Bogowie i bestieTekst

Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Bogowie i bestie

I

II

III

IV

V

VI

Siostrzyczka

Ślepa seria

Bogowie i bestie


Według najlepszych szacunków na świecie

istnieje około 4200 religii. Adherents.com

tak to oni wyglądają

na moment

przed ostatecznym podziałem

na zgrzytających zębami

i śpiewających psalmy Zbigniew Herbert, U wrót doliny

I
07.25–08.57

Ze snu wyrwał go wściekły szczebiot wróbli: szedł za kimś labiryntem wąskich ulic, ale musiał pomylić drogę, bo nagle znalazł się w czymś w rodzaju kamiennej komory. Odwrócił się, lecz było już za późno. Wielki głaz przetoczył się z głuchym łoskotem, zatrzaskując go w środku. Osaczyła go ciemność. Naparła na niego ze wszystkich stron – już miała go pochłonąć, gdy w ostatniej chwili uchwycił się tego ptasiego wrzasku i wypłynął na jasną powierzchnię dnia.

Był mokry od potu. Półprzytomny przekulnął się na prawy bok i objął ręką pustkę tam, gdzie powinno leżeć ciało jego żony. Myślałem, że dzisiaj niedziela, mruknął do siebie i uchylił powieki. Elektryczny budzik przy łóżku przekręcił się na godzinę 7.26. Nagle, nie wiedzieć czemu, wydało mu się, że jest w mieszkaniu zupełnie sam. Zaraz, zaraz, dzisiaj rzeczywiście jest niedziela. Odgarnął zlepione włosy z czoła i obróciwszy się na łóżku, wsunął stopy w kapcie.

Drzwi sypialni były zamknięte. Zdziwiło go to, ponieważ Ula z zasady zostawiała je otwarte; słysząc, że Piotruś obudził się z płaczem w nocy, natychmiast szła go utulić. Leszek był zresztą zdania, że Ula usłyszałaby kwilenie ich syna nie tylko przez drzwi, ale i z sąsiedniej dzielnicy. Miała jakiś szósty zmysł. Wszedł do przedpokoju.

– Dzień dobry! – zawołał trochę zbyt wesoło, lecz odpowiedziały mu tylko rozwrzeszczane wróble. Zajrzał do salonu, do małego pokoju córki, a nawet – w przystępie rozpaczy – do pomieszczenia, które jako jedyny nazywał swoim gabinetem. Ula zabrała dzieci i zostawiła mnie, powiedział do siebie kpiąco i wykrzywił się w uśmiechu. Doskonale zdawał sobie sprawę z absurdalności takiego wniosku. Kochali się. Od siedemnastu lat byli szczęśliwym małżeństwem. W przyszłym miesiącu mieli całą rodziną wyjechać do Rzymu, aby uczcić zbliżającą się rocznicę ślubu, powtarzając w ten sposób miesiąc miodowy ich dwojga.

Więc co?

Zakłopotany podrapał się po rozczochranej głowie. Rozejrzawszy się wokół, spostrzegł, że zniknęły ubrania całej trójki, telefony komórkowe Uli i Zuzy oraz plastikowa butelka, z której karmiono Piotrusia. Obszedł uważnie mieszkanie. Reszta przedmiotów była chyba na swoim miejscu.

Sięgnął po komórkę i wybrał numer żony. „Abonent czasowo niedostępny” – poinformował go kobiecy głos z taśmy.

– Co jest, do cholery! – zaklął i powlókł się do łazienki, aby oddać mocz. Stojąc nad toaletą, usiłował poskładać chaotyczne fragmenty snu, jakby miał tam znaleźć odpowiedź na dręczące go pytanie, ale jego głowę wypełniały jedynie strach i niepewność. Umył dłonie i twarz zimną wodą, wytarł je w ręcznik i poszedł do salonu: mógł stąd zlustrować niemal całe osiedle, na którym mieszkali.

Zapowiadał się upalny lipcowy dzień. Od tygodnia temperatura nie schodziła poniżej 27 stopni Celsjusza. Noce były parne i duszne. Leszek odchylił ciemnozieloną kotarę i wyjrzał na zewnątrz. Jak w każdy niedzielny poranek na placu przed ich blokiem panował mały, drobnomieszczański marazm. Samochody stały równo na stanowiskach parkingowych. Młode lipy kołysały się sennie na wietrze. Plac zabaw i chodniki były opustoszałe – jak zwykle o tej porze. Tylko ptaki świergotały jak szalone.

W szafce na pieczywo nie było chleba, toteż mógłby uznać, że Ula wzięła dzieci na zakupy, gdyby miało to choć pozory prawdopodobieństwa. Leszek włożył szary T-shirt, krótkie spodenki i nowe czarne adidasy, które dostał od Zuzi na trzydzieste szóste urodziny. Tak czy inaczej trzeba kupić chleb, pomyślał, sięgając po klucze. Musiał coś zrobić – cokolwiek, aby poskromić budzący się strach. Gdy schodził na parter, zza drzwi mieszkania na pierwszym piętrze doszło go smutne zawodzenie psa.

Pies wabił się Aleks i był ogromnym pręgowanym dogiem niemieckim. Jego właścicielki, dwie młode kobiety, które na przemian wyprowadzały go na spacer, rzadko zostawiały psa bez opieki. Zdarzało się, że Leszek mijał jedną z nich w parku albo na klatce schodowej, kiedy wracał z wieczornego joggingu. Aleks zawsze tryskał radością na jego widok i był łasy na pieszczoty.

Natychmiast po wyjściu na zewnątrz poczuł na skórze suche powietrze. Niewielki sklep spożywczy „Ala i Jan”, gdzie zaopatrywali się w podstawowe artykuły, prowadziło sympatyczne małżeństwo trzydziestoparolatków, z którymi on i Ula zdążyli się zaprzyjaźnić. Sklep mieścił się po południowej stronie osiedla, obok zamykanego na szlaban wjazdu. Chociaż pokonywał tę drogę pięć razy w tygodniu, popychając wózek z Piotrusiem, odniósł teraz dziwaczne, prawie surrealistyczne wrażenie, że idzie tędy po raz pierwszy.

Żelazne białe drzwi spożywczaka były zamknięte na głucho. Leszek zastukał w nie kłykciem. Z obojgiem właścicieli był na „ty”. Nie dostrzegł nigdzie informacji w rodzaju „Zaraz wracam” albo „Zamknięte z powodu braku prądu”. Wywieszka potwierdzała to, co pamiętał: że sklep czynny jest w weekendy od godziny siódmej do siedemnastej. Rozejrzał się na boki. Pobliskie boisko do piłki nożnej było opustoszałe, na bramkach siedziały wrzaskliwe kruki. Maszerując z powrotem w stronę swojej klatki schodowej, uświadomił sobie, że nie widział dotąd żywego ducha.

A może ja ciągle śpię? – pomyślał nagle i omal nie uszczypnął się w policzek. Jasna cholera, co się dzieje?!

Zatrzymał się na chodniku. Całe osiedle „Pod Akacjami”, złożone z sześciu pięciopiętrowych budynków, wyglądało jak miasteczko widmo. Leszek przesunął wzrokiem po rzędach okien i balkonów. Lipcowy skwar zmusił wielu domowników do uchylenia okien i otwarcia drzwi w poszukiwaniu wytchnienia. Większość drzwi balkonowych stała otwarta na oścież, jak gdyby ludzie chcieli wywołać przeciąg w mieszkaniu albo wietrzyli po pożarze.

Jestem ostatnim żywym człowiekiem na Ziemi, skonkludował w myśli. Ha! – mam wreszcie temat na swoją nową powieść. Życie podsuwa najlepsze pomysły. Zaraz jednak przypomniał sobie, że oglądał już kiedyś podobną historię: film powstał na kanwie popularnego przed laty horroru.

Kiedy zbliżał się do wejścia „B” prowadzącego na jego klatkę, wydało mu się, że firanka w oknie na parterze lekko drgnęła, jakby ktoś wypuścił jej rąbek, chcąc pozostać anonimowy. Ruchu firanki nie mógł wywołać wiatr, bo akurat to lokum miało zamknięte okna i drzwi na cztery spusty. Stara, wychudzona kobieta, która mieszkała tam sama po śmierci męża, wiodła większość swego życia w oknie, gapiąc się w dal znieruchomiała jak posąg. Pewnego razu Leszek powiedział żartem do żony, że bidula pewnie umarła i zmumifikowała się w słońcu, a mieszkańcy osiedla tak bardzo przywykli do jej postaci w oknie, że w ogóle tego nie zauważyli.

Zapukał delikatnie do drzwi mieszkania nr 3. Już miał odejść – po drugim pukaniu – gdy skrzypnął zamek i drzwi uchyliły się na długość metalowego łańcuszka przytwierdzonego do futryny. W szparze ukazała się połowa zmarszczonej, brunatnoszarej twarzy staruszki. Jej policzek przywodził na myśl obrane ze skórki jabłko wysuszone w promieniach słońca. Zmętniałe, blade oko wpatrywało się w niego czujnie.

– Dzień dobry. – Starał się nadać swemu głosowi łagodne brzmienie. – Jestem sąsiadem pani, mieszkam na drugim piętrze. Obudziłem się jakieś pół godziny temu i…

– Wszyscy odeszli – weszła mu w słowo. Miała zdumiewająco niski, gardłowy głos. – Widziałam wszystko na własne oczy. Odeszli, polecieli – szuuu! – hurmem do nieba. Pofrunęli i tyle ich było widać, panie. Od północy do czwartej rano tak lecieli…

– Jak to „lecieli”?

– No, pańska córka to pojechała wielkim czarnym samochodem, ale moi sąsiedzi, ci spod trójki – blade oko przesunęło się w bok – wsiedli do czerwonego autobusu, bo tych było trochę więcej, no i wszyscy nie…

– Moja córka pojechała, mówi pani? Dokąd?

– A bo ja wiem? Pewnie na tamten świat. Ulecieli jak sztuczne ognie w wieczór sylwestrowy. Bżżżyt! Wyszli kupą na parking albo polecieli, mówię panu, prosto z otwartych okien, z tych balkonów. Nic nie mówili, ino szli cichaczem, tak jakby się skradali czy coś. Ale ja wszystko widziałam. Bo ja już od lat w nocy nie śpię, proszę pana, tylko pielęgnuję te moje kwiatki…

 

– A pani? Dlaczego pani została? A ja?

Staruszka zachichotała gardłowo. Jej śmiech przypominał rzężenie suchotnika w późnym stadium gruźlicy.

– Niech pan włączy telewizor. Nadają bez przerwy. Wszystkiego się pan dowie. No. – Drzwi zamknęły się z powrotem.

Był pewien, że staruszka podpatruje go przez judasza.

Stara wariatka, pomyślał, ale natychmiast się zreflektował. Kobieta mieszkała samotnie i cierpiała na bezsenność, miała chyba prawo trochę zdziwaczeć. Klatka schodowa zahuczała od przeciągłego szczekania. Aleks z pierwszego piętra nie pozwalał o sobie zapomnieć. Przechodząc obok obitych klepką drzwi, Leszek zawahał się na moment. Chyba nie wierzysz w te brednie staruszki? – napomniał się cicho, ale bez szczególnego przekonania.

Wdusił guzik dzwonka. Dał się słyszeć stłumiony gong. Ujadanie nasiliło się. Lekko nacisnął klamkę – o dziwo, ustąpiła pod jego dłonią i drzwi prawie same się przed nim rozwarły.

– Halo, jest tu kto? – zawołał do wnętrza.

Wszedł do oklejonego fioletową tapetą przedpokoju.

– Dzień dobry!

Pies drapał pazurami w drzwi jednego z zamkniętych pokoi. Zaledwie Leszek je otworzył, wielki dog wyprysnął ze środka, ocierając się o jego wykroczną nogę, i wybiegł na klatkę schodową.

– Aleks! – krzyknął za nim.

Pies gnał już schodami w dół, ślizgając się na półpiętrze. Po chwili jego susy umilkły w oddali.

W skromnie umeblowanym mieszkaniu panował wzorowy porządek. Leszek zajrzał do małego salonu. Także tutaj drzwi balkonowe były otwarte. W kuchni na tacy leżał okrągły bochen chleba. Nie namyślając się, capnął go i wyszedł prędko z mieszkania, ale na trzecim stopniu schodów dopadł go wstyd. Wrócił do kuchni sąsiadek z pierwszego piętra i odłożył chleb na miejsce.

Włączył telewizor. Zmienił kilka kanałów, ale wszystkie stacje świata nadawały nieruchomą planszę o tej samej treści. Na tle oglądanej z orbity kuli ziemskiej wyświetlano bloki z nazwami rozmaitych wyznań religijnych i numerami infolinii, które różnojęzyczni spikerzy wyczytywali głośno i wyraźnie, powtarzając, że można tam uzyskać informacje o losach poszukiwanych osób.

Armagedon, pomyślał zgnębiony. Moje przeczucie się sprawdziło. Staruszka miała rację. Świat się skończył, kiedy spałem. Tylko dlaczego mnie zostawiono? Dlaczego zostawiono mnie i ?

Gdzie są Ula, Zuzia i Piotruś?

Gdzie się podziała reszta ludzi?

Poczuł, jak krew uderza mu do twarzy. Przez dłuższy czas tkwił pośrodku swojego salonu i gapił się w płaski ekran telewizora, jakby w złudnej nadziei, że przeoczył jakąś istotną informację, która wszystko by mu wyjaśniła, pozwoliła uznać dotychczasowe zajścia za gigantyczne nieporozumienie, a potem wyłuskał z kieszeni telefon komórkowy i wybrał numer infolinii widniejący w rubryce „Kościół rzymskokatolicki”. Ku swemu zaskoczeniu połączył się już po pierwszym sygnale.

– Infolinia Trójcy Przenajświętszej, w czym mogę pomóc? – Kobieta miała wdzięczący się, przymilny ton głosu.

Odchrząknął przez ściśnięte gardło.

– Nazywam się Leszek Tyl. Obudziłem się jakieś pół godziny temu i stwierdziłem, że mieszkanie jest puste. Moja żona i dzieci zniknęły. Znalazłem w telewizji wasz numer telefonu i chciałbym…

– Proszę podać dane personalne żony: datę urodzenia albo chrztu, nazwisko rodowe oraz imiona rodziców.

Podał.

– Chwileczkę. Mm, tak. Żona jest u nas. W tej chwili nie może, niestety, z panem rozmawiać, uczestniczy bowiem w porannej mszy świętej. Skontaktuje się z panem przy najbliższej sposobności. Czy jest pan ochrzczony?

– Słucham?

– Z naszych danych wynika, że jest pan członkiem naszej wspólnoty. Dlaczego opuścił pan rodzinę, panie Leszku? – W lukrowaty ton głosu kobiety wkradł się łagodny wyrzut. – Nie jest jeszcze za późno. Gdyby chciał się pan żontować do naszego punktu odlotu…

– Gdybym chciał – co?

– Żontować się. Czyli przenieść drogą teleportacji do naszego punktu zbiorczego w Warszawie, skąd polscy katolicy odlecą do Nieba na pokładzie kosmolotu Totus Tuus. Nie wypada nam się chwalić, ale rzymskokatolicka flotylla jest najpotężniejsza w całym znanym wszechświecie… – Kobieta urwała na moment. – A zatem, by się żontować, wystarczy, iż odmówi pan po łacinie Pater noster. Tekst modlitwy jest dostępny na naszej stronie internetowej. Proszę nie zwlekać, panie Leszku. Jeszcze nie jest za późno, by zaznać wiekuistego szczęścia w Panu!

– Proszę pani. – Ścisnął komórkę w dłoni, starając się panować nad emocjami. – Czy moja żona, córka i syn są w Warszawie?

– Jestem aniołem. Co prawda nie wypracowano dotąd oficjalnej formy zwracania się do funkcjonariusza niższej instancji, którym stałem się z mocy Boga, jednak proponuję, aby mówił mi pan „drogi Adalbercie”, takie bowiem nadano mi imię w momencie kreacji. Co się zaś tyczy miejsca pobytu pańskich dzieci… Chwileczkę.

– Piotr i Zuzanna Tylowie! – zawołał Leszek.

Zapadła cisza. W tle rozbrzmiało coś w rodzaju miarowego cykania.

– Owszem – potwierdził anioł Adalbert. – Figuruje w naszej bazie danych Piotr Tyl, urodzony 1 lutego tego roku, i znajdujący się pod opieką Urszuli Tyl, nie posiadam jednak informacji o drugiej osobie, którą raczył pan wymienić…

W tym momencie w pokoju Zuzi rozległ się ochrypły głos wokalisty jej ulubionej grupy deathmetalowej, której nazwy nigdy nie mógł zapamiętać.

Czując, jak serce łopocze mu w piersi, Leszek wpadł do pokoju córki. Jej telefon charczał coś o beznadziejności życia i czarnych krukach przeznaczenia. Śpiew wydobywał się spod piankowego materaca, na którym Zuzia sypiała od kilku lat. Wyciągnąwszy komórkę, Leszek zobaczył błyskający malinowo wyświetlacz. Dotknął ikonki odbioru.

– No, co jest Zuza? – odezwał się z niecierpliwością nieznajomy głos. – Tu mistrz Wenancjusz. Gdzie jesteś, kurwa mać? Czekamy na ciebie całą ferajną przed sklepem.

– Gdzie moja córka?! – krzyknął Leszek.

Rozmówca wyłączył się. Leszek próbował oddzwonić, ale numer, o dziwo, nie zarejestrował się w pamięci aparatu. Widocznie można było się łączyć tylko z religijnymi infoliniami.

Spod białego materaca wystawała zmięta kartka o poharatanych krawędziach. Wyprostował ją i odczytał zapisaną ołówkiem notatkę:

Żegnaj, Tatku!

Kocham Cię.

Z.

Choć notatkę skreślono pośpiesznie, charakter pisma był mu równie dobrze znany jak własny. Z pewnością należał do jego córki.

– O Boże! – jęknął głośno i usiadł na materacu. Oparłszy łokcie o kolana, objął twarz dłońmi i spróbował zatrzymać galopujące we wszystkie strony naraz myśli.

Zaraz, zaraz, co takiego mówiła ta staruszka z parteru? Większość ludzi z osiedla uniosła się do nieba (czyli zapewne „żontowała się”), ale niektórzy zgromadzili się na parkingu przed blokiem. Rozjechali się stamtąd wielkimi czarnymi samochodami albo czerwonymi autobusami. Widocznie Zuza zdążyła napisać tę kartkę, zanim dołączyła do pozostałych. Kim byli jej współwyznawcy? Dokąd zabrał ich czarny samochód? Kim jest mistrz Wenancjusz, skoro ma prawo korzystania z telefonii komórkowej?

Kimkolwiek byli, zmierzali do własnego miejsca zbiórki. Czekali na nią przed sklepem. A więc zapewne nadal są w Poznaniu. Poirytowany głos mężczyzny sugerował, że Zuzanna oddaliła się od reszty. Zgubiła się czy odeszła z własnej woli? Leszek mocno pocierał spocone czoło, czując ciepło pod palcami.

Regularnie co niedziela Ula i Zuza chodziły do kościoła na mszę, podczas której, według zapewnień żony, córka modliła się i przystępowała do komunii świętej. Nikt nie ciągnął jej tam na siłę. W tym czasie on – najpierw sam, a od kilku tygodni z Piotrusiem – spacerował po okolicznym lesie, kłaniając się znajomym rodzinom.

Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju córki. Oprócz materaca znajdowały się tu regał na książki, proste biurko i stacjonarny komputer. Na blacie leżał otwarty zeszyt z niedokończonym zadaniem z arytmetyki. Gdyby w domu doszło do użycia przemocy, to chybaby się obudził? Pokręcił niepewnie głową. Niekoniecznie. Miał zawsze twardy sen, a poza tym ktoś – pewnie Ula – zamknął drzwi sypialni.

Zadzwoniła jego komórka. Odebrał natychmiast.

– Żona prosi, aby uruchomił pan internet – odezwał się słodkogłosy anioł Adalbert.

Gdy tylko włączył swojego starego laptopa, program otworzył się automatycznie na nieznanej mu stronie. Połączenie internetowe miało wysoką rozdzielczość, obraz przesuwał się płynnie i bez przestojów. Leszek odniósł raptem takie wrażenie, jakby patrzył przez okienko laptopa w inny wymiar rzeczywistości. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn w zwiewnych białych strojach, trzymając się za ręce, dyskutowali z ożywieniem o szczęściu wiecznym. Słychać było cichą, skupioną muzykę graną na cytrze.

Visio faciei Dei est visio divinae essentiae! (Ogląd oblicza Boga jest oglądem istoty Boga) – wyrzekł brodaty mężczyzna w średnim wieku. – Radujmy się, albowiem już wkrótce spotkamy się ze Stwórcą.

Po chwili oko kamery przesunęło się na Ulę i Piotrusia. Ubrana w takie same jak inni śnieżnobiałe szaty, siedziała osobno na fotelu, obejmując śpiące niemowlę. Jej twarz… Leszek omal nie krzyknął ze zdumienia. Nigdy przedtem nie widział takiego wyrazu twarzy swojej żony. Był to rodzaj ekstazy zmieszanej z wybaczeniem i nadzieją.

– Słyszysz mnie, Ula?

Uśmiechnęła się promiennie.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Leszku, mamy mało czasu: przyjmij Pana Boga do swego serca i leć z nami na planetę Niebo. Leszku, proszę cię – żontuj się do Warszawy. Pragnę, byśmy oboje oglądali na wieki oblicze Najwyższego!

Już raz słyszał dziś podobny apel z ust anioła Adalberta.

– Z Piotrusiem wszystko w porządku?

– Tak. Śpi od czasu, gdy zostaliśmy wezwani. – Ula demonstracyjnie podniosła chłopczyka i ucałowała go w główkę.

– A co z Zuzią? – spytał.

Przez jej uduchowioną twarz przemknął szary cień.

– Obawiam się, że Zuzia jest stracona dla Nieba… Leszku, ona zaprzedała swoją duszę diabłu. Myślała, że nie wiem o jej grzechu, ale ja czekałam, miałam nadzieję, że się opamięta, że z tego wyrośnie… Leszku, błagam cię, dołącz do mnie i Piotrusia. – Ula wychyliła się lekko w fotelu. Długie ciemne włosy opadły jej na twarz. – Zmów po trzykroć Ojcze nasz po łacinie. Treść modlitwy jest w zakładce na tej stronie internetowej. Wyspowiadaj się, oczyść swoje serce i wstąp z nami do Królestwa, któremu nie będzie końca. Czekają tam na nas twoi rodzice i moja matka. Nie wyobrażasz sobie, ile Polek i Polaków się dziś nawróciło! Uruchomiliśmy błyskawiczną usługę chrzcin i bierzmowania. Miliony ludzi dobrej woli pracują niestrudzenie w tych ostatnich godzinach, aby przygarnąć zagubione owieczki Pana. Żontuj się, kochanie. Piotruś czeka na tatusia. – Wyciągnęła śpiące niemowlę w stronę oka kamery.

Przełknął zaschniętą ślinę.

– A co z tatusiem Zuzanny?

Ula westchnęła milcząco i poprawiła się na fotelu.

– Ula, czy wiesz, gdzie ona jest?

Pokręciła smutno głową.

– Nie wiem. Ona prowadzi jakiś dziennik czy pamiętnik. To taki gruby zeszyt, znalazłam go kiedyś przypadkiem w jej biurku. Może czegoś się z niego dowiesz. Kiedy nadeszło Wezwanie, nie pozwoliła mi się nawet dotknąć. Ty spałeś tak twardo, że nie mogłam cię dobudzić. Zuza ubrała się w swoje czarne dżinsy, martensy i koszulkę i nie mówiąc słowa, wyszła z domu. Nie wiem, co się z nią stało, bo zaraz potem żontowaliśmy się wszyscy do Warszawy.

– Ten pamiętnik… jest w szufladzie biurka?

– Nie. Usunęła go stamtąd.

– Wyłączam się, Ula.

– Leszku, nasz statek odlatuje o północy. Pośpiesz się, kochanie! – Ula, wpatrzona w niego, przytuliła do piersi ich syna.

Zatrzasnął wieko laptopa. Zajrzał do biurka Zuzanny i pod wielką plastikową donicę z filodendronem. Obmacał materac. Przesunął wzrokiem po grzbietach książek zapełniających regał pod ścianą. Mniej więcej połowa tytułów przeszła do Zuzi z jego dawnej biblioteczki. Jej książki, głównie o tematyce historycznej i geograficznej, zajmowały najniższą półkę. Schylił się i przejrzał je bacznie, ale nie znalazł niczego, co by przypominało zeszyt albo notatnik.

– Niech to szlag trafi! – zaklął i zaczął metodycznie strącać książki z półek. Spadały z hukiem na podłogę, tworząc nierówny, przypadkowy stos.

Oprawiony w jasnobrązowe płótno zeszyt tkwił wciśnięty między Nową encyklopedię powszechną a tylną ścianę regału. Na karcie tytułowej wypisano czarnym mazakiem słowa:

 

DZIENNIK ZUZANNY TYL

Do wnętrza okładki przylepione było odwrócone zdjęcie. Leszek odkleił przezroczystą taśmę i obrócił fotografię.

Zatchnął się z wrażenia.

Pamiętał każdy szczegół: Kołobrzeg, czerwiec zeszłego roku. Zdjęcie zrobił im jego starym kodakiem jakiś przygodny plażowicz. Ula i Zuza – obie w błękitnych bikini – stoją po jego bokach. Wszyscy troje szczerzą się radośnie do aparatu. O ile Ula i Zuza prezentują piękną, złotą opaleniznę, o tyle on jest blady jak oskubany kurczak, a w swoich obwisłych szortach wygląda jak istota innego gatunku. (Przed wyjazdem nad morze całymi godzinami ślęczał w domu, pracując nad nową powieścią, która nigdy nie powstała). Zuza lekko przechyla ku niemu głowę, jak gdyby chciała ją oprzeć o jego ramię. Wygląda trochę jak pomniejszone odbicie matki: te same błyszczące ciemnobrązowe włosy, ta sama szczupła sylwetka, ten sam wykrój uśmiechniętych ust. Leszek zauważył kiedyś półżartem, że jedyne, co Zuza odziedziczyła po nim, to ośli upór i przekora. „Ale to dobrze – dodał, puszczając oko do Uli – bo dzięki temu wiem, że to moja córka”. Zdjęcie musiało być dla niej ważne, skoro wyjęła je z rodzinnego albumu i wkleiła do swojego „dziennika”.

Usiadł w fotelu i wziął się do czytania, mając nadzieję, że znajdzie jakieś wskazówki co do miejsca jej pobytu.

Pierwszy wpis nosił datę 21 grudnia minionego roku. Zuza pisała ironicznie o przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia, o wyssanej z mlekiem matki hipokryzji Polaków, o „całej tej szopce wzajemnej życzliwości, od której można się porzygać”. Przypomniał sobie, jak w wieczór wigilijny siedzieli w salonie przed telewizorem i śpiewali kolędy. Potem łamali się opłatkiem i Zuza życzyła mu, aby rzucił palenie i w dalszym ciągu robił to, co kocha najbardziej. (Spełnił tylko połowę jej pragnień). Zachowywała się – jak zwykle – trochę buńczucznie, trochę wyzywająco. Zgadzali się z Ulą, że Zuza przeżywa spóźniony czas burzy i naporu. Trzeba przeczekać, przejdzie jej. Nic jednak w jej zachowaniu nie wskazywało na to, że jest nieszczęśliwa.

29 stycznia wieczorem Ula dostała silnych skurczów i Leszek odwiózł ją do szpitala. Przez dwa dni leżała podłączona do kroplówki; robiono jej lewatywy, próbując wywołać poród. Była na skraju wyczerpania fizycznego. Leszek praktycznie żył wtedy w szpitalu, nie odstępując od jej łóżka. „Ten mały skurczybyk nie chce z niej wyleźć”, skomentowała rzecz Zuzanna. Jej wpisy z początku roku dotyczyły codziennego życia w domu, w szkole i na mieście. Chodziła na koncerty muzyki deathmetalowej, czytała ukradkiem Biblię Szatana i rozmawiała o „życiu” ze swoją najlepszą przyjaciółką, Magdą.

Wiele akapitów poświęciła swoim kolegom i koleżankom z klasy oraz nauczycielom. Tych pierwszych uważała za gówniarzy, żyjących pod dyktando zacofanych, kołtuńskich rodziców. („Głupota jest dziedziczna – to absolutnie oczywiste”). Nauczyciele byli w jej oczach „niewolnikami systemu stosującego kary i nagrody w imię tak zwanego wychowania”. Leszek czytał z narastającym zdziwieniem – nie miał pojęcia, że Zuza czuła się w szkole aż tak źle. Niektóre jej komentarze przywołały w jego pamięci bolesne chwile własnej młodości. Swoje liceum określiła jako „teatr pozorów, w którym każdy odgrywa swoją rólkę przypisaną mu przez sytuację”.

Uwagi o pozostałych członkach jej rodziny były rzadkie, ale kąśliwe. Ula została nazwana „bogobojną Matką Polką”, która traktuje sukces reprodukcyjny jak narodowy obowiązek. Natomiast Piotruś („ten nałogowy pieluchosruj”) pojawił się na świecie wyłącznie po to, żeby zburzyć ich rodzinną harmonię.

Tylko o nim pisała z sympatią lub – w najgorszym razie – z dobroduszną ironią: „Założę się, że jak Tatko odkryje, że mam tatuaż, zrobi swoją minę męczennika cierpiącego za miliony”. I dalej: „Dziś Tatko dowiedział się, że istnieje coś takiego jak wywiadówka”. „Tatko wreszcie nauczył się pływać – koniec obciachu!”

Począwszy od marca, w dzienniku coraz częściej występuje nowa postać: „Mistrz W. zaprosił mnie i Magdę do swojej willi pod Poznaniem. Jedziemy w tę sobotę. Czyżby Magdę obleciał strach? Ja jestem «wpiekłowzięta»!”.

Jak wynikało z wpisów, w kwietniu i maju obie przyjaciółki odwiedzały „mistrza” Wenancjusza – Leszek bowiem nie miał wątpliwości, że to o niego chodzi – co najmniej raz w tygodniu, choć Zuza ani słowem nie zająknęła się, co się tam działo. Przypomniał sobie, że mniej więcej w tym czasie córka oznajmiła im, że obie z Magdą zapisały się na lekcje tańca towarzyskiego. „To już pewne – zostanę przyjęta do kościoła satanistów! Magda ześwirowała. W ten weekend mamy przejść ceremonię inicjacji, którą Mistrz W. poprowadzi w swojej ponurej willi…” Po tej dacie, 31 maja, zapiski nagle się urywały. Z jakiegoś powodu Zuzanna przestała prowadzić swój intymny diariusz.

Zabrało mu ładnych kilka minut, zanim odnalazł w telewizji planszę, na której była informacja o Polskim Oddziale Kościoła Szatana. Zamiast numeru infolinii widniał tam adres oficjalnej strony internetowej. Leszek wpisał go w swoim laptopie. Po kilku minutach otworzyła się szara, niepozorna witryna. Gdy kliknął nagłówek Z OSTATNIEJ CHWILI, wyświetlił się całostronicowy komunikat:

Bracia i siostry! Nadeszła długo oczekiwana chwila. O północnej godzinie zostaliśmy wezwani do stawienia się przed tronem Niosącego Światło. Wsiadajmy w samochody, jachty, samoloty i helikoptery, przybywajmy pieszo i na rowerach do naszego punktu zbornego w Licheniu Starym, skąd podstawiona rakieta przewiezie nas do Berlina. Tam czeka już na nas kosmolot-matka, która zbierze swoje dzieci z całej Europy i dostarczy je na planetę Piekło. Nie odbierajmy naszym siostrom i braciom szansy na piekielną rozkosz! Nie wystawiajmy ich na pokusę nawrócenia! Nie ulegajmy apostazji! Planowy odlot rakiety sprzed sanktuarium w Licheniu Starym ustala się na godzinę 22.30. Rege Satanas!

Spojrzał na wyświetlacz swojej komórki. Była 8.43. Dostatecznie dużo czasu, aby dojechać do Lichenia i wyrwać Zuzę ze szponów satanistów. O ile wciąż z nimi jest. Jeżeli się odłączyła, sama będzie musiała znaleźć drogę powrotną. Nie był w stanie jej pomóc. A jeśli została ze swymi współwyznawcami? I nie zechce z nim wrócić?

Sądząc po zapiskach w dzienniku, był gotów uwierzyć w to, że Zuza rzeczywiście nie ma ochoty dzielić życia z młodszym braciszkiem.

Westchnął głęboko. Nie mógł siedzieć w domu i czekać z założonymi rękami. Po prostu nie mógł. Im prędzej wyruszy, tym lepiej. Nie wiadomo, ilu ludzi będzie dzisiaj szukać swoich bliskich. Nie wiadomo nawet, czy drogi będą przejezdne.

Nic nie wiadomo.

– Muszę się z nią zobaczyć – powiedział do siebie na głos, stojąc przed lustrem w łazience. – Usłyszeć od niej, że chce żyć gdzie indziej niż Ula, Piotruś i ja. – W jego oczach było zdecydowanie.

Przebrał się w świeże rzeczy. Wziął ze stosu książek Biblię Szatana, bo mogła się przydać jako przepustka, oraz komórkę Zuzi – w razie gdyby niejaki Wenancjusz znowu chciał się z nią skontaktować. Zabrał także portfel z pieniędzmi (przypuszczał, że bankomaty nie działają), swoją komórkę, komplet dokumentów i kluczyki od samochodu. Zamknął mieszkanie na klucz, upewniwszy się, że Zuza zabrała swoje klucze, po czym wyszedł na dwór i skierował się w stronę swojego samochodu. Mijając parterowe mieszkanie staruszki, zatrzymał się koło jej okna i zapukał leciutko w parapet. Może kobieta ma jakąś rodzinę w centrum?

Firanka w mieszkaniu uniosła się na moment, by zaraz opaść z powrotem. W porządku – przyjął do wiadomości, że staruszka nie ma ochoty z nim rozmawiać.

Kiedy przecinał parking, idąc do auta, z sąsiedniego bloku doleciało go długie, bolesne ujadanie psa. Następny pupil porzucony przez właścicieli. No cóż, nie mógł się zamienić w zwierzęcego samarytanina i ratować wszystkich psów, kotów, papug, chomików i węży, w których religijne wyznania nie dopatrzyły się istnienia nieśmiertelnej duszy.