303. Dywizjon Myśliwski „Warszawski” im. Tadeusza Kościuszki. Działania wojenne 1940-1945Tekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Restauracja „Orchard”, miejsce odpoczynku i zabawy polskich pilotów myśliwskich stacjonujących w Northolt. Zbiory autora.

2 września 1940 r., wykorzystując doskonałą pogodę, już przed południem około 100 samolotów Luftwaffe zbombardowało lotniska w Biggin Hill, Gravesend, North Weald i Rochford. Niemcy zastosowali tym razem nową taktykę polegającą na locie do celu małych grup samolotów na pułapie nieprzekraczającym 50 m. Lotniska atakowane z lotu koszącego były praktycznie bezbronne, reakcja obrony przeciwlotniczej była zawsze opóźniona i nie stanowiła dla atakujących poważnego zagrożenia. Po godz. 12.00, w drugiej fali nalotów, Niemcy wykorzystali ponad 150 maszyn. Przekroczyły one wybrzeże Anglii w okolicy Hythe, kierując się następnie w stronę lotnisk w Eastchurch, Detling i Maidstone. Zaatakowane zostały także doki w Tilbury. Trzecia i ostatnia tego dnia fala nalotów, po godz. 16.00, objęła swym zasięgiem zakłady lotnicze Shorts Aircraft w Cuxton oraz ponownie lotniska w Hornchurch i Eastchurch.

Przeciwko tym właśnie maszynom Luftwaffe o godz. 17.20 poderwano w powietrze 12 pilotów dywizjonu. Naziemny ośrodek dowodzenia usiłował ich naprowadzić na zgrupowanie maszyn niemieckich, które oznaczono numerem 6. Po kilku kolejnych minutach lotu dywizjon znalazł się nad Kanałem i zmienił kurs na południowy, lecąc w stronę Dover. Tym razem naziemni kontrolerzy skierowali go w stronę wyprawy niemieckiej oznaczonej numerem 17, ponownie jednak bez skutku. Po chwili piloci otrzymali kolejny rozkaz, z którego wynikało, że przeciwnik może znajdować się znacznie bardziej na zachód od nich, w okolicach miasta Ashford w hrabstwie Kent, około 30 km od miejsca, nad którym właśnie przelatywali. Gdy dywizjon skręcał w kierunku lądu, na polską formację „runęło” dziewięć lub dziesięć Bf 109, które leciały 3 tys. stóp powyżej Hurricane’ów. Szarżujących Niemców w ostatniej chwili zauważył lecący z tyłu – jako tzw. weaver – Rogowski. Widząc Messerschmitty pikujące wprost na niczego niespodziewający się dywizjon, ruszył samotnie przeciwko nim, prawdopodobnie ratując jednostkę od pogromu, który niechybnie przypadłby jej w udziale. Lotnicy Luftwaffe nie powtórzyli ataku. Praktycznie rzecz biorąc, przelecieli przez formację dywizjonu i zaczęli wycofywać się na dużej szybkości w stronę Francji. Część z polskich lotników rzuciła się za nimi w pogoń. Jako pierwszy zaatakował prawdopodobnie Rogowski, który wystrzelił do Messerschmitta cztery serie. Według Polaka silnik samolotu nieprzyjaciela zapalił się i maszyna wpadła do wód kanału La Manche około 10 mil od francuskich brzegów. Rogowski nie obserwował losu swojego przeciwnika. Jego uwagę zwrócił dymiący i lecący lotem ślizgowym Hurricane. Za jego sterami siedział Ferić, który uszkodzonym samolotem usiłował wrócić bezpiecznie do Anglii. Co prawda przyczyny swojego nieszczęścia Ferić upatrywał w awarii instalacji olejowej, ale nie można wykluczyć, że został on trafiony przez któregoś z niemieckich pilotów. Ostatecznie skończyło się na strachu i zniszczeniu Hurricane’a. Samemu lotnikowi – poza drobnymi potłuczeniami – nic się nie stało, a do jego konta dopisano prawdopodobnie zestrzelonego Messerschmitta.


Raport zbiorczy oficera wywiadu 303. Dywizjonu Myśliwskiego z walki 2 września 1940 r. NA.

Dwaj ostatni piloci dywizjonu, którzy doszli w tej walce do strzału, mieli więcej szczęścia i bez uszkodzeń powrócili do Northolt. Františkowi zaliczono pewne zestrzelenie Bf 109. Inną niemiecką maszynę ścigał, aż nad Francję, Henneberg. Polak widział wprawdzie skutki swoich serii, ale ostatecznie w swojej relacji do kroniki dywizjonu konstatował, że Messerschmitt uciekł.

Ostatecznie, mimo bardzo niekorzystnego położenia w momencie rozpoczęcia walki, piloci dywizjonu wyszli z niej zwycięsko. Rogowskiemu i Františkowi zaliczono dwa Bf 109 zestrzelone na pewno, na konto Fericia trafiło zwycięstwo prawdopodobne, a Hennebergowi zaliczono uszkodzenie wrogiego samolotu. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Rogowski, co znalazło wyraz w raporcie z walki sporządzonym przez oficera wywiadu, gdzie pisano: Słowa pochwały należą się Sgt Rogowskiemu za jego błyskawiczny i odważny atak, który zapewne uchronił dywizjon przed potencjalnie katastrofalnym atakiem z zaskoczenia11.

3 września przed południem przy pięknej pogodzie około 100 samolotów Luftwaffe bombardowało lotniska w Biggin Hill, Gravesend, North Weald i Ochford. Przeciwko nim zdecydowano się użyć dyżurujących 12 Polaków. O locie pilotów eskadry „B” wiemy jedynie, że zakończył się bez spotkania z maszynami Luftwaffe. Nie był to jednak lot tak monotonny, jak można było się spodziewać. W pewnym momencie maszyna Františka została niespodziewanie zaatakowana przez Spitfire’a z nieustalonej jednostki RAF. Czech wykazał się na szczęście doskonałym refleksem i sprytnie umknął spod luf nadgorliwego sojusznika.

Odmiennie przebiegał lot drugiej eskadry. Po starcie piloci polecieli w kierunku wschodnim i wkrótce osiągnęli Dover. Tu dowodzący nimi Kent wykonał zwrot o 90 stopni, kierując się na południe. W ten sposób lotnicy znaleźli się w pewnym momencie niemal w połowie szerokości kanału La Manche. Kolejny zwrot skierował całą formację w stronę przylądka Dungeness. Chwilę później Polacy zostali zaatakowani przez kilka, jak im się wydawało, pojedynczych Bf 109. Jak mogło dojść do niespodziewanego dla pilotów ataku, wyjaśniają po części wspomnienia Kenta, który zapamiętał ten lot jako nieustający „festiwal pomyłek”, zawiniony w znacznej mierze przez kontrolera lotów z naziemnego stanowiska dowodzenia12. W rezultacie mało brakowało, a Henneberg i Wójtowicz zostaliby zestrzeleni.


Raport Sgt. Františka z 3 września 1940 r. NA.

Hurricane, którego pilotował Henneberg, otrzymał trafienia w kadłub, skrzydła i ogon. Okazały się one jednak na tyle nieszkodliwe, że lotnik zdołał uszkodzonym samolotem powrócić do Northolt i wylądować. Wójtowicz, który w pierwszej fazie starcia zaatakował Bf 109, zmuszony był przerwać atak, kiedy sam niespodziewanie dostał się pod ogień innego niemieckiego samolotu, którego wcześniej nie zauważył. Hurricane, którego pilotował Polak, po przymusowym lądowaniu nadawał się tylko na złom i skreślono go ze stanu dywizjonu. Samemu pilotowi na szczęście nic się nie stało.

Tego samego dnia po południu dywizjon wystartował po raz drugi. Lot przebiegał spokojnie. Obszar nad południową Anglią patrolowało kilkanaście dywizjonów RAF, których piloci obserwowali się nawzajem. František, który leciał jako tylna osłona polskiej formacji, wypatrzył pomiędzy samolotami brytyjskimi maszynę, którą zidentyfikował jako Heinkla 113. W rzeczywistości był to Bf 109 E-1 z 9./JG 51 (W. Nr. 6290). Czech zaatakował go z odległości 100 jardów, strzelając w kabinę dwusekundową serię. W efekcie niemiecki samolot zanurkował i spadł do kanału La Manche, mniej więcej w połowie jego szerokości, na wysokości Dover. Czech miał faktycznie wiele szczęścia. W czasie dwóch kolejnych dni zgłosił dwa pewne zwycięstwa, zostając tym samym pierwszym pilotem dywizjonu z podwójnym sukcesem na koncie zestrzeleń.

5 września od rana samoloty niemieckie – w sumie ponad 200 – operowały w małych grupach, osłaniane przez formacje myśliwców latających na dużym pułapie. Przed południem zbombardowały one lotniska w Aston Down, Biggin Hill, Detling, Eastchurch i Hornchurch. W związku z realnym zagrożeniem Northolt obydwie eskadry dywizjonu zostały poderwane w powietrze z zadaniem patrolowania obszaru nad lotniskiem. Nic się jednak nie wydarzyło i lotnicy po krótkim locie wylądowali z powrotem w bazie.

Po południu Niemcy powtórzyli naloty na te same cele, tym razem rzucając do walki ponad 400 maszyn. Lotnicy ponownie znaleźli się w powietrzu. Po starcie dywizjon został skierowany nad Londyn. Piloci przelecieli nad miastem i skierowali się w stronę ujścia Tamizy, zbliżając się do rzeki od południa. Kiedy przelatywali nad miejscowością Gillingham, dostrzegli przed sobą, po drugiej stronie ujścia Tamizy, wybuchy pocisków artylerii przeciwlotniczej. Był to niechybny znak, że są tam niemieckie samoloty. Faktycznie, po chwili piloci zobaczyli bombowce, które zostały przez nich rozpoznane jako Junkersy 88, lecące w osłonie Bf 109. Lotnicy dywizjonu ocenili siłę nieprzyjaciela na ponad 50 maszyn. Polacy zamierzali zaatakować bombowce, ale myśliwce niemieckiej osłony były szybsze i uprzedziły uderzenie, w rezultacie czego nastąpiło rozerwanie formacji dywizjonu. Klucz czerwony w składzie Kellett, Karubin i Wünsche wdał się w walkę z Messerschmittami. Lecący jako drugi w szyku klucz żółty, którym dowodził Krasnodębski, błędnie ocenił kierunek lotu formacji nieprzyjaciela i w efekcie stracił możliwość skutecznego przeprowadzenia ataku. Ostatni klucz niebieski zdołał zaatakować bombowce. Ostatecznie w walce wzięło więc udział sześciu lotników.

Pierwsza trójka zaatakowana przez Messerschmitty najpierw wykonała unik. Chwilę później rozpoczęły się indywidualne pojedynki. Kellett z tyłu i od dołu zaatakował Messerschmitta, do którego oddał kilka krótkich serii, a później dłuższą. Według Brytyjczyka jego przeciwnik zaczął się palić, wszedł w korkociąg i poleciał w kierunku ziemi. Po chwili Kellett, który rozglądał się po niebie, chcąc odnaleźć pozostałych pilotów swojego klucza, zamiast nich zobaczył kolejnego Messerschmitta. Brytyjczyk raportował, że zaatakował go kilkoma seriami, po których zobaczył, że Niemiec został trafiony w silnik i zaczął dymić. Jednocześnie samolot nieprzyjaciela wszedł w nurkowanie i Kellett stracił go z oczu. Nie usiłował go ścigać, ponieważ wystrzelał całą amunicję, i postanowił wrócić do Northolt. Ostatecznie zaliczono mu zniszczenie w tej walce jednego Bf 109 na pewno i drugiego prawdopodobnie.

 

Boczny Kelleta, Karubin, relacjonował, że zniszczył w tym starciu dwa Messerschmitty. Przebieg jego walki był na tyle niezwykły, że w wielu angielskich publikacjach z tamtego okresu podawano go jako przykład niezwykłej zaciętości Polaków. Do kroniki dywizjonu Karubin relacjonował:

Zaatakowałem Me 109 dwoma krótkimi seriami. Zapaliłem go i poszedł w dół paląc się. Prysnąłem w powietrze, bo zostałem zaatakowany przez Me 109. Po nim przejechały się Hurricane’y. On kopcąc się poszedł w dół, ja za nim, zeszliśmy do lotu koszącego. Pogoń. Wrzepiłem busta. Doszedłem go oddając kilka serii. Me 109 uciekał nadal. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej i oddałem serie ostatnich pocisków. Szkop ucieka. Zdenerwowało mnie to i postanowiłem go wykończyć. Dałem na nowo busta [zwiększyłem do maksimum moc silnika], doszedłem go bardzo blisko i żyletką przejechałem się po nim. Wystraszona gęba szkopa błysnęła mi w oczach. W tej samej chwili rąbnął w ziemię, a ziemia i dym prysnął. Wyciągnąłem w górę, pokrążyłem nad nim, popatrzyłem na resztki palącej się maszyny. Dałem gaz idąc na wysokość i w kierunku na lotnisko13.

Ostatni z pilotów trójki Kelletta – Wünsche, także zameldował zestrzelenie Messerschmitta. Pilot relacjonował:


Hurricane I o numerze ewidencyjnym P3120 i bocznym oznaczeniu RF-A, którym latał m.in. późniejszy dowódca dywizjonu S/L Urbanowicz. Zbiory autora via W. Reba.

Leciałem w sekcji pierwszej, t. zn „Red” jako numer 3. Spotkaliśmy npla u ujścia Tamizy. Z miejsca jeden Me 109 wlazł w ogon d-cy sekcji. Ja natychmiast nie namyślając się idę z pomocą d-cy. Odległość między d-cą a mną była około 200 metrów, w tem między nami był Me 109. Wszystkie pociski z Messerschmitta szły d-cy pod brzuch samolotu. Otworzyłem ogień. Pociski sunęły i sunęły i w końcu nic. Wreszcie zgniewany, małą ilością amunicji dysponujący ruszyłem całą parą naprzód. Ściągnąłem więcej, aby skrócić odległość między nami i zrobiłem zaporę przed Me z pocisków. Aż mi się lżej zrobiło, gdy widziałem jego, przechodzącego przez pociski14.

Podczas gdy pierwszy klucz walczył z niemiecką osłoną, ostatnim trzem pilotom dywizjonu udało się dolecieć do bombowców, na odległość umożliwiającą ich ostrzelanie. Na czele tej trójki leciał także Anglik. Forbes zauważył pięć trójek Junkersów i zaatakował jedną z nich wspólnie z Františkiem. Anglik strzelał do prawego silnika bombowca i wystrzelał całą swoją amunicję. Zdołał przy tym zauważyć, że silnik Junkersa stanął w płomieniach, ale nie mógł dalej obserwować obiektu swojego ataku, ponieważ został przechwycony przez Messerschmitty. Forbes gwałtownie skręcił w prawo i znurkował do ziemi. Bez amunicji faktycznie niewiele więcej mógł zrobić.

Dwa kolejne bombowce jako zestrzelone na pewno zameldowali František i Łapkowski (František zgłosił także pewne zestrzelenie Bf 109). Ten ostatni nie zdołał jednak umknąć lecącym z odsieczą Messerschmittom. Hurricane pilotowany przez Polaka trafiony został serią niemieckiego myśliwca i natychmiast stanął w płomieniach. Z palącej się maszyny Łapkowski wyskoczył ze spadochronem i z ciężkimi obrażeniami wylądował w pobliżu Rochford, skąd niezwłocznie został odwieziony do pobliskiego szpitala. Dla niego udział w bitwie o Anglię zakończył się. Paląca się maszyna Łapkowskiego spadła w Bonvills Farm koło North Benfleet, niedaleko od miejsca, w którym opadł na spadochronie lotnik. Trzydzieści osiem lat później, 9 września 1978 r., szczątki wraku Hurricane’a wydobyli członkowie Essex Aviation Group, hobbyści zajmujący się poszukiwaniem rozbitych maszyn na terenie Anglii. Fragmenty samolotu zostały przekazane do Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego w Londynie i były tam eksponowane.

Po powrocie do Northolt lotnicy zameldowali ogółem osiem samolotów nieprzyjaciela zestrzelonych na pewno i jednego prawdopodobnie. Stanowiły one ponad 20% zwycięstw zameldowanych tego dnia przez wszystkie dywizjony RAF. Oczywiście nie umknęło to uwadze brytyjskich dowódców. Tym razem gratulacje pilotom przesłał sam minister lotnictwa sir Archibald Sinclair: Składam gratulacje dla 303 Dyonu Myśliwskiego Warszawskiego im. Tadeusza Kościuszki. Bardzo dobrze – jeszcze raz tak samo15.

6 września przed godz. 9 dywizjon był znów w powietrzu. Z naziemnego stanowiska dowodzenia piloci otrzymali rozkaz lotu na południowy wschód, w kierunku niemieckiej formacji bombowców przelatujących nad hrabstwem Kent. Wkrótce lotnicy lecący na wysokości 15 tys. stóp znaleźli się nad Biggin Hill. Gdy samoloty dolatywały do miasta, naziemne stanowisko dowodzenia podało nowy kurs i rozkazało wejść na pułap 20 tys. Kiedy jednak dywizjon zaczął się wznosić i osiągnął 17 tys. stóp, 3 tys. stóp nad nim pojawiła się formacja niemiecka, której liczebność Kellett ocenił na ponad 300 maszyn!

Sytuacja dywizjonu, w rezultacie złego naprowadzania, była niekorzystna. Polacy musieli atakować na wznoszeniu, a formacja uległa znacznemu rozciągnięciu. Co gorsza, na ratunek bombowcom ruszyły Messerschmitty, a ich atak na lecące w górę Hurricane’y okazał się bardzo skuteczny. Dziewięciu lotników dywizjonu rozproszyło się, walcząc indywidualnie.

Kellett, który leciał na czele pierwszego klucza, zaatakował Dorniera 215 od przodu, celując w jego lewy silnik, który według pilota zaczął dymić. Brytyjczyk powtórzył atak, tym razem strzelając od tyłu, i zauważył, że silnik Dorniera stanął w ogniu. W tym samym momencie jego Hurricane został trafiony. W prawym skrzydle widniała wielka dziura, która powodowała, że maszyna leciała ze znacznym przechyłem, słabo reagując na stery. Kellett postanowił jak najszybciej wylądować. Najbliżej znajdowało się lotnisko w Biggin Hill i tam się skierował. Ostatecznie wszystko skończyło się szczęśliwie. Nieco posiniaczony Kellett najadł się sporo strachu. Do Northolt wrócił dopiero wieczorem, meldując zniszczenie Dorniera 215.

Dużo gorzej poszło bocznemu Kelletta, Karubinowi, któremu także udało się zaatakować niemiecki bombowiec. Chwilę po tym Hurricane Karubina został trafiony przez Messerschmitta i lekko ranny lotnik zmuszony był lądować przymusowo we Fletchers Farm koło Pembury. Pilot trafił do tamtejszego szpitala, a do wykonywania lotów bojowych powrócił 30 września.

Wünsche, trzeci i ostatni lotnik klucza czerwonego, nie zdołał dolecieć do niemieckich bombowców, wdając się w walkę z Messerschmittami osłony. Jeden z nich zaatakował innego Hurricane’a i Wünsche ruszył mu na pomoc. Wystrzelił do Niemca cztery serie, po których Bf 109 paląc się poleciał w dół. Niestety, także Hurricane, któremu Wünsche usiłował przyjść z pomocą, podzielił los Niemca. Chwilę później Polaka zaatakował inny niemiecki samolot, ale Wünsche uniknął trafienia i wdał się z Niemcem w walkę kołową. Po dwóch długich seriach Bf 109, według raportu Polaka, odskoczył, ciągnąc za sobą gęstą smugę czarnego dymu z silnika.

O ile piloci pierwszego, czerwonego klucza dywizjonu mieli okazję dolecieć do bombowców, to lecący za nimi lotnicy z klucza żółtego nie mieli żadnej szansy przeprowadzenia na nie skoordynowanego ataku. Na czele tej trójki leciał Krasnodębski, którego samolot został trafiony, i pilot musiał go błyskawicznie opuścić, skacząc ze spadochronem. Maszyna spadła w Langley Park w West Wickham, a poparzony Krasnodębski został odwieziony do szpitala w Farnborough. Dla pierwszego polskiego dowódcy 303. Dywizjonu Myśliwskiego udział w działaniach bojowych zakończył się. Za sterami samolotu Krasnodębski zasiadł dopiero dziewięć miesięcy później, ale do lotów operacyjnych nigdy już nie powrócił. Odniesione kontuzje nie pozostały bez wpływu na psychikę lotnika. Kolega Krasnodębskiego i jego następca Urbanowicz wspominał: Po dłuższym leczeniu w szpitalu Krasnodębski już nie latał. Ręce miał silnie poparzone, do tego stopnia, że miał trudności w trzymaniu papierosa. Twarz również silnie ucierpiała, lecz najbardziej odbiło się to na jego psychice. Przyjeżdżał do Dywizjonu 303 na lotnisko, przyglądał się startom i lądowaniom pilotów. To nie był już ten sam Krasnodębski, roześmiany i pełen bojowego ducha16.

Sam Urbanowicz też był uczestnikiem pechowego lotu, ale miał więcej szczęścia niż jego dowódca. Pilot zameldował zestrzelenie Messerschmitta 109, który według jego raportu z płonącym silnikiem poszedł pionowo do ziemi. Drugim pilotem klucza Krasnodębskiego był Ferić, który także zgłosił zestrzelenie Bf 109. W raporcie pilot stwierdził, że zaatakował Niemca od czoła trzema krótkimi seriami z odległości 200-250 jardów.

Ostatni klucz dywizjonu – niebieski, prowadził do ataku Forbes. Udało mu się zestrzelić jednego Messerschmitta na pewno, a drugiego zgłosił jako zestrzelonego prawdopodobnie. Tuż po odniesieniu tych zwycięstw Hurricane Brytyjczyka został trafiony przez niemieckiego pilota i lekko ranny Forbes musiał awaryjnie lądować w przygodnym terenie. Obrażenia Forbesa nie były poważne i już następnego dnia lotnik mógł brać udział w lotach bojowych. Drugi z pilotów jego klucza, Rogowski, także awaryjnie lądował. W dokumentacji dywizjonu nie odnotowano, co mu się w tym locie przytrafiło. Wiadomo tyle, że samolot, którym leciał, został złomowany, a sam Rogowski, raniony w łydkę, został przewieziony do szpitala i nie wykonywał lotów bojowych do 24 października. Był to jego piąty lot operacyjny w dywizjonie i ostatni wykonany z Northolt, w czasie Bitwy o Wielką Brytanię.

W tym samym starciu František raportował o zestrzeleniu jednego Bf 109, który poszedł do ziemi, z płomieniami wydobywającymi się z prawej strony silnika. Do kroniki dywizjonu Czech wpisał bodaj swoją najkrótszą relację z odbytej walki i uzyskania piątego zwycięstwa, które przyniosło mu tytuł „asa”: Przy dochodzeniu do Niemców, zacząłem atakować pierwszego Me-109 który był najbliżej mnie, trochę się z nim pogoniłem, ale dostałem go. Palił się i leciał do ziemi17. Samolot Františka także został trafiony. Uszkodzenia Hurricane’a okazały się poważne, ale samolot zdołano naprawić na miejscu, w dywizjonie. Ich opis można odnaleźć we wspomnieniach jednego z polskich mechaników Czesława Budzałka: Maszyna jego nie miała prawie ogona, lotki nie działały, cały samolot był tak postrzelany, iż trudno było uwierzyć, że on przyleciał, ale my, mechanicy, byliśmy zadowoleni, maszynę postaraliśmy się naprawić pracując w dzień i w nocy, aby tylko była gotowa do dalszego boju18.

Ostatecznie poranna walka zakończyła się bezpowrotnym utraceniem pięciu Hurricane’ów. Zakrawało na cud, że żaden z pilotów dywizjonu nie zginął w tym starciu. Po podsumowaniu zgłoszonych zestrzeleń okazało się, iż na konto dywizjonu można dopisać kolejnych siedem zwycięstw pewnych i dwa prawdopodobne. Był to jednak pierwszy lot, w którym Polacy odczuli zarówno radość zwycięstwa, jak i gorycz porażki.

7 września rano nad całą wyspą panowały doskonałe warunki atmosferyczne. Piloci dywizjonów myśliwskich w każdej chwili spodziewali się kolejnego ataku, ten jednak nie następował. Dopiero o godz. 15.54 pierwszą formację Luftwaffe wykryły brytyjskie radary. Dwadzieścia minut później Niemcy przekroczyli wybrzeże między Deal a North Foreland i skierowali się w stronę Maidstone. W pierwszej fali leciało 51 Dornierów 17 z KG 2 w osłonie ponad 80 Messerschmittów 109 z JG 3. Chwilę po pierwszej formacji nad Anglią pojawiły się kolejne samoloty. Drugi rzut ataku stanowiło ponad 150 bombowców z KG 3 i 53 osłanianych przez, bagatela, 300 Messerschmittów 109 i 90 Bf 110. Kontrolerzy z naziemnych ośrodków dowodzenia dosłownie osłupieli. Ich zdziwienie było tym większe, że nie był dla nich jasny cel ataku niemieckiej armady.

O godz. 16.20 poderwano pierwsze dywizjony. Po kolejnych 40 minutach w powietrzu znajdowało się już 21 dywizjonów myśliwskich RAF, które rozpoczęły patrolowanie w wyznaczonych obszarach. Tymczasem Niemcy, wykorzystując zaskoczenie, bez przeszkód skierowali się nad Londyn, nowy cel swoich ataków. Miasto przeżyło najcięższy nalot w całej swojej historii. W płomieniach stanęły doki, zakłady gazowe w Beckton i Polar, a także dzielnice mieszkaniowe: Barking, Millwall, Limenhouse, Tottenham, Tower Bridge, West Ham, Woolwich. Rozszalały się wielkie pożary, których mimo wysiłków nie była w stanie opanować nawet doskonale zorganizowana miejska straż ogniowa.

Polacy wystartowali z Northolt o godz. 16.20. Dywizjon zaczął nabierać wysokości i wkrótce dołączył do 1. Dywizjonu RAF, który wystartował jako pierwszy. Na czele polskiej formacji leciała eskadra „B” (klucz niebieski i zielony), dowodzona przez Forbesa. Z tyłu formacji (klucze czerwony i żółty) lecieli piloci eskadry „A”, dowodzeni przez Urbanowicza. Po kilkukrotnych zmianach kursu i ciągłym nabieraniu wysokości piloci osiągnęli pułap 24 tys. stóp. Znajdowali się nad hrabstwem Essex. Pół godziny po starcie z Northolt Forbes dostrzegł lecące północnym kursem ugrupowanie maszyn Luftwaffe, które piloci zidentyfikowali jako 40 Dornierów 215, z osłoną Messerschmittów 109. Polska formacja znalazła się w bardzo korzystnym położeniu. Siły niemieckiej osłony zostały związane przez atakujące przed Polakami dwa dywizjony myśliwskie RAF. Piloci bombowców – a być może, co bardziej prawdopodobne, ciężkich myśliwców Bf 110 – widząc zagrażające im niebezpieczeństwo, wykonali głęboki zakręt w kierunku wschodnim, ustawiając się idealnie pod lufy Polaków, których przypuszczalnie nie zauważyli.

 


6 września 1940 r. samolot S/L Krasnodębskiego został trafiony i zapalił się. Pilot przez dłuższy czas nie mógł się z niego wydostać i został ciężko poparzony. Krasnodębski nigdy już nie wrócił do wykonywania lotów bojowych, pełnił swą służbę na ziemi do zakończenia działań wojennych. IPMS.

Polski dywizjon zmienił swój szyk. Do chwili ataku klucze leciały jeden za drugim, później wykonały zwrot, ustawiając się szerokim frontem do nieprzyjaciela, i ruszyły na niego z dużą szybkością i przewagą wysokości. Impet uderzenia był duży, a jego wyniki zaskakujące.

Jednym z pierwszych, którzy przeprowadzili atak, był Forbes. Brytyjczyk za cel obrał, jak stwierdził w swoim raporcie, Dorniera 215. Niemiecki samolot został trafiony w prawe skrzydło i Forbes zaobserwował duże fragmenty konstrukcji odpadające od maszyny. Po drugim ataku przeciwnik Forbesa poszedł w dół długim, bocznym ślizgiem i wpadł do morza. Gdy Brytyjczyk cieszył się stosunkowo łatwo uzyskanym zestrzeleniem, jego Hurricane otrzymał trafienie, a lotnik został ranny. Mimo to Forbes zdecydował się na powrót do Northolt, gdzie szczęśliwie wylądował.

Gorzej poszło w tym starciu bocznemu Forbesa, Daszewskiemu. On także zdołał zestrzelić Dorniera i nawet zaatakował następnego, ale niespodziewanie został trafiony przez któregoś z pilotów kontratakujących Messerschmittów. Płonący samolot Polaka spadł w okolicach Canterbury Gate, koło Selsted. Rannemu lotnikowi udało się wyskoczyć ze spadochronem. Natychmiast po wylądowaniu Daszewski trafił do szpitala Waldershire koło Dover, gdzie poddano go skomplikowanemu zabiegowi chirurgicznemu. W rozmowie telefonicznej z oficerem wywiadu pilot zameldował zniszczenie jednego Dorniera 215 na pewno i drugiego prawdopodobnie. Dla Daszewskiego był to ostatni lot w bitwie. Do dywizjonu powrócił dopiero w 1941 r. W czasie pobytu w Royal Masonic Hospital, gdzie odbywał leczenie i rekonwalescencję, często odwiedzali go koledzy i okoliczni mieszkańcy, którzy okazywali Polakowi dużą sympatię.


Raport F/O Urbanowicza z 7 września 1940 r. NA.


Hurricane I o numerze ewidencyjnym P3700 i bocznym oznaczeniu RF-E, którym 6 września lot wykonywał F/O Ferić, uzyskując pewne zestrzelenie nad Messerschmittem 109. Zaledwie trzy dni później samolot ten został utracony w jednej z kolejnych walk powietrznych. Zbiory autora via W. Reba.

Piloci drugiego klucza (zielonego), tworzącego eskadrę „B”, także nie próżnowali. Dowodzący nimi Paszkiewicz po błyskawicznym ataku na formację nieprzyjaciela zameldował zniszczenie dwóch jego bombowców. Lecącemu w tej samej formacji Łokuciewskiemu także się powiodło. Po powrocie na lotnisko w Northolt pilot złożył raport, z którego wynikało, że zestrzelił Dorniera 215 na pewno i drugiego prawdopodobnie. Pisarek, który leciał jako drugi boczny Paszkiewicza, za cel swojego ataku obrał Messerschmitta 109, którego zgłosił jako zestrzelonego na pewno. Chwilę później Polak, który wykonywał swój pierwszy lot bojowy nad Anglią, został trafiony i zmuszony do skoku ze spadochronem. Jego niesterowany samolot spadł na ziemię, trafiając prosto w prowizoryczny schron przeciwlotniczy zbudowany przez mieszkańców domu nr 40 przy Roding Road w Loughton, na północnych krańcach Londynu. Zginęły trzy osoby, które obawiając się bombardowania, pechowo szukały w nim schronienia.

Wojenne szczęście sprzyjało także eskadrze „A”. Henneberg zameldował zniszczenie jednego Messerschmitta 109 na pewno i drugiego prawdopodobnie. Drugiemu z lotników eskadry Wójtowiczowi udało się natomiast zaatakować niemieckie bombowce. Polak po zużyciu całej amunicji powrócił szczęśliwie do Northolt, meldując zniszczenie dwóch z nich. Kolejnemu z lotników, Zumbachowi, również przypadło w udziale odniesienie pierwszych zestrzeleń. I on zameldował o zniszczeniu dwóch Dornierów 215.

Dwaj ostatni piloci dywizjonu biorący udział w tej walce, Szaposznikow i Urbanowicz, dopisali do swoich kont trzy pewne zestrzelenia. Szaposznikow zameldował zestrzelenie Dorniera 215 i Bf 109. Urbanowiczowi zaliczono Dorniera 215 i Bf 109, jako zestrzelenie prawdopodobne.

Zebranie raportów od pilotów zajęło dywizjonowemu oficerowi wywiadu trochę czasu. Zestawienie zaś ich wszystkich razem wprowadziło go w osłupienie. Piloci zameldowali bowiem o uzyskaniu 14 zestrzeleń pewnych i czterech prawdopodobnych. Była to najwyższa liczba zestrzeleń zameldowanych przez pojedynczy dywizjon myśliwski RAF w czasie dotychczasowych działań nad Wielką Brytanią.

9 września Polacy zostali poderwani z ziemi o godz. 17.25. Po starcie dywizjon skierował się na południowy wschód i wkrótce znalazł się nad Beachy Head, cały czas nabierając wysokości. Nikt z naziemnego stanowiska dowodzenia dokładnie nie wiedział, gdzie i na jakiej wysokości znajduje się nieprzyjaciel. Niespodziewanie około 1000 stóp nad Polakami pojawiła się formacja niemieckich bombowców, które tracąc wysokość, szybko wycofywały się w stronę francuskiego wybrzeża. Pozycja pilotów dywizjonu w żadnej mierze nie sprzyjała przeprowadzeniu ataku. Lotnicy byli za nisko, mieli za małą prędkość, a niemieckie samoloty bombowe dość szybko się od nich oddalały. Na szczęście dla Polaków osłona Messerschmittów była dość nieliczna i nie powtórzyła się sytuacja z 6 września, choć niewiele brakowało, a lot mógł zakończyć się podobnie do tego sprzed trzech dni. Tym razem jednak piloci samolotów myśliwskich Luftwaffe zajęci byli odpieraniem ataku dywizjonu Spitfire’ów RAF.

Kent, którego klucz znalazł się najbliżej przeciwnika, ruszył w pogoń za bombowcami i jednego z nich zdołał uszkodzić. Chwilę później lotnik zaatakował kolejny samolot (rozpoznał go jako Bf 110), wdając się z nim w długi i zakończony zwycięstwem pojedynek. Po szczęśliwym powrocie do Northolt „Kentowski” zgłosił jedno zestrzelenie pewne i dodatkowo uszkodzenie kolejnej maszyny niemieckiej. Lecący w tym locie jako jego boczny Zumbach zgłosił w tym locie zestrzelenie dwóch Messerschmittów – jednego na pewno, drugiego prawdopodobnie. Polak miał przy tym niezwykle dużo szczęścia. Była to jedna z najdramatyczniejszych walk, jaką przyszło mu stoczyć w całej karierze bojowej. Zumbach pisał:

Oglądając się do tyłu czy mi przypadkiem jakiś szkop w ogon nie wchodzi zgubiłem mojego dowódcę klucza. Dostrzegłem wreszcie jak mi się zdawało jego maszynę i z przewagi wysokości zacząłem się zbliżać. Moje zdumienie nie miało granic, gdy z odległości około 50 metrów zauważyłem po zestrzałach przy stateczniku [że to] Me 109. W pierwszej chwili mnie zatkało, ale prawie odruchowo nacisnąłem spust. Seria oddana z bezpośredniej odległości „tout suite” zapaliła typka. Chociaż się nie męczył. W tym samym momencie zostałem zaatakowany przez drugą Me 109 idącą na prawo. Cała seria poszła górą. Zaczęliśmy się kołować. Za małą chwileczkę było już ich czterech tak, że zrobiło mi się całkiem głupio, bo podawali sobie mnie z ręki do ręki. Koniecznie chciałem się dostać do chmur, bo to było jedyne ocalenie. Niestety tam też już jeden na mnie czekał. Miałem jednak szczęście, bo po serii oddanej przeze mnie z góry ten dolny przestraszył się sądząc, że to przyszły na pomoc Hurricane’y, dał dubla w chmury akurat po obwodzie mego skrętu tak, że prawie odruchowo rąbnąłem serię. Musiał oberwać, bo bezwładnie wlazł w chmury. Miałem drogę wolną, machnąłem kozła i wpadłem w zbawcze chmury. Po wielu trudach wylazłem z nich koło brzegu francuskiego gdzie mnie mocno niegościnnie przywitano, wobec czego zawróciłem. Lądowałem na pierwszym napotkanym lotnisku, odsapnąłem i wróciłem do Northolt19.