, to jest Kacper – powiedział cicho.

– Tak, już wiem. – Barbara uśmiechnęła się delikatnie i wyciągnęła do niego dłoń. – To teraz już porządnie. Dzień dobry, Kacper.

– Dzień dobry, proszę pani. – Chłopak ujął podaną dłoń, delikatnie i niepewnie, jakby nie wiedział, co zrobić: uścisnąć, a może schylić się i pocałować. – Chciałem zapytać, czy Józek wyjdzie, bo chcieliśmy iść do takiego kolegi...

Przerwał i zerknął ukradkiem na Józka. Ten, korzystając z tego, że znalazł się za matką, uniósł ręce, udając, że dźwiga sztangę.

– ...do Grześka, na siłownię, bo ma w domu – dokończył Kacper już pewniej.

Barbara Bednarz pokręciła głową wyraźnie rozbawiona.

– I naprawdę chce wam się wychodzić w taki deszcz? – zapytała. – To nie lepiej poczekać, aż minie? Herbaty się napić? Ciasta zjeść?

– Na co poczekać? – zdziwił się Józek. – Pada od dwóch dni.

Obszedł mamę i wykorzystując to, że od kuchni oddzielała go teraz ściana, pokazał palcem na dziadka, po czym pokręcił głową.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Rozumiem, rozumiem. Ale wróć chory, to nogi z dupy powyrywam. I musisz włożyć sandały.

– Sandały? – Józek się skrzywił.

– Tenisówki z wczoraj jeszcze mokre, innych nie masz – odparła mama, po czym nachyliła się i dodała szeptem: – Chyba że chcesz zapytać dziadka, czy coś ci pożyczy.


– Fajna ta twoja stara – powiedział Kacper, gdy już Józek dołączył do niego w bramie.

Palił papierosa, trzymał go między kciukiem a wskazującym, pod daszkiem z palców, by w razie czego z łatwością ukryć go w dłoni. Niepotrzebnie, bo deszcz znowu przybrał na sile, szare miasto wyglądało jak pocięte nożem i na ulicach nie było absolutnie nikogo.

– Fajna, bo fajna, czy tak, że chcesz w zęby? – upewnił się Józek. W rękach miał utytłany w błocie i siwy od pajęczyn plecak. Kacper przekazał mu go wczoraj z prośbą o ukrycie.

Chłopak wziął kolejnego macha i wyszczerzył się, wypuszczając dym.

– Fajna – rzucił. – Gdzieś ty trzymał ten plecak?

– No w piwnicy, jak mówiłem. Gdyby ktoś w niej sprzątał, nie byłaby bezpieczną kryjówką, nie?

– W sumie racja – zgodził się Kacper i znowu się zaciągnął. – Zaglądałeś?

– Wyciągałem komiks – odparł wymijająco.

Kacper jednak nie dał się spławić.

– Dupy czy oglądałeś, pytam.

– Tak.

Józek zobaczył kolejny kłąb dymu i jeszcze szerszy uśmiech kolegi. Grymas po dorosłemu paskudny, złowieszczy, taki, który kolejny raz kazał mu wątpić, czy aby na pewno chłopak jest od niego ledwie o półtora roku starszy.

– Fajne, nie? – zapytał Kacper.

– Wal się. – Józek naraz przypomniał sobie, kiedy ostatni raz widział taki uśmiech. To było wtedy, jak zaczepili ich na Zwycięstwa w Chorzowie dawni znajomi taty. Czegoś tam chcieli, żartowali, mama powiedziała tacie, by ich zignorował. Więc tak zrobił, aż nazwali mamę kurwą. Wtedy uśmiechnął się właśnie w ten sposób, jakby tylko na to czekał.

Kacper rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł go butem. Przez kilka sekund poświęcał tej czynności całą swoją uwagę.

– Nie nakręcaj się tak, chłopie – powiedział w końcu. – Grześkowi mogłeś jebnąć i w ogóle dałeś wczoraj radę, co nie znaczy, że masz teraz kozaczyć. No ale już, nie ma tematu, mówiłem wczoraj, rodziny nie ruszamy. Idziemy?

Wyciągnął rękę po plecak, a Józek podał mu go po chwili wahania.

– A gdzie właściwie chcesz iść?

– Zarobić parę złotych na fajki – odparł, otrzepując plecak z pajęczyn. Następnie zdjął z pleców katanę i założył plecak. Gdy dżinsowa kurtka wróciła na swoje miejsce, chłopak wyglądał, jakby miał garb.

– Chodźmy.

Pobiegli do skrzyżowania ze światłami, tam przez ulicę i w lewo, pędząc Bohaterów Warszawy aż do Parku z Ołówkiem i mostku nad Starynką symbolicznie oddzielającego główną część miasta od zdrojowej. Józek znał te miejsca. Nauczył się, że zawsze trzeba zapamiętywać najważniejsze punkty orientacyjne i nazwy ulic. W ten sposób, jak mawiał tata: „Raz-dwa, wszędzie jesteś u siebie”.

Zatrzymali się na chwilę na starynkowym mostku. I tak już całkiem zmokli, więc nie robiło im to różnicy.

– Ja cię pieprzę! – zawołał Kacper, wskazując na brudną, spienioną wodę, pędzącą rwącym nurtem wzdłuż wyżłobionego koryta. – Normalnie tu jest po kostki. Po kamieniach suchą stopą przejdziesz.

Józek nie musiał wierzyć, widział Starynkę nie raz i zapamiętał jako leniwą, płytką rzeczkę. Teraz zaś miał pod sobą ziemisty rozpędzony rzyg ścieku pełen starych liści, gałęzi, spróchniałych desek i wypłukanych zewsząd śmieci. Papierki po lodach, wywrócone na lewo opakowania czipsów, butelki po oleju rzepakowym, sprasowane kartony – wszystko przewalało się, kotłowało pod drżącym mostkiem, by wreszcie uwolnić się spod zapory, jaką utworzyły konary zaczepione o nisko zawieszone rury, i pognać z impetem w stronę, gdzie Starynka łączyła się z Białką. Wyglądało to przerażająco i fascynująco zarazem. Trudno było oderwać wzrok.

– Było tak kiedyś? – zapytał Józek.

– Nie wiem – odparł Kacper, odgarniając mokre włosy z twarzy. – Ale aż tak to chyba nie. Chodźmy.

Pognali dalej, Kacper przodem, Józek trochę z tyłu, bo ślizgały mu się stopy w sandałach, a wolał nie zaliczyć gleby na nierównym, popękanym chodniku. Chciał nawet zejść na ulicę i biec asfaltem, ale na wysokości szkoły muzycznej jezdnia zamieniła się już w jedną wielką kałużę bombardowaną zacinającym deszczem. Gdzieniegdzie przy krawężnikach bulgotały wybijające studzienki.

Jakby ktoś tam się topił, pomyślał Józek. Jakby ktoś właśnie desperacko walczył o życie i zwyczajnie nie mógł się wydostać z powodu kratki. Wzdrygnął się na tę myśl i mimowolnie przyspieszył.