ZwycięskiTekst

Z serii: Obca Krew
Z serii: Zaginiona flota #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

R.11

R.12

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Paulowi Parsonsowi,

człowiekowi, który swoim wielkim entuzjazmem, wielkim umysłem i wielkim sercem

szczodrze obdarzał wielu ludzi.

Będziemy za nim tęsknić.

Dedykuję S., jak zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

Często stawiał czoło śmierci, ale z największą radością uczyniłby to po raz kolejny, byle nie brać udziału w czekającej go odprawie.

– Nie staje pan przed plutonem egzekucyjnym – przypomniała mu kapitan Desjani – tylko przed Wielką Radą Sojuszu.

John Geary odwrócił lekko głowę, aby spojrzeć na kobietę dowodzącą „Nieulękłym”, jego okrętem flagowym.

– Może mi pani przypomnieć raz jeszcze, czym różnią się te dwa ciała?

– Politycy nie powinni mieć przy sobie broni, a poza tym oni bardziej obawiają się pana niż pan ich. Spokojnie. Jeśli zauważą, jak bardzo jest pan spięty, gotowi jeszcze pomyśleć, że rzeczywiście przygotowuje pan zamach stanu. – Skrzywiła się. – Powinien pan też wiedzieć, że przy spotkaniu będzie obecny admirał Otropa.

– Admirał Otropa? – Geary miał niemal stuletnią lukę, i to dosłownie, w wiedzy o świecie współczesnym. Znał wyłącznie nazwiska oficerów dowodzących okrętami tej floty.

Desjani uśmiechnęła się, lecz w tym zwykłym z pozoru grymasie twarzy kryła się ogromna doza pogardy. Geary wiedział jednak, że nie była to reakcja na jego niewiedzę.

– To wojskowy doradca Wielkiej Rady, ale proszę się nie obawiać, propozycja, żeby to on przejął od pana dowodzenie, nigdy nie padnie. Nie ma chyba takiego człowieka, który poparłby wniosek o mianowanie Kowadła, przepraszam, Otropy na stanowisko głównodowodzącego floty.

Geary spojrzał po raz kolejny na swoje odbicie w lustrze i nagle poczuł się bardzo niewygodnie w mundurze wyjściowym. Nigdy nie lubił takich odpraw, a za jego czasów, czyli przed stu laty, nie marzył nawet o tym, by stanąć oko w oko z członkami Wielkiej Rady.

– Kowadło? To dość mocne przezwisko.

– Zyskał je tylko dlatego, że zazwyczaj zbierał tęgie baty na polu bitwy – wyjaśniła Desjani. – Facet ma lepsze rozeznanie w polityce niż wojskowości, doszedł więc w końcu do wniosku, że doradzanie Wielkiej Radzie będzie dla niego o wiele mniej ryzykowne.

Mało brakowało, by Geary się zakrztusił, hamując atak śmiechu.

– Widzę, że można mieć gorsze przezwiska niż „Black Jack”.

– O wiele gorsze. – Geary dostrzegł kątem oka, że Desjani przygląda mu się z wyraźnym zaciekawieniem. – Nigdy mi pan nie powiedział, skąd wziął się nick „Black Jack”, nie wspomniał pan też, dlaczego nie lubi go pan tak bardzo. Uczyłam się tej historii z pańskiej oficjalnej biografii, jak każde dziecko dorastające na terytoriach Sojuszu, ale nie znalazłam w niej niczego, co usprawiedliwiałoby taką niechęć do przezwiska.

– A co mówi na ten temat moja oficjalna biografia?

Od czasu podjęcia z uszkodzonej kapsuły ratunkowej Geary robił, co mógł, aby unikać lektury wszelkich oficjalnych dokumentów na temat swoich dawnych, ponoć heroicznych wyczynów.

– Że pańskie oceny zawsze były „trafne albo bardzo zbliżone do prawdy” i dlatego zyskał pan miano odnoszące się do najlepszego układu kart.

– Akurat. – Geary próbował powstrzymać śmiech. – Każdy, kto zajrzy do mojej kartoteki, od razu zauważy, że to nieprawda.

– Jak więc wygląda prawda?

– Powinienem mieć chociaż jeden sekret, którego pani nie zna.

– Pod warunkiem, że byłoby to coś osobistego. Jako kapitan pańskiego flagowca powinnam wiedzieć o wszystkich sekretach zawodowych... – przerwała na moment. – A jeśli chodzi o spotkanie z członkami rady... Czy powiedział mi pan wszystko na ten temat? I zachowa się pan tak, jak ustaliliśmy?

– Odpowiedź na oba pytania brzmi identycznie: tak. – Stanął twarzą do niej, aby mogła zobaczyć, jak bardzo jest zatroskany. Jako głównodowodzący tej floty musiał cały czas robić dobrą minę bez względu na to, w jak trudnej sytuacji się znajdowali. Desjani była jedną z niewielu osób, przed którymi nie musiał udawać. – To będzie niezwykle trudne zadanie. Najpierw muszę ich przekonać do mojego planu, potem do wydania mi rozkazu jego wykonania, a wszystko to trzeba zrobić w taki sposób, żeby nie wzbudzić w radzie podejrzeń, że zamierzam dokonać zamachu stanu.

Desjani skinęła głową. Nie wyglądała przy tym na specjalnie przejętą.

– Poradzi pan sobie, sir. Sprawdzę w dokach, czy wahadłowiec, którym ma pan lecieć na stację Ambaru, jest już gotowy. Ma pan jeszcze chwilę na poprawienie munduru. – Zasalutowała, zrobiła przepisowy w tył zwrot i odmaszerowała.

Geary jeszcze przez dłuższą chwilę po jej wyjściu wpatrywał się w zamknięty właz. Nawiązał z Tanią Desjani niemal idealne stosunki zawodowe, jeśli nie liczyć totalnie nieprofesjonalnego zachowania, jakim było zakochanie się w niej. Nigdy jej o tym nie powiedział i nie miał zamiaru tego robić. W każdym razie dopóki nie przestanie być jego podwładną. I fakt, że ona także go kochała, niczego tutaj nie zmieni, ponieważ regulamin zakazywał im nie tylko mówienia o uczuciach, ale i okazywania ich w jakiejkolwiek formie. Niemniej był to naprawdę niewielki problem w skali wszechświata, do którego powrócił po całym wieku spędzonym w hibernacji, by stać się mitycznym zmartwychwstałym bohaterem Sojuszu i podjąć nieprzynoszącą decydujących rozstrzygnięć, trwającą od stu lat walkę pomiędzy jego ojczyzną a Światami Syndykatu. Wrócił tu tylko po to, by odkryć, że umęczeni obywatele mają dość dotychczasowych rządów i z największą radością widzieliby go w roli dyktatora. Czasami jednak ten maleńki osobisty problem wydawał mu się o wiele trudniejszy do zniesienia niż myśl o losie rasy ludzkiej.

Raz jeszcze skupił się na odbiciu w lustrze. Szczerze mówiąc, mundur leżał na nim idealnie, ale znając Desjani, wiedział, że nie rzuciłaby na odchodnym uwagi o mundurze, gdyby wszystko było w porządku. Mrużąc oczy, Geary poprawił materiał w kilku miejscach, dosłownie o ułamki milimetrów, a potem spojrzał na lśniącą Gwiazdę Sojuszu wiszącą tuż pod kołnierzykiem. Nie cierpiał nosić tego odznaczenia, przyznanego mu po domniemanej śmierci za walkę do samego końca w starciu, które miało miejsce niemal sto lat temu. We własnym mniemaniu nie zasługiwał na taki zaszczyt, ale regulamin mówił wyraźnie, że wkładając mundur wyjściowy, oficer ma obowiązek nosić na nim „wszystkie ordery i medale, jakimi został odznaczony”. Mógł wprawdzie wymigać się od stosowania tego czy innego przepisu, ponieważ sam stanowił tutaj prawo, lecz wiedział też, że jedno odstępstwo prowadziłoby do drugiego i czort wie, czym by się to wszystko skończyło.

Właśnie zbierał się do wyjścia, gdy zadźwięczał brzęczyk interkomu. Geary odebrał połączenie i zobaczył przed sobą hologram rozradowanego kapitana Badai. Jego wirtualny wizerunek był tak doskonały, że można by zaryzykować stwierdzenie, iż osobiście pojawił się w kajucie komodora.

– Dzień dobry, kapitanie. – Badaya wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Witam. Właśnie wychodziłem na spotkanie z członkami Wielkiej Rady. – Geary musiał traktować tego człowieka z wielką ostrożnością.

Badaya był dowódcą „Znamienitego”, jednego z liniowców, ale przewodził także frakcji oficerów, którzy bez mrugnięcia okiem poparliby militarną dyktaturę Geary’ego. Wiedząc, że kapitan zdołał przekonać do swojego zdania prawie każdego dowódcę tej floty, komodor musiał zrobić wszystko, by odwieść go od rozpoczęcia rebelii. Gdy obejmował stanowisko głównodowodzącego, jego największym problemem była obawa, czy ci ludzie nie zbuntują się przeciw niemu, a dzisiaj, zaledwie kilka miesięcy później, niepokoiło go wyłącznie to, czy nie zechcą obalić Sojuszu w jego imieniu.

 

Badaya pokiwał głową, jego uśmiech przestał być tak radosny.

– Kilku kapitanów zamierzało podprowadzić swoje eskadry bliżej stacji Ambaru, żeby pokazać Wielkiej Radzie, kto tu naprawdę rządzi, zdołałem ich jednak przekonać, że to nie byłoby w pana stylu.

– I słusznie – powiedział Geary, dbając o to, aby w jego głosie nie dało się wyczuć zbyt wyraźnej ulgi. – Powinniśmy zachowywać pozory, że to rada wciąż rozdaje karty.

Taką właśnie przykrywkę zastosował w rozgrywce z frakcją Badai. Jeśli jednak rada wyda mu rozkazy sprzeczne z jego przekonaniami, o czym ci ludzie dość szybko się dowiedzą, zostanie zmuszony do ślepego posłuszeństwa legalnie wybranemu rządowi albo do złożenia natychmiastowej rezygnacji, a wtedy, bez względu na jego decyzję, rozpęta się istne piekło.

– Rione pomoże panu w zapanowaniu nad nimi – dodał dowódca „Znamienitego”, pogardliwie machając ręką. – Ma pan ją w garści, a ona zadba już o to, żeby ustawić pozostałych polityków. A skoro mowa o spotkaniu, robi się późno, powinien pan już iść. – Hologram Badai wyszczerzył się na pożegnanie, zasalutował i zniknął.

Geary pokręcił głową, zastanawiając się, co by powiedziała współprezydent Republiki Callas i członkini senatu Sojuszu Victoria Rione, gdyby usłyszała, że Geary ma ją w garści. Na pewno nie byłoby to nic dobrego, uznał.

Szedł korytarzami „Nieulękłego” w kierunku doków, odpowiadając na energiczne saluty mijanych członków załogi. Ten okręt był jego flagowcem od momentu objęcia stanowiska głównodowodzącego floty, jeszcze w syndyckim systemie centralnym, w głębi terytorium wroga, gdzie uwięzione siły Sojuszu czekały na – jak się wtedy wydawało – nieuniknioną zagładę. Tymczasem wbrew wszystkiemu zdołał doprowadzić do przestrzeni Sojuszu zdecydowaną większość tych jednostek, dzięki czemu ich załogi zaczęły święcie wierzyć, że może dokonać wszystkiego, jeśli tylko zechce. Nawet wygrać wojnę, w której walczyli zarówno rodzice, jak i dziadkowie podległych mu marynarzy. Robił więc, co mógł, by wyglądać pewnie mimo dręczącego go wciąż niepokoju.

Nie potrafił się jednak powstrzymać przed zmarszczeniem brwi, gdy dotarł w końcu do wrót doków. Desjani i Rione już tam były. Stały obok siebie i jak zauważył, rozmawiały ściszonymi głosami. Na ich twarzach nie dostrzegł śladu emocji. Nie potrafił zrozumieć tej jakże nagłej zmiany nastawienia wobec siebie – przecież te dwie kobiety porozumiewały się do tej pory tylko wtedy, gdy było to absolutnie niezbędne, ale nawet w takich przypadkach mogły skoczyć sobie do gardła, chwytając za każdą broń, jaką miałyby pod ręką – zwykły nóż, pistolet albo piekielną lancę.

Gdy zobaczyły Geary’ego, Desjani natychmiast ruszyła w jego stronę, a Rione minęła właz i weszła do doków.

– Wahadłowiec i jednostki eskorty są już gotowe – zameldowała Tania. Skrzywiła się lekko, taksując jego wygląd, i przygładziła szybkim ruchem kilka baretek. – Reszta floty będzie oczekiwać w stanie podwyższonej gotowości.

– Taniu, liczę, że z pomocą Duellosa i Tuleva zdołasz zapanować nad resztą oficerów i nie dojdzie tutaj do kolejnego kataklizmu na skalę supernowej. Badaya powinien współpracować z wami, on też zadba, żeby żaden z dowódców nie reagował zbyt nadpobudliwie, ale to na waszej trójce spoczywa odpowiedzialność, żeby on nie przeholował w którymś momencie.

Skinęła głową z pełnym spokojem.

– Oczywiście, sir. Niemniej mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę z tego, że nie zdołamy powstrzymać naszych ludzi, jeśli rada zareaguje zbyt przesadnie. – Desjani podeszła jeszcze bliżej i chwyciła go za nadgarstek, jakby chciała podkreślić wagę kolejnych słów. – Proszę jej słuchać. To jej terytorium i jej zasady walki.

– Chodzi pani o Rione? – W życiu by nie pomyślał, że Tania każe mu słuchać rad Victorii.

– Tak. – Cofnęła się i zasalutowała, tylko w jej oczach widział wciąż niepokój. – Powodzenia, sir.

Odpowiedział tym samym gestem i wszedł na teren doków. Przed widocznym w oddali kadłubem wahadłowca wzdłuż rampy stał szpaler komandosów. Był ich tam cały pluton, wszyscy w pełnych zbrojach i z kompletnym wyposażeniem bojowym.

Zanim Geary zdążył cokolwiek powiedzieć, z szeregu wystąpił major sił desantowych i zasalutował sprężyście.

– Kapitanie Geary, wyznaczono mnie na dowódcę pańskiej straży przybocznej. Mamy pana odprowadzić na spotkanie z członkami Wielkiej Rady.

– Dlaczego pańscy ludzie noszą pełne pancerze? – zapytał komodor.

Major odpowiedział bez chwili wahania.

– W systemie Varandal nadal istnieje wysokie ryzyko zagrożenia atakiem, sir. Regulamin nakazuje, żeby oddziały wykonujące zadania w sytuacjach alarmowych posiadały pełne wyposażenie bojowe.

Wygodna wymówka. Geary spojrzał w kierunku Rione; nie wyglądała na zaskoczoną takim wyglądem żołnierzy. Podobnie jak Desjani. Wszystko wskazywało na to, że pułkownik Carabali, dowodząca siłami specjalnymi floty, także zgadza się z ich stanowiskiem. Geary postanowił zaufać jednomyślnemu osądowi trzech tak rozsądnych osób jak Tania, Victoria i pani pułkownik Carabali mimo wciąż żywych obaw o reakcję członków rady na widok towarzyszącego mu w pełni uzbrojonego oddziału.

– Rozumiem. Dziękuję, majorze.

Komandosi prezentowali broń, gdy przechodził między nimi z Rione u boku, zmierzając w górę rampy. Podziękował im za te honory nieustającym salutem. Przy okazji takich wydarzeń zaczynał się zastanawiać nad sensownością przywrócenia we flocie owego prastarego obyczaju. Od godziny nie robił nic innego, tylko salutował.

Przeszedł z Victorią do kabiny dla VIP‍-ów znajdującej się tuż za kokpitem pilotów. Komandosi zajęli wszystkie miejsca w głównym przedziale wahadłowca. Geary zapiął pasy, nie odrywając wzroku od umieszczonego przed jego fotelem wyświetlacza. Widniała na nim upstrzona gwiazdami niekończąca się czerń kosmosu. To samo mógłby widzieć przez okno, gdyby jakiś szaleniec zaprojektował wahadłowiec z przeszklonymi otworami w opancerzonym kadłubie.

– Zdenerwowany? – zapytała Rione.

– Nie widać?

– Nie bardzo. Dobrze się maskujesz.

– Dzięki. Co kombinowałaś z Desjani, kiedy pojawiłem się przed dokami?

– Takie tam babskie gadanie – odparła beztrosko, machając od niechcenia ręką. – O wojnie, losach ludzkości, naturze wszechświata i innych tego rodzaju sprawach.

– Doszłyście do jakichś konkluzji, które powinienem poznać?

Spojrzała na niego z rezerwą, ale zaraz uśmiechnęła się uspokajająco.

– Sądzimy, że poradzisz sobie, jeśli do końca pozostaniesz sobą. Masz nasze gorące wsparcie. Pomogło?

– I to bardzo. Dzięki.

Zapalenie kolejnych kontrolek poinformowało go, że zejściówka została już podniesiona i zabezpieczona. Uszczelniono też wewnętrzną śluzę doku, aby otworzyć główne wrota. W końcu wahadłowiec oderwał się od pokładu, zawrócił w miejscu z wielką gracją i pomknął w przestrzeń. Geary uśmiechnął się mimowolnie. Autopilot mógł prowadzić tego rodzaju maszyny równie dobrze jak człowiek, a czasami sprawował się w tej roli o wiele lepiej od żywych istot, lecz tylko ludzka ręka potrafiła nadać manewrom wahadłowca prawdziwy styl. Prom przyspieszył. Sylwetka „Nieulękłego” zaczęła błyskawicznie maleć na ekranie wyświetlacza.

– Po raz pierwszy opuściłem pokład okrętu. – Geary nagle zdał sobie z tego sprawę.

– Od czasu podjęcia cię z kapsuły ratunkowej – uściśliła Rione.

– Tak.

Po jego dawnym życiu nie pozostał zapewne nawet ślad, jego bliscy także już nie istnieli. Zdążyli wymrzeć w ciągu minionego stulecia. „Nieulękły” stał się jego nowym domem, a członkowie załogi rodziną. Czuł dziwny niepokój, oddalając się od nich.

Podróż trwała nadspodziewanie krótko, wokół wahadłowca pojawiły się ogromne kształty struktur zewnętrznych stacji Ambaru i pilot zaczął zwalniać, aby posadzić prom w wyznaczonym doku. Chwilę później płozy maszyny dotknęły ziemi. Geary obserwował kontrolki, czekając, aż ciśnienie w doku osiągnie maksimum, potem zaczerpnął głęboko powietrza, wygładził raz jeszcze mundur i skinął głową Rione.

– Chodźmy.

Victoria odpowiedziała mu podobnym gestem. Zauważył w niej pewną odmianę – niby zachowywała się jak zawsze, coś tu jednak było nie tak. Geary przypomniał sobie, że widywał podobne przemiany u Desjani. Na moment przed zaatakowaniem Syndyków. Rione, jej wzorem, także szykowała się do walki, tyle tylko, że na niwie politycznej.

Dok stacji był o wiele większy niż jego odpowiednik na „Nieulękłym”, ale komodor zwrócił uwagę przede wszystkim na swoich komandosów, którzy otaczali rampę szczelnym kręgiem, kierując przygotowaną do strzału broń na zewnątrz. Żaden z nich nie prezentował przed nim blastera jak podczas powitania. Zbroje także mieli uszczelnione. Gdy Geary oderwał od nich wzrok, dostrzegł, że pod trzema grodziami doku znajdują się szeregi żołnierzy sił powierzchniowych. Wszyscy byli uzbrojeni, lecz nie mieli na sobie pancerzy bojowych. Spoglądali teraz z niepokojem na mierzących do nich komandosów.

Czyżby Rione miała rację? Ostrzegała go przecież, że rada, jeśli jej członkowie uwierzyli, iż chce zostać dyktatorem, podejmie stosowne kroki wyprzedzające i każe go zaaresztować natychmiast po przybyciu na stację, aby stracił kontakt z resztą swojej floty.

Geary ruszył w dół rampy, czując wielki żal wobec tych ludzi. To była ogromna obraza dla jego honoru. Szedł w kierunku czekającego na niego człowieka, który wyglądał znajomo. Nigdy wcześniej nie spotkał osobiście admirała Timbale’a, ale miał z nim parę razy kontakt przez holo. Dość zdawkowy zresztą. Nigdy nie udało mu się porozmawiać dłużej z tym człowiekiem.

Stanął przed Timbale’em i zasalutował, na co admirał zareagował sporym zdziwieniem. Chwilę trwało, zanim w jego oczach pojawił się blady błysk zrozumienia i salut został pospiesznie, choć niezdarnie odwzajemniony.

– Ka-kapitanie Geary. Wi‍-witam na stacji Ambaru.

– Dziękuję, sir. – Pozbawiona emocji odpowiedź Geary’ego odbiła się echem od ścian pogrążonego w kompletnej ciszy doku.

Rione stanęła obok niego.

– Sugerowałabym, admirale, żeby odwołał pan wartę honorową, skoro mamy już za sobą formalne powitanie kapitana Geary’ego.

Timbale spojrzał na nią, potem na krąg komandosów. Po jego policzku spłynęła kropelka potu.

– Ja...

– Może pan przewodniczący Navarro zmieni pańskie rozkazy, jeśli się pan z nim teraz skontaktuje – zasugerowała Victoria.

– Tak, tak. – Admirał cofnął się z wyrazem nieskrywanej ulgi na twarzy, wyszeptał coś do komunikatora, poczekał, potem znów coś dodał. Z wymuszonym uśmiechem skinął głową w stronę Rione i odwrócił się do żołnierzy rozstawionych wzdłuż grodzi.

– Pułkowniku, proszę zabrać swoich ludzi do koszar. – Oficer dowodzący oddziałami wystąpił z szeregu, otwierając usta, jakby chciał zaprotestować. – Wykonajcie rozkaz, pułkowniku! – Timbale zdołał go ubiec.

Gdy żołnierze otrzymali nowe rozkazy, wykonali przepisowy zwrot i ruszyli do wyjścia. Kilku z nich odwróciło głowy, zerkając ciekawie w stronę Geary’ego. On natomiast zastanawiał się, co by było, gdyby sam zwrócił się do tych ludzi. Czy wykonaliby rozkaz padający z ust Black Jacka? Na tę myśl znów poczuł narastający niepokój. Zrozumiał bowiem jasno, do czego może dojść, jeśli nie zdoła przeprowadzić tych rozmów właściwie.

Kiedy ostatni żołnierze opuścili dok, spojrzał na dowodzącego komandosami majora. I co teraz? Czy powinien zabrać ze sobą całą eskortę? A może tylko część oddziału? Przecież nie może mieć pewności, że ci żołnierze znowu nie spróbują go aresztować natychmiast po opuszczeniu doków. Zwykła ostrożność nakazywała zabranie ze sobą przynajmniej kilku komandosów.

Ale to by oznaczało, że stanie przed obliczem rady, mając za plecami oddział uzbrojonych po zęby i opancerzonych ludzi. Każdy, kto będzie tego świadkiem, może dojść do dwóch tylko wniosków: albo Geary przeprowadza właśnie pucz, albo okazuje daleko idący brak zaufania wobec politycznych przywódców Sojuszu. Każda z tych ewentualności oznaczała definitywny krach jego planów i mogła stać się zarzewiem zamachu stanu, którego tak się obawiał.

Jeśli jednak zostanie aresztowany, jego flota zareaguje nawet wbrew jego woli.

Rione obserwowała go bacznie, lecz nie wyglądała na zdenerwowaną. Na pewno nie powie mu teraz, jak powinien postąpić, nie zrobi tego za nic przy tylu świadkach, ale jej postawa stanowiła dość czytelną podpowiedź. Pewność siebie. Spokój.

 

Geary zaczerpnął tchu i skinął głową w stronę dowódcy komandosów.

– Zostańcie tutaj. I zachowajcie cierpliwość. Nie wiem, jak długo może potrwać to spotkanie.

– Możemy wysłać z panem drużynę... – Major wskazał stojących najbliżej żołnierzy.

– Nie. – Geary spojrzał na nich, starając się grać rolę człowieka, który nie ma nic na sumieniu i nie obawia się w związku z tym reakcji przełożonych. – Znajdujemy się na własnym terytorium, majorze. To nasi przyjaciele. Obywatele Sojuszu nie powinni się lękać własnego rządu ani siebie nawzajem. – Nie wiedział, kto ich teraz podsłuchuje, ale kimkolwiek byli ci ludzie, musieli jasno zrozumieć, co ma im do przekazania.

Major zasalutował.

– Tak jest!

Timbale nie spuszczał wzroku z Geary’ego. W jego oczach zdziwienie mieszało się z niepokojem.

– Czy raczy mnie pan poinformować, kapitanie, z jakimi intencjami pan tutaj przybywa? – zapytał, nie podnosząc głosu.

– Otrzymałem rozkaz stawienia się przed przedstawicielami Wielkiej Rady. Zamierzam go wykonać. – Ciekawe, czy admirał pojmie we właściwy sposób znaczenie tego ostatniego zdania.

– Nie możemy pozwolić, admirale, żeby Wielka Rada czekała na nas – dodała Rione, wskazując ręką w kierunku wnętrza stacji.

Timbale przeniósł wzrok z niej na Geary’ego. Wyglądało na to, że nie potrafi podjąć decyzji.

– Jedną chwileczkę – poprosił i znów oddalił się na bok. Przemówił pospiesznie do komunikatora, poczekał chwilę i dodał coś gniewnym tonem. W końcu usatysfakcjonowany odwrócił się do Geary’ego. – Nie powinien pan napotkać żadnych przeszkód w drodze na spotkanie z radą, kapitanie. Proszę za mną.

Komodor przepuścił Rione i ruszył za nią w kierunku wyjścia. Przestał się już denerwować. Był wściekły na członków rady za to, że uznali, iż zachowa się wobec nich niehonorowo. Stracił też wszelkie wątpliwości co do ich nastawienia. Idąc za Timbale’em pokonał istny labirynt korytarzy. Stacja Ambaru, podobnie jak wiele innych obiektów przestrzennych tego rodzaju, rozrastała się systematycznie, co jakiś czas dodawano jej kolejne poziomy i moduły. Fakt, że rada wybrała na miejsce spotkania samo centrum, najbardziej oddalone od doków, ale i najmocniej chronione, zupełnie go nie dziwił.

Gdy Geary znalazł się w końcu u celu i wszedł do wybranej sali, zauważył, że jedna z jej ścian imituje ogromne okno pokazujące czerń przestrzeni kosmicznej, jakby byli nie w głębi, lecz na samym obrzeżu stacji. Nad sporym stołem konferencyjnym unosił się hologram systemu gwiezdnego. Naniesiono na nim miniaturowe znaczniki pozycji okrętów jego floty i wszystkich pozostałych jednostek znajdujących się w granicach Varandala. Za stołem siedziało siedmioro ludzi w cywilnych strojach, za nimi stał generał sił naziemnych i admirał.

Od momentu mianowania głównodowodzącym floty Geary brał udział w wielu odprawach, ale ta różniła się od wszystkich poprzednich, i to pod wieloma względami. W odróżnieniu od narad prowadzonych z pokładu „Nieulękłego”, miał przed sobą żywych ludzi, a nie ich hologramy, do których zdążył już przywyknąć. Co jeszcze ważniejsze, stali przed nim oficerowie przewyższający go stopniem. Do tej chwili nie zdawał sobie nawet sprawy, że w ciągu tych kilku miesięcy, jakich potrzebował na ocalenie floty od zagłady, tak bardzo zdążył się przyzwyczaić do niekwestionowanego przywództwa podczas publicznych wystąpień. Najgorsze było jednak to, że nie miał u swojego boku kapitan Desjani. A przecież tak często liczył na jej rady i wsparcie w krytycznych sytuacjach.

Geary podszedł do miejsca dokładnie przed środkiem stołu i zasalutował zebranym.

– Kapitan Geary, tymczasowy dowódca floty Sojuszu, melduje się na rozkaz – obwieścił formalnym tonem.

Wysoki, szczupły cywil zasiadający pośrodku członków rady skwitował jego słowa skinieniem głowy i machnięciem dłoni.

– Dziękuję, kapitanie Geary.

– Kto mianował pana głównodowodzącym naszej floty? – zapytał inny mężczyzna.

Geary odpowiedział, nie odrywając wzroku od grodzi:

– Admirał Bloch wyznaczył mnie na swojego tymczasowego następcę w systemie centralnym Syndykatu na chwilę przed tym, zanim opuścił pokład okrętu flagowego, żeby udać się na negocjacje z Syndykami. Gdy został zamordowany, przejąłem jego obowiązki jako najstarszy stażem oficer floty.

– Przecież wiedziałeś już o tym. – Niska, korpulentna kobieta półgłosem zganiła pytającego.

Mężczyzna, który odezwał się pierwszy, spróbował uciszyć pozostałych, unosząc rękę, a gdy i to nie pomogło, posłał rozmawiającej nadal parze znaczące spojrzenie.

– Przewodniczący rady zabiera głos – warknął, co spotkało się z kilkoma wyzywającymi spojrzeniami zebranych polityków. Gdy zmierzył się z nimi, znów przeniósł wzrok na Geary’ego i zapytał: – W jakim celu przybywa pan do nas, kapitanie?

– Aby zdać raport z działań floty pod moim dowództwem w czasie, gdy nie mieliśmy kontaktu z władzami Sojuszu – wyrecytował komodor. – Chcę też prosić o pozwolenie na przeprowadzenie kolejnych operacji.

– Pozwolenie? – Wysoki mężczyzna odchylił się mocno na fotelu, mierząc Geary’ego badawczym spojrzeniem. Nagle jego wzrok powędrował w stronę Victorii. – Pani współprezydent, czy jest pani gotowa przyznać pod przysięgą na wierność Sojuszowi, że ten człowiek mówi prawdę?

– Tak.

W tym momencie wtrącił się generał sił powierzchniowych:

– Senatorze Navarro, w tej chwili nie ma z nim tych zdrajców z sił specjalnych. Możemy go aresztować. Zabrać z tej stacji i wywieźć z Varandala, zanim ktokolwiek...

– Nie! – Senator pokręcił głową. – W chwili gdy podejmowaliśmy te, jak nam się wydawało, niezbędne środki ostrożności, nie byłem pewien motywów, jakimi może się kierować ten człowiek. Teraz widzę wyraźnie, że myliliśmy się, i to strasznie.

– Taką decyzję powinna podjąć cała rada – zauważyła jedna z kobiet.

– Zgadzam się z opinią senatora Navarro – stwierdziła przysadzista dama, ściągając na siebie kilka zdziwionych spojrzeń, co zdaniem Geary’ego oznaczało, że nie zawsze wspiera przewodniczącego.

Jeden z dotychczas milczących mężczyzn pokręcił buńczucznie głową.

– Wylądował na pokładzie tej stacji w asyście plutonu gotowych do walki komandosów...

– Co było całkiem rozsądnym zabezpieczeniem z jego strony – skontrowała przysadzista.

– Możemy zakończyć tę sprawę już teraz! – nalegał generał. – Możemy powstrzymać tego człowieka!

Senator Navarro walnął pięścią w stół. Uczynił to z taką mocą, że echo odbiło się od ścian, uciszając momentalnie wszystkie głosy. Przewodniczący zmierzył wzrokiem siedzących wokół senatorów, potem spojrzał na wojskowych.

– Może pan się w końcu zamknąć, generale Firgani? Jest pan w stanie wytłumaczyć mi, dlaczego kapitan Geary zostawił owych komandosów w dokach, skoro planował zaatakowanie nas tu i teraz? – Generał milczał, wpatrując się intensywnie w twarz Geary’ego. Navarro podążył jego śladem. – Widzę, kapitanie Geary, że niewiele brakowało, a popełnilibyśmy poważny błąd. Sojusz nie ma w zwyczaju zamykać ludzi za zbrodnie, których nie popełnili, zwłaszcza jeśli nie wykazywali żadnych chęci ich popełnienia, nie wspominając już o tym, że wcześniej wiernie mu służyli. Proszę o wybaczenie. – Navarro wstał i pochylił głowę przed Gearym.

Generał nie miał jednak zamiaru ustąpić, co widać było wyraźnie po jego oczach. Także kilku członków rady nie wyglądało na zachwyconych takim obrotem sprawy.

– Dziękuję, sir – odparł Geary, czując, że jego gniew maleje z każdym słowem wypowiedzianym przez tego człowieka. – Odczuwałem spory niepokój z powodu podawania w wątpliwość mojego honoru.

Senator, który przed momentem wyrażał sprzeciw, prychnął pogardliwie, słysząc odpowiedź komodora, ale przewodniczący zbył go milczeniem, zwracając się do generała i stojącego obok niego admirała:

– Kapitan Geary przedstawi nam teraz raport ze swoich działań. Generale Firgani, admirale Otropa, admirale Timbale, zajmijcie się, proszę, monitorowaniem sytuacji w systemie Varandal. My w tym czasie zaznajomimy się z relacjami kapitana i senator Rione.

Wymienieni oficerowie zebrali się do wyjścia, nie kryjąc nawet zawodu, jaki poczuli z powodu tak bezceremonialnego potraktowania przez przewodniczącego. Geary odezwał się, zanim zdążyli opuścić salę. Nie żywił przyjaznych uczuć wobec generała Firganiego, nie obchodziły go także opinie admirała Otropy, ale Timbale nie naraził mu się niczym, przynajmniej do tej pory. Co więcej, to on zadbał o dostarczenie na pokłady okrętów floty wszystkiego, o co go poproszono, a przed kilkoma chwilami wynegocjował wycofanie wojska, dzięki czemu Geary mógł dotrzeć na miejsce spotkania, nie narażając się na większe nieprzyjemności.

– Jeśli mogę pana prosić, sir... Byłbym wdzięczny, gdyby admirał Timbale mógł być obecny przy składaniu przeze mnie raportu. Jako czynny oficer floty, na dodatek będący naocznym świadkiem starcia z flotyllą Syndykatu w tym systemie, może uzupełnić moją relację cennymi uwagami.

Navarro uniósł brew ze zdumienia, ale gestem ręki nakazał admirałowi pozostać w sali.

– Dobrze, kapitanie Geary.

Admirał Otropa wodził wybałuszonymi oczyma pomiędzy Timbale’em, Navarro i Gearym.

– Uważam, że ja też powinienem być obecny podczas tego spotkania, skoro ten przywilej jest dany mojemu podkomendnemu.