Pewnej nocy w Paryżu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie ufała mu. Nie wierzyła w propozycję pracy, lecz mogła albo pójść za nim, albo sterczeć w tym wspaniałym holu.

Może jednak książę nie kłamał? Jeśli tak, Leonie musi wykorzystać sytuację. Jak inaczej spełni swoje marzenie o małym domku na wsi położonym z dala od miasta, gdzie na każdej ulicy czaiło się niebezpieczeństwo?

Nieraz dziwiła się, że w ogóle dożyła swojego wieku.

Wolny krokiem ruszyła schodami za Cristianem. Utkwiła wzrok w jego szerokich plecach. Nie rozglądała się na boki. Dopiero gdy weszli na długi korytarz, jej napięcie osłabło. Idąc, wyglądała przez wielkie okna. Ledwie widoczne cienie drzew wskazywały, że pałac musiał otaczać wielki ogród. Miała ochotę podejść do jednego z okien, otworzyć je, wystawić głowę i zaczerpnąć świeżego powietrza paryskiej nocy. Tak dawno nie widziała ogrodu.

Zawsze tylko bruk paryskich uliczek.

Ale musiała zachować czujność i nie tracić z oczu idącego przed nią wysokiego mężczyzny.

Przeszli jeszcze trzy kolejne korytarze aż w końcu Cristiano zatrzymał się przed ozdobionymi rzeźbami drzwiami. Otworzył je i skinieniem głowy zaprosił ją do środka.

Stanęła w progu, wahając się, czy wejść. Ale nie chciała też stać zbyt blisko księcia, szybko więc prześliznęła się obok niego. Nie na tyle szybko jednak, by nie poczuć zapachu jego wody kolońskiej i ciepła jego wspaniale zbudowanego ciała…

Otarła się o niego tylko przez króciutką chwilę, ale wystarczająco długą, by poczuć dziwny i elektryzujący dreszcz w całym ciele.

Zaniepokojona zignorowała to odczucie i szybko zaczęła lustrować wzrokiem pokój.

Był wielkości sali. Wysokie okna wychodziły na ogrodowe drzewa. Podłogę pokrywał gruby perski dywan. Pod jedną ze ścian stało skierowane w stronę okien ogromne łoże z baldachimem okryte białą jedwabną pościelą.

Książę minął Leonie, podszedł do okien i zaczął rozsuwać ciężkie brokatowe kotary. Pokój był ciepły i przytulny. Dywan miękko się uginał pod jej stopami. Zmieszała się, bo doszło do niej, że gdyby teraz położyła się na tym łożu w swoim brudnym ubraniu, musiałaby poplamić pościel. Ale to przecież nie jest pokój dla sprzątaczki, pomyślała z ulgą. Jest zbyt luksusowy.

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? To chyba nie miejsce dla personelu?

Skończył rozsuwać kotary i odwrócił się do niej z rękoma w kieszeniach.

– Nie. Ale Camille nie miała przygotowanego pokoju, więc możesz skorzystać z jednej z sypialni dla gości.

– Dlaczego…? Dlaczego… to robisz?

– Co? – spytał.

– Ten pokój… Praca… Miejsce do spania… Skąd ta troska?

Starała się, by jej słowa nie brzmiały podejrzliwie, ale nie umiała wypowiedzieć ich w inny sposób. Mężczyźni mający pieniądze i władzę nigdy nie robią nic bez myśli o odpłacie. Nawet gdy pomagają, zawsze chcą coś w zamian. On też czegoś chce.

Jednak Cristiano tylko wzruszył ramionami.

– Co zrobić z dzikim kociakiem, jak nie zaopiekować się nim?

– Mówiłam. Nie jestem kociakiem – syknęła.

Spojrzał jej głęboko w oczy. Ten mężczyzna był niebezpieczny, ale w sposób, którego nie umiała nazwać. Nie. Nie chodziło o zagrożenie fizyczne, ale jednak zagrożenie, któremu – miał dziwne poczucie – nie potrafiłaby się oprzeć.

Uśmiechnął się i wolno zmierzył ją wzrokiem do stóp do głów.

Czuła, jak się rumieni.

– I nie prosiłam, byś się o mnie troszczył. – Uniosła wysoko podbródek.

– Hm… Jeśli myślisz, że robię to z dobroci serca, jesteś w błędzie. – Przeszedł obok niej, kierując się do drzwi. – Wierz mi, mam w tym własny interes.

Odwrócił się i spojrzał na nią zagadkowym wzrokiem.

– Swoją drogą, gdybyś chciała wziąć prysznic, łazienka jest tam, kociaku. – Wskazał ręką ukryte z tyłu pokoju drzwi.

– Mówiłam! Nie nazywaj mnie tak!

– A jak? Nie powiedziałaś mi, jak masz na imię.

Zacisnęła usta. Nie zmusi jej, by mu je zdradziła. Bo tylko je miała dla siebie. Tylko imię miała na własność.

Znów się uśmiechnął.

– W takim razie dalej będziesz kociakiem – dodał.

Zanim zdążyła zaprotestować, wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Słoneczne promienie późnego ranka wlewały się przez okna jego gabinetu, zalewając pokój ciepłym światłem. Jednak Cristiano nawet nie zauważył tej zmiany.

Chociaż poprzedniej nocy prawie nie zmrużył oka, wstał bardzo wcześnie i od razu zabrał się do pracy. Musiał sprawdzić, skąd pamięta imię Leonie. Nie był pewien własnej pamięci, ale szybko wykonał kilka telefonów i wydał swoim ludziom odpowiednie polecenia.

Po godzinie wiedział już wszystko.

Leonie okazała się dokładnie tą, o której myślał.

Był tylko jeden szkopuł. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że kobieta o tym imieniu… zginęła jeszcze jako dziecko. Jak więc mogłaby znaleźć się w Paryżu?

Odchylił się na czarnym skórzanym krześle i wpatrywał w zdjęcie widoczne na monitorze stojącego na biurku komputera. Stara fotografia wykonana lata temu. Wysoki mężczyzna o ciemnej czuprynie trzyma za rączkę małą dziewczynkę o charakterystycznym morelowym kolorze włosów. Po jej drugiej stronie stoi piękna, smukła kobieta z włosami o dokładnie takim samym odcieniu.

Romantyczny rodzinny portret spadkobierców starej i znamienitej rodziny de Riero, która wiek temu popadła w tarapaty i straciła swój arystokratyczny tytuł.

Śpiąca teraz w sypialni dla gości kobieta to Leonie de Riero, jedyna córka Victora de Riery, która piętnaście lat temu nagle znikła razem ze swoją matką. Krążyły pogłoski, że niedługo potem obie zginęły w pożarze ich apartamentu w Barcelonie.

Afera przez miesiące nie schodziła z pierwszych stron hiszpańskich gazet. Książę doskonale ją pamiętał, bo Victor – którego ród był śmiertelnym wrogiem rodu Cristiana – stał się jego mentorem.

Po stracie żony i córki de Riero pogrążył się w smutku. Przynajmniej do czasu, aż znalazł nową rodzinę.

Twoją, powiedział do siebie Cristiano.

Sądził, że w ciągu lat zdołał się pozbyć wybuchającego w nim przedtem jak wulkan gniewu, który niszczył wszystko, co stało na jego drodze. Mylił się. Teraz, patrząc na zdjęcie, musiał znów z całej siły go powstrzymywać. Bo nie mógł sobie na niego pozwolić. Już nie. Nigdy już nie będzie niczego odczuwać. Uczucia kłamią.

Przez lata walczył z tymi wybuchami wściekłości i w końcu udało mu się je wyrugować. Odnalazł choć trochę wewnętrznego spokoju.

Dopóki nie zjawiła się Leonie.

Wstał i szybkimi krokami zaczął przemierzać gabinet wzdłuż i wszerz.

Nie potrafił opanować strumienia myśli.

Jasne, że Leonie wydała mu się znajoma. Spotkał ją przedtem. Lata temu. Była małą dziewczynką z fotografii. Miała dwa albo trzy latka, gdy jej ojciec zaprzyjaźnił się z Cristianem. Książę miał siedemnaście lat i właśnie w wypadku samochodowym stracił oboje rodziców. Po ich pogrzebie Victor przyszedł z wizytą rzekomo po to, by zakopać trwający wieki topór wojenny między dwoma rodami.

Cristiano nie posiadał się ze szczęścia, bo wciąż zmagał się ze stratą rodziców i z radością przyjąłby pomoc nawet od diabła. Potrzebował też wsparcia w pełnieniu obowiązków głowy księstwa, które na niego spadły. Przyjął Victora z otwartymi rękoma. Chętnie słuchał jego porad przekonany, że płyną z dobroci serca. Nie wiedział jednak, że Victor nie zna słowa dobroć i że płomień zemsty na rodzie Velazquez nigdy w jego sercu nie wygasł. Więcej – płonął coraz silniej.

Dopiero trzy lata później, gdy Cristiano wziął ślub, odkrył prawdę o fałszywym przyjacielu.

Wtedy właśnie spotkał jego żonę i ich małą, żywą jak iskierka córeczkę. Nie zwrócił na nią uwagi, bo w ogóle nie myślał wówczas o dzieciach. Jednak niedługo potem żona Victora nagle znikła, zabierając z sobą dziewczynkę. Tydzień później gruchnęła wieść, że obie zginęły w pożarze.

Cristiano pomagał Victorowi tak, jak ten pomagał mu po śmierci rodziców. Przeżywał jednak gorące uniesienia pierwszej miłości do Anny, a potem szybkiego ślubu i zbyt mało uwagi zwracał na rzeczy, które nawet dla postronnego obserwatora zdawały się oczywiste.

Minął rok. Gdy na jego małżeństwie zaczęły się pojawiać pierwsze rysy, poszedł do przyjaciela po radę. Gdyby nie był zaślepiony miłością, zauważyłby, jak bardzo Victorowi podobała się Anna. Później podczas różnych przyjęć rozmawiała z nim częściej niż z mężem.

Cristiano nie podejrzewał, że Victor prowadzi z nim przebiegłą grę. I że wcale nie miał zamiaru zakończyć wiekowej waśni między rodzinami. Usypiał jego czujność, by uderzyć w bezbronnego młodzieńca w najmniej spodziewanym momencie.

Narzędziem zemsty okazała się… Anna. Właśnie tej pięknej kobiety pragnął Victor. I nie zważając na to, że jest w ciąży, odebrał ją księciu…

A wraz z Anną i syna Cristiana…

Szybkim krokiem wciąż przemierzał gabinet, usiłując tłumić wzbierającą w nim jak gorąca wulkaniczna lawa złość.

Wracały niechciane wspomnienia.

Kilka dni później Victor triumfalnie zjawił się w barcelońskim apartamencie księcia z ochroniarzami tylko po to, by do końca wetrzeć sól w rany młodzieńca. Odegrał ostatni akt swojej zemsty i wyjawił mu, że uwiedzenie Anny od początku stanowiło część planu rozprawy ze zwaśnionym rodem. Wyznał też, że kobieta jest w ciąży, a Cristiano nie zobaczy swojego syna, bo Victor wychowa go jak własne dziecko. Dlaczego? Bo nigdy dosyć zemsty i teraz on odbierze rodzinie Velazquez to, co ona wieki temu odebrała im, przejmując ich księstwo.

Cristiano ledwie słyszał słowa Victora. Był rozsierdzony i przepełniony wściekłością. Czuł się zdradzony. De Riero dobrze zrobił, że przyszedł z ochroną, bo gospodarz pewnie udusiłby go na miejscu.

 

Książę zawsze musiał sobie radzić z napadami gniewu. Teraz jednak był on całkowicie usprawiedliwiony.

W ciągu dwóch lat Cristiano wydał ogromną część swojej fortuny, by odzyskać syna. Zażądał wykonania badań DNA. Victor jednak przekupił urzędników i sfałszował wyniki testu na ojcostwo.

Książę został z niczym.

Zdesperowany zaplanował nawet porwanie chłopca, ale gdy wyznaczonego dnia zbliżył się do niego, ten z wielkim płaczem uciekł w ramiona Victora.

„Właśnie dlatego odeszłam – krzyknęła wtedy była żona, próbując uspokoić roztrzęsionego malca. – Jesteś niebezpieczny. Ludzie się ciebie boją. Daj nam spokój”.

Zapamiętał na zawsze te słowa. I lęk, jaki zobaczył w zielonych oczach syna.

Krótko potem opuścił Hiszpanię, przysięgając, że nigdy tam nie wróci.

Żeby nie oszaleć z tęsknoty, wyrzucił wspomnienie syna z serca, a z duszy wszystkie myśli o zemście. Musiał jednak jakoś uśmierzyć ogromny ból, bo nie mógł z nim żyć. Rzucił się więc w wir zmysłowych przyjemności. Po pewnym czasie wspomnienia rzeczywiście zatarły się w jego pamięci. Dziwił się nawet, że kiedyś mogły go tak boleć.

Ale teraz ból wrócił. Tak samo ostry jak przedtem.

Dlaczego nie zostawił jej tam, gdzie ją znalazł?

Jest w jego domu.

Ona.

Mała Leonie…

Wynajęty przez niego dwie godziny temu prywatny detektyw szybko odnalazł mężczyznę, który kiedyś przekazał Victorowi, że Helene de Riero i ich córeczka zginęły w pożarze. Teraz jednak ten sam człowiek przyznał, że kłamał. Nie wiedział dlaczego, ale kobieta zapłaciła mu za to, by przekazał Victorowi, że obie nie żyją.

Cristiano mógł oczywiście zlecić wykonanie testu DNA, ale i bez nich był pewien, kim jest śpiąca w gościnnej sypialni kobieta. Żadna inna nie miała takiego koloru włosów i takich błyszczących fiołkowoniebieskich oczu.

Miał w rękach córkę Victora de Riery.

Gniew, którego nigdy nie mógł do końca uśmierzyć, na nowo wybuchł w jego sercu. Nie ma znaczenia, czy los, czy zwykły przypadek doprowadził ją do jego domu. W wyobraźni już czekał na spotkanie z Victorem z taką samą okrutną radością, z jaką kat czeka na ofiarę.

Los dał mu zupełnie niespodziewaną okazję do zemsty.

Spełni ją z zimną krwią.

Po tragicznej śmierci rodziców waśń z rodem de Riero zdawała mu się czymś zastygłym w mrokach średniowiecza. Skamieliną z innych czasów. Ale wtedy był młody i naiwny. Nie miał pojęcia, jak głęboko sięgają takie spory. Jak daleko może sięgać poczucie żalu, krzywdy i straty. Że ludzie kłamią i że nie wolno im ufać.

Ale odrobił tę lekcję.

O, tak! Odrobił z nawiązką.

Teraz nadarzyła się okazja odpłaty i pokazania, czego się nauczył.

Pławił się w tej myśli. Od dawna już nie udawał świętoszka, który wszystko wszystkim wybacza.

Victor zabrał mu syna, dlatego Cristiano odbierze mu córkę, która podobno nie żyła od piętnastu lat! Najsłodsza zemsta, jaką mógł sobie wyobrazić.

Oko za oko.

Pewnie gdyby nie spotkał Leonie, nawet nie myślałby o takiej zemście. Może żyłby dalej, udając, że nie ma syna i nigdy więcej nie weźmie ślubu. Ale los chciał inaczej. Obudził się w nim stary hiszpański wojownik, którego istnienia w sobie nie podejrzewał.

Może weźmie z nią ślub i zaprosi na niego Victora? Gdy już staną przed ołtarzem, podniesie jej welon, tak by wróg mógł zobaczył, jak jego uznana za zmarłą córka wychodzi za człowieka, którego kiedyś upokorzył na oczach całej Hiszpanii.

Może zemsty dopełniłoby pojawienie się na świecie syna Cristiana i Leonie. Splamienie krwi rodu de Riero krwią Velazquezów!

Jeśli Victor postąpił tak nikczemnie, dlaczego książę nie miałby odpłacić tym samym?

Może dopiero zemsta uleczy głęboką ranę w jego sercu, z którą żył od czasu opuszczenia kraju? Poczucie pewności, że wszystkie karty są w jego ręku, przyniosło mu spokój, jakiego nie zaznał od lat.

Najpierw jednak musi przekonać Leonie, która jest uparta, czujna i nikomu nie ufa. Nic w tym dziwnego. Gdy latami mieszkasz na ulicy, twój świat zaczyna się rządzić jej prawami. Miał nadzieję, że odpowiednią motywacją okażą się pieniądze. Mogłaby uznać ślub za część swojej pracy, za którą otrzyma wynagrodzenie dające jej dobrobyt na całe życie.

Wtedy jednak musiałby wyznać, że wie, kim ona jest. Nie zdradziła mu imienia. Powodzenie planu zależałoby od tego, co Leonie czuje do ojca. Czy chciała w przeszłości do niego wrócić? Czy zdaje sobie sprawę, że wszyscy myślą, że ona od dawna nie żyje?

Zbyt szybkie przyznanie, że wie, kim ona jest, byłoby błędem. Mogłaby się wystraszyć i uciec. Lepiej powoli zdobywać jej zaufanie, co w wypadku pięknej kobiety wymaga tylko troszkę troskliwej opieki. A w tym był naprawdę dobry, bo od lat postępował tak z kolejnymi kochankami.

Pełen energii i dobrych myśli wyszedł z gabinetu na poszukiwanie nowej pracownicy.

Znalazł ją w bibliotece, której okna wychodziły na otoczony murem ogród. Klęczała przed jedną z półek. Miała na sobie strój personelu domowego – czarne spodnie i czarny bawełniany T-shirt. Nie powinna się niczym wyróżniać, a jednak koński ogonek koloru zmieszanego z różem miedzianego złota od razu zwracał uwagę.

Jest piękna, pomyślał.

Oczyma wyobraźni ujrzał, jak delikatnie przeczesuje palcami jej włosy… Jak ich kolor wibruje mu przed oczyma…

Otrząsnął się. Chodziło o jej imię, a nie ciało. Pewnie okazałaby się bardziej pociągająca, niż sądził, ale przecież na jeden telefon mógł mieć seks z każdą z licznych kobiet, których numery trzymał w małym czarnym notatniku. Nie musiał tracić czasu na płochliwą, bezdomną i znacznie młodszą od siebie dziewczynę.

Nawet z tak niezwykłym kolorem włosów…

Oparł się o framugę drzwi i patrzył na Leonie.

Widział, że nie ściera kurzu z półek, bo ściereczka i sprej do czyszczenia leżały obok niej. Pochylała się nad czymś z taką uwagą, że nie usłyszała, jak wszedł. Tak samo skupiona na swojej sztuce ulicy była wtedy, gdy złapał ją przy limuzynie.

Czy taka byłaby w łóżku?

Zirytowany szybko odrzucił tę myśl. Może po prostu brak mu seksu. Powinien zadzwonić do dwóch uroczych pań, które ostatniej nocy odprawił z kwitkiem, i skończyć to, co zaczął.

Chrząknął głośno, chcąc zwrócić jej uwagę.

– Znalazłaś coś ciekawego do czytania? – zapytał.

Jego niski, chropawy głos podziałał na nią jak niespodziewana pieszczota. Podskoczyła na kolanach i zamarła w bezruchu, wciąż ściskając w ręku książkę, którą czytała.

Ciarki przeszły jej po plecach. Już pierwszego dnia przyłapał ją na obijaniu się zamiast na pracy!

Dotąd wszystko szło jej jak po maśle. W nocy, gdy została sama, wzięła prysznic. Marzyła o spędzeniu nawet kilku godzin w marmurowej wannie, ale było późno, a Leonie brakowało snu. Naga położyła się do łóżka, bo nie chciała zakładać swoich starych brudnych łachów.

Miała niespokojny sen, bo nie nawykła do spania w tak wygodnym łożu i delikatnej pościeli. Najczęściej spała gdzieś na klatkach schodowych lub wprost na ulicy, przykryta kartonami z tektury. Czasem udawało jej się dostać do schroniska dla bezdomnych, gdzie czekał na nią twardy materac i cienki jak papier koc. Zawsze spała jak płochliwa łania, bo nawet w nocy musiała być czujna.

Ale mimo niespokojnego snu rano obudziła się w znakomitym nastroju. Na stoliku przy drzwiach czekało na nią czyste ubranie, a obok tacka ze świeżą kawą i ciepłym croissantem, który od razu pochłonęła z apetytem.

Chwilę później zjawiła się Camille z planem pracy.

Pierwsze pół godziny Leonie miała spędzić w bibliotece, ścierając kurze, a później przejść do dużego salonu obok i starannie go wysprzątać.

Tymczasem miała straszliwe podejrzenie, że siedzi wśród książek dłużej niż pół godziny, a jeszcze nie zabrała się za kurze.

Zainteresowały ją dwa tytuły i nie mogła się oprzeć pokusie, by od razu je przejrzeć.

Gdy była młodsza i mieszkała z matką, uwielbiała chodzić do biblioteki i czytać. Książki nauczyły ją tego, czego nie nauczyła ulica. A jeszcze wcześniej, gdy była małą dziewczynką, czytał jej na głos ojciec…

Teraz jednak nie chciała o nim myśleć. Musi być bardziej czujna, bo ten nieszczęsny książę cały czas ją śledzi.

Szybko zamknęła książkę i odłożyła na półkę.

– Nic nie czytałam – rzuciła, zbierając z podłogi ściereczkę. – Właśnie czyściłam półkę.

– Co to za książka? – spytał, nawet nie słuchając tłumaczeń Leonie.

Zerwała się na równe nogi i obróciła. Chciała coś powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle.

Cristiano wciąż opierał się wspaniale umięśnionym ramieniem o framugę i trzymał ręce w kieszeniach. Miał na sobie idealnie skrojone, czarne garniturowe spodnie i nieskazitelnie białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, odsłaniającymi prężne przedramiona. To proste i eleganckie ubranie doskonale podkreślało jego fizyczne piękno i idealną budowę. Wydobywało też arystokratyczne rysy twarzy, proste czarne brwi i blask czający się w głęboko zielonych oczach.

Idealny mężczyzna.

Wydawał się inny niż wczoraj. Emanował energią, której przedtem u niego nie widziała. Wszystko to nieodparcie przyciągało jej uwagę. Kusiło.

Musiała się mieć na baczności. Zresztą wszystko w nim sprawiało, że ani na chwilę nie mogła tracić czujności.

– Chcesz coś powiedzieć? – Uniósł brew w znany jej z rozmowy w limuzynie władczy sposób.

Zarumieniła się i natychmiast zganiła w duchu, że nie potrafi powstrzymać takiej reakcji.

– Nie. Potrzebujesz czegoś? – spytała, by zyskać na czasie i wrócić do równowagi.

Uśmiechnął się lekko… Jakby odczuwał zadowolenie z jej zmieszania…

– Niczego! Wpadłem tylko zobaczyć, czy wszystko w porządku.

– Tak. Dzięki. Camille ma mi znaleźć nowy pokój.

– Nie – przerwał jej z beztroską arogancją właściwą ludziom nawykłym, że ich słowo stanowi rozkaz. – Zostaniesz w tym, gdzie jesteś.

Nie zmartwiła jej ta perspektywa, ale nie podobał jej się ton jego głosu, z góry odrzucający wszelki sprzeciw. Jakby Cristiano nigdy się nie mylił.

Moja potrzeba walki i obrony zawsze wpędzała mnie w kłopoty, pomyślała.

Była to prawda, ale pojawił się też inny problem, który przewidywała już wczorajszej nocy, ale wtedy beztrosko zlekceważyła. Przyjmując gościnę księcia i pracę, sama wpędzała się w pułapkę. Gorący prysznic, czysta pościel i ubranie – wszystko to było niezwykle nęcące dla kogoś, kto często musiał żebrać lub kraść w sklepie, by mieć coś do zjedzenia. Na ulicy zawsze czaiło się jakieś niebezpieczeństwo. Tu, za murami pałacu czuła się bezpiecznie.

Ale czy właśnie nie to złudne poczucie powinno jej kazać mieć się na baczności?

Tak właśnie ludzie próbują uśpić twoją czujność, by później wykorzystać. Powinnaś uciekać, mówiła sobie.

Było jednak za późno – zbyt późno, by uznać, że uliczne życie jest lepsze niż wygodne mieszkanie i praca.

Czuła się jak mityczna Persefona, która usiłując zerwać piękny narcyz, została porwana przez Hadesa i uprowadzona do podziemnego królestwa.

Jednak paryski Hades był niezwykłym mężczyzną. Atrakcyjnym i pociągającym jak wąż, którego kuszeniu uległa kiedyś biblijna Ewa.

– Nie potrzebuję specjalnego pokoju – wróciła do rozmowy.

Potrzeba stawiania oporu była silniejsza od niej samej.

– Mogę spać tam, gdzie inni.

– Powiedziałem, że zostaniesz w sypialni.

– Bo…? – zapytała buńczucznym tonem.

– Bo tak postanowiłem. Jestem księciem, moje życzenie jest rozkazem – zażartował.

Wokół jego zmysłowych warg czaił się lekki uśmiech.

– Zwykle przeprowadzam też rozmowę kwalifikacyjną z nowymi pracownikami. Porozmawiamy wieczorem przy kolacji.

Więc o to chodzi? Rozmowa podczas kolacji, a potem…

Spojrzała na niego podejrzliwym wzrokiem.

– Takie rozmowy zwykle prowadzi się w biurze.

– Racja. Poproszę, by podano nam kolację w moim gabinecie. Zadowolona?

– Nie myśl, że pójdę z tobą do łóżka – burknęła, rzucając mu gniewne spojrzenie.

– Prosiłem o to? – spytał spokojnym głosem.

– Nie, ale dobrze wiem, czego się spodziewać po mężczyźnie, który nagle zaprasza na kolację. Wszyscy jesteście tacy sami.

– Masz o nas fatalną opinię. Domyślam się, dlaczego. Nie jesteśmy wzorem cnót, a sam jestem wyjątkowo złym przykładem. Jednak nie chodzi o seks, jeśli tego się obawiasz.

 

Naprawdę się bała. Latami żyła na ulicy w cieniu nieustannego zagrożenia przemocą na tle seksu. Los bezdomnych kobiet jest o wiele gorszy niż bezdomnych mężczyzn, bo trudniej im się bronić. A ulica zawsze jest po stronie mężczyzny. Od wieków seksistowska.

Dlaczego więc słowa, że Leonie nie ma się czego obawiać, odebrała z pewnym… Jak to nazwać? Rozczarowaniem?

– Po prostu ci nie ufam – odparowała jednak cierpkim tonem.

– Słusznie. Dopiero co się poznaliśmy.

– O czym mamy rozmawiać przy kolacji? Przecież już mnie zatrudniłeś!

– Tak, ale procedura to procedura. Nie mogę wpuszczać do domu każdego, kogo nie znam. Zwłaszcza gdy nowa pracownica nie chce zdradzić nawet swojego imienia.

Powinna mu je podać już przedtem. W czym problem? Chciała tylko zachować odrobinę autonomii, lecz w jego oczach wychodzi na to, że coś ukrywa lub przed czymś ucieka.

A jest tylko zwykłą dziewczyną porzuconą przez oboje rodziców, której nikt nie chce.

Ale on nie musi o tym wiedzieć. Jej imię jest tylko jej własnością. Nikt nie ma prawa go znać.

Jednak co jest w Cristianie, że cały czas pragnie z nim walczyć? Nigdy nie reagowała tak na żadnego mężczyznę. Wprawdzie nie znała ich zbyt wielu, bo na ulicy mądrzej było ich unikać, ale ci, których spotykała, nigdy nie wywoływali u niej aż takich reakcji jak ten…

Swoją fizyczną obecnością sprawiał, że chciała się z nim spierać. Bronić swojego kawałka podłogi. Oddawać ciosy. Ale czuła też, jak budzą się przy nim jej zmysły i niepokój. Bezsensowna chęć, by go szturchnąć i zobaczyć, jak zareaguje.

Co to jest?

Nie chciała o tym myśleć. Kto wie, ile potrawa ta praca i kiedy znów znajdzie się na ulicy.

Przyjęła jego ofertę i uznała, że najbardziej logicznie jest nie igrać z ogniem, czyli z gotową do skoku panterą. Nie rzucać się w oczy i nie walczyć, by nie stać się jej ofiarą. Jeśli Leonie dobrze odegra tę rolę, książę może w ogóle o niej zapomni i zostawi ją w spokoju.

– Co z kolacją? – Cristiano wrócił do rozmowy.

Spuściła wzrok i w milczeniu skinęła potakująco głową.

Nawet nie zauważyła, kiedy wyszedł.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora