Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ona na mnie popatrzyła i powiedziała:

– Chcesz naprawdę, żebym ci powiedziała dlaczego? Bo ciebie kocham i nie mam żadnych szans, więc nie chcę tu zostać.

Jeszcze przedtem był taki moment: cisza poobiednia, dzieci szły spać, taki był zwyczaj. Myśmy właściwie spać nie mogli, bo zaraz trzeba było coś robić, ale była chwila oddechu. Położyłem się w namiocie i przysnąłem. Fartuchy były podwinięte, jeden się spuścił i musnął mnie po twarzy. A mnie się śniło, że mnie Gajka muska warkoczem – to znaczy przeleciał anioł i czułem się absolutnie szczęśliwy. Pomyślałem sobie: przecież ja kocham tę małą gówniarę. Przestraszyłem się tego, zaparłem. Tego dnia albo następnego ona powiedziała, że mnie kocha. Wtedy już nie wytrzymałem, powiedziałem, że ja też. Gaja się potem śmiała, że to ona mi się oświadczyła.

Wróciliśmy tacy szczęśliwi. Ona powiedziała:

– Zostaję.

Muszę przyznać, że mnie to wręcz przeraziło, ponieważ miałem dopiero dwadzieścia jeden lat, aż dwadzieścia jeden lat i wiedziałem, że ludzie sobie na słowo nie wierzą, że takie słowa się mówi i one jakby nic nie znaczą. Że do dobrego tonu należy nie wierzyć w takie słowa.

A ta moja dziewczynka, kiedy usłyszała, że ja też, uznała, że to jest opoka i na tej opoce zbuduje kościół swój4. Postanowiła: tak powiedziałeś, to ja zostaję. Tu, teraz i na zawsze. Mała dziewczynka, która wierzyła w każde moje słowo. I kiedy tu powiedziałem przed chwilą, że ona mnie stworzyła, to właśnie dlatego, że kiedy ona powiedziała: „tak”, to zrozumiałem, że nasze słowo jest tak, tak; nie, nie, a co do reszty – od diabła jest5. Zrozumiałem, że skoro ta mała dziewczynka tak mi wierzy, to tak musi być. Można się wszystkim na świecie sprzeniewierzyć, ale nie jej.

(Wiara i wina, 1990)

W szkicu artykułu:

W dotychczasowych rozmowach i wynikających z nich radach, dyrektywach, wskazówkach, starałem się wylansować taki model władzy i autorytetu, który odpowiada demokratycznej strukturze grupy. W strukturach tego typu ośrodkiem inicjatywy i decyzji jest cała grupa. Wychowawca oddziałuje w taki sposób, aby jego sugestie stały się zaakceptowane przez dzieci – uznane za ich własne dążenia i projekty.

[...]

Dlaczego lansowałem strukturę demokratyczną, często przeciwstawiając się autokratycznej? Oczywiście zasadniczą rolę odgrywa tu indywidualny wybór wartości – demokratyczne stosunki między ludźmi są mi znacznie bliższe niż autokratyczne. Jednak istnieją w tym względzie również argumenty racjonalne. Jeśli harcerstwo ma wychowywać ludzi do socjalizmu, to znaczy ludzi, którzy będą potrafili być współgospodarzami kraju, a jednocześnie jak najpełniej rozwijać osobowość wychowanków – to ani pierwszego, ani drugiego zamierzenia nie sposób zrealizować w ramach struktury autokratycznej. [...]

Jeśli jednak proponujesz swoim harcerzom zadania i wymagasz od nich samodzielnego wyboru i organizowania swojej działalności, odcinasz się jednoznacznie od struktury autokratycznej. W zasadzie ten sposób wpływania na program działania grupy prowadzi do kształtowania się struktury demokratycznej.

(Jak zdobyć autorytet. Kto tu rządzi?, rękopis z lat 50./60.)

W autobiografii:

Walterowcy to był nasz pomysł socjalistycznego wychowania. [...] W ówczesnym, całkowicie zsowietyzowanym harcerstwie dziecięcym problem demokracji rozwiązany był przez zasadę obieralności wszystkich funkcyjnych. Na ogólnym zebraniu całej drużyny wybierano więc radę, a ta wyłaniała ze swego składu przewodniczącego i wszystkich funkcyjnych. Analogicznie w zastępach wybierano rady zastępów. Ponieważ do tego ograniczały się faktycznie mechanizmy udziału grupy w rządzeniu, więc cała ta demokracja była fikcją. Drużynę prowadził dorosły wychowawca, „przewodnik” drużyny, który posługiwał się dziecięcymi funkcyjnymi jako pomocnikami.

Zdawaliśmy sobie z tego sprawę i, aby zerwać z tą fikcją, zaprowadziliśmy demokrację dziecięcą w całym życiu obozowym. Wykonaniem każdego zadania kierował dowódca wybrany przez dzieci. Jeśli sprawa dotyczyła zastępu – w zastępie, jeśli obozu – przez zmieniany co dzień zastęp dyżurny. Ten wybierał też dowódcę dyżurnego, któremu w danym dniu podlegał cały obóz. [...]

Chłoptaś sprzątający namiot wyrzucał z niego wszystkich bez względu na to, jak ważni byli ci, którzy w nim zamieszkiwali. W czasie kwadransa gospodarczego, kiedy cała drużyna była pod komendą zastępu dyżurnego, mała Marysia z tego zastępu poleciła mi poprawić obrane przeze mnie ziemniaki. Wartownik jednego z młodszych obozów walterowskich zakazał mi budzić przed pobudką Saszę, który był instruktorem tego obozu.

Wybory dowódców nie były żadną fikcją – udawało nam się wysuwać cele i zadania angażujące oraz mobilizujące drużynę i wszystkie jej zastępy. Początkowo było to niezwykle proste.

(Wiara i wina, 1990)

W szkicu niewydanej książki:

Ktoś ze sławnych ludzi (wybaczcie, że nie jestem w stanie powiedzieć kto), zauważył niezmiernie trafnie: „Kto naprawdę kocha dzieci, traktuje je jak dorosłych, a kto nie lubi dorosłych, traktuje ich jak dzieci”.

[...]

Co to znaczy traktować dzieci jak dorosłych? Sądzę, że przede wszystkim chodzi o przyznanie dzieciom prawa do posiadania własnych poglądów, własnych przekonań, własnego zdania, własnych interesów. Oznacza to, że dziecku wolno sądzić, sądy swoje wypowiadać. Oznacza to uznawanie tego prostego faktu, że dziecko ma własną koncepcję świata. Poglądy dziecka zawierają elementy nie tylko ukształtowane w oparciu o poglądy cudze, zaadoptowane od starszych, ale także będące wynikiem określonej sytuacji samych dzieci.

(Robinsonowie, rozdział Potrzeby dzieci a system, maszynopis z 1965 roku)

W autobiografii:

O tym, że [Makarenko] zdawał sobie sprawę, przynajmniej w pewnym stopniu, z niebezpieczeństw swojej metody, świadczą dwie instytucje z jego kolonii, które my oczywiście od początku wprowadziliśmy na naszych obozach.

Pierwsza z nich to prawo najmniejszego. Zasada, w myśl której, w każdej sytuacji, a zwłaszcza przy wszelkich podziałach dóbr – czy będzie to ciastko, dodatkowy koc w chłodną noc, czy woda w upalny dzień – pierwszeństwo mają najmniejsze dziewczynki, później najmniejsi chłopcy, później większe dziewczynki i więksi chłopcy, a na końcu największe dziewczynki i najwięksi chłopcy. Prawo to było w naszych drużynach czasem recytowane i zawsze przestrzegane.

Ostatecznie najwięksi chłopcy i dziewczynki to byliśmy my – kadra wychowawców i to my dawaliśmy przykład, że najbardziej zaszczytnym przywilejem jest być ostatnim we wszystkich przyjemnościach i ułatwieniach oraz pierwszym przy wszelkich trudnościach i kłopotach. Stąd przyjęła się zasada, że jeśli czegoś ma zabraknąć przy obiedzie, to kucharzom, czyli zawsze tym, którzy rządzą.

Druga ze wspomnianych instytucji – to prosta reguła podziału organizacyjnego. Mianowicie, w ślad za Makarenką, nasze zastępy były różne wiekowo i koedukacyjne. Nastręczało to szereg kłopotów technicznych, ale miało zasadnicze zalety wychowawcze. Przede wszystkim wierzyliśmy, że wielka miłość wyrosnąć może tylko na gruncie prawdziwego partnerstwa chłopców i dziewcząt. Nadto, koedukacja i różnowiekowość sprawiały, że w miejsce rywalizacji w zespole kształtował się klimat współdziałania.

(Wiara i wina, 1990)

W książce:

Mówi się często o niesłuszności koedukacji w harcerstwie. Jesteśmy zdania, że w zespole koedukacyjnym wprawdzie trudniej jest prowadzić zajęcia, ale za to łatwiej wychowywać.

[...]

Wiele wysiłku trzeba włożyć, by osiągnąć wspólne zainteresowania całego zespołu, ale ten początkowy trud sowicie opłaca się w późniejszym czasie. Zdrowe współżycie dziewcząt i chłopców dobrze wpływa na ukształtowanie atmosfery zespołu. Pewne określone cechy bycia przejmują chłopcy od dziewcząt, a dziewczęta od chłopców. [...] w zespole koedukacyjnym złożonym z dzieci w różnym wieku wyrabia się w sposób naturalny poczucie obowiązku opieki nad słabszymi.

[...]

Nie można wychować pełnowartościowego człowieka, nie przygotowując go do rozwiązywania problemów wynikających ze współżycia mężczyzn i kobiet w dorosłym społeczeństwie, nie wyrabiając w nim właściwego stosunku do takich zjawisk, jak miłość, wierność, przyjaźń, koleżeństwo. To zaś może dać tylko koedukacja.

(Walterowcy, 1959)

W autobiografii:

Gaja, kiedy przyłączyła się do nas, była jeszcze małą dziewczynką, właściwie dzieckiem i może właśnie dlatego była tak bardzo wrażliwa na wszelką niesprawiedliwość. W każdym razie to dzięki jej buntowi zapoczątkowaliśmy w naszym działaniu świadome przezwyciężanie Makarenki.

[...]

Gaja występowała [...] w obronie środka, to jest tych wszystkich podlotków i wyrostków, którym zawsze jest najgorzej, bo już nie milusińscy, a jeszcze nie dorodna młódź. Występowała w obronie niezależnych duchem. Przy okazji dyskusji wywołanej jej krytyką doszliśmy do wniosku, że dotychczasowy nasz system wychowawczy uczył nie tyle demokracji, ile elitaryzmu.

Wielkie zmiany zaczęliśmy od likwidacji rad zastępów i wprowadzenia zasady, że wszystkie sprawy dyscyplinarne rozpatrywane są na podsumowaniu, a więc zawsze w podstawowym zespole. Ograniczono radykalnie kompetencje rady drużyny na rzecz demokracji bezpośredniej, to znaczy zastępów i ogólnego zebrania, a także wprowadzono zasadę, że wszystkie zebrania rady są otwarte. Przede wszystkim dla obrony jednostki przed zespołem przyjęliśmy zasadę, że każdemu wierzy się na słowo. Dotyczyło to przede wszystkim tych, którym stawiano jakieś zarzuty. Zniknęły w ten sposób z naszych podsumowań wszelkie elementy śledztwa.

(Wiara i wina, 1990)

W książce:

Dla nikogo już dziś nie ulega wątpliwości, że nie chodzi tu o wzbudzenie w wychowanku strachu przed karą. Postępowanie powodowane strachem jest bowiem jak najbardziej sprzeczne z naszymi zasadami wychowawczymi. [...]

 

Anton Makarenko twierdzi, że kara ma polegać na oddzieleniu od kolektywu. Oczywiście! Istota dyscypliny społecznej polega przecież na podporządkowaniu się jednostek społeczeństwu. Jeśli więc nasze wychowawcze wymagania są słuszne – to zmierzają do podporządkowania jednostki zespołowi, leżą w interesie zespołu, a przez to samo w interesie jednostki. W tej sytuacji kara, polegająca na oddzieleniu jednostki od zespołu, zobrazuje dziecku antyspołeczny sens jego postępku.

(Uwaga – zespół! Z drużyną i w drużynie, 1960)

W autobiografii:

Cele i zadania to był dla nas przede wszystkim sposób wychowania młodych komunistów, co dla nas znaczyło: bojowników o sprawiedliwość społeczną, i udział w rządzeniu dla każdego. Chcieliśmy to osiągnąć przez wprowadzanie naszych dzieci w rzeczywistość społeczną ze wszystkimi jej konfliktami – ukazywanie w ten sposób krzywdy ludzkiej i zła oraz z czasem podejmowanie na miarę sił działań zmierzających do przekształcania świata.

W Glinniku [w 1956 roku] nasze zastępy podzielone na sześcio-, siedmioosobowe grupy – zawsze koedukacyjne – zamieszkały u chłopów. Pracowały z nimi przy żniwach i w gospodarstwie, próbowały przez cztery dni żyć ich życiem i dowiedzieć się o nich wszystkiego, co tylko zdołają. Był to dla naszych dzieci, a może także i dla mnie, olbrzymi wstrząs. Zobaczyliśmy krzywdę chłopską – rodzinną gospodarkę niszczoną przez władze, przemocą wpędzoną do spółdzielni produkcyjnych. [...]

(Wiara i wina, 1990)

W relacji z obozu harcerskiego:

Zwróciliśmy się [podczas obozu walterowskiego w 1956 roku] do przewodniczącego Gminnej Rady Narodowej [w Glinniku] o wskazanie nam gospodarzy, którym harcerze mogliby pomóc przy robocie. Najpierw się zdziwił, a potem zaczął wybierać takich, którym się wiedzie lepiej: „Po co mają dzieciaki zobaczyć nędzę?”. Zupełnie nie mógł zrozumieć, że chcemy zobaczyć wieś bez upiększeń.

[...]

Początki tych znajomości [z chłopami] wcale zresztą nie były łatwe. Jeden z gospodarzy powiedział wręcz: „Tylko będziecie zawadzać...”. Ale walterowcy są uparci. „Nie mają do nas zaufania – to sami sobie poszukamy roboty.” [...] Po kilku dniach nie ma takiej roboty, do której nie moglibyśmy się zabrać. [...]

Coraz mocniej wżywają się harcerze w sprawy wsi. [...] Zjawiają się problemy. Gospodarz jest wyraźnie zafrasowany i my też. Robić jest łatwo – dogadać się trudniej. [...] Babcia dowodzi, że lepiej było bez obowiązkowych dostaw, że wszystko można było kupić. Syn wysuwa kontrargumenty: same żniwa – sierpem – trwały dwa tygodnie. Teraz w dwa tygodnie może skończyć i żniwa, i omłoty, a wszystko mniejszym nakładem pracy – maszynami. To racja – sami widzieliśmy. Ale zbiory? Babcia ma rację – tu są trzy razy mniejsze. Co robić? [...] Może do spółdzielni?

Oho! Trafiliśmy w czułe miejsce. Tu oba pokolenia są zgodne – wszystko, tylko nie spółdzielnia! Najbliższa, w Maszowie, ma małe zbiory, ludzie nie pracują, oglądają się na [...] pomoc państwa. [...]

Nazajutrz przedstawiciele wszystkich zastępów wyruszają do Maszowa, aby sprawę zbadać na miejscu. Rzeczywiście – fakty się potwierdzają. [...]

Trzeba rozstrzygnąć: dlaczego chłopom jest źle w Polsce Ludowej? [...] Spór toczy się późnym wieczorem, w ciemnym namiocie. [...] „Jeśli nie spółdzielnia to co? To co będzie z socjalizmem?”

[...]

Dożynki zrobiliśmy z szykiem. [...] Najbardziej zaszokowały gości [...] występy dożynkowe. Wychodzi mianowicie taki Bogdan i powiada: „Radosne jest teraz życie na wsi”. A z drugiej strony zjawia się Mirka i dodaje: „Tak, radosne, szczególnie jeśli można sobie wybrać, kiedy iść do więzienia za niewykonanie dostaw: zimą czy latem?”. I do końca cały występ jest sporem między tymi, którzy twierdzą, że jest dobrze, a tymi, którzy uważają, że jest źle. [...]

I na zakończenie – Marek: „My nie po to mówimy, że jest dobrze, żeby się cieszyć i nic nie robić”. A Basia: „I my też nie po to, żeby siąść i płakać. Trzeba wiedzieć, jakie jest życie, trzeba się uczyć je zmieniać”.

(Wśród ludzi, „Drużyna”, 1958)

W autobiografii:

Rok później w Malinkach, u stóp Bieszczadów, robiliśmy zwiady w poszukiwaniu prawdy o walkach z UPA. Doprowadziły one walterowców do dramatycznego wniosku: Ukraińcy mieli rację – walczyli o niepodległość, a to ich dobre prawo. Jeśli zaś chodzi o okrucieństwo, to sformułowano wniosek, że pacyfikujące ukraińskie wsie oddziały KBW6 były nie mniej straszne niż ukraińscy powstańcy. A przecież walterowcy zbierali swoje informacje od polskich mieszkańców tych stron, którzy jako strona konfliktu Ukraińców szczerze nienawidzą. Nikt z kadry wcześniej do takiego wniosku nie dojrzał.

Niemal od początku nękała nas dysproporcja między rozmiarami zła, które potrafili dostrzec nasi wychowankowie, a możliwościami działań pozytywnych. Ogniska, praca przy żniwach, opieka nad wiejskimi dziećmi, tak jak późniejsze organizowanie z młodzieżą wiejskich teatrów, bibliotek, kół ZMW, czy w Warszawie praca z grupami podwórkowymi, drużynami przy zakładach opiekuńczych – wszystko to było tylko kroplą w morzu potrzeb czy, co gorsza, kosmetyką. Przeżywanie tej dysproporcji spychało naszych wychowanków w opozycyjność wobec systemu i, co już na pewno złe, wobec społeczeństwa. Rodziło w nich pragnienie radykalnej zmiany świata. [...]

Walczyłem z tymi pomysłami, jak umiałem. Już wiele lat potem [...] nazwałem to problemem Abrahama7.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Przyjąłem jako zasadę, której do dziś chcę być wierny, że nie wolno pod żadnym pozorem, w imię żadnej wielkiej, a więc abstrakcyjnej idei, czynić zła konkretnemu człowiekowi. Bowiem dobro, któremu wówczas służę, jest odległe i niepewne, zaś zło, które czynię – bliskie i niewątpliwe. Chciałem więc, choć nie zdawałem jeszcze wówczas sobie z tego sprawy, rozstrzygać dylemat Abrahama przeciw Abrahamowi. Nie usłuchać głosu Boga, nie oddać mu syna w ofierze.

Kierkegaard, przystępując do rozważań nad dylematem Abrahama, każe uświadomić sobie, jak bardzo kochał on swego jednorodzonego. Wątpliwości, czy to, co usłyszał Abraham, było naprawdę głosem Boga, nie uwzględnia. Tym samym historia Abrahama w jego interpretacji nie może być naśladowana. Bowiem każdy z nas, gdy staje przed tak okrutnym dylematem, zadaje sobie dwa pytania: czy to, co słyszę, jest głosem Boga? Czy naprawdę kocham swoje dziecko? Ale czy można w sytuacji konfliktu odpowiedzieć twierdząco na te dwa pytania? Jeśli już biorę pod uwagę możliwość poświęcenia drugiego człowieka swojej idei, to niezależnie od tego, jak jest ona wielka i czysta – muszę siebie podejrzewać o małą miłość. A czy wówczas, gdy mam czynić krzywdę bliźniemu, mogę być pewny, że słyszę głos Boga?

Nauczyłem się nie ufać ludziom, którzy w takiej sytuacji mają pewność.

(Zło, które czynię, 1982)

W autobiografii:

Oto miałem oddać swoje dzieci w całopalnej ofierze. Przecież godząc się na to, aby podjęli polityczną działalność, prowadziłbym je na barykady. Bałem się o nie, bałem się odpowiedzialności za nie. Dlatego nie chciałem poddać osądowi systemu politycznego. Zatrzymywałem się na poziomie krytyki ideowo-pedagogicznej, to znaczy nie konkretnej ekipy, ale całokształtu stosunków międzyludzkich, które trzeba zmienić przez wychowanie.

W połowie 1955 roku w ramach ogólnego fermentu i rewizji działacze zetempowscy pracujący w OH podjęli zasadniczą krytykę metod stosowanych dotychczas w tej organizacji. W poszukiwaniu słusznych rozwiązań odwołali się, podobnie jak my, do dorobku tradycyjnego harcerstwa. Zarazem walczyli oni o samorządność organizacyjną harcerstwa, to jest jego pełną niezależność od ZMP.

Walka ta wcale nie była łatwa i w każdym razie na początku wymagała odwagi. Wreszcie w maju 1956, na konferencji aktywu harcerskiego, zwolennicy radykalnych przemian (a mówili o sobie „lewica”) wzięli górę. Powołano samodzielną, to znaczy równorzędną z ZMP, Organizację Harcerską Polski Ludowej i zwrócono się z apelem do „postępowych” instruktorów ZHP, aby włączyli się do pracy. Gotowi byli przyjąć każdego, kto się zgłosi, ale dla większości ludzi związanych z tradycyjnym harcerstwem była to propozycja nie do przyjęcia. Kilkudziesięciu – może stu kilkudziesięciu – odpowiedziało pozytywnie na ten apel. Byli to ludzie przed wojną związani z lewicą, bądź też tacy, którzy przeszli przez Szare Szeregi i po wojnie związali się z komunistami.

My, instruktorzy walterowscy, byliśmy bardzo nieufni wobec tych zmian.

[...] W listopadzie 1956 naszą (to jest walterowską) działalnością zainteresowały się władze OHPL – zaproszono nas do współpracy nad programem, zaproponowano pomoc materialną. Bardzo nas to usatysfakcjonowało, ostatecznie ktoś dostrzegł nasze wysiłki i docenił je. Zbiegło się to w czasie z zorganizowanym wystąpieniem instruktorów dawnego ZHP o jego reaktywację. [...]

Pomysł reaktywacji ZHP był jedną z wielu inicjatyw, z którymi bezpośrednio po VIII Plenum i uwolnieniu prymasa [Stefana] Wyszyńskiego z Komańczy wyszły środowiska tradycyjnej inteligencji polskiej. [...] Ludzie uwierzyli w przemiany wówczas, gdy ich proces już się zakończył. Na tej fali występowało to, co nazwałem drugim elementem ofensywy prawicy harcerskiej. Mianowicie w różnych miastach i miasteczkach Polski zbierali się dawni instruktorzy harcerscy czy choćby po prostu ludzie, którzy kiedyś przeszli przez „prawdziwe harcerstwo” i podejmowali działania dla przywrócenia ZHP na swoim terenie.

Poglądy polityczne przedwojennych instruktorów ZHP były zróżnicowane, jak w całym społeczeństwie, z pewną przewagą orientacji narodowo-katolickiej, dość silne było też centrum propaństwowo-piłsudczykowskie, a raczej słaba była lewica piłsudczykowska i pepeesowska. [...]

Jeśli negatywny, pełen fobii stosunek do prób reaktywizacji ZHP mieli przedwojenni i okupacyjni instruktorzy, to oczywiście niczego innego nie można było oczekiwać od tych z Organizacji Harcerskiej. Ich uprzedzenia, jak sądzę, wynikały przede wszystkim ze stosunku, jaki do nich mieli „skauci” [przedwojenni instruktorzy]. Była w nim wrogość i co gorsza pogarda – tak w każdym razie odczuwali to „ohacy”.

Rozumiem świetnie skautów. Po roku 1949 wielu z nich było prześladowanych, aż po więzienie, zniszczono im umiłowany ruch i wiedzieli, że w to miejsce powołano komunistycznego potworka. Nie może więc dziwić agresja; tyle że bardzo byli niesprawiedliwi. Ludzie, którzy ich prześladowali i niszczyli ZHP, albo w ogóle byli spoza harcerstwa, albo bardzo szybko z niego odeszli.

Po likwidacji ZHP nowe drużyny harcerskie założono we wszystkich szkołach, a prowadzić je mieli nauczyciele wyznaczeni do tego przez radę pedagogiczną; na ogół wyznaczano najmłodszych wiekiem i stażem. Ogół dzieci w wieku szkoły podstawowej formalnie należał do harcerstwa. W tych warunkach większość drużyn była oczywiście fikcją, ale w żadnym razie nie wszystkie. [...]

Ludzie przypadkowi szybko odchodzili z OH – dużo pracy i żadna droga do kariery. Zostawali przede wszystkim zapaleńcy, niektórzy z nich przechodzili do pracy w wydziałach harcerskich zarządów powiatowych i wojewódzkich ZMP oraz do redakcji pism harcerskich i to oni właśnie dokonali harcerskiej rewolucji, uniezależniając się od ZMP i przyjmując tradycyjną metodę. Dołączyli do nich lewicowi instruktorzy ZHP. I oto cały ten w sumie bardzo ciekawy ruch został potraktowany jako bękart Stalina.

[...] Doszliśmy z Jackiem do wniosku, że dalsze okopywanie się na płomyczkach, godłach, literce – doprowadzi nas do klęski. Trzeba natychmiast zwołać naradę instruktorów, która przekształci się w zjazd i reaktywuje ZHP wraz z całą jego symboliką. W tym odrodzonym ZHP trzeba zagwarantować miejsce dla wszystkich, którzy rzeczywiście będą pracowali z dziećmi, i zabiegać o prymat ideowy i personalny lewicy. [...]

Zainicjowany przez nas zjazd instruktorów harcerskich zwołano w pierwszych dniach grudnia [1956] w Łodzi. [...]

Wybory do Rady Naczelnej przyniosły zdecydowane zwycięstwo stronie ohapelowskiej. Z wyników jednak odczytać można, że ohacy w większości byli antyskautowi z przymusu, a w duchu antykomunistyczni. Sztandarowi ludzie lewicy przeszli na ostatnich miejscach; przy końcu listy Jacek i ja, a Zosia Zakrzewska8 jeszcze niżej. Broniewskiemu9 zabrakło paru głosów, ale też nawet Kamiński10 nie otrzymał ich najwięcej.

Za swój największy grzech na tym zjeździe – poza tym, że walczyłem po złej stronie – uznaję nieszczęśliwe, a wymyślone i wywalczone przez nas z Jackiem sformułowanie w uchwalonej przez zjazd deklaracji ideowej: „ZHP pracuje pod ideowym kierownictwem PZPR”.

 

[...]

Wyniki wyborów ogłoszono nad ranem i wracaliśmy do Warszawy zupełnie pustym pociągiem. W przedziale sami walterowcy – bo na ostatni dzień obrad dojechała do nas cała walterowska kadra. Byliśmy przemęczeni i wyraźnie spłynęła na nas depresja, tak bywa po zbyt wielkim wysiłku.

Długo milczeliśmy i nagle Jacek Garwacki zaczął mówić o naszej winie, o tym, że skauci pewnie są reakcyjni, ale umieją pracować z dziećmi, są inteligentni i ideowi. Tymczasem my wygraliśmy ten zjazd dla aparatu, który jest głupi, bezideowy, a tylko żądny władzy. Mówił długo i nieporadnie, pijany ze zmęczenia, niewyspania – ale taki z całą pewnością był sens. Sprzeciwiałem się – też nieporadnie.

Oczywiście nie pamiętam słów, ale chodziło mi o to, że nastąpiła dezintegracja systemu także ideologicznego. Powszechna jest wola wnoszenia w życie społeczne demokracji. Mamy więc niezwykłą szansę wygrać z naszym pomysłem wychowania socjalistycznego – to znaczy wychowania do zmieniania świata (systemu) i rządzenia. Tymczasem skauci wprawdzie umieją wychowywać, ale po dawnemu – uczą słuchać i być lojalnym wobec władzy państwowej. Jeśli więc wygrają oni – o co bardzo łatwo – to przegramy szansę. Pamiętam, że kłóciliśmy się bardzo i że obaj płakaliśmy. Myślę, że razem toczyliśmy monolog wewnętrzny każdego z nas. [...]

Nie ulega żadnej wątpliwości, że to właśnie my byliśmy przeciwnikami upaństwowienia wychowania – czy w ogóle jakimś przymusom nakładanym na wychowawcę. Wierzyliśmy jednak – a zdania w tej sprawie nie zmieniłem [...] – że wychowanie może przekroczyć wychowawcę. Byliśmy przeświadczeni, że dla socjalistycznego wychowania wystarczy dobrze zorganizowany, maksymalnie samorządny zespół, by wprowadzać w życie społeczne takie, jakie ono jest. Tyleż samo obawialiśmy się wśród instruktorów przeciwników socjalistycznych ideałów, co ludzi niemoralnych, żądnych władzy nad dziećmi czy po prostu głupich. Nie byliśmy wcale tacy pewni, czy masowej organizacji – a takiej zawsze pragnie aparat – nie zdominują ci drudzy. W dodatku radość dzieci traktowaliśmy jako wartość samą w sobie. Jeśli więc skauci umieli robić dobre drużyny, to niech to robią, nawet jeśli są antysocjalistyczni. Dlatego właśnie tak ważne było dla nas pytanie, co oni rzeczywiście umieją.

[...]

Wyniki wyborów Kamiński uznał za niewystarczające. Nie chciał samotnie wejść w skład Naczelnej Rady Harcerstwa, ani tym bardziej zostać jej przewodniczącym, na czym nam szczególnie zależało dla uwiarygodnienia reaktywowanego ZHP. Przyjęto więc warunki, które postawił. Do NRH zaproszono chyba dwudziestu wskazanych przez niego doradców, nie mieli prawa głosu, ale uczestniczyli w obradach. Kilku z nich weszło do Prezydium NRH z Kamińskim jako przewodniczącym, a kilku do Głównej Kwatery Harcerstwa – organu wykonawczego, którego naczelnikiem została Zofia Zakrzewska. W tym pierwszym skauci stanowili większość, w drugim – mniejszość. [...]

Jak widać, okoliczności niezbyt sprzyjały przezwyciężaniu stereotypów, mimo to udało mi się zaprzyjaźnić z kilkunastoma skautami, a kilka osób odcisnęło ważki ślad w mojej pamięci. Byli wśród skautów ludzie tak wewnętrznie prawi, że czułem to pomimo uprzedzeń. Do takich zaliczał się na pewno Aleksander Kamiński. Spierałem się z nim nieustannie, głównie o koncepcje wychowawcze, bardzo długo trwał nasz spór o to, czy wychowanie etyczne należy oprzeć na ogólnie stanowionym prawie, czy raczej na konstytucji drużyny budowanej przez same dzieci. Jak dziś widzę, w tym sporze trochę się rozmijaliśmy. Dla niego było to odrzucenie relatywizmu moralnego; dla mnie realizacja zasady, że źródłem prawa winien być lud, a podstawą ładu – umowa społeczna.

[...] W jakiś czas po tym, kiedy zmuszono Kamińskiego do odejścia z ZHP, zgłosiłem się do niego, aby mu powiedzieć, że choć w dalszym ciągu różnię się z nim w koncepcjach pedagogicznych, to jednak rozumiem, że powinienem był wspierać go w walce o pluralizm ZHP – teraz, kiedy już jest za późno, wstydzę się. Jeszcze w czasach moich sporów z Kamykiem powiedział mi kiedyś: „My się, druhu Jacku, spieramy, ale dusze nasze rozmawiają ze sobą przyjaźnie”.

[...] Zasada, że człowiek o innych poglądach politycznych jest przeciwnikiem, którego trzeba wyeliminować z życia publicznego – choć na ogół niewypowiadana – charakteryzuje te ideologie i osoby, które przypisują sobie monopol prawdy. Ciekawe, że już wówczas wcale nie byłem absolutnie pewny wszystkich prawd komunizmu, ale widać postawa związana z przezwyciężonymi już w znacznym stopniu poglądami pozostała.

Pod koniec 1958 roku naczelniczka ZHP Zofia Zakrzewska oświadczyła na posiedzeniu Prezydium NRH, że dłużej już w warunkach dwuwładzy (Prezydium i GKH) pracować nie może, proponuje, aby zwrócić się o arbitraż do KC PZPR. [...] Arbitraż oczywiście się odbył, prowadził go Jerzy Morawski – sekretarz KC i członek BP. Wynik, jak łatwo zgadnąć, był z góry przesądzony. [...]

Rezygnacje nie tylko z funkcji, ale w ogóle z ZHP, złożyli Aleksander Kamiński i Irena Chmieleńska, a w ślad za nimi przyjaciele Kamińskiego z Prezydium NRH oraz kilkunastu, a może dwudziestu kilku skautów [...]. Ogół skautów pozostał w ZHP i lojalnie pracował. Właściwie w tym momencie ostatecznie zakończył się podział na skautów i ohaków. Już znacznie wcześniej harcerstwo zaczęło usychać. Po prostu zakończył się urok nowości, wykonano zadania związane z organizowaniem drużyn i hufców. Okazało się, że tradycyjna metoda nie jest receptą na dobrą drużynę.

W marcu i kwietniu zrobiliśmy otwartą dla wszystkich zastępów w ZHP akcję „Harcerska wiosna”. Z kilkudziesięciu przygotowanych specjalnie na tę okazję sprawności zespołowych zastępy wybierały jedną lub dwie – wykonywały je i w ten sposób brały udział w konkursie. Popularność imprezy zaskoczyła nas; powtórzyliśmy ją więc jeszcze raz w znacznie ciekawszej formie, tak zwanego nieobozowego lata. Tym razem sprawności zespołowe, opracowane właśnie do tej akcji, wybierały zastępy pracujące w czasie wakacji samodzielnie, to jest bez drużyny i instruktora, na ogół samorzutnie zorganizowane przez dzieci.

[...]

Tymczasem mnie się całkiem przewróciło w głowie. Wydawało mi się, że wymyśliłem czarodziejską różdżkę pedagogiki, że jesteśmy u progu radykalnego przewrotu w całym wychowaniu. Uważałem bowiem, i zresztą uważam nadal, że także szkoła winna być oparta na systemie zadań zapośredniczających wymagania. Tyle że wtedy wszystko wydawało mi się łatwe.

Nigdy w życiu, ani przedtem, ani później, nie przeżywałem takiego zawrotu głowy, triumfu. Kiedy więc wiosną 1961 niektórzy instruktorzy GKH zaproponowali mi, aby system wprowadzić dla całego harcerstwa, gorąco ten pomysł poparłem.

(Wiara i wina, 1990)

We scenariuszu gry harcerskiej:

Gry opisane w tej grupie [gry zapoznające ze zmianami zachodzącymi w życiu ludzi i w metodach ich pracy] nie muszą zawsze prowadzić do podjęcia przez drużynę określonego zadania. Po prostu uczą patrzeć oraz myśleć i na tym polega ich wartość.

[...]

[Harcerze] odbyli [wyprawę] do spółdzielni produkującej zabawki na choinkę. Mieściła się ona na Pradze, w obszernych suterenach. Kiedy się weszło na salę, można było pomyśleć, że to pałac z bajki. Przy długich stołach siedziały kobiety i dmuchały w rurki, jakby puszczając bańki mydlane. Na końcu rurek robiły się okrągłe, świetliste kule. Ale ciasna, duszna izba, a przede wszystkim skonstatowanie, jak ciężka jest praca, którą wykonywały te kobiety, szybko wyprowadziło ich z krainy bajek.

„Tu jest zupełnie jak u kapitalisty” – powiedział ktoś szeptem.

Wychodzili ze spółdzielni przybici. Tydzień potem byli w Hucie Warszawa. Zobaczyli szerokie i jasne hale fabryczne, podobne trochę do laboratorium. Lśniące maszyny, elektryczne piece i urządzenia klimatyzacyjne. Ale nawet te wszystkie wspaniałości nie potrafiły zatrzeć w nich wrażenia wywołanego tamtą spółdzielnią.

Inne książki tego autora