I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział VIII

DRUGIE ŻYCIE JAGI

Zycie z Eddim i Piotrkiem ułożyło się Jagnie doskonale. Obaj nie byli zbyt pedantyczni i nie wymagali od niej zbyt wiele pracy. Przelatywała mieszkanie odkurzaczem raz w tygodniu, zazwyczaj w poniedziałki, po weekendowych spotkaniach, jakie urządzali dla sporego towarzystwa. Z gotowaniem też nie miała większych kłopotów, bo ci dwaj – i ona też – byli w zasadzie wszystkożerni. Przyrządzała więc najprostsze dania, jakieś smażone kotlety, ryby, pieczony drób. I wielowarzywne zupy, zawsze z pożywną wkładką z kurczaka lub najtańszej wołowiny. W dużym garnku, taka porcja wystarczająca na dwa dni. Żaden z nich nie grymasił. Żyło jej się więc spokojnie i miło, tyle że… nudno. To znaczy, Jagna się nudziła. Nie po to przecież uciekła z domu, żeby zamienić jedną pustelnię na drugą. Czy też żeby zostać gospodynią domową. W wieku osiemnastu lat, u licha. Świat. Świat ją wołał, kusił i ciekawił, a co ona z tego świata tu widziała? Okolica, owszem, niebrzydka. Sam plac Trzech Krzyży był ciekawym miejscem, znajdujący się na nim kościół także, a nieopodal rozciągały się duże tereny parkowe, przedzielone ulicą Książęcą, przy której mieszkał Eddi. Ale zieleni w Biskupcu było mnóstwo, kościoły nie obchodziły jej ani trochę, okoliczne ulice zaś już obdeptała. Oczywiście najbardziej ciekawiła ją Marszałkowska i Aleje Jerozolimskie, tam czuła jakiś przedsmak owego upragnionego świata. Lecz samo wałęsanie się po ulicach jej nie wystarczało, a na przesiadywanie w kawiarniach, a tym bardziej w eleganckich restauracjach, nie chciała marnować pieniędzy, gdyż tak dużo ich nie miała. Włóczyła się trochę wokół hoteli – Grandu, Forum, Gromady, Victorii, Polonii i Metropolu – kilka ich przecież było w centrum Warszawy. Często ją ktoś zaczepiał, ale jeszcze się nie zdecydowała na skorzystanie z takich uroków życia. Jeśli już, to wolałaby zostać kurtyzaną. Nie była zbyt zagorzałą czytelniczką, czasami jednak zaglądała do książek, które przynosiła z biblioteki. Pojęcie „kurtyzana” nie było więc jej obce, a życie owych dam wydawało się łatwe i wielce ciekawe. Owszem, czasami dawała się komuś zaprosić do hotelowej restauracji na wczesny obiad lub ciastko i kawę, ale do bliższych relacji nie dochodziło.

Uznała, że jeśli ma znaleźć „opiekuna”, musi to być ktoś z klasą i kasą. Dużą. Nie jakiś przyjezdny, delegacyjny kmiotek, choćby nawet ze sporej i bogatej firmy. Gość z zagranicy, owszem, mógłby być, ale taki, który często bywa w Warszawie i dla którego Jagna byłaby na tyle ważna, że właśnie z nią pragnąłby się podczas tych przyjazdów widywać; właśnie z nią i tylko z nią. A do tego chciałby ją utrzymywać i opłacać jej mieszkanie. Tak, właśnie taki ktoś by jej odpowiadał. Zdawała sobie jednak sprawę, iż to tylko mrzonka i utopia. Nie była głupia, wiedziała, że kurtyzana musi mieć szczególne umiejętności w dziedzinach, o których ona miała jedynie pojęcie… hmm, powiedzmy wyimaginowane. A zatem należałoby coś w tej kwestii przedsięwziąć. Szkoda, że obaj przyjaciele są gejami, nie pomogą jej za bardzo. Musi więc sama sobie poradzić. Na razie tylko nabierała odwagi, ale ten pomysł coraz bardziej jej się podobał.

Pewnego dnia zmieniła kierunek swoich wędrówek. Idąc Nowym Światem, a potem dalej Krakowskim Przedmieściem, trafiła na plac Zamkowy i po chwili znalazła się w samym sercu Starówki. Pierwsze, co ujrzała, to barwne plamy na jakichś stojakach dookoła, dużo, bardzo dużo było tych stojaków różnej wielkości, a na nich dużo kolorowych obrazów, szkiców, płócien i rysunków. Wokół nich siedzieli lub stali, rozmawiając między sobą, najprawdopodobniej autorzy prezentowanych prac, a przynajmniej ci, którzy je sprzedawali. Oglądających czy też potencjalnych nabywców było wielu, ale Jagna nie zauważyła, żeby ktoś dzierżył jakieś dzieło w ręku.

„Place du Tertre” – usłyszała w głowie głos matki, która, wprawdzie bardzo rzadko, ale niekiedy owszem, opowiadała o swoim życiu w Paryżu. Oczywiście tam, według Emilii, tłum był gęstszy, ilość wystawianych prac nieporównanie większa, a atmosfera bardziej artystyczna niż gdziekolwiek. Jednak to, co teraz zobaczyła przed sobą Jagna, wystarczyło, aby poczuła zachwyt. Przyłączyła się do ludzi przechodzących obok malarzy. Stać się częścią tego barwnego świata, zapragnęła natychmiast wszystkiego o nich się dowiedzieć, zostać z nimi, oddychać ich powietrzem. Być obok. I patrzeć z bliska. Zaczęła się przechadzać między stanowiskami artystów. Patrzyła na nich, marząc, by udało jej się ściągnąć na siebie choć jedno spojrzenie któregoś z twórców.

– Ile kosztuje ten obrazek? – odważyła się spytać najmłodszego.

– Za dużo dla ciebie – usłyszała.

– Skąd wiesz… – zaczęła, ale ugryzła się w język.

Zorientowała się, że nawet na nią nie patrzył, choć wydawać by się mogło, że przenikał ją wzrokiem. Jasne, przecież dla niego, zresztą dla nich wszystkich, po pros­tu była niczym, jakimś kawałkiem pełzającej plazmy. To chyba cecha wszystkich artystów, pomyślała. Oczy matki, nawet gdy zwracały się w jej stronę, miały ten sam wyraz. Niby patrzyły, a przecież nie widziały…

Odwróciła się i szybko wyszła z rynku. A potem spiesznie dotarła do domu, sprawdziła, czy wczorajszego krupniku wystarczy jeszcze na dziś, i ucieszyła się, widząc, że jest jeszcze pół dużego garnka. Zjadła więc pełną miseczkę, a następnie wygrzebała spod stosiku bielizny w szafie całe dwieście złotych. Aż złapała się za głowę, zobaczywszy, jak niewiele pieniędzy zostało na półce, i szybko wybiegła z domu. Na piechotę – nie musiała iść daleko, a każda złotówka była już na wagę złota – dotarła na Świętokrzyską. Znajdował się tam jej ulubiony sklep second hand, w którym już kilka razy udało jej się wygrzebać świetne, niestandardowe ciuchy. Była dość wysoka, gibka i miała świetną figurę. Twarz właściwie wydawała się pospolita, ale piękny akcent stanowiły duże, błękitne oczy; szeroko otwarte nadawały jej anielski, niewinny wygląd. Gdy się uśmiechała, wokół nich robiły się zmarszczki, sprawiając, że wyglądała na uroczo zdziwioną. Włosy miała jasne, zawsze krótkie, żeby układanie fryzury nie sprawiało jej kłopotu. Zresztą niezależnie od tego, jak się starała, i tak wyglądały, jakby piorun w nią strzelił, jak mawiała ciotka Urszula.

Jaga nie lubiła swoich włosów, nie uważała, że blondynki są piękne. Zawsze chciała być Cyganką, gdyż spodobał jej się widok, jaki zobaczyła kiedyś na biskupieckim targu. Zjawiła się tam grupka Cyganów; jeden grał na skrzypcach, drugi na jakimś okrągłym, dźwięczącym cienko instrumencie, trzeci na trąbce. Melodia była przejmująca, przeraźliwie smutna, a mimo to nogi same rwały się do tańca. I dwie kobiety tańczyły. Wirowały zręcznie, a wokół nich obracały się bajecznie kolorowe, falbaniaste spódnice. Na piersiach tancerek podzwaniały i postukiwały liczne naszyjniki, a z włosów wypadały intensywnie pachnące kwiaty.

– Mamo, mamo, co to za ludzie?

Zafascynowana dziewczynka pociągnęła za rękaw Emilię, której nogi same wystukiwały w miejscu doskonale znany rytm. Przecież właśnie tak tańczyła nad Sekwaną, z Yvonne i Claire. Gdy Toni i Victor grali na swoich instrumentach tę samą melodię.

– Cicho bądź, dzieciaku uprzykrzony! – krzyknęła wtedy na małą, która natychmiast ucichła.

Że też właśnie dzisiaj musiała ciągnąć ze sobą bachora na targ! Gdyby była sama, może przyłączyłaby się do tych Cyganów… Ech, poczuć znowu szybsze krążenie krwi, nie zważać na żadne konwenanse, mieć wszystko w tyle pleców, a właściwie pod plecami… Niestety, nie teraz. Ale jeszcze kiedyś! Podniosła wysoko głowę i powiedziała niebiosom, że jeszcze zobaczą.

Jagna opowiedziała później całą tę scenę Urszuli, a ciocia wytłumaczyła jej, że owa grupa to z pewnością Cyganie, którzy kilka dni temu rozbili obozowisko nad Kraksami i w ten sposób, tańcząc i śpiewając, zarabiali na życie.

Przez kilka wieczorów dziewczynka marzyła o takim życiu. Przecież to było coś, co zawsze chciała robić – wędrować, poznawać nowe miejsca, nowe światy i nowych ludzi. A zarabianie na chleb tańcem i muzyką to najwspanialsza rzecz, jaka człowiekowi może się przydarzyć.

Zapamiętała stroje tańczących Cyganek i teraz, gdy już sama decydowała o tym, jak chce się ubierać, chyba podświadomie wybierała podobne kreacje. Dzisiaj jednak, na warszawskim Starym Mieście, mając na sobie dżinsy, bawełnianą bluzkę i skórzane sandały, wyraźnie czuła, że po prostu jest niewidzialna. Do tej pory raczej nie przejmowała się własnym wyglądem. I tak dość często była zaczepiana przez mężczyzn, młodych i starszych. Nie reagowała na ich propozycje, chyba że po prostu chciała zjeść obiad. Ale teraz krążył jej po głowie ów raczej niedorzeczny pomysł z kurtyzaną. Oczywiście wiedziała, że tak natychmiast nikogo odpowiedniego nie znajdzie. Lecz spróbuje poszukać. Tylko nie przed hotelami. To powinien być ktoś stąd, z Warszawy, ewentualnie z bliskich okolic. Tak, żeby mieszkając u niego, mogła swobodnie poruszać się po mieście. Jutro rozpoczyna akcję „opiekun”. A może „mecenas”? Lepiej brzmi. Bo określenie „sponsor” zdecydowanie jej nie odpowiadało. Uważała, że jest nieoczytana, a jednak potrafiła znaleźć kilka innych bliskoznacznych określeń. Ale najpierw musi sobie znaleźć jakieś oryginalne ciuchy. Takie, w których zauważy ją każdy artysta. Lub mecenas sztuki. I kobiet lubiących sztukę.

Weszła do swojego ulubionego sklepiku – właściwie był to całkiem duży sklep, piętrowy, nie jakaś tam klitka – i zaczęła przeglądać sterty ubrań, wiszących na wieszakach, leżących w koszach, porozkładanych malowniczo na różnych stanowiskach. Wokoło dosłownie kłębił się tłum kobiet w różnym wieku i różnej postury, pochłoniętych jednak tą samą myślą. Znaleźć coś doskonałego. Oryginalnego. Niebanalnego. A jednocześnie taniego. Jagna wybrała już kilka kolorowych bluzek, a teraz rozpostarła przed sobą niesłychanie barwną spódnicę, długą i zwiewną, ozdobioną w pasie kilkoma rzędami cekinów. Jakby do kompletu ktoś przyczepił do niej długi szal w nieregularne plamy o barwach zbliżonych do wzorów na spódnicy. Jaga, ubrana w czarny golf i czarne spodnie, przyłożyła do siebie tę spódnicę, a szyję owinęła szalem. Podeszła do wiszącego na ścianie lustra.

 

– Wyglądasz jak Cyganka – usłyszała nagle za sobą. – W ogóle ci to nie pasuje, chyba że masz zamiar ufarbować włosy na czarno. Ale najpierw je zapuść.

Obejrzała się; stała za nią dziewczyna, tak na oko o jakieś dziesięć lat starsza od niej. Wpatrywała się zachłannie w kolorową spódnicę.

O, nie!, pomyślała Jagna i demonstracyjnie zwinęła ciuchy, a potem włożyła je do sklepowego koszyka.

– Zapuszczę, dziękuję za podpowiedź. – Uśmiechnęła się miło, dodając w myśli: „Ty wredna cipo!”.

Postanowiła dziś zaszaleć i wzięła jeszcze jeden szal, właściwie brzydki i kiczowaty, ale wymalowany na nim paw miał w ogonie taką paletę barw, że aż mieniło się w oczach. Z całą pewnością każdy musiał zwrócić uwagę zarówno na niego, jak i na noszącą ten szal kobietę. Wybrała też krótką, ciemnoczerwoną sukienkę z rozkloszowanym dołem, a następnie czarną koronkową bluzkę ze strategicznie naszytymi czarnymi kwiatkami i świetnie pasującą do niej żółtą spódnicę, obcisłą jak druga skóra. Spojrzała na koszyk, który zaczynał już być podejrzanie ciężki. Czy będzie ją na to wszystko stać? W razie czego zrezygnuje z tej koronkowej bluzki, choć pewnie najmniej ważyła, a przecież w tym sklepie kupowało się ciuchy na wagę. Może więc zostawi jeszcze ten szal z pawiem, trudno.

Okazało się jednak, że miała szczęście, udało jej się to wszystko kupić. Wiedziała jednak, niestety, że to jeszcze nie koniec wydatków. Musi sobie ufarbować włosy, bo rzeczywiście nabyte dziś stroje o wiele bardziej nadawały się dla brunetki. Wyhodować sobie bujnych czarnych loków tak natychmiast nie mogła, może jednak dobry fryzjer zdołałby nieco ujarzmić jej czuprynę na tyle, że przestałaby wyglądać jak wronie gniazdo. Wydatek na fryzjera pochłonął doszczętnie zapasy gotówki, z którymi Jagna przyjechała do Warszawy. No cóż, korzystała z nich już prawie rok, choć do tej pory bardzo oszczędnie, gdyż mieszkanie i wyżywienie miała za darmo, ciuchy kupowała rzadko i tylko używane, a do fryzjera nie chodziła. Znajomych nie miała, odpadało więc jakieś piwo czy kawa w towarzystwie, czasami tylko dała się komuś gdzieś zaprosić, ale nie za często. Nie chciała dalej tak żyć, przecież wyruszyła w świat po to, żeby oglądać, poznawać, smakować. Chciała się rozwijać. O cenie, jaką przyjdzie jej za to zapłacić, na razie nie myślała.

Gdy po powrocie od fryzjera, ubrana w długą, falującą na dole spódnicę i czarną koronkową bluzkę, z owiniętym wokół szyi barwnym szalem, stanęła przed lustrem, prawie się nie poznała. Włosy wprawdzie nie dały się tak całkiem ujarzmić i po dawnemu tu i ówdzie zwijały się w nieposłuszne loczki, nie były jednak wystrzępione i lśniły jak hebanowe drewno.

– Oho ho! Nasza Aza. – Usłyszała za sobą głos Eddiego. – Gdzie się wybierasz, wystrojony dzieciaku? Wyglądasz cudownie. I bardzo artystycznie. Piotrek, chodź, popatrz na nią.

– Pięknie.

– Idę na polowanie, chłopaki. – Postanowiła niczego przed nimi nie ukrywać. W końcu teraz tylko oni byli jej rodziną.

I dlatego wpadli w panikę. Niestety, im dłużej Jagnę przekonywali, im dłużej wygłaszali te swoje prawdy objawione, tym bardziej umacniała się w przekonaniu, że wybrała jedyną słuszną drogę.

– Czy nie rozumiecie, że chcę żyć, a nie wegetować? Miło mi u was, u licha, nawet lubię dla was gotować, bo tak wzruszająco wszystko wam smakuje. Kocham wasze towarzystwo i dobrze mi tu razem z wami. Ale cały czas czuję, że jakoś mnie ubywa. Nic mnie nie wzbogaca, świat dookoła mnie nie zachwyca, nie doświadczam niczego nowego. – Zamilkła.

Patrzyli na nią obydwaj i najwyraźniej ani jeden, ani drugi nie wiedział, co powiedzieć. Jak jej wytłumaczyć, że życie to nie pasmo rozrywek, nowości i ekscytujących wydarzeń? Że to zwykła codzienność, śniadanie, a potem cały dzień, często szarobura pogoda, wichry, deszcze, śnieżyca. Spaliny na ulicach, niemiłe hałasy dookoła, tłumy obojętnych przechodniów, pędzących przed siebie i gotowych rozdeptać każdą mrówkę na drodze. Nie codzienne wyjścia do kina, teatru czy opery. Nie codzienne wypady, jeśli nie poza miasto, to choćby do Łazienek, Ogrodu Saskiego czy Wilanowa. Życie to nieustanny pęd naprzód, pogoń za każdą złotówką, przynajmniej dla siebie, nie mówiąc już o tych, którzy czekają przy stole z otwartymi gębusiami do wykarmienia.

Chyba nie musieli jej o tym mówić, Jagna już wszystko to wiedziała. I po prostu chciała uniknąć takiego życia. Wymyśliła sobie taki sposób, jaki wymyślić zdołała. Tu i teraz. Cóż mogli więc zrobić? Tylko dbać, żeby coś jej się nie stało, nie zachorowała, żeby ktoś jej nie zrobił krzywdy. Więc obiecali, że będą nad nią czuwać. A Jagna przyrzekła, że będzie uważać (cóż, przy tych słowach popatrzyli tylko na siebie i pokiwali ponuro głowami) i że gdyby działo się coś złego, natychmiast im o tym powie.

– Naprawdę wzruszyliście mnie, chłopaki. Dziękuję. I nie myślcie o mnie wyłącznie źle.

*

– Laleczko, chciałabyś mi pozować?

Jagna tylko wzruszyła ramionami i poszła dalej, pozostawiając zaczepkę bez odpowiedzi. Wystarczył jeden rzut oka, by się przekonać, że nawet dłuższe spojrzenie w tamtą stronę byłoby stratą czasu. A ona nie zamierzała marnować czasu. Nie po to przecież tu przychodziła. Polowała, jak powiedziała swoim gospodarzom. Szukała zwierzyny. Starannie wybierała cel. Zazwyczaj profit z polowania wystarczał, niestety, tylko na kilka dni. Czasami chodziło tylko o jedną noc, ale taki jednorazowy partner był bardzo starannie wyselekcjonowany. I nigdy nie zainteresowała się Polakiem. Wszak obca waluta, oczywiście zachodnia, nawet jeśli stanowiła jednorazową zapłatę, wystarczała na więcej niż kilka dni. Niekiedy dziewczynie udawało się przeżyć jakiś czas, korzystając z gościnności znajomych. Była lubiana i nie wszystkim musiała świadczyć jakiekolwiek usługi. Często pomieszkiwała u Eddiego i Piotrka, pomna ich zapewnień o wszelakim wsparciu. U nich zresztą przechowywała większość swoich rzeczy, a ubranie na zmianę po prostu nosiła w plecaczku, z którym nigdy się nie rozstawała. Zdarzało jej się pozostać na dłużej u któregoś z malujących ją artystów. Czasami potrafiła przesiedzieć całą noc nad Wisłą, rozmawiając i pijąc piwo z grupą turystów. Bez żadnych konsekwencji i zobowiązań. Była wolnym ptakiem, ale czas płynął, a ona ciągle jeszcze nie znalazła swojego miejsca na ziemi. Okazało się, że w dzisiejszych czasach nie tak łat­wo zostać kurtyzaną, chociaż Jagna przyciągała uwagę prawie każdego osobnika płci męskiej, w którego polu widzenia się znalazła. Nie była typową pięknością, miała jednak w sobie to nieuchwytne „coś”, dodatkowo umiejętnie wspomagane właściwym ubiorem – i wcale nie chodziło o jakieś kuse czy obcisłe ciuchy. Wystarczył byle szalik, lecz z niebanalnym wzorem, fantazyjnie przerzucony przez ramię; bluzka migocząca wszystkimi kolorami tęczy i zwykłe czarne spodnie; długa spódnica układająca się zwiewnie wokół zgrabnych nóg.

Raz nawet się zakochała. Jej wybranek, młody malarz, podobno szalenie zdolny, niestety, marnował swój talent na portreciki.

– A z czego mam żyć? Jak myślisz? – pytał ironicznie. – Za sam talent nie płacą. Nikt tu nie chce moich artystycznych bohomazów, natomiast każdy pragnie mieć swój konterfekt. Albo widoczek.

Konterfekt? A jednak jest nieoczytana. Sprawdziła to słowo w internecie, potem zaś z upodobaniem go używała.

Nie przy Jeżu, oczywiście.

Jeż, czarnowłosy przystojniak, wysoki i chudy jak chmielowa tyczka, błyskał zielonymi ślepiami i oślepiał bielą zębów. Turystki stały do niego w kolejce. Po te konterfekciki i nie tylko. A on wodził wzrokiem tylko za nią. Im bardziej mu uciekała sprzed oczu i przepadała gdzieś w ciasnych uliczkach Starówki, tym chętniej za nią gonił, często zostawiając swoje bezcenne sztalugi na łasce losu.

W końcu ją dogonił. Zamieszkali razem. Z początku było cudownie. Za bardzo. Jeż lubił poprawiać sobie nastrój małymi kolorowymi pastylkami, a od czasu do czasu wciągał w nozdrza jakiś biały proszek. Kiedyś, gdy robiła pranie, znalazła w zapinanej na guzik koszuli kilka dziwnych zwitków. W środku była jakaś biała substancja. Jagna powąchała, ale żadnego zapachu nie poczuła. Ostrożnie pośliniła koniec palca i dotknęła tego proszku. Zlizała go z palca, ale nic się nie stało.

Wtedy, gnana niemądrą ciekawością, postanowiła raz spróbować, co też się dzieje po zażyciu owego środka. Dlaczego Jeż to bierze? Czy potrzebne mu jakieś wspomaganie? Ona mu nie wystarcza? Zaczęła się nakręcać. Dobrze, rozzłościła się w końcu, on może, to ona też spróbuje. Połknęła zawartość zwitka, a potem drugiego, obficie popiła wodą.

Usiadła i czekała na efekt.

Nic się nie działo. Zupełnie nic. Traciła po prostu czas. Czas, czas, czas, zaczęła podśpiewywać w myślach. Ach, mój czas uciekł w las, hu-ha, krakowiaczek jeden! Co to ona…? A, tak, pranie. Pranie, mój panie, to ja robię na kolanie. Było jej bardzo wesoło i czuła się lekka jak bańka mydlana. Włożyła do kosza koszule Jeża i swoje bluzki i powędrowała na strych. Na górze spostrzegła, że nie zabrała klamerek do przypięcia upranych rzeczy. Wzięła w rękę jedną z koszul i chciała ją po prostu rozwiesić na sznurze, ale ze zdziwieniem zauważyła, że koszula jest sucha. Sprawdziła każdą rzecz po kolei. Wszystkie były suche. O, jak szybko wyschły, ucieszyła się i wróciła do mieszkania, nawet nie myśląc o zostawionych na strychu ubraniach. Które oczywiście w ogóle nie były uprane. Nacisnęła klamkę i walnęła nosem w drzwi. Zamknięte. Zatrzasnęła je za sobą, był w nich automatyczny zatrzask. Popatrzyła na trzymane w ręku klucze, miała jednak tylko klucze od strychu. Cisnęła nimi o ścianę klatki schodowej i postanowiła iść na rynek, do Jeża. Niech da jej klucze.

Dziwnie się czuła, dwa razy zwymiotowała, ludzie odsuwali się od niej z obrzydzeniem. Z daleka dostrzegła czarną czuprynę swojego ukochanego, machała do niego, lecz nawet na nią nie spojrzał, otoczony – jak zwykle – grupką turystek. Czuła się coraz gorzej, kręciło jej się w głowie, kołatało serce, w oczach migały jakieś punkciki. Resztką sił dotarła do miejsca, gdzie pracował malarz, i straciła przytomność. Ocknęła się na łóżku, w ich mieszkaniu. Jeż stał obok, a jego przyjaciel, Marek, polewał ją wodą ze szklanki.

– Przestań – szepnęła, choć chciała krzyknąć. – Dlaczego to robisz?

Na podłodze poniewierały się rzeczy wyciągnięte z kosza na pranie, między nimi walały się papierki po białym proszku i leżał kubek, z którego wylała się woda. Kilka zwitków leżało na ciśniętej na podłogę męskiej koszuli.

– Nie dzwoń po żadne pogotowie – rzucił Jeż, patrząc, jak Marek trzyma w ręku słuchawkę telefonu. – Ona po prostu się naćpała. – Wskazał ręką porozrzucane papierki.

Przyjaciel zmarszczył czoło. Nie wszyscy lubili narkotyki, on akurat nie. Ostrzegał Jeża przed nimi kilka razy, nawet kiedyś ostro się pokłócili. Ale Marek był, powiedzmy, wyjątkiem. Większość artystów, szczególnie tych niepewnych jutra, wspomagała swe siły twórcze różnymi używkami.

– Idź już, dam sobie radę. – Jeż poklepał przyjaciela po ramieniu, popychając go lekko w stronę drzwi.

Jagna leżała na plecach, pochrapując głośno. Malarz zwinął leżące na podłodze rzeczy, wepchnął je do kosza, zaniósł wszystko do łazienki i beztrosko wrócił na rynek. Na szczęście rzeczy, które tam zostawił, czekały na niego, o dziwo, nic nie zginęło. Kolejka turystek ponownie ustawiła się w rządku i jego świat wrócił do normy.

Natomiast świat Jagny stanął do góry nogami.

Gdy obudziła się następnego dnia obok śpiącego malarza, nie chciało jej się ruszyć. Wszystko wokół było szare i ponure, nie czuła głodu ani pragnienia, poszła tylko do łazienki, ale nawet do końca nie umyła rąk. Po prostu zakręciła kran i wróciła do pokoju.

Jeż już wstał i smażył w kuchni jajecznicę. Od jej zapachu Jagnie zrobiło się niedobrze. Weszła pod kołdrę, zakryła nią głowę i tkwiła tak, dopóki malarz nie wyszedł z mieszkania. Coś do niej mówił, ale nie rozróżniała poszczególnych wyrazów, nie wysuwała się więc spod kołdry i nie odzywała ani słowem. Gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi, zmusiła się, żeby wstać, lecz w dalszym ciągu nie czuła głodu, więc weszła z powrotem do łóżka i tylko patrzyła w sufit.

Przez jej głowę przelatywały ponure myśli, cały świat był beznadziejny, życie było beznadziejne, Jeż był beznadziejny, a ona najbardziej. I nie widziała żadnej nadziei na zmianę, zrobiła wszystko, co mogła, i już na nic lepszego nie może liczyć. W takim stanie katatonicznej depresji przeleżała dwa dni, postanowiła tylko, że wyskoczy przez okno, ale nie z tego mieszkania, gdyż było na parterze. Jak się trochę lepiej poczuje, pójdzie do Pałacu Kultury, tam na pewno znajdzie gdzieś jakieś otwarte okno. Albo skoczy do Wisły. Chociaż nie, przecież umie pływać, więc pewnie by się nie utopiła, organizm w bezrozumnym instynkcie przetrwania nie dopuściłby do tego.

 

Jeż przychodził i wychodził, coś do niej mówił, ale nie reagowała. Żaden kontakt ani z nim, ani z innym człowiekiem nie był jej potrzebny. Chciała, żeby zniknął z jej świata, sama też chciała zniknąć, a w ogóle to powinien zniknąć cały ten bezsensowny, nikomu niepotrzebny świat.

Trzeciego dnia obudziła się, czując głód. Weszła do kuchni i aż złapała się za głowę. Wszędzie leżały podsuszone skórki chleba. Z przepełnionego kosza wysypywały się skorupki jajek i obierki od ziemniaków. Zlewozmywak był pełen talerzy z zaschniętymi resztkami jedzenia. Nie znalazła ani jednego naczynia, z którego mogłaby się napić wody, a zresztą wody też nie było. Poza tą prosto z wodociągu. Pochyliła więc głowę i zwilżyła usta strumieniem ciurkającym z odkręconego kranu. I trafił ją potężny szlag. Kopnęła przepełnione wiadro ze śmieciami, usatysfakcjonowała wzorem, jaki się ułożył z wysypanej zawartości. Wyszła z kuchni, spakowała do plecaka tyle rzeczy, ile tam się zmieściło, cisnęła na środek łóżka swoje klucze i pożegnała swoje życie z malarzem Jeżowskim. Wyszła i skierowała się w stronę placu Trzech Krzyży, ale po chwili się rozmyśliła. Nie, koniec musi być definitywny. Przecież ona nie zrezygnuje z bywania na Starym Mieście, Jeż oczywiście też stamtąd nie zniknie. Oboje muszą jakoś unikać konfliktów podczas spotkań, bo że do spotkań będzie dochodzić, to po prostu pewne. Ruszyła więc z powrotem w stronę rynku, dotarła do największego skupiska turystek, wyciągnęła spośród nich jeszcze do tej pory swojego chłopaka i zaprosiła go na pierogi.

– Nic nie mów, daruj sobie wszelkie mądrości i głupoty, którymi chciałbyś mnie uraczyć – powiedziała na wstępie, a potem spokojnie wyjaśniła, że ich wspólna przygoda właśnie się skończyła, a jeśli nie wie czemu, to już w owej nieświadomości pozostanie, bo jej się nie chce niczego tłumaczyć. Dodała tylko, że Stare Miasto jest dla wszystkich i że ona będzie tutaj przychodzić, a on może sobie tu siedzieć i żadnemu z nich nic do tego.

Jeż nie był głupi, więc całkowicie się z nią zgodził i rozstali się bezkonfliktowo.

Potem Jagna odwiedziła już bardzo za nią stęsknionych Eddiego i Piotrka i jej życie wróciło do stanu przedjeżowego. Na pewno wiedziała już teraz dwie rzeczy. Nigdy, ale to nigdy nie pozwoli sobie na żaden narkotyk. I nigdy, ale to nigdy nie pozwoli sobie na miłość. Ani nawet na jakieś głupie zakochanie się, które oczywiście nie jest równoznaczne z miłością, tyle wiedziała.

Udało jej się tak przetrwać kilka lat; raz nawet była bliska sprzeniewierzenia się swojej obietnicy, że już nigdy się nie zakocha. Spotkała kogoś, kto był i miły, i dobry, i przystojny. Umiał ją rozśmieszyć, rozbawić, zaciekawić i wielu rzeczy nauczyć. Ale miał jedną, za to istotną wadę – nie miał pieniędzy. Nie nadawał się więc na sponsora, a ona nie mogła zostać jego kurtyzaną. Znajomość rozpadła się po pół roku, a i tak trwała dłużej niż powinna.

Jaga z powrotem pogrążyła się w chaosie.

*

Siedziała w popularnej knajpce U Artystów, w której nawet ją stać było na pierogi. Ale najważniejszymi powodami, dla których jedynie brać artystyczna oblegała to miejsce, były: zwodniczy nieład, niezbyt apetyczny zapach, ciasnota przy stolikach i wszechobecny hałas. Oraz fakt, że przez okna widziało się tylko ściany budynków po drugiej stronie wąskiej ulicy. Wszystko to odstraszało turystów. W środku siedzieli sami „tubylcy”. Malarze, graficy, rzeźbiarze, grajkowie uliczni. I nieliczni wtajemniczeni.

Jagna lubiła tu przychodzić. Nie tylko dlatego, że można było przesiedzieć tu nawet kilka godzin przy jednej kawie. Przychodziła tu, bo bywali tu WSZYSCY.

Teofil Kończyc starannie wytarł wąsy. Lubił piwo, ale miał temu napitkowi za złe, że zostawiał na jego wypielęgnowanej ozdobie twarzy obfitą pianę. Wąsy pozostawały mokre nawet wtedy, gdy wydawało się, że już są wytarte. A Jaga nie lubiła, kiedy całując ją, nawet w policzek, dotykał jej mokrymi wąsami. Właśnie skończyła jeść swoje pierogi, chciał więc podejść i się przywitać. Nie zauważyła go, wchodząc, a może i zauważyła, ale celowo ominęła wzrokiem. A Teofil wszystko puszczał jej płazem. Także to, że niekiedy, siedząc w towarzystwie, śmiała się z jego lekkiego seplenienia. Które zresztą zdarzało mu się tylko czasami, kiedy bardzo się starał dokładnie wymawiać te wszystkie mocno szeleszczące słowa. Jednak nikt, nikt z tych, którzy go znali, nie ośmieliłby się nawet zachichotać, gdyby zdarzyło mu się powiedzieć na przykład: „Na tym obrazie widać rozprosone powietse”. A ona się śmiała, on zaś nie reagował.

Była całym jego światem. Nie mógł sobie przypomnieć, jak mógł bez niej żyć. On, król cyganerii warszawskiej, artysta, wystawiający swoje dzieła w różnych miejscach na całym świecie, wykładowca warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, nauczyciel wielu malarzy, którzy jednak nigdy nie dorośli mu do pięt. Miał tylko jedną wadę – urodził się sześćdziesiąt lat temu. A ona skończyła zaledwie dwadzieścia pięć. Różnica ta, wydawać by się mogło, liczyła się tylko dla niego. Dla niej była kompletnie nieistotna.

Jagna bowiem bardzo poważnie brała pod uwagę jego kandydaturę. Kandydaturę na opiekuna, mecenasa, protektora. Sponsora. Miała już za sobą ćwierć wieku – a choć lat Kończyca nie brała pod uwagę, swoje liczyła bardzo dokładnie – i zaczynała dostrzegać na twarzy drobniutkie zmarszczki. Wprawdzie zachowała doskonałą figurę, jednak musiała jej już poświęcać trochę uwagi. Po prostu robiła dłuższe spacery i czasami wpadała do jakiejś siłowni. Ot tak, przy okazji, z którąś ze znajomych malarek. Nie często, bo nie musiała, raczej dla towarzystwa i z nudów. W dalszym ciągu miewała różne nocne lub kilkudniowe przygody, o chętnych do takich rozrywek nie było trudno. W każdym razie Jagnie nie było trudno ich znaleźć. Ale czas mijał, gnał i galopował, a ona w zasadzie tkwiła w miejscu, wciąż na początku obranej drogi. I choć miała już wiele pożytecznych znajomości – gruby notes, z którym się nie rozstawała, pękał od adresów, telefonów i różnych notatek – dość rzadko korzystała z jego zawartości. Ot, niekiedy coś komuś załatwiła, oczywiście nie z bezinteresownej uprzejmości.

Teofil był postacią kultową na rynku. Widywała go od kilku lat, właściwie od zawsze, ale nigdy nie zwracali na siebie uwagi. Aż kiedyś poczuła na sobie jego spojrzenie. Jedno, drugie, wreszcie coraz częściej. Zaczęło się od przypadkowych spotkań, rzekomo przypadkowych, gdyż Teofil obserwował Jagnę, znał jej ulubione miejsca i zaczął tam zaglądać. A już U Artystów, jak wiadomo, bywali wszyscy, którzy się liczyli. No więc oczywiście on też.

Któregoś dnia przysiadł się do niej, a potem już stało się to zwyczajem. Kiedyś ona przyszła później i najnormalniej w świecie odsunęła sobie krzesło przy jego stole, zanim Teofil zdążył się poruszyć.

A następnie zaczęli razem wychodzić…

Później już zazwyczaj przychodzili tam razem. Czasami jednak Jagna upierała się, że chce być sama. I on, rzecz jasna, na to pozwalał, bo wiedział, że musi się zgadzać na wszystko, żeby ją przy sobie zatrzymać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?