Świat inkwizytorów. Płomień i krzyż. Tom 2

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I ten przedmiot, ten klejnot z odległych wspomnień, teraz trzymała w dłoni Katrina. Oczywiście wyglądał on całkowicie inaczej niż w realnym świecie i całkowicie inaczej niż na obrazie przeszłości wymalowanym w pamięci Löwefella.

Inkwizytor wyciągnął dłoń.

– Czy mogę? – spytał.

Katrina bez wahania podała mu czarną, martwą rzeźbę przypominającą kształtem wyschniętą ośmiornicę o powykręcanych kończynach.

– To był czerwony diament – rzekł Löwefell. – To jest czerwony diament – sprostował sam siebie.

Jego towarzyszka skinęła głową.

– Nigdy nie widzieliśmy, czy raczej: nikt nigdy nie widział tak dużego kryształu czerwonego diamentu, by wykuć z niego tej wielkości broszę – powiedziała.

– Jest w niej magia, ale niewielka, niegroźna – stwierdził inkwizytor po chwili wahania. – Ciekawe, czemu widzimy teraz ten klejnot w tak nieprzyjemnej postaci.

Ścisnął ośmiornicę w palcach, myśląc, że może wyczuje coś więcej, lecz nie poczuł nic poza delikatnym tchnieniem ochronnych zaklęć. Ot, kilka niewinnych sztuczek mających na celu spowodować, by los i łut szczęścia sprzyjały właścicielowi. W przenośni mówiąc: powodować, że kiedy właściciel będzie chciał wyrzucić dwie szóstki, to taka para zacznie wypadać znacznie częściej niż inne. Ale nie na tyle często, by wzbudzić podejrzenia.

– Bo to jego magia – wyjaśniła Katrina. – A wszystko, co pochodzi od niego, jest zepsute, spaczone i zdegenerowane.

– Ja pochodzę od niego – rzekł Löwefell i nieoczekiwanie usłyszał smutek we własnym głosie.

Wyciągnął dłoń z leżącą na niej czarną ośmiornicą.

– Wolę formę, jaką ta błyskotka przybiera w rzeczywistym świecie – stwierdził.

– O mało co jej nie przegapiono – powiedziała Katrina. – Wyobrażasz sobie? – prychnęła i chyba naprawdę była rozeźlona. – Nasz jedyny ślad prowadzący do Roksany wpadłby w ręce jakichś złodziejaszków, którzy sprzedaliby go byle paserowi. Klejnot mógłby w końcu utknąć w domu kupca, który nie zdawałby sobie nawet sprawy z jego wartości.

– Można za nią kupić pałac – rzekł Löwefell.

– Można za nią kupić wszystko albo nic. – Katrina wzruszyła ramionami. – Tej wielkości czerwony diament jest już poza kategoriami wyceny. No ale nas interesuje tylko droga, którą nas poprowadzi – dodała.

Możliwość znajdowania ludzi czy magicznych istot lub przedmiotów była jedną z właściwości nie-świata, z której to właściwości inkwizytorzy korzystali nader chętnie. Bo oto, mając przedmiot należący do kogoś, kto był z nim związany więzami emocjonalnymi, można było spróbować przeprowadzić mistyczną nić prowadzącą do właściciela. Oczywiście jak to w nie-świecie i jak to w przypadku zabiegów magicznych: czasami podobne doświadczenie się udawało, a czasami nie przynosiło żadnego efektu. Tym razem jednak Löwefell był podwójnie zdumiony. Po pierwsze, że przypomniał sobie o niezwykłym czerwonym diamencie, po drugie, iż Katrina chciała odnaleźć dzięki temu klejnotowi martwego człowieka.

– Jeżeli gdzieś w tym czy innym świecie jest coś, co może uchodzić za Roksanę czy choćby ślad po Roksanie, to rzeczywiście ten smok jest jedynym, co może wysnuć nić do niej – przyznał zamyślony.

– Tak właśnie sądzę – zgodziła się jego towarzyszka. – Więc próbuj, Arnoldzie! – Uśmiechnęła się.

Löwefell spodziewał się, iż rozmowa przybierze taki obrót. Zresztą któż inny był lepiej predestynowany do poszukiwania Roksany niż jej dawny mentor, w dodatku będący ofiarodawcą klejnotu, do którego tak bardzo się przywiązała.

Inkwizytor zamknął w dłoniach diamentowego smoka, który tutaj w nie-świecie nie wyglądał wcale jak najcenniejszy lub jeden z najcenniejszych klejnotów na Ziemi. Ale kiedy przestał na figurkę patrzeć, kiedy zapomniał o tym, jaki przybrała wygląd w nie-świecie, wtedy wróciły znowu wspomnienia. Brosza w rękach Roksany. Szczupłe, długie palce obejmujące kryształ czerwonego diamentu. Jej radość i zachwyt, których nie ukrywała, chociaż wiedziała, jak bardzo było to niebezpieczne w towarzystwie Narsesa, mogącego tylko po to ją wywyższyć, by zaraz potem tym boleśniej skrzywdzić. Ale Narses jej nie skrzywdził, pomyślał Löwefell z całkowitą pewnością, nie zranił jej ani nie upokorzył. Stał i nawet uśmiechał się swoimi zwiędłymi ustami, jakby ta szczera radość młodej kobiety na chwilę rozgrzała jego serce i przywróciła mu coś na kształt ludzkich uczuć.

I kiedy pamięć Löwefella przedzierała się przez zamglone obrazy przeszłości, tutaj w nie-świecie poczuł, jak brosza zaczyna drgać w jego dłoniach.

– Nie wypuszczaj jej, Arnoldzie! – nakazała Katrina.

Czerwony smok, który tutaj był dziwną, wypaczoną ośmiornicą, usiłował przedostać się pomiędzy dłońmi Löwefella. Inkwizytor czuł jego macki wciskające się pomiędzy palce, wiercące, szukające drogi.

– Myśl o Roksanie – podpowiedziała Katrina. – Połącz wspomnienie o niej ze wspomnieniem o smoku.

Löwefell sam doskonale wiedział, co ma robić, i nie potrzebował w tym wypadku rad towarzyszki. Od początku był skoncentrowany i od początku też wiedział, że tylko zadzierzgnięcie na nowo mistycznej więzi, jaka łączyła klejnot oraz Roksanę, może przynieść jakikolwiek skutek. Sądził, że jeśli właścicielka broszy żyłaby do tej pory, to poszukiwania zakończyłyby się sukcesem, nawet gdyby w rzeczywistym świecie mieszkała daleko za granicami Cesarstwa. Ale Roksana najprawdopodobniej była martwa lub, w najlepszym wypadku, prawie martwa. A jeśli prawie martwa, to z całą pewnością wtedy niemal całkowicie odmieniona. W takich poszukiwaniach Löwefell rzeczywiście nie brał nigdy udziału.

Kiedy jeszcze widział Roksanę wraz z jej diamentowym smokiem? Uśmiechnął się do własnych myśli, gdyż odpowiedź brzmiała: zawsze. Magini nie rozstawała się z klejnotem. Nawet w nocy, całkiem naga, trzymała broszę na zawieszonym na szyi łańcuszku. Löwefell przypomniał sobie to smukłe nagie ciało, jakby wykute dłutem artysty pragnącego oddać w rzeźbie ideał figury kobiety. Löwefell przypomniał sobie, jak to ciało wiło się pod nim i nad nim, przypomniał sobie, jak w chwilach uniesienia Roksana jęczała i zawodziła, takim głosem, jakby ją właśnie strasznie krzywdzono, a który to dźwięk świadczył tylko o tym, iż wchodziła na najwyższy poziom ekstazy. I ciągle był z nią smok. W łożu – smok. Na balach – smok. W alchemicznej pracowni – smok. W bibliotece – smok. Ba, smok był z nią nawet w łaźni, nawet w basenie, nawet w czasie wyczerpujących ćwiczeń fizycznych, kiedy trenowała walkę mieczem i sztyletem. Roksana była smokiem i smok był Roksaną. Stanowili jedność. Był jej szczęśliwym talizmanem, ale też na pewno dowodem na to, iż jest ulubienicą najpotężniejszego maga Persji. Musiano jej go zazdrościć. Czy ktoś kiedyś próbował go ukraść? Löwefell wiedział, że chciwość potrafi pchnąć ludzi do najgłupszych nawet uczynków, nawet do takich, które są zagrożone długą oraz bolesną śmiercią. Czyż nie zdarzało się często, że w czasie dokonywanych na złodziejach publicznych egzekucji w tłumie inni złodzieje okradali gapiów? Okradali, pomimo że właśnie widzieli tuż przed sobą, na własne oczy, jaka kara spotyka ludzi popełniających podobny występek. Löwefell wyobrażał sobie, że gdyby Roksana schwytała złodzieja, to zdecydowałaby się uczynić z niego odstraszający przykład dla wszystkich chcących pójść w jego ślady. O tak, ten człowiek cierpiałby długo i straszliwie. Całymi tygodniami miałby tylko jedno marzenie: aby wreszcie umrzeć. Perscy magowie słynęli z okrucieństwa, bezwzględności i braku skrupułów. Roksana, pomimo że była kobietą i księżniczką, wcale nie stanowiła tutaj wyjątku. Może nawet była bardziej okrutna i bezwzględna, gdyż jako młoda kobieta musiała mocniej udowadniać swoje umiejętności i swoją pozycję.

Ośmiornica zamknięta w dłoniach Löwefella dostała prawdziwego szału. Usiłowała się wydostać za wszelką cenę, drapała wszystkimi odnóżami, rzucała się w konwulsjach.

– Jessst! – krzyknęła Katrina z satysfakcją.

Inkwizytor otworzył oczy. Z jego stulonych dłoni uniósł się kłąb krwistoczerwonego dymu. Ręce Löwefella aż po nadgarstki wyglądały, jakby otoczyły je rozbryzgi krwi albo płomienie.

– Szuka – szepnęła Katrina.

Czerwony dym stawał się coraz większy. Zagarnął ręce Löwefella już aż po łokcie, więc inkwizytor wyciągnął ramiona przed siebie, bo nie chciał, by ten nieprzyjemnie wyglądający obłok dotknął jego twarzy.

– Co stanie się dalej? – spytał Löwefell, gdyż takie zjawisko widział po raz pierwszy.

– Kiedy znajdzie?

– Tak.

– Nie wypuszczaj go z rąk, bo jest zbyt szybki. Ucieknie nam i gdzieś zginie. Trzymaj go mocno, a uniesie cię i zabierze ze sobą w stronę Roksany. Ja będę wtedy tuż obok was.

– Dobrze – odparł Löwefell.

Czerwony dym sięgnął już do jego obojczyków, wił się również tuż przy samych stopach. Był coraz gęstszy i coraz ciemniejszy. Teraz barwą przypominał już nie krew świeżo upuszczoną z żył, a taką, która ściemniała pod wpływem powietrza. Ośmiornica w rękach inkwizytora rzucała się tak intensywnie i tak gwałtownie, że musiał nie tylko uważać, by nie wyrwała się na wolność, ale ledwo dawał radę utrzymywać złączone dłonie, tak wielka była siła jej rozpychających te dłonie odnóży.

Zamknął znowu oczy, po pierwsze, gdyż chciał łatwiej przenieść się do obrazów wymalowanych w przeszłości, a po drugie, gdyż zbliżający się do twarzy czerwony dym budził w nim niewytłumaczalną logicznie odrazę. Ale zaraz te oczy otworzył, bo ośmiornica pomiędzy jego palcami rzuciła się gwałtownie, potężnie i konwulsyjnie, ale zaraz potem znieruchomiała. Dym zaczął rzednąć. Löwefell poczuł jeszcze drapanie we wnętrzu dłoni, ale było ono tak słabe, jak spacer pochwyconego w garść chrząszcza.

– Przestał się ruszać – rzekł na głos, zarówno zdziwiony, jak i rozczarowany. – Czy to jakaś sztuczka?

 

Jego towarzyszka potrząsnęła głową.

– Niestety – odparła. – Sądzę, że umiera... Rozchyl trochę dłonie.

Wsunęła palce pomiędzy dłonie Löwefella i westchnęła.

– Nic tu już po nas – powiedziała zaraz potem ze smutkiem.

Wyciągnęła znieruchomiałą ośmiornicę i przyjrzała jej się uważnie. Potem westchnęła znowu, a na jej twarzy pojawiło się wyraźne rozczarowanie.

– Cóż, nie można mieć wszystkiego – stwierdziła.

Powrót do prawdziwego świata był niczym spokojne wybudzenie się z płytkiego snu. Löwefell najpierw poczuł dotyk ciała Katriny i ciepło jej skóry. Potem jego policzki i nos musnęły włosy kobiety, później wreszcie poczuł jej zapach. Zioła i kadzidła, jeszcze delikatniejsze, niż kiedy kładli się do łóżka. Katrina uśmiechnęła się z ustami przy jego ustach.

– A więc wróciliśmy.

Przekręciła się na łóżku. Wstała i zaczerpnęła głęboko tchu. Położyła sobie prawą dłoń pod piersią, przy sercu, w tym właśnie miejscu, gdzie w nie-świecie widmowy orzeł wbił się i wniknął w jej ciało. Potem spojrzała na Löwefella i rozwarła lewą dłoń. Kryształy czerwonego diamentu, teraz spopielone, zwęglone i sczerniałe niczym grudki węgla, wysypały się z jej palców na podłogę.

– Przykro mi, Arnoldzie – powiedziała.

Löwefell poczuł ukłucie żalu. Ten klejnot, ten smok z czerwonego diamentu, połączył go na chwilę z Narsesem, z Persją i z Roksaną. Inkwizytor nie żałował jego materialnej wartości, gdyż ona nie była tak naprawdę istotna, lecz jedynie więzi, jaką klejnot przez chwilę wytworzył pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. A teraz ta więź bezpowrotnie zniknęła.

Opuścił nogi na podłogę i wstał. Poczuł lekki zawrót głowy, który jednak po chwili minął. Podszedł do stołu i sięgnął po kubek z wodą, gdyż miał spieczone, popękane usta i język wyschnięty na wiór. Wypił kilka łyków i dopiero wtedy spojrzał na Katrinę.

– Szkoda, że nam się nie udało – rzekł z prawdziwym żalem.

– To było niestety do przewidzenia – odparła z westchnieniem. – Łudziłam się, że może powiedzie się nam za pierwszym razem, ale tak naprawdę, kierując się tylko zdrowym rozsądkiem, wiedziałam, że mamy niewielkie szanse. – Wzruszyła ramionami.

Potem spojrzała na zwęglone grudki rozsypane po podłodze.

– Wybacz mi, że zniszczyłam twojego smoka.

– To zaledwie przedmiot – rzekł Löwefell. – Żałuję jedynie, że nie poprowadził nas do celu. Kiedy wyruszymy znowu?

Przez chwilę wyglądała na zaskoczoną.

– Och, nie bądź w gorącej wodzie kąpany, Arnoldzie! – roześmiała się. – Ale masz rację: na pewno wybierzemy się w podróż ponownie. Przecież naprawdę nie wiemy, czy tak do końca nam się nie udało. Być może celnie zarzuciliśmy przynętę. I jeśli tylko istnieje ktoś, kto nas obserwuje, to przynęta może mu się wydać interesująca. Pachnie i kusi...

– ...choć wiadomo, że jest przynętą.

– Sprytna ryba zje przynętę i zostawi haczyk. Jeśli mamy przeciwnika, na pewno będzie chciał tak właśnie uczynić.

– Cóż więc dalej?

– Będziemy próbować. Może nie codziennie, ale co drugi, trzeci dzień. Poradzisz sobie?

– Tak. Oczywiście.

Löwefell szczerze ucieszył się z decyzji Katriny. Po pierwsze, polowanie mogło ich doprowadzić do Roksany i umożliwić albo likwidację perskiej czarodziejki, albo pozyskanie jej, po drugie, Löwefell czuł, że obcując z tak doświadczoną i silną istotą jak Katrina, rozwija również swoje zdolności, po trzecie wreszcie, ostatnimi czasy dokuczała mu gnuśność i fakt, że Inkwizytorium nie wykorzystuje jego zdolności, tak jak by sobie życzył. Rzecz jasna Löwefell mógłby nawet siedzieć zamknięty w beczce, gdyby miał przekonanie, że przysłuży się to Sprawie, ale w tym wypadku po prostu go nie miał. Nie sądził, że życie w klasztorze i zabijanie czasu czytaniem ksiąg z biblioteki ma szczególny sens. Zważywszy w dodatku na fakt, że wszystkie dzieła najważniejsze z punktu widzenia jego edukacji i budowania umysłu oraz zdolności tegoż umysłu Löwefell już dawno przeczytał.

– Czy zechcesz mi teraz opowiedzieć historię swojego kota? – zagadnęła.

Löwefell milczał przez chwilę.

– Kiedy prowadziłem śledztwo dotyczące Katarzyny i jej bękarta, kiedy odnalazłem Roksanę zamienioną w starą wiedźmę, kiedy dowiedziałem się o losach Szachor Sefer, wtedy właśnie to wszystko się stało... – zaczął. – Przybiegła do mnie ogniowa salamandra i szepnęła, że spotkamy się w szkarłatnym płomieniu – kontynuował. – I tego samego jeszcze dnia, kiedy próbowałem przedostać się do nie-świata, zostałem – wzruszył ramionami – porwany...

– Porwany – powtórzyła powoli Katrina.

– Cóż, to chyba najlepsze słowo, by określić sytuację, w której bez własnej woli, udziału i zgody przenosisz się za czyjąś sprawą w całkowicie nieznane miejsce – wyjaśnił.

– Za czyją stało się to więc sprawą?

Löwefellowi stanął przed oczami ten, który prosił, by nazywać go Arsanesem, i który podawał się za perskiego czarnoksiężnika, przed laty dobrze znającego Narsesa. Wówczas, w czasie odwiedzin Löwefella, mężczyzna odziany był w czerwony jedwabny szlafrok haftowany w złote smoki oraz w czerwone pantofle z zagiętymi noskami i złotymi pomponami. A jak wyglądał? Miał smagłą twarz i oczy ocienione długimi rzęsami. Trefione, obsypane złotym pudrem włosy kładły mu się aż za ramiona. Ten zniewieściały obraz zmieniała kwadratowa, władczo wysunięta dolna szczęka. To dzięki niej ta twarz nabierała niepokojącego wyrazu bezwzględności.

– Mag Arsanes – powiedział Löwefell. – Nie wiem, czy to jego prawdziwe miano.

Katrina potrząsnęła głową.

– Nigdy nie słyszałam o kimś takim.

– A powinnaś?

– Arnoldzie, Persja jest co prawda daleko i jest nam wroga, ale nie oznacza to, iż nic nie wiemy o tym, co dzieje się w jej granicach. Dostajemy raporty kupców i szpiegów, czasem zeznania tych, którzy uciekli przez bizantyjską granicę, lub pochwyconych jeńców. A magowie są w Persji znani. Są potężni, mają własne włości i zamki, uczestniczą w dworskich intrygach. Ich imiona nie są żadną tajemnicą.

– Rozumiem. – Löwefell skinął głową. – Marius trzyma mnie z dala od perskich spraw, stąd nie mam informacji, jaki jest stan naszej wiedzy...

– Wiem – stwierdziła Katrina. – I wierz mi, że ma rację. Oczywiście wszystko się zmieni, kiedy odzyskasz pamięć – dodała, uśmiechając się. – Wtedy nie tylko nikt nie będzie cię trzymał na dystans, lecz wręcz przeciwnie, będziemy nalegali, byś jak najusilniej zaangażował się w problemy związane z Persją.

– Rozumiem – powtórzył inkwizytor.

– Sprawdzę to imię w naszych archiwach.

– Mówił, że znał Narsesa, i twierdził, że się go bał tak, jak bali się go wszyscy. Że Narses był jego panem. Mistrzem? Seniorem? W rozmowie ze mną wykazywał nawet nie szacunek, lecz wręcz zniesmaczające uniżenie...

Katrina zaśmiała się.

– W czym mogę ci usłużyć, nieskalany filarze wiedzy? Nie jestem godzien, by być pyłem u twoich stóp, o, górujący nad światem posągu niezmąconej sprawiedliwości...

Löwefell odpowiedział uśmiechem.

– Bardzo trafne przypuszczenia – odparł.

– Zaoferował ci pomoc?

– Oczywiście.

– Chciał się czegoś dowiedzieć?

– Z całą pewnością. Lecz nie zadawał wielu pytań. Miałem wrażenie, że na razie tylko mnie obserwuje i zależy mu, by zorientować się, z kim w zasadzie ma do czynienia i w jaki sposób mógłby mnie użyć.

– Stworzył tego kota dla ciebie?

– Nie. Kot już był. Znajdował się w należącym do Arsanesa fragmencie nie-świata, które to miejsce przybrało postać pałacowych pokojów i ogrodu. – Löwefell przypomniał sobie, jak wyglądały te wnętrza i dodał: – Ten mag musiał mieć wielką siłę, by tak umiejętnie ukształtować nie-świat.

– Lub ktoś ukształtował go dla niego – zauważyła Katrina. – Co mówił?

– O tym, iż w Persji zniszczono stronników Narsesa, uczniów i wasali...

– To prawda. – Skinęła głową.

– Że ci, którzy uciekli, czekają na powrót gotowi walczyć za sprawę Narsesa pod wspólnym sztandarem.

Potrząsnęła głową.

– Ci, którzy przetrwali, mają szczęście, że żyją. Nie sądzę, by myśleli o walce po tylu latach. Chociaż zapewne nie pogardziliby zemstą, gdyby dano im taką szansę. I co z kotem?

– Kiedy wróciłem do naszego świata, kot po prostu był razem ze mną. Siedział na łóżku w moim pokoju.

– Zbadałeś go, jak sądzę?

Tym razem Löwefell uśmiechnął się.

– Katrino, poświęciłem naprawdę wiele czasu, by zbadać to stworzenie, posługując się zarówno zdolnościami medycznymi, jak i magicznymi. I zapewniam cię, iż wszystkie wyniki wskazywały, że to najzwyklejszy na świecie kot. Zaręczam ci również, że nie musiałem przeprowadzać sekcji zwłok, by się o tym przekonać. Miał nawet pchły.

– Cóż działo się potem?

– Z Arsanesem? Tak, z Arsanesem. – Pokiwał głową. – Czekałem na niego, przyznam, gdyż zainteresował mnie nie tylko on sam, lecz również zdumiewająca enklawa, jaką stworzył sobie w nie-świecie. Próbowałem nawiązać kontakt lub zrozumieć, w jaki sposób mogę do niego trafić, ale...

– Ale nic?

– Ale nic – potwierdził.

– Nigdy żadnego śladu, żadnego kontaktu, żadnego choćby najsłabszego sygnału, o którym mógłbyś przypuszczać, że pochodzi właśnie od niego?

Löwefell potrząsnął głową.

– Też mnie to zdziwiło, ale tak jak mówisz: nigdy. A wydawał się szczerze zainteresowany moimi sprawami i chętny, by wykorzystać mnie do swoich celów. A jednak już nie próbował.

– Arsanes – powtórzyła. – Sprawdzę to imię, Arnoldzie. Zapytam naszych przyjaciół, którzy lepiej znają Persję niż ja. Czy widziałeś jego prawdziwą postać?

Löwefell pokręcił głową.

– Czarnoksiężnik z taką mocą jak on, zważywszy, iż to on stworzył własny, ukształtowany wedle swojej woli fragment nie-świata, mógł mnie wtedy omamić, gdyby tylko chciał. Miał zniewieściały wygląd, długie włosy, głębokie ciemne oczy. I kwadratowy, szeroki podbródek. Otaczał go przepych. – Löwefell przypomniał sobie kapiący od ozdób i złota pokój pałacu, w którym przyjął go Arsanes.

Podeszła do niego i ujęła go pod ramię.

– Chodź ze mną do skryptorium. Mamy tam wielce utalentowanego mnicha, który za pomocą kolorowego inkaustu potrafi wyczarować obraz każdej żywej istoty tak wyraźny i tak udany, jakby weszła ona na karty papieru z naszego świata.

– Wiem. Znam chyba tego młodzieńca. – Löwefell skinął głową. – Chętnie opiszę mu Arsanesa tak dokładnie, jak tylko będę potrafił.


Od czasu podróży do nie-świata i od czasu, kiedy Löwefell pomógł zdolnemu rysownikowi stworzyć portret Arsanesa, minęły dwa dni. Katrina nie dawała znaku życia, a on nie starał się jej szukać, wiedząc, że kiedy przyjdzie stosowny czas, kobieta sama go znajdzie. I tak właśnie się stało, zgodnie z przypuszczeniami.

Był wtedy w skromnej, niedużej komnacie przypominającej bardziej wydrążoną w skale jaskinię niż klasztorną kaplicę. Nawet meble: ławy i klęczniki, były topornie wykute z kamiennych brył. Zupełnie inne jednak wrażenie sprawiały ściany kaplicy, które pokryto fantastycznie dokładnymi płaskorzeźbami, cyzelowanymi co do najmniejszego drobiazgu. Löwefell lubił tu zachodzić i przyglądać się owym płaskorzeźbom, które od lewej strony do prawej przedstawiały całe życie Jezusa Chrystusa: od narodzin aż po zdobycie Rzymu. Potem, za obrazem Wiecznego Miasta otwierającego bramy przed tryumfującą Armią Jezusa, nie było już nic. Czysta ściana. Ta pustka lepiej od jakiegokolwiek artystycznego dzieła wyobrażała smutek i niezrozumienie, które pozostały po odejściu Chrystusa. Te pytania, na które nigdy nie uzyskano odpowiedzi: czemu nas zostawił? Dokąd i po co się udał? Kiedy wróci?

Siedział w kaplicy pogrążony w rozmyślaniach i wpatrywał się w kamienny Krzyż Nieskończoności wypełniający główną ścianę kaplicy. W ten kamienny, wielki krzyż wrysowano krzyż ciut mniejszy, w tamten jeszcze mniejszy, w tym mniejszym tkwił jeszcze mniejszy i tak dalej, i tak dalej, aż krzyże, coraz mniejsze i mniejsze, stawały się niewidoczne dla oka. Co symbolizowały? Nieskończoność cierpienia? Nieskończoność poświęcenia? Niemożność poznania?

Katrina weszła tak niepostrzeżenie, jakby była zaledwie podmuchem słabego, bezwonnego powietrza, a nie żywą istotą. Löwefell zorientował się, że jest tuż przy nim, dopiero wtedy, kiedy usiadła obok na ławie.

 

– Miło cię widzieć, Arnoldzie. – Uśmiechnęła się promiennie, a jej uśmiech jak zwykle spowodował, że Löwefell poczuł się mniej ponuro niż zwykle. Czy też może lepiej powiedzieć: mniej obojętnie ustosunkowany do świata.

– I ciebie, Katrino – odpowiedział. – Co symbolizuje Krzyż Nieskończoności? – zapytał niespodziewanie dla samego siebie.

Widział, że zaskoczyło ją to pytanie, jednak odparła od razu:

– Niecelowość wnikania głębiej i dalej w poszukiwaniu sensu innego niż chwała Pana Naszego Jezusa Chrystusa. – Uśmiechnęła się i zwróciła twarz w stronę rzeźby. – Zważ, że jakkolwiek długo byś się wpatrywał w ten krzyż, jakkolwiek maleńkie zacząłbyś zauważać detale, nigdy nie dostrzeżesz niczego poza Jezusem i Krzyżem. Bo to wystarcza, by wyznaczyć sens całego świata i sens całej naszej cywilizacji.

Potem położyła dłoń na jego dłoni.

– Każdy z nas kiedyś zastanawiał się nad właściwym znaczeniem Krzyża Nieskończoności – powiedziała. – I każdy z nas pytał o to w końcu kogoś, kto jest w klasztorze dłużej. Cieszę się, że właśnie ja mogłam wyjaśnić ci znaczenie tego symbolu.

– Teraz wydaje mi się ono oczywiste.

Skinęła głową.

– Zawsze tak jest.

Zdjęła dłoń z jego dłoni i splotła palce, kładąc je na kamiennym blacie. Milczeli chwilę, po czym Löwefell zapytał:

– Nie spotykamy się przypadkiem, prawda?

– A jednak niemalże przypadkiem! – powiedziała wesoło. – Co prawda chciałam cię spotkać, ale nie byłam pewna, czy znajdę cię właśnie w kaplicy.

– I w czym mogę ci usłużyć?

– Nie ma i nie było takiego maga jak Arsanes – stwierdziła. – Jedyny potężny Arsanes, o którym wiem, żył cztery wieki przed Chrystusem i był synem króla Persji Artakserksesa Drugiego. Zapamiętano go z mowy, jaką wygłosił przeciw królowi Macedonii, Filipowi, i w ten sposób wszedł do historii.

Löwefell pokiwał głową.

– A więc mag podał mi fałszywe imię – rzekł bez zdziwienia. – Zważywszy na to, co wiem o Persji i co pamiętam z perskich czasów, nie widzę w tym niczego zaskakującego.

– Próbowałam oprzeć się na twoim opisie jego wyglądu, ale to również nic nie dało. Nikt nie przypominał sobie podobnej twarzy.

– Mówiłem, że w nie-świecie mógł mnie omamić – przypomniał inkwizytor.

– Tak zapewne właśnie uczynił – zgodziła się Katrina. – Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego nikomu o tym wcześniej nie powiedziałeś? – Przypatrywała mu się uważnie.

Löwefell, zarówno wcześniej, jak i teraz, zastanawiał się nad właściwą i prawdziwą odpowiedzią na tak postawione pytanie. Dlaczego o dziwnym, niepokojącym zdarzeniu nie powiadomił od razu Mariusa lub kogokolwiek innego z inkwizytorów Wewnętrznego Kręgu?

– Zapewne powiedziałbym, gdyby spotkanie się powtórzyło – odparł. – Czekałem, aż coś się wydarzy, ale... – Wzruszył ramionami. – Zupełnie nic się nie wydarzyło.

– Popełniłeś błąd, inkwizytorze – stwierdziła, a jej głos zabrzmiał niespodziewanie zimno. – Powinieneś wiedzieć, które sprawy możesz rozstrzygać sam, a o których jesteś zobowiązany powiadomić Święte Officjum. Sprawa rzekomego Arsanesa niewątpliwie należała właśnie do tej drugiej kategorii.

Löwefell skinął zdawkowo głową.

– Zgadzam się – odparł. – Teraz, po twoich słowach, widzę to jaśniej.

Katrina przyglądała mu się uważnie, ale o dziwo, bez niechęci czy nagany we wzroku.

– Zaczarowano cię – oznajmiła wreszcie.

– Słucham?

– Zaczarowano cię, Arnoldzie. Oczywiście, mogłam się tego wcześniej domyślić. – Pokręciła głową z niezadowoleniem.

Löwefell przypomniał sobie niechęć, z jaką za każdym razem myślał o podzieleniu się z kimkolwiek tajemnicą. Zawsze przekonywał siebie samego, że najpierw musi pozyskać więcej informacji, a dopiero potem, będąc lepiej przygotowanym, spróbuje opisać to dziwne spotkanie, do którego doszło w nie-świecie.

– Załóżmy, że to prawda – powiedział ostrożnie. – W jakim celu ktoś miałby spowodować, bym nie chciał mówić o owym zdarzeniu? Nie wydarzyło się w jego trakcie nic niezwykłego ani groźnego, poza oczywiście niezwykłością samego spotkania.

Katrina zastanawiała się przez chwilę.

– Widzę dwa możliwe cele: pierwszy, iż zamierzano się z tobą kontaktować, ale z jakichś powodów intryga się nie udała i zakończyła się na pierwszym spotkaniu.

Inkwizytor skinął głową.

– Kiedy zastanawiałem się, dlaczego nie mam żadnej wiadomości od maga podającego się za Arsanesa, sądziłem raczej, że wina tkwi po stronie okoliczności, a nie jego odmienionej woli. Wydawał się zainteresowany.

– Może istnieć jednak jeszcze inne wyjaśnienie – rzekła Katrina.

– Badano mnie – domyślił się Löwefell.

– Tak, sprawdzali, ile wiesz i co wiesz, po czym kiedy zorientowali się, że nikomu nie zagrażasz, postanowili się wycofać.

– Sprawdzali. Zorientowali. Postanowili. Kto, Katrino? Kto przeprowadził ten dziwny zamiar?

Rozłożyła dłonie.

– Na razie nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie. – Ściągnęła usta. – Jednak najbardziej z tego wszystkiego intryguje mnie kot...

– Kot?

– Tak, kot. Bo to nie takie proste przywołać do naszego świata twór żyjący w nie-świecie i nadać mu fizyczne cechy całkowicie żywej, normalnej istoty. Jak długo z tobą mieszkał, zanim zniknął?

– Ponad czternaście miesięcy.

Pokręciła głową.

– Zdumiewające.

– Dlaczego jeśli znalazłem się pod wpływem zaklęcia, jak mówisz, to owo zaklęcie ustąpiło?

– Mogę tylko zgadywać.

Wysunęła dłoń i odciągnęła pierwszy palec.

– Jesteś dużo silniejszy niż wtedy, to raz. Byliśmy w nie-świecie, to dwa. Widziałeś moje orły, to trzy. Od dawna czułeś chęć podzielenia się z kimś tym sekretem, to cztery. I wreszcie, po piąte, darzysz mnie sympatią, Arnoldzie. – Uśmiechnęła się. – Więc łatwiej było ci opowiedzieć tę historię właśnie mnie, a nie chociażby Mariusowi.

Löwefell zastanawiał się chwilę.

– Zapewne wszystkie te czynniki odegrały rolę – zgodził się. – Ciekawe, czy ów Arsanes był naprawdę Persem...

– Liczyłeś na to, prawda?

– Oczywiście. – W ostatniej chwili powstrzymał się od westchnięcia. – Intryguje mnie każda możliwość, przybliżająca mnie do odkrycia dawnych sekretów. Nawet jeśli miałaby mnie zwodzić, prowadzić na manowce. Zbłądzenie również jest wskazówką.

– Uwierz mi, że nie zostawimy tego tak, jak jest – powiedziała poważnie.

Löwefell skinął głową i pogrążył się w myślach, znowu wpatrzony w Krzyż Nieskończoności.

– Być może istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie – rzekł wreszcie powoli.

– Jakie, Arnoldzie?

– Być może nie pamiętam, że wydarzyło się coś ważniejszego. Być może w czasie spotkania z ową istotą podającą się za Arsanesa nastąpiły zdarzenia, o których kazano mi zapomnieć...

– Byłeś jeszcze wtedy słaby...

– Byłem wtedy słabszy niż dzisiaj – powiedział Löwefell. – Być może nawet, tak, z twojego punktu widzenia: słaby – zgodził się po chwili.

– Cieszę się, że ta myśl przyszła ci do głowy, Arnoldzie – stwierdziła tym razem serdecznym tonem. – To świadczy, iż zachowałeś trzeźwość myślenia, a także skromność każącą ci przypuszczać, że zostałeś pokonany. Pokonany w tak dotkliwy sposób, że nawet o tym nie pamiętasz.

Löwefell z ponurą satysfakcją zdał sobie sprawę z faktu, że słowa Katriny niestety mogą być całkowicie prawdziwe.

– Domyśliłaś się wcześniej ode mnie?

– Domyśliłam się natychmiast – odparła. – Ale czekałam, kiedy i ty się domyślisz. Tobie było trudniej – dodała wielkodusznie. – Jak zawsze, kiedy musimy oceniać samych siebie.

Inkwizytor skinął głową.

– Czy możemy to zbadać? Sprawdzić? Upewnić się w podejrzeniach lub rozwiać je? – zapytał.

– Twój umysł jest labiryntem pełnym ślepych korytarzy – stwierdziła po chwili. – Być może jednak będziemy mogli dojść do tego, co tak naprawdę wydarzyło się wtedy, w czasie twojej podróży do nie-świata...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?