I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, 2019

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Givaga/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-805-4

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Gdybyś mnie kiedyś miała przestać kochać,

nie mów mi tego.

Bóg tego także nie czyni.

Gdy ma zesłać zarazę i głód,

On ciągle się śmieje z wysoka,

choć dobrze wie, że oazy przemienia w pustynię.

Konstanty Ildefons Gałczyński,

Gdybyś mnie kiedyś miała przestać kochać

Wszystkim bibliotekom – bibliotekarkom i bibliotekarzom. Oraz wszystkim czytelniczkom i czytelnikom.

Bądźcie zawsze!

WSTĘP

Czwarty tom Cyklu Szczepankowskiego1 rozpoczynamy końcówką tomu trzeciego. Dla przypomnienia – tym czytelnikom, którzy już w Szczepankowie byli, i chcąc zachęcić tych, którzy dopiero teraz rozpoczynają przygodę z tym magicznym miejscem i jego bohaterami. Tym drugim chcemy powiedzieć, że można rozpocząć czytanie cyklu od tego tomu, lojalnie jednak uprzedzamy, że jak skończycie, poszukacie pierwszych trzech części. Mamy nadzieję, że jeszcze będą w księgarniach (w internetowych, a szczególnie u wydawcy, na pewno), a jeśli nie, na mur-beton znajdziecie je w bibliotekach. Z każdą biblioteką bowiem jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni.

Krzysztof i Zojka nie mogli się pobrać? Ale czy na pewno? A nawet jeśli, to czy wyobrażacie sobie, że coś mogłoby ich rozłączyć? Czy ślub jest niezbędny każdemu? A może nie zawsze?

Jak sobie z tym problemem poradzili nasi bohaterowie? Czy poradzili sobie w ogóle? Na wszystkie te pytania znajdziecie odpowiedź w leżącej właśnie przed Wami książce. A do tej historii dołączyliśmy, jak zwyk­le, kilka nowych wątków. Mamy nadzieję, że wszystkie okażą się interesujące, a Krzysiowi i Zojce mocno kibicujecie, prawda?

Czwartym tomem cyklu żegnamy się na razie z bohaterami ze Szczepankowa, nie żegnamy się jednak z samym Szczepankowem. Do tego cudownego miejsca jeździmy kilka razy w roku – i zamierzamy jeździć, dopóki będzie istniało. A, bez względu na wszystko, z pewnością jeszcze niejeden raz akcja naszych następnych książek będzie się rozgrywać właśnie w Szczepankowie.

Chcemy raz jeszcze przypomnieć, że podobnie jak w poprzednim tomie, akcja tej powieści toczy się w latach, które tak naprawdę są dopiero przed nami. Po prostu nasi młodzi bohaterowie już dorośli.

1 Cykl Szczepankowski, dotychczas: Pewnego lata w Szczepankowie (Warszawa 2018), Niecodzienny upominek (Warszawa 2018), Dziewczyna ze Szczepankowa (Warszawa 2019). Autorzy: Maria Ulatowska i Jacek Skowroński. Wydawnictwo: Prószyński i Spółka.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD TEGO SIĘ ZACZĘŁO…

Jaka ładna para, pomyślał burmistrz Biskupca, a zarazem kierownik urzędu stanu cywilnego. Wiedział, że narzeczeni są z Warszawy, i poczuł dumę, bo chociaż mieli tak wielki wybór, z jakiegoś powodu zdecydowali się na jego miasto. On, gdyby mógł, wybrałby Pałac Ślubów na Starym Mieście w stolicy. Ale tam pewnie długo się czeka, a młodym czasami… bardzo się spieszy. Zerknął dyskretnie na brzuszek dziewczyny. Nie, nie wyglądało na to, żeby musieli się spieszyć. Czemu więc właśnie tu? Ach, kto tam trafi za młodymi, westchnął filozoficznie i ruchem ręki zaprosił wszystkich do sali.

Stanęli przed nim – pan młody w ciemnogranatowym garniturze, nieskazitelnie uprasowanej białej koszuli, z krawatem w granatowo-czerwono-błękitne ukośne paseczki. Smukły młodzieniec o szerokich ramionach i blond włosach, które – co było widać – nie podlegały woli grzebienia. Na oparciu krzesła – rzecz niezwykła, ale przecież nie zabroniona – wisiał duży, chyba dość stary, aparat fotograficzny, którym aż do momentu rozpoczęcia uroczystości przyszły małżonek robił zdjęcia – narzeczonej, kierownikowi USC, za jego zgodą, i zgromadzonym w sali gościom. Tych ostatnich zebrało się sporo, zajęte były prawie wszystkie krzesła. Burmistrz usłyszał uwagę skierowaną przez pannę młodą do jej wybranka: „Patrz, ile ludzi, przeszło połowy w ogóle nie znam”. Zastanowił się nad tymi słowami – jacyś celebryci czy kto? Kto i dlaczego przychodzi na ślub osób, których nie zna?

Nie, Krzyś i Zojka nie byli celebrytami, a jednak mieszkańcy Biskupca znali ich, choćby ze słyszenia. A jeśli nie ich, to albo Halinę, albo Waśkę, albo doktora ze Szczepankowa, albo słyszeli o ośrodku w Szczepankowie, albo czytali książki popularnej pary pisarzy, jakimi byli Janusz i Matylda, albo też słyszeli o bardzo głośnej sprawie, prowadzonej przez prokuratora Auksencjusza Zarzecznego, w której spektakularną rolę odegrała mecenas Śmiertka, albo… po prostu lubili chodzić na śluby. Nie było tajemnicą, kto pojawi się na tej ceremonii, a nawet jeśli byłoby, wiadomo przecież, że jak ktoś chce, to wszystkiego się dowie. A więc obecność tylu znakomitości sprowadziła taki tłum ludzi, jakiego pan burmistrz dawno nie widział.

Panna młoda też była zgrabna i smukła, a wrażenie to jeszcze potęgował cienki jasnopopielaty kostium, zgrabnie wcięty w pasie i doskonale dopasowany do figury. W wycięciu żakietu połyskiwało małe srebrne serduszko, oprócz którego nie miała żadnej biżuterii, co działało zdecydowanie na korzyść jej ogólnego wizerunku. Jasne włosy, krótko ostrzyżone, też chyba nie bardzo poddawały się grzebieniowi, gdyż sterczały na wszystkie strony, nadając dziewczynie nieco łobuzerski wygląd. Łagodził to jednak wyraz dużych oczu, rzadko spotykanego zielononiebieskiego koloru. Patrzyły z niezwykłą ufnością, a w chwilach, gdy spoczywały na panu młodym, promieniowały ogromną miłością, widoczną nawet dla najgorliwszych cyników.

Pan młody odpowiadał jej spojrzeniem, mówiącym to samo. W pewnym momencie wyciągnął rękę i poprawił ułożenie jednej z miniaturowych cynii w ślubnym bukiecie, trzymanym przez wybrankę, a ten gest był tak pełen miłości i czułości – czy może sprawiło to spojrzenie młodego człowieka – że przez całą salę przebiegły westchnienia, niektórzy z gości zaś dyskretnie pociągnęli nosami.

Krzysztof nawet tego nie zauważył. Zajęty był powtarzaniem w myślach słów przysięgi małżeńskiej, których nauczył się na pamięć przed ślubem, wyszukawszy w internecie wszelkie informacje na ten temat. Powtarzał sobie teraz jej tekst: „Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Zoją i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”, nie wiedząc nawet, że szepcze bezgłośnie te słowa. Pośród wiadomości, jakie były w internecie, znalazł i taką, że ktoś zaczął się jąkać i stękać, i nie mógł powtórzyć formułki, mimo że stojący przed nim urzędnik podpowiadał mu słowo po słowie. Krzysztof bał się panicznie, że i jemu może się przydarzyć coś takiego. Publiczne wystąpienia nie były jego mocną stroną.

Po obu stronach młodej pary siedzieli świadkowie. Obok Zojki Waśka, wytworny jak nigdy. Ciemnoszary garnitur, koszula tak błękitna, że prawie biała, granatowy krawat w dyskretne białe punkciki. Ogorzała cera, wypros­towana muskularna sylwetka, trochę za długie szpakowate włosy i zielone, kocie oczy stanowiły kombinację, której nie mogłaby się oprzeć chyba żadna kobieta. Przynajmniej tak uważała siedząca w drugim rzędzie gości pewna pani mecenas. Po stronie Krzysztofa Halina, ubrana w elegancką szmaragdową garsonkę i białą koszulową bluzkę. Ładnie wymodelowane ciemne włosy z jaśniejszymi pasemkami, dyskretny makijaż, a przede wszystkim olśniewający uśmiech, nieschodzący z jej ust przez całą ceremonię – wszystko to sprawiało, że wyglądała nader korzystnie. Cała czwórka zrobiła duże wrażenie, nie tylko na panu burmistrzu. A ten właśnie wygłaszał swoją przemowę.

Był człowiekiem starej daty, wypowiedział więc na koniec formułkę, z której już zrezygnowano na ślubach cywilnych. „Jeśli ktoś zna powód, dla którego to małżeństwo nie może być zawarte, niech powie to teraz” – oświadczył i właśnie zamierzał ogłosić, iż siedząca przed nim para została małżeństwem, gdy raptem w sali doszło do pewnego zamieszania, spowodowanego przesunięciem jednego z dość gęsto ustawionych krzeseł. Zgrzytliwy dźwięk zagłuszył słowa wypowiedziane przez kobietę, która nagle wstała ze swojego miejsca w tyle sali. Widząc pytające spojrzenie urzędnika, niezadowolonego, iż przerwała mu wystąpienie, powtórzyła zdecydowanym tonem:

– Ja znam powód, dla którego to małżeństwo nie może być zawarte – i zamilkła.

Urzędnika, który pierwszy raz w życiu spotkał się z taką sytuacją, mimo że swoją funkcję sprawował już dziewiąty rok, po prostu zamurowało. Wbił wzrok w stojącą w dalszym rzędzie krzeseł kobietę.

– Ale… chwileczkę… Kim pani jest? – wyjąkał wreszcie.

– Jej matką.

*

Nie tylko urzędnika zamurowało. Zamurowało wszystkich. Ale najbardziej – Olgę i… Emilię Raczyńską.

Olgę, wiadomo. Przecież to ona czuła się matką Zojki. Nie, źle, nie „czuła się”, tylko po prostu była jej matką. „Jej matką”, tak powiedziała ta kobieta? Ogłosiła się matką Zojki? Jej małej, dorosłej, ślicznej córeczki? Oldze zrobiło się słabo, oparła się na ramieniu Adama, który także wyglądał, jakby miał za chwilę zemdleć.

 

A Emilię? Emilia z największym w swoim życiu osłupieniem usłyszała głos, który… chyba znała. Chyba? Tak, chyba, bo ostatnio słyszała go ponad trzydzieści lat temu. W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku, chwilę przedtem, nim zwolniło się kolejne miejsce przy kuchennym stole, gdzie rodzina Raczyńskich spożywała posiłki2. Pierwsze opróżnione miejsce należało do Ewarysta, jej męża, który zmarł cicho i niespodziewanie w wieku lat czterdziestu pięciu. Na drugim miejscu zabrakło Jagny, jej córki, która w dniu osiemnastych urodzin zniknęła z domu. Fakt, że kolejne krzes­ło jest puste, dotarł do Emilii kilka dni po zniknięciu dziewczyny. Wypytywana na tę okoliczność Urszula, kuzynka Ewarysta, odpowiadała, że Jagna jest już dorosła i jeśli się wyprowadziła, to widocznie tak chciała, a jeśli nie powiedziała o tym matce, to widocznie też tak chciała. I nie jej, Urszuli, sprawą są relacje między matką i córką. A zatem było to sprawą niczyją i Emilia nad nieobecnością córki przeszła do porządku dziennego. Teraz odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i nie zwracając uwagi na szarpiącą ją za rękę Sonię: „Kto to jest, babciu? Kto? Co się dzieje?”, gapiła się z otwartymi ustami w stojącą kilka rzędów za nią kobietę, w którą wpatrywała się cała sala.

A Zojka? Do Zojki jakby nic nie dotarło. Stała z wyciąg­niętą prawą ręką ku Krzysztofowi, zdziwiona, że ten nie wsuwa jej obrączki na palec. Słyszała i czuła jakieś zamieszanie z tyłu sali, ale była tak zaaferowana tym, co się działo przed nią, że nie dotarło do niej to, co działo się w tyle.

– Panią i państwa proszę za mną. – Kierownik urzędu stanu cywilnego ocknął się z letargu i skinął ręką w stronę Krzysztofa, Zojki oraz stojącej w piątym rzędzie kobiety.

– Czy my też możemy? – spytała drżącym głosem Olga. – Jesteśmy rodzicami panny młodej.

Rodzicami? – zaplątał się urzędnik. ­­Jej matka? Dwie matki? ­Ach, już chyba nic go nie zdziwi. Spojrzał na młodych, ale ci nie protestowali.

– Proszę bardzo – powiedział więc cicho i poszedł przodem.

Wśród szmeru gości, kompletnie nierozumiejących, co się dzieje, wyprowadził całą piątkę bocznym wyjściem z sali ślubów.

– Słucham panią – zwrócił się do kobiety, która zgłosiła, że ma jakieś zastrzeżenie.

Biernaccy wbili w nią wzrok, a ona… spytała, czy może usiąść, bo jej słabo.

– Ty – zwróciła się do Adama – i ja mieliśmy wspólnego ojca, Tadeusza Biernackiego. Ty jesteś ojcem pana młodego, a ja – matką panny młodej. Między młodymi jest więc bliskie pokrewieństwo, wykluczające, moim zdaniem, założenie rodziny.

Teraz, nawet bez pytania, usiadł Adam.

– Czy może pani jakoś to udowodnić? – zapytał.

Nieznajoma pokazała im swój akt urodzenia i zaświadczenie ze Szpitala Bielańskiego, że w dniu dwunastego maja dwa tysiące szóstego roku urodziła tam córkę.

– Proszę podpisać protokół. – Urzędnik podszedł do niej i podał dokument, który błyskawicznie sporządził. – Resztę wyjaśnią sobie państwo już we własnym gronie, ja muszę mieć tylko potwierdzenie, że ślub się nie odbył i dlaczego.

– Co pani narobiła, dlaczego?! – zaatakowała Jagnę Olga. Z faktami ponoć się nie dyskutuje, ona jednak nie chciała przyjąć ich do wiadomości. – To jakieś oszustwo, to…

– Czemu pani tak sądzi? Co pani o mnie wie, żeby wydawać takie sądy? – zimno spytała tamta.

Zanosiło się na ostrą potyczkę, którą burmistrz postanowił zdusić w zarodku. Podczas wieloletniego sprawowania swej funkcji, kiedy to, poza udzielaniem ślubów, do jego obowiązków należało wydawanie różnorakich zezwoleń, a także interwencje, był świadkiem niejednego i zdążył się nauczyć, że najlepiej nie wtrącać się w spory interesantów. Dla własnego dobra i spokoju w pracy.

– Szanowni państwo, jestem zmuszony poprosić, abyście wyjaśnili sobie wszystko poza murami urzędu – zażądał z naciskiem.

Olga odetchnęła głęboko, pragnąc opanować emocje.

– Proponuję… – zawahała się na moment.

Najchętniej wyjaśniłaby wszystko już, teraz, natychmiast. Ale przeczuwała, że rozwikłanie tej paskudnej pomyłki będzie wymagać nieco czasu. I najlepiej jakiegoś neutralnego miejsca, gdzie ta wstrętna kobieta – nie umiała inaczej o niej myśleć – zgodzi się pójść. Bo swoje zrobiła, cóż więc miałoby ją powstrzymać przed oddaleniem się bez dalszych wyjaśnień?

– Proponuję, abyśmy wszyscy poszli do tej kawiarni parę ulic dalej.

Jagna skinęła głową. Niby obojętnie, jednak zaciśnięte usta i drżące, bezwiednie splatane dłonie zdradzały wewnętrzne napięcie.

– Idźcie – powiedział Adam i zwrócił się do urzędnika: – Może pan wskaże nam jakieś boczne wyjście z urzędu? A ja pójdę do gości i prędko przeproszę. Potem was dogonię.

– Co im powiesz? – spytała Olga. – W Szczepankowie wszystko gotowe do weselnego przyjęcia…

– Nie wiem. – Westchnął bezradnie. – Najbliższym należy chyba powiedzieć prawdę. Taką, jaką znamy w tym momencie. Zresztą sami widzieli i słyszeli, co się stało…

Tymczasem oczekujący w sali goście szemrali coraz głośniej. Mimo wszystko większość była przekonana, że zaszło jakieś łatwe do wyjaśnienia nieporozumienie. Bo takie rzeczy zdarzają się w książkach i filmach, ale nie w prawdziwym życiu! Absurd, nonsens, głupi żart jakiejś chorej psychicznie kobiety, której ani nikt z obecnych nie znał, ani nie widział wcześniej na oczy. Wszyscy byli tego pewni. Z wyjątkiem Emilii.

Ona jedna przez chwilę wyobrażała sobie, że rozpoznaje w nieznajomej kogoś z dalekiej przeszłości… Ale nie, wszak to niemożliwe… Zwykły zbieg okoliczności, jakieś powierzchowne podobieństwo tej kobiety do niewidzianej od trzydziestu lat córki. Której kiedyś nie umiała obdarzyć matczyną miłością i która odpłaciła jej za to, usuwając się z jej życia, gdy tylko osiągnęła pełnoletność. Emilia nawet sama przed sobą nie zamierzała ani wtedy, ani później udawać, iż nie poczuła ulgi, że spadł jej z głowy ów ciężar. Musiała mieć w sobie jakieś cygańskie geny, gdyż nie znosiła uwiązania, nakazów, zakazów i nigdy nie ciągnęło jej do nudnej ustabilizowanej egzystencji. Jej „artystyczna” dusza łaknęła od życia nieskrępowanej wolności. Czy to tak wiele? Czasem, choć niezbyt często, była ciekawa, co też może się dziać z jej córką. Lecz tak naprawdę nie pragnęła tego wiedzieć. Zapewne Jagna poszła w jej ślady i dawała sobie radę raz lepiej, raz gorzej. Cóż, jaka matka, taka córka…

A w ogóle całe to obecne zamieszanie nie jest jej sprawą. Ona jedynie pomaga Waśce w opiece nad Sonią. Jeśli nawet jakimś niepojętym zrządzeniem losu Jag­na nagle się tu objawiła, to i tak najwyraźniej nie dlatego, by odnowić kontakt z matką. Zresztą to nie mogła być ona. Jakieś tam podobieństwo głosu i wyglądu nie miało znaczenia, wszak dziesiątki czy setki razy spotyka się kogoś przypominającego krewnego lub znajomego. Trzydzieści lat to przepaść, której Emilia nie zamierzała pokonywać tu i teraz. Gdyby jednak musiała… to pierwszy ruch nie należał do niej.

Tak czy inaczej, niebawem wszystko wyjaśni się samo, toteż nie zamierzała wychylać się ze swymi urojeniami. Choć gdzieś w zakamarkach duszy bała się, iż nie są to wyłącznie urojenia…

W sali pojawił się Adam. Tylko on. Był zatroskany i poważny, co wszyscy natychmiast dostrzegli. Widać przeszkoda w zawarciu ślubu okazała się czymś więcej niż zwyczajnym nieporozumieniem. Przywołał Krystynę, Stefana, Adriana, Waśkę oraz jeszcze paru bliższych znajomych rodziny i coś im tłumaczył zafrasowany. Emilia nie należała do tego grona, siedziała więc z Sonią w pewnym oddaleniu, przytrzymując małą na miejscu.

– Babciu, co się stało? – pytała płaczliwym głosem dziewczynka. – Dlaczego nie ma ślubu? Ja tak chciałam wszystko zobaczyć, dać im kwiaty, a potem tańczyć na weselu. Ja się nie zgadzam! Dorośli zawsze zrobią coś takiego głupiego i nie chcą nic wytłumaczyć.

– Masz rację, kruszynko. Dorośli cały czas robią niemądre rzeczy.

– Babciu, wymigujesz się – prychnęła obrażonym tonem Sonia.

Emilia nie miała argumentów zrozumiałych dla dziecka, ale wybawił ją Waśka, który właśnie do nich podszedł.

– Ślubu ani przyjęcia nie będzie. Na razie… – stwierdził ponuro. I nim zdążyła poprosić o wyjaśnienie, przynajmniej tego „na razie”, dorzucił tonem ucinającym dyskusję: – Chodźcie do samochodu, wracamy do domu.

Sonia znała tatę i wiedziała, że kiedy jest w takim nastroju, to nawet ona niczego nie zwojuje.

*

Goście rozjechali się w swoje strony, a niedługo później, w oddalonej od urzędu o pięć minut spacerkiem kawiarni, spotkało się pięć osób. Pięć dorosłych osób, z których każdej, bez wyjątku, życie zdążyło już pokazać się w ciemniejszych barwach. Nawet najmłodszym z tego grona, Zojce i Krzyśkowi. Ci dwoje wszakże sądzili, że było minęło i złe chwile należą do przeszłości. Mieli pełne prawo tak myśleć. Do dzisiaj.

Adam poprosił o cztery kawy, nie pytając pozostałych i ostentacyjnie ignorując Jagnę. Ta natomiast zamówiła kieliszek białego wina.

– Niech pani jeszcze raz pokaże te dokumenty – powiedział, kiedy kelnerka odeszła w stronę baru.

Owo „pani” było celowe, choć wszystko wskazywało na to, że zwracał się do siostry. Przyrodniej, ale jednak… Z faktami się nie dyskutuje, to prawda, jednak żadne wyjaśnienia nie mogły stłumić uczucia żalu i wręcz czegoś na kształt odrazy za jej postępek. Czy też raczej moment, w którym zdecydowała się wyjawić prawdę. Wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby zgłosiła się, powiedzmy, miesiąc wcześniej. Nawet tydzień. Ale uczynić coś takiego w dniu ślubu?! To było wredne i podłe.

Jagna położyła na stoliku swój akt urodzenia i zaświadczenie ze szpitala. Obydwa dokumenty nosiły ślady niezbyt starannego przechowywania, były pogniecione, przybrudzone, poskładane w małe kwadraty. Jakby właścicielka latami trzymała oba w noszonym przy sobie portfelu. Niestety, nic nie wskazywało, że papiery nie są autentyczne. Ponadto Zojka posiadała własny akt urodzenia, wędrujący z nią po domach dziecka, gdzie jako miejsce urodzenia podano ten sam szpital oraz datę, zgadzającą się co do minuty.

Olga przyglądała się kobiecie, starając się dostrzec jakieś ślady podobieństwa do swego męża. I jakoś nie umiała znaleźć zbyt wielu. Z aktu urodzenia wynikało, że Jagna jest siedem lat starsza od Adama, lecz wyglądała na zdecydowanie więcej. Była szczupła, ale raczej nie wynikało to z dbania o siebie, wręcz przeciwnie. Bruzdy na twarzy, szara cera i przygasłe oczy świadczyły, iż jej tryb życia pozostawiał wiele do życzenia. Przynajmniej kiedyś, gdy była młoda i sądziła zapewne, że może sobie na wszystko pozwolić, a czas stoi w miejscu. Bo na jej twarzy pozostały ślady dawnej urody, temu Olga nie mogła zaprzeczyć. Cygańskiej urody. I pewnie takiegoż charakteru, co mogła jedynie przypuszczać, choć była przekonana, iż dobrze rozszyfrowała tę kobietę. Niemniej jednak nie dostrzegła w niej cienia podobieństwa do Adama. Sprawiło to Oldze nieokreśloną ulgę, choć doskonale rozumiała, że brak podobieństwa między tymi dwojgiem nie jest czymś niezwykłym. Często spotyka się rodzeństwo o zupełnie odmiennym wyglądzie, zwłaszcza gdy tylko jedno z rodziców jest wspólne. Za to, choć Jagna miała włosy ufarbowane na kruczoczarny kolor, nikomu, kto przyjrzałby się uważniej, nie mogłoby ujść podobieństwo jej i Zojki. A właściwie – Zojki do niej. Było je widać w sylwetce, układzie ust, oczach. A nawet w pewnych drobnych gestach, na pierwszy rzut oka niezwracających uwagi.

Zojka i Krzysiek trzymali się za ręce, uparcie omijając wzrokiem nieznajomą. Jakby chcieli obwieścić całemu światu, że nie istnieje siła zdolna cokolwiek zmienić w ich uczuciu. Młodość ma swoje prawa, pozwala zaprzeczać faktom, nie dopuszczać do siebie głosu rozsądku, nie godzi się z oczywistościami. Czasem jest ślepa i głucha. Oboje rozumieli, co się stało, ale wręcz rozpaczliwie nie przyjmowali tego do wiadomości. Bo przecież świat nie może być aż tak źle urządzony, by niweczyć jedyne, co naprawdę dla nich się liczyło…

– Czemu pani nie przyszła z tym wcześniej? – Adam wpatrywał się w pożółkłe dokumenty, jakby pragnął unicestwić je wzrokiem.

– Pani? No tak, rozumiem…

Jagna napiła się wina i sięgnęła do wiszącej na oparciu krzesła torby po papierosy. Zrobiła to bezwiednie, toteż natychmiast zreflektowała się i cofnęła rękę, gdyż w lokalu obowiązywał zakaz palenia. Szara cera i pożółkłe palce świadczyły, że była namiętną palaczką. Zamówienie wina mogło oznaczać, że inne nałogi również nie są jej obce.

 

– Ale wiedz jedno. Długo nie wiedziałam, że mam brata. To nie moja wina.

– A czyja? – spytał martwym głosem Adam, choć domyślał się odpowiedzi.

– Mojej matki. Nie powiedziała mi i już. Zaszła w ciążę z Tadeuszem Biernackim, urodziła mnie, po czym związała się z innym mężczyzną.

– A ty nie zadawałaś pytań…? – Mimowolnie zwrócił się do niej na ty, nawet nie zauważywszy tego.

– Bo przecież miałam ojca. Które dziecko pyta matkę, czy tata jest prawdziwy? Zresztą prawie nie nawiązałam z nią kontaktu, ani emocjonalnego, ani realnego. Wychowywałam się w obcym domu, pod opieką ciotki. Odeszłam, a raczej uciekłam, kiedy tylko mogłam to zrobić. Uroiłam sobie, że tak wygląda wolność, i czerpałam z niej pełnymi garściami. Zresztą jak matka… Szukałam towarzystwa różnych niebieskich ptaków, żyłam z dnia na dzień… Widać na dziedziczność nie ma rady, choćby… była przekleństwem. Zresztą niczego nie żałuję.

Ostatnie słowa nie zabrzmiały szczerze, z twarzy Jag­ny na moment opadła maska osoby silnej wewnętrznie, zastąpiona przygnębiającym wyrazem poczucia porażki. Adama na chwilę ogarnęło współczucie, które jednak zniknęło szybciej, niż się pojawiło. Okoliczności nie sprzyjały zadzierzgiwaniu więzi z odnalezioną siostrą. Może kiedyś, gdy już opadną złe emocje…

Obecnie czuł jedynie żal i narastającą wściekłość za wyrządzoną jego dzieciom krzywdę, czemu natychmiast dał wyraz:

– Zbaczasz z tematu. Pytałem, czemu nie przyszłaś do nas z tymi rewelacjami! Nie wiesz, ile musiała znieść twoja córka, prawda? Nigdy cię to nie obchodziło. Nie płakałaś za nią po nocach, nie śniło ci się, że może tuła się gdzieś głodna i brudna, dzień po dniu cierpiąc i walcząc o przetrwanie. Porzuciłaś ją jak psa na śmietniku! A dziś wyskakujesz niczym diabeł z pudełka, by po raz wtóry zrujnować jej życie. Kim ty jesteś, kobieto, gdzie masz serce, uczucia, wrażliwość? Nie jesteś prawdziwą matką, tylko podłą, żałosną kreaturą. I nie nazywaj siebie tym słowem, nigdy. Rozumiesz?!

W trakcie całej tej tyrady Olga dosłownie przestała oddychać. Nigdy nie widziała Adama w takim stanie. Zawsze był łagodny, czuły i tolerancyjny. A teraz raptem objawił się w nim lodowaty gniew i okrutna bezwzględność. Olga przestraszyła się, by jej mąż nie posunął się za daleko, bo miał w oczach coś, czego nie dostrzegła nigdy nawet u Waśki.

Jagna na chwilę skamieniała; zacisnęła mocno ręce, aż pobielały jej kostki dłoni. Wydawało się, że odpowie w podobny sposób. Na pewno była bliska wybuchu. Spojrzała jednak na Zojkę, która uparcie wpatrywała się w stół, trzymając za rękę Krzyśka. Na ten widok w kobiecie coś jakby pękło, zgasło, umarło. Może nadzieja, że cena za dawne błędy nie okaże się aż tak wysoka, niemożliwa do zapłacenia.

– Przychodząc do was, nie liczyłam na ciepłe przyjęcie – oznajmiła ochrypłym głosem. – Pytasz, czemu akurat dzisiaj, myślisz, że specjalnie wybrałam ten moment, żeby było bardziej dramatycznie? Że chciałam, żebyście natychmiast mnie osądzili i znienawidzili, bo wyrządzanie ludziom krzywdy sprawia mi jakąś chorą satysfakcję? Zresztą nie obchodzi mnie, co myślicie… – Hardo uniosła głowę, jednak ręce, szarpiące nerwowo skraj obrusa, zdradzały, że była to tylko poza, próba ukrycia się za zasłoną twardości i cynizmu. Lecz nic nie mogło ochronić jej przed niechęcią obecnych przy stole, tak wyraźną, że aż bolesną. – Zjawiłam się dzisiaj, bo po prostu nie zdążyłam wcześniej. W ostatniej chwili dowiedziałam się o ślubie córki i o tym, z kim go bierze…

W tym momencie Krzysiek potrząsnął głową i wtrącił zupełnie niespodziewanie:

– Ja panią już gdzieś widziałem. Chyba niedawno…

– Wierzcie lub nie, ale wcale nie chciałam kontaktu z wami – ciągnęła Jagna, jakby nie dotarły do niej słowa chłopaka. Czy też może nie chciała potwierdzać ani zaprzeczać. – Szukałam jej, to prawda, od kiedy coś, co przypadkiem zobaczyłam, uświadomiło mi, że to chyba ona, bo nikt nie może być aż tak podobny…

Tym razem wtrąciła się Olga:

– I niby co takiego pani zobaczyła? – Jej ton daleki był od przyjaznego. – Jak dotąd mówi pani samymi zagadkami.

– Czy to ważne? Było, jak było – ucięła Jagna. – Chciałam ją tylko znaleźć, popatrzeć na nią z daleka. Nawet zamienić dwa słowa, bo przecież i tak by nie wiedziała, z kim rozmawia. Przekonać się, czy jej się powiodło, może lepiej niż mnie, czy jest szczęśliwa.

Adam chciał ostro skomentować te słowa, jednak w oczach kobiety, nie, siostry, dostrzegł łzy. Zapewne prawdziwe, bo po cóż miałaby udawać? Mogła w ogóle nie zgodzić się na to spotkanie. A jednak usiadła z nimi do rozmowy, mimo że miała wszystkich czworo przeciwko sobie.

– No to się przekonałaś… – mruknął cicho.

Usłyszała. I po raz kolejny nie odniosła się do tego, co zostało powiedziane.

– Macie mnie za podłą jędzę, ale co innego mogłam zrobić? Dopuścić do tego ślubu, wiedząc, że są spokrewnieni, zatem ich dzieci mogą być nieuleczalnie chore czy upośledzone umysłowo? Owszem, prościej byłoby się nie wtrącać, odejść w nieznane i nie zaprzątać sobie więcej głowy losem dawno temu porzuconego dziecka. Tak należało postąpić?

Milczeli. Odpowiedź na to pytanie była zbyt oczywista.

Jagna pogrzebała chwilę w torbie, a następnie wysypała z portmonetki na stół trochę drobnych jako należność za kieliszek wina i wstała. W Oldze coś drgnęło na myśl, że to chyba wszystkie pieniądze, jakie tamta miała przy sobie. Nie wyglądała na kogoś, komu dobrze się wiedzie, raczej nawet gorzej niż znośnie. Olga nie umiała jednakże przełamać w sobie niechęci na tyle, by zaproponować tej kobiecie podwiezienie, a już na pewno nie gościnę. Prawda, że może i chciałaby dowiedzieć się więcej o Jagnie, ale nie w takich okolicznościach…

Bo to ona, Olga, była jedyną prawdziwą matką dla Zojki!

Choć wszystko już zostało powiedziane i nikt nie zatrzymywał Jagny, ta jakoś dziwnie ociągała się z odejściem. Upuściła torbę, podniosła i zarzuciła na ramię, potem jeszcze dosunęła krzesło do stolika i rozejrzała się, jakby szukała toalety albo zapomniała, gdzie jest wyjście. Wreszcie ruszyła w kierunku drzwi, lecz zatrzymała się za plecami Zojki. Dotknęła ręką ramienia dziewczyny.

– Słuchaj… może wyszłabyś ze mną na chwilę? Chciałabym porozmawiać z tobą w cztery oczy, bo pewnie nie zobaczymy się więcej…

– Nie!

W tym jednym krótkim słowie Zojka zawarła cały ból swego dzieciństwa. I nie chodziło o nienawiść do kobiety, która była wyłącznie jej biologiczną matką – i nikim więcej. Absolutnie nikim! Zojka pragnęła tylko, aby Jagna jak najszybciej sobie poszła.

Tamta nie nalegała, zrozumiała przekaz, który nie mógłby zostać wyrażony w jaśniejszy sposób. Odwróciła się szybko i niemal wybiegła z kawiarni.

Krzysiek objął dziewczynę ramieniem i popatrzył na rodziców.

– Co teraz z nami będzie?

– Będziemy dalej najwspanialszą rodziną, nic ani nikt nam tego nie odbierze – odparła Olga.

– Wiesz, że nie o to pytałem.

– Pewnych rzeczy nie da się zmienić ani odwrócić – odrzekła smutno. – Niestety, nie możecie się pobrać. Powiedzmy to sobie jasno i pogódźmy się z tym.

– Nawet gdybyśmy postanowili nie mieć dzieci? – zapytał Krzysiek z jakąś rozpaczliwą nadzieją. Której tak naprawdę nie odczuwał, jedynie czepiał się resztek wiary, że znajdą jakieś wyjście.

– To nic nie zmienia. Prawo jest prawem, nie istnieje u nas instancja, która by coś tu mogła zmienić.

– To wyjedziemy – oświadczył z mocą.

– Dokąd?! – przestraszyła się Olga.

Krzysiek spojrzał na swoją ukochaną.

– Gdzieś, gdzie takie bzdury nie mają znaczenia! Co ty na to, Zojka?

– Znasz mnie. – Oczy dziewczyny rozbłysły. – Nie musisz pytać.

– Za… zaraz… czekajcie, mo… moment… – Adam aż zaczął się jąkać, bo znał charakter Krzysia i wiedział, że syn pognałby za nią dosłownie w kosmos. – Dajcie na luz. Poczekajmy, mamy czas.

– Niby na co?

Do tej pory Adam nie tknął zamówionej kawy, ale teraz, mimo że była zimna i odstała, wypił ją paroma haustami. Rzadko mu się to zdarzało, jednakże w tamtej chwili żałował, że nie miał przed sobą kieliszka wódki.

– Coś mi tu nie gra, nie pasuje. Ja mam siostrę? – Złapał się za głowę, szarpiąc włosy. – Niby możliwe to, ale… wiecie… chyba powinienem coś poczuć na jej widok. Jakiś ślad więzi, czy jak tam by to nazwać, a wszystko we mnie krzyczy, że jest w tym coś fałszywego. Nie rozumiem tego, bo trudno to wytłumaczyć, lecz coś bym chyba wiedział albo wyczuwał. – Popatrzył na żonę, szukając u niej potwierdzenia. – Przynajmniej podświadomie.