Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Stać! – krzyknąłem.

Właściwie nie krzyknąłem, wydarło mi się z gardła. Przerwali.

– Co się stało? – zapytali.

Nie powiedziałem im wprost, o co mi chodzi, w ogóle im nic nie powiedziałem. Wskazałem okno, przez które łatwo można było zobaczyć, co tu się dzieje.

– Słusznie! – krzyknął Płaska. – Zgasić światło.

Nie ruszyłem się, stałem przy drzwiach. Ktoś z nich zgasił światło, spadło jeszcze parę ciosów. A ja milczałem, cholernie długo milczałem. Potem znowu zawołałem, żeby przestali. Zacząłem mówić, że to robotnik. Rzeczywiście był robotnikiem z Metrobudowy. Krew płynęła mu z nosa i z rozciętej wargi. Zaczęli z nim pedagogiczną rozmowę.

Potem bito na parkietach regularnie, a ja – tyle że tam nie przychodziłem. To jest sprawa, której się najbardziej wstydzę w całej mojej zetempowskiej przeszłości.

Kiedy byłem w VII klasie, Zosia Z., pierwsza dziewczyna, z którą się całowałem, dokleiła koronę do orła. Zaczęło się śledztwo, wychowawczyni wzywała nas po kolei i żądała, żebyśmy powiedzieli, kto to zrobił. Wezwano i mnie. Powiedziałem, że jestem zwolennikiem władzy ludowej i uważam, że orzeł powinien być bez korony, ale przecież nie wydam swoich kolegów, nie będę na nich donosił. Taki wtedy byłem mądry, a potem zgłupiałem. Bo przecież uznałem, że donos to nie jest donos, ale opowiedzenie się przeciw wrogowi, a jednocześnie próba ratowania tych, co nieświadomie zabrnęli.

Wróg stanowił niezbywalny element wizji świata, którą przyjąłem. Klasy upadające, wyzyskiwacze, krwiopijcy nie poddają się bez walki, macki imperializmu sięgają wszędzie. Pobłażanie i litość wobec wroga jest zdradą towarzyszy, inteligencką mięczakowatością. O taką mięczakowatość zawsze siebie podejrzewałem i wstydziłem się jej. Kiedy wróg był daleko, nieznany, byłem gotów z nim walczyć i polec w tej walce. A kiedy nagle pojawiał się w osobie zapłakanego chłopaka czy dziewczyny, byłem po ich stronie.

Na co dzień też pracowaliśmy [w ZMP] od rana do nocy. Najpierw była prasówka, po której rozdzielało się zadania i jechaliśmy zawracać ludziom głowę: namawiać ich do różnych czynów, akcji, działań. Po południu obsługiwało się zebrania zetempowskie. Wieczorem zaczynały się posiedzenia kolejnych szczebli: na dzielnicy, potem w Zarządzie Stołecznym, a o pierwszej w nocy zbierało się kierownictwo.

Któregoś popołudnia, chyba sobotniego, jechałem przez Marszałkowską tramwajem. Ulica była pełna młodych ludzi, widziałem ich kolorowych, spacerujących, wolnych. Patrzyłem na nich z zazdrością. Jechałem zmęczony, niewyspany na zebranie do jakiegoś hotelu robotniczego. Tak naprawdę nie szło mi. Narady, dyskusje, zebrania – lubiłem to i, prawdę mówiąc, nie bardzo się rwałem na ulicę, na spacer. Ale bałem się, że nam ta przebudowa świata się nie uda.

W hotelu czekało na mnie kilku przejętych działaczy z informacją, że nikt nie przyszedł na zebranie. Pozamykano co prawda drzwi na klucz, ale młodzi robotnicy powyskakiwali przez okna. Jedni działacze byli zmartwieni i zakłopotani: dlaczego oni nie chcą przyjść, przecież to takie ważne sprawy. Ale byli i tacy, od których czuć było nienawiść: bo tacy ci robotnicy są, piją, na dziwki chodzą. I to przeświadczenie, że przez tych, co nie chcą działać, nie biorą udziału w zbiórce złomu czy odgruzowaniu, opóźnia się zbliżenie do ideału pełnej szczęśliwości. Coraz więcej było w aparacie takich, którzy nienawidzili.

[...]

Z czasem coraz wyraźniej aparat zaczynał się dzielić. Z jednej strony byli ci, którzy odrzucili wszystko, co mieli w sobie ludzkiego. Z drugiej my, którzy próbowaliśmy nie odchodzić od swoich przyjaciół, szukać takiego sposobu działania, żeby był bliski ludziom. Usiłowaliśmy się porozumieć z naszymi kolegami, którzy byli już przeciw, już zbuntowani. Braliśmy pod uwagę ich punkt widzenia, wciąż jednak byliśmy wewnątrz. [...]

[Po latach] spotkałem swoją dawną dziewczynę, Hankę. Przypomniała mi: „Jacuś, pamiętasz, powiedziałeś mi: «Kocham cię prawie tak bardzo jak partię»”. Byłem opętany, chory. Przecież naprawdę kochałem, ale ważniejsza była dla mnie idea przemienienia świata.

[...]

W 1953 roku jesienią kierownictwo partii postanowiło ocenić pracę wychowawczą Związku Młodzieży Polskiej. Krótko przedtem awansowałem na kierownika wydziału propagandy Zarządu Stołecznego. Przygotowałem pierwszy szkic oceny pracy kół ZMP w Warszawie, bardzo krytyczny, bo był to już okres śmierci ruchu, choć nie mówiono tego głośno. Jurek Wołczyk, przewodniczący Zarządu Stołecznego, [...] zgodził się z nią. W rezultacie kierownictwo zaakceptowało projekt i w jego duchu prowadziliśmy dalsze prace, to znaczy pisaliśmy prawdę.

Muszę powiedzieć, że nigdy nie przyszło mi na myśl, aby jakiekolwiek sprawozdania, które robię dla kierownictwa, mogły być nieprawdziwe. Więc w tym, że piszę prawdę, nie było, dla mnie samego przynajmniej, niczego zaskakującego, natomiast dziwne mogłoby się wydawać, że tak jednoznacznie negatywnie oceniam pracę organizacji zetempowskiej. [...]

Ocena została złożona w Zarządzie Głównym ZMP. Zaraz potem Wołczyka wezwano do KC, nie było go cały dzień, podobno rozmawiał z samym [Jakubem] Bermanem [członkiem Prezydium Rady Ministrów]. Po powrocie przyszedł do mojego pokoju jakiś spruty, zmęczony, zły. Powiedział: „Kurwa mać, Jacuś, tam jak masz tylko trochę własnego zdania, nie stukasz obcasami i nie mówisz: «Tak jest», to ci powiedzą: «Zarozumiały jesteście, towarzyszu, woda sodowa wam do głowy uderza».

Maglowano go, by uznał, że nasza ocena to błąd, czarnowidztwo. Następnego dnia zostałem wezwany do jego pokoju, gdzie już siedział wiceprzewodniczący i kierownik wydziału organizacyjnego. Wołczyk przystąpił do referowania sprawy.

– Towarzysze, wdało się w nasze widzenie świata czarnowidztwo, oczerniamy organizację.

Sprzeciwiłem się, Wołczyk powiedział, że jestem zarozumiały, a ja wtedy:

– Kurwa mać, jak się tu nie stuka obcasami i nie mówi: „Tak jest”, to powiedzą: „Zarozumiały jesteście, towarzyszu, woda sodowa wam do głowy uderza”.

Wywołało to ogólne zdumienie, bo wówczas na zebraniach nie mówiono takim językiem. [...]

Następnego dnia dowiedziałem się, że jestem na urlopie. Potem odbyły się jeszcze trzy rozmowy, wreszcie sprawa stanęła na posiedzeniu prezydium, gdzie wyrzucono mnie z funkcji kierownika wydziału, a wkrótce potem i z podstawowej organizacji partyjnej. Do ostatniej chwili proponowano, żebym złożył samokrytykę. Wzywano mnie później do Komitetu Dzielnicowego partii i pytano, czy się chcę odwołać od decyzji podstawowej organizacji. Powiedziałem, że nie chcę.

W rezultacie w aparacie zetempowskim pracowałem szesnaście miesięcy, a do PZPR należałem niecałe osiem miesięcy. Wstąpiłem do niej powtórnie w październiku 1956.

Dlaczego się postawiłem w sprawie tej opinii, a nie stawiałem się wcześniej? Sprzeciwiałem się i wcześniej, tylko w sposób właściwy komuniście, to znaczy nie publicznie, ale w rozmowach z kierownictwem. Nie można na zewnątrz występować przeciwko partii.

[...]

Z aparatu wyleciałem w listopadzie 1953, wiedziałem, że zaraz wylecę i z partii. Zadzwoniłem więc do rektora Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, towarzysza Kałuskiego.

– Towarzyszu rektorze, mówi Kuroń. Postudiowałbym sobie u was.

– Witamy z otwartymi ramionami – powiedział towarzysz rektor, który sądził, że nadal jestem kierownikiem wydziału propagandy – wpadnijcie któregoś dnia, to uzgodnimy, co macie robić.

A było to już po rozpoczęciu roku akademickiego.

– Akurat mam wóz, podjadę – ja na to.

Nawet nie złożyłem żadnych papierów, po prostu wpisano mnie na listę studentów. Z kalendarzykiem w ręce ustaliłem tylko z rektorem termin takiego niby-egzaminu wstępnego. Temat podano mi z góry – Odrodzenie. I tak znalazłem się na uczelni.

Na posiedzeniu Prezydium Zarządu Stołecznego powiedziano mi:

– Idź do zakładu, zostań przodownikiem pracy.

– Nie mogę, studiuję – odpowiedziałem.

Oczywiście, można mnie było jednym ruchem skreślić, ale się nie zdecydowali.

Państwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna była czołową socjalistyczną uczelnią, jak tam mówiono. Wszyscy stale chodzili w mundurach zetempowskich – czerwonych krawatach i zielonych koszulach – bo świętowano bez przerwy: rocznice, ważniejsze wydarzenia, zjazd partii, każde plenum. Wszyscy do wszystkich zwracali się per towarzyszu, studenci do profesorów, profesorowie do studentów.

[...]

Istotnym elementem mechanizmu funkcjonowania PWSP był wróg klasowy. [...] Każda sekcja miała raz w tygodniu swoją godzinę u rektora. Przychodziło tam jej kierownictwo i towarzysz rektor pytał, kto jest wrogiem klasowym, a oni wskazywali. Potem omawiano każdego studenta według listy. Rektor miał bardzo skomplikowane pytania, zawsze ten sam zestaw. Pamiętam jedno: „Co byś zrobił, gdyby przyszli Amerykanie?”. Miał wiele innych sposobów na zaglądanie do duszy.

Na ćwiczeniach z historii dzielił na przykład swoją sekcję na pół: jedni mieli światopogląd fideistyczny, drudzy naukowy i mieli ze sobą wojować. Ale nie po to, żeby kształcić się w dyskusjach, a tylko by wykryć prawdziwych fideistów. Bo prawdziwy fideista – zdaniem rektora – występował tak żarliwie, że się demaskował.

Ta cała PWSP, tropienie wroga klasowego, spisane wcześniej głosy w dyskusji, były dla mnie niesłychanym wstrząsem. Po tym, co przeżyłem przy wyrzucaniu mnie z aparatu i z partii – kiedy byłem przeświadczony, że to ja mam rację, a nie oni – musiałem sobie jakoś świat uporządkować. Ten wstrząs sprawił, że zobaczyłem wszystko trochę inaczej. Pewnie na tej samej zasadzie co dygnitarze, którzy dostają w łeb i zaczynają myśleć. Ale nie tylko. PWSP to był wzorcowy model stalinizmu, może dzięki piekielnej ambicji i żelaznej konsekwencji Kałuskiego. Przedtem z niczym takim nie miałem do czynienia.

 

[...]

Żyć się w tym nie dało. Wstydzę się przyznać, ale zacząłem z tym walczyć z osobistego wygodnictwa. Bo inaczej oni by mnie zaszczuli, z moim usposobieniem, bałaganiarstwem, spóźnieniami, pyskowaniem.

Na pół świadomie rozpocząłem kontrakcję. Założyliśmy „Związek Chuliganów”, który obejmował praktycznie cały mój rok na historii. Naszym hasłem było: „pardon, dycha”, co znaczyło, że należy wyjąć dychę, bo będzie zbiórka na pół litra. Piliśmy dużo i często. Już wtedy czułem, że chodzi o to, żeby być grupą. Skoro się nie da inaczej – to przez alkohol. W krótkim czasie staliśmy się paczką nie do przebicia i potrafiliśmy skutecznie bronić się przeciwko systemowi terroru.

W przeddzień cotygodniowej wizyty u rektora opracowywaliśmy wspólnie odpowiedzi na jego pytania. Mieliśmy ten sakramencki problem – kto jest wrogiem klasowym. Nie można powiedzieć, że nikt, bo przecież wróg jest wszędzie. I wymyśliłem, rozwiązałem tę kwadraturę koła. Wróg klasowy jest w każdym z nas, bo to jest pozostałość starego porządku. Jeden pije wódkę, inny się spóźnia, ten się nie uczy, tamten ma resztki fideistycznego światopoglądu. Mieliśmy to opracowane dla wszystkich – o każdym trochę dobrze i trochę źle. Sobie wymyśliłem opinię: anarchista, niewyparzony język, głupstwa gada, ale swój człowiek, gdyby przyszli Amerykanie, walczyłby o władzę ludową i zginął za nią. Tak zresztą o sobie myślałem.

Rektor Kałuski szybko się połapał, że ma do czynienia ze spiskiem, ale nie mógł go ugryźć. Raz mu błysnęła iskierka nadziei, kiedy pojechaliśmy na objazd historyczny.

Zaraz w Krakowie przepiliśmy wszystkie pieniądze. Potem na dworcu zorganizowaliśmy koncert – koledzy śpiewali piosenki, ja prowadziłem konferansjerkę i zbierałem pieniądze do czapki. Za te pieniądze piliśmy we Wrocławiu, a za pieniądze zebrane we Wrocławiu piliśmy w Poznaniu. Mieliśmy wszędzie lewe rachunki za przewodników, których nie braliśmy. W rezultacie odbyliśmy alkoholowy objazd Polski.

Nie wytrzymała tego Jasia M., przodująca nauczycielka, która za zasługi w pracy w szkole została przyjęta na uczelnię. Złożyła donos, a my wszystkiemu twardo zaprzeczyliśmy. Trudno było tylko zaprzeczyć, że nie braliśmy przewodników. I tu błysnął [...] Olek Musiał, przewodniczący naszego koła ZMP, który w objeździe nie uczestniczył, bo był chory.

Na zebranie, które miało rozstrzygnąć o naszych losach, przybył rektor, przewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMP, sekretarz partii Kuberski. Olek od razu na wstępie stanął po stronie Janki M., krytykując nas i składając głęboką samokrytykę – że nie dostrzegł, nie zapobiegł, przeoczył. Następnie zaproponował, że zamówi rozmowy telefoniczne z przewodnikami w różnych miastach. Ponieważ był przeciw nam, uwierzono, kiedy wrócił i powiedział, że niestety my mamy rację. I biedna Jasia zwariowała. Nagle dowiedziała się, że białe jest czarne. Cały rok przeciw niej i jeszcze świadectwo nieistniejących osób. Pospiesznie złożyła samokrytykę.

Cała ta historia jest oczywiście koszmarna, ale myślę, że mechanizm kontrkultury na tym właśnie polega – na obronie więzi, na obronie tego, że człowiek dla człowieka jest człowiekiem. Jeśli cel można osiągnąć tylko w sposób przestępczy, to się go osiąga w sposób przestępczy. Myślę też, że to picie i nasz „Związek Chuliganów” były w sumie dużo lepsze niż to, co próbował z nami zrobić rektor Kałuski.

(Wiara i wina, 1990)

1 Sztuka na podstawie powieści Kornela Makuszyńskiego (1928).

2 Czerwony sztandar – hymn Polskiej Partii Socjalistycznej.

3 Andrzej Strug (właśc. Tadeusz Gałecki, 1871–1937) – pisarz, działacz społeczny i polityczny; autor powieści o rewolucji 1905 roku, głównie Dzieje jednego pocisku (1910).

4 Maszyna drukarska o napędzie nożnym.

5 Walery Przyborowski (1845–1913) – historyk, pisarz, autor m.in. powieści historyczno-przygodowej Szwedzi w Warszawie (1901).

6 Słowa pieśni Gdy naród do boju popularnej wśród socjalistów i ludowców.

7 Anonimowa pieśń rewolucyjna Idą (1924).

8 Biuro Informacji i Propagandy – przy Komendzie Głównej ZWZ–AK.

9 Naczelna Organizacja Techniczna – federacja stowarzyszeń naukowo-technicznych inżynierów i techników, powstała w 1945 roku na bazie wzorców sowieckich.

10 Mowa o antysemickich pogromach przeprowadzonych przez miejscową ludność w latach 1945–46.

11 Jedynym hierarchą, który potępił pogromy, był biskup częstochowski Teodor Kubina. Jego wystąpienie spotkało się z dezaprobatą prymasa Augusta Hlonda.

12 Andriej Wyszynski (1883–1954) – sowiecki dyplomata i prokurator polskiego pochodzenia, oskarżyciel w najważniejszych procesach pokazowych stalinizmu.

13 Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego – socjalistyczna organizacja młodzieżowa związana z PPS, działająca w latach 1926–39 i 1944–48.

14 Związek Walki Młodych – komunistyczna organizacja młodzieżowa działająca w latach 1943–48.

15 Polskie Stronnictwo Ludowe – partia chłopska o tradycjach sięgających XIX wieku. W latach 1945–47 władze komunistyczne prowadziły wobec niej politykę terroru.

16 Stronnictwo Pracy – partia chrześcijańsko-demokratyczna utworzona w 1937 roku. W roku 1946 zawiesiła działalność.

17 Georgij Plechanow (1856–1918) – publicysta, filozof, działacz Narodnej Woli, następnie teoretyk i propagator marksizmu, autor O roli jednostki w historii (1898).

18 Narodowolcy – członkowie XIX-wiecznej rosyjskiej organizacji Narodna Wola, dążącej do obalenia caratu i wprowadzenia swobód demokratycznych.

19 Wiktor Markiefka (a. Markiewka), Walery Pstrowski – przodownicy pracy.

WALTEROWCY

W autobiografii:

Harcerstwo było zawsze moją wielką fascynacją. Zaczęło się oczywiście jeszcze w dzieciństwie. Myślę, że każdego małego chłopca strasznie porusza sam widok maszerujących harcerzy, trochę na zasadzie, że to takie wojsko dla chłopców. Maszerują, biwakują w namiotach, palą ogniska – wszystko, o czym się marzy.

Ale prawdziwa fascynacja zaczęła się w czasie okupacji. Wtedy przeżywałem niesłychanie ostro dziecięcą chorobę patriotyzmu i w związku z tym czytałem najchętniej takie książki, w których w walce brali udział moi rówieśnicy. O udziale harcerzy w obronie Lwowa w 1918 roku, w wojnie bolszewickiej – pełno było takich książek przed wojną – wszystkie były dla mnie wielkim przeżyciem. Potem udało mi się pożyczyć okupacyjne wydanie Kamieni na szaniec [Aleksandra] Kamińskiego (Góreckiego). I nagle okazało się, że to moje nieosiągalne marzenie może się spełnić, że ta konspiracja może być i dla mnie. Zacierał mi się dystans między moimi dziesięcioma czy jedenastoma latami a dwudziestoletnimi bohaterami Szarych Szeregów. Zdawało mi się, że to trochę starsi ode mnie chłopcy. Chodziłem po ulicach Lwowa i czułem się jak konspirator. Na wzorze Kamieni na szaniec tworzyłem swoje dziecięce organizacje. [...]

Harcerstwo było zarazem moją miłością odtrąconą. Zaraz po wojnie wstąpiłem do drużyny zuchów i stosunkowo szybko przeszedłem do harcerstwa, do Zielonej Trójki. Byłem na jednym zimowisku, które czarnym śladem legło na mojej duszy. Gdzieś tam leżała skórka od chleba i w związku z tym oboźny polecił nam złapać narty i biegać za karę wkoło budynku. Mnie później w wojsku goniono tysiące razy. Tyle tylko, że tam się pogardza kapralem, który goni, jest taki fason. A z harcerstwem się niesłychanie identyfikowałem. [...]

Skończyło się to zimowisko i wyjechałem do Krakowa, potem w Warszawie próbowałem bawić się w harcerstwo. I dla odmiany, ponieważ już wcześniej składałem przyrzeczenie, zostałem zastępowym. Nie umiałem tego robić i źle prowadziłem zastęp. Ja w ogóle zawsze poprawiam swoje życie, jak coś mi nie wychodzi, to próbuję poprawić...

[...]

Mając piętnaście lat, przeczytałem Poemat pedagogiczny Makarenki1 i [...] postanowiłem, że zostanę wychowawcą. Czy chodziło o to, żeby lepić ludzi jak z plasteliny? Czy wydawało mi się – wtedy i później – że możliwości ich kształtowania są nieograniczone? [...] Na pewno wiem, że nigdy nie projektowałem człowieka, którego wychowywałem. [...]

Poemat pedagogiczny opisuje, jak to bezprizorni – nieletni przestępcy – wspólnie przekształcają zapuszczony folwark w nieźle prosperujące gospodarstwo rolne, które pozwala tym, do niedawna, nędzarzom, żyć dostatnio. Zarazem – jest to pewnie znacznie ważniejsze – budowa gospodarstwa rolnego pozwala każdemu z nich czuć się twórcą swego życia. [...]

Kiedy już makarenkowski kolektyw osiągnął pełny sukces – gospodarstwo rolne funkcjonowało wzorowo – zaczęły się kłopoty wewnętrzne. Po prostu pasjonujący cel przekształcił się w stosunkowo proste obowiązki. Wywołuje to kryzys kolektywu i rozpoczyna się poszukiwanie nowego celu. Jak mówił Makarenko – takiego, który by łączył dzisiejszy obiad z tym, co chcą osiągnąć jutro, za miesiąc, w życiu swoim i całego kraju.

Ćwiczyłem to i ćwiczyłem wiele razy w różnych dziecięcych zespołach [...]. Zaczynałem od klęsk i stopniowo nauczyłem się sztuki stawiania zadań, wypracowywania razem z dziećmi celów. Wiem już, że to absolutny samograj. Kiedy wypracowuje się taki cel, jak powyżej charakteryzowałem, wszystko staje się łatwe. I właśnie przez tę łatwość i przez siłę, jaką ma zespół połączony wolą realizacji celu, jest to narzędzie niesłychanie niebezpieczne. Ludzie zespoleni wielkim celem mogą się stać okrutni wobec wszystkich, którzy im w jakiś sposób stają na drodze, także wobec siebie samych, wobec uczestników zespołu, którzy nie nadążają, mają swoje własne zdanie. [...] Żadne jednak niebezpieczeństwo nie zmienia faktu, że tylko na wspólnym tworzeniu świata opiera się pozytywna więź między ludźmi.

Jestem absolutnie przekonany, że w ogóle to, co łączy ludzi, nas dwoje i naszą pakę, klasę szkolną, rodzinę, miasteczko i wreszcie ojczyznę, co jest podstawą wszelkiej pozytywnej więzi, to utożsamianie się we wspólnie tworzonym świecie. Zaś żeby wspólnie tworzyć, trzeba razem stworzyć zamiar-cel i później ten cel razem realizować, zmieniając w trakcie działań i projekt, i sposób realizacji. Wszystko, co grupa tworzy wspólnie – dom, ogród, łódkę, obyczaje, wiersze, piosenki, normy – jest dla każdego członka wartością wspólną z innymi i zarazem symbolem ich wspólnoty.

W wielkich grupach, takich jak naród czy niektóre wielkie ruchy, więź opiera się tylko na symbolach. Po to jednak, aby więź grupy była żywa, jej symbole muszą stanowić istotny element więzi małych grup, rodzin, grup koleżeńskich, wsi i miasteczek. Najważniejsza jednak jest miłość. Miłość dwojga ludzi – kobiety i mężczyzny – na niej opierają się wszystkie inne i bez niej nie byłoby żadnej innej pozytywnej więzi. Miłość kobiety i mężczyzny, wspólne tworzenie, bez przesady, całego świata pozwala każdemu z nich przeżywać przeżycia drugiego jako własne i wyrażać całą swoją niepowtarzalną odrębność w jego przeżyciach. Całe wychowanie polega na tym, aby pomagać dzieciom tworzyć pozytywną więź, a więc przede wszystkim miłość.

Podkreślam: pozytywną więź, bo może być także negatywna. [...] Nie trzeba tu wiele robić. Wystarczy klimat: my–oni, a już władza sama się pcha w ręce. Przeciwstawiałem więc dzieci oddane mi pod opiekę innym grupom kolonijnym, kierownictwu kolonii, „kułakom”, czyli po prostu chłopom... Zawsze się udawało i po każdej takiej próbie zostawał we mnie czarny osad. Bo czułem, jak ułatwiam sobie życie i jak bardzo złe owoce przynosi moja działalność. Wszystko idzie jak trzeba, jednocześnie wzmacniam w moich dzieciach agresję, której i tak nie brakowało w ich trudnym życiu.

(Wiara i wina, 1990)

W książce:

Chcemy wychowywać człowieka, który będzie umiał łączyć swoje własne sprawy ze społecznymi, który będzie się troszczył nie tylko o jutrzejszy obiad, ale i o przyszłość swojego narodu.

Jeśli więc dziś potrafi on myśleć tylko o sobie, to w naszej drużynie, w codziennej pracy harcerskiej, musi się nauczyć myśleć o innych i pracować dla innych. Musimy mu pomóc w szukaniu własnej perspektywy życiowej w taki sposób, aby łączyła się ona z perspektywą całego społeczeństwa. Drogą prowadzącą do osiągnięcia tego celu jest właściwe stopniowanie zadań stawianych przed zespołem.

[...]

 

Zespół, wykonując zadania, rozwija się, to znaczy rozwijają się jego zespołowe dążenia, a co za tym idzie, dążenia każdego członka zespołu z osobna. Od rodzaju zadań zależy przy tym, czy dążenia te będą zgodne z naszym ideałem wychowawczym, to jest socjalistycznymi dążeniami całego narodu.

(Uwaga – zespół! Z drużyną i w drużynie, 1960)

W autobiografii:

Walterowcy2 była to początkowo tylko drużyna obozowa. Zarząd Stołeczny ZMP co roku organizował kolonie dla dzieci z warszawskich przedmieść. Kierownikiem takiej pierwszej kolonii w 1954 roku został Jacek [Stefan] Garwacki, zwany później Dużym Jackiem. Studiował rok wyżej ode mnie na PWSP. [...] Jeszcze przed następnym wyjazdem dołączyli do nas Oleś Musiał [...] i Sasza Czubaty, prawdziwy leśny człowiek z tych „tutejszych” w Puszczy Białowieskiej. Początkowo co obóz zmieniała się większość uczestników i kadry. [...] W 1956 roku powołaliśmy krąg walterowski, który po paru miesiącach powołał drużynę. Po roku czy dwóch nasi harcerze założyli nowe drużyny i powstał Hufiec Walterowski.

[...]

Kiedy wraz z przyjaciółmi zaczynaliśmy robić walterowców, ZHP już dawno nie było. Zniszczono go z wyjątkową wprost brutalnością w latach 1949–50. Powołano w to miejsce – jako przybudówkę ZMP – Organizację Harcerską (OH) – komunistyczną, praktycznie powszechną w szkołach podstawowych.

[...]

W 1955 roku pojechaliśmy do Wolina. Kwatermistrzówkę robił nam Zarząd Stołeczny ZMP. Załatwili nam ośrodek szkolenia rolniczego w miasteczku Wolin, niby wszystko cacy, ale po przyjeździe okazało się, że przynajmniej dla jednej trzeciej dzieciaków nie ma łóżek ani koców. Nas było czterech, tych, którzy wiedzieli, o co chodzi, a prócz tego jakieś nauczycielki dobrane przez Zarząd Stołeczny i takie śmieszne dziewczyny z IX klasy jako pomoce wychowawcze. Na te dziewczyny mówiłem „kozy”. [...]

Nie było gdzie dzieci ułożyć. Przystąpiliśmy do pracy, żeby je nakarmić, bo i przecież podróż była strasznie długa, z awanturami, przesiadkami, zwykły koszmar podróży w Polsce. Najpierw ja bawiłem wszystkich, całą stopięćdziesiątkę, umiałem wtedy to robić. Dzieci zapomniały o zmęczeniu, o jedzeniu, o wszystkim. [...] Część kadry przygotowywała w tym czasie posłania, część przygotowywała posiłek. Następnie przystąpiliśmy do układania ich do snu. Praca była tak trudna, że przynajmniej parę nauczycielek, czy może wszystkie, zbiegły do kancelarii ośrodka i powiedziały, że w ogóle nic nie będą robić, że wyjeżdżają.

[...]

Wreszcie w nocy, kiedy dzieciaki już spały ubawione i zmęczone, ruszyłem na obchód. [...] Wszędzie ktoś spał nie tak, ściągałem jakieś koce, przesuwałem, poprawiałem materace. Jeśli chodzi o wychowanie, to był mój największy czas, czas troski o każde dziecko.

Wreszcie przyszedłem do ostatniej sali, gdzie spał zastęp trzeci – w Wolinie było ich pięć – tu wszyscy spali jak trzeba, wszystko było w porządku, absolutnie wszystko. Nagle zobaczyłem, że w kącie ktoś śpi na plecaku, w kucki, przykryty kocem na głowę. Podszedłem i okazało się, że to jest dziewczyna z warkoczem, jedna z „kóz”. Niesłychane było to, że nie trzeba było nic poprawiać, wszystkimi się zaopiekowano i że ta dziewczyna śpi na plecaku. Więc mówię do niej:

– Jak masz na imię?

– Grażyna.

Obudziła się oczywiście, kiedy zaświeciłem latarką. Właśnie w tym błysku latarki zobaczyłem, że ma takie wielkie, złociste oczy. Wziąłem ją za warkocz i zapytałem:

– Czemu ty tak śpisz?

– No bo już ułożyłam wszystkie dzieci, wszystko jest w porządku, więc mogę sobie pospać.

– To trzeba było przyjść do nas, do kancelarii.

– Po co miałam wam głowę zawracać, wy i tak macie dużo roboty.

– Masz pewnie młodsze rodzeństwo i ty jesteś najstarsza?

– Tak.

Tak poznałem Gaję [...] – kobietę mojego życia, człowieka mojego życia, Grażynę – to ja jej wymyśliłem imię Gaja – i razem z nią zaczęło się prawdziwe życie. Ona właśnie uczyniła je sensownym, uczyniła mnie wartym cokolwiek, uczyniła mnie tym, kim się stałem. Co ja bym był wart bez niej?

[...]

Wpadł mi do głowy szalony pomysł – pójdziemy pod namioty. Powiedziano nam, że w tym ośrodku gdzieś na górze składowała swoje namioty Służba Polsce3. Poszliśmy we dwójkę z Jackiem nad Zalew Woliński, księżyc świecił, było tak pięknie nocą. Zachwycaliśmy się zalewem i lasem nad brzegiem, taki był przedziwny, przepiękny. [...]

Wtedy w nocy nad zalewem kłóciliśmy się o te namioty. Jacek się bronił, był zawsze moim rozsądkiem, ja byłem jego szaleństwem. [...] Jacek się bronił, ale było widać, że i jemu się coraz bardziej podoba, żeby przenieść obóz do lasu, nad zalew. Nie mieliśmy pojęcia, jak się rozbija namioty. I Jacek, człowiek rozsądny, powiedział:

– Przecież nie wystarczy płótno, muszą być linki i kołki, prycze trzeba zbudować, my sobie z tym wszystkim nie damy rady.

Ale już czułem, że moje szaleństwo jego też zaraża. No i wykonaliśmy to zadanie.

[...]

W Wolinie wprowadziliśmy obyczaj sprawdzania, czy dzieci wygodnie śpią, czy na nikogo nie pada, bo namioty były stare i przeciekały, kiedy była burza. Wiele osób mi później opowiadało, jak świat się im zmienił, kiedy nagle w nocy się obudziły i zobaczyły, że się pochylam, sprawdzam koc, mówię po imieniu. Człowiek widział, że się go wyróżnia, że się o nim pamięta i nagle zaczynał żyć zupełnie innym życiem. Zresztą taka jest rzeczywistość zbiorowych układów – szkoły, kolonii, domu dziecka – że się jest masą, a nie tym jedynym czy jedyną. Jakie to ważne, przekonałem się o tym tysiąc razy w najdziwniejszych okolicznościach. Ludzie dziś zupełnie dorośli pamiętają mi na dobre jakieś sytuacje, których sam już nie pamiętam, kiedy nagle powiedziałem: Ela, Franek, Józek. Właściwie myślę, że po to żyjemy, żeby wyróżniać ludzi i o nich pamiętać; żeby kochać tego jednego jedynego – wszystkie inne chimery są naprawdę nic niewarte, jeśli dla nich gubimy tego Franka, Józka, Elę.

[...]

Jak zaczęliśmy z tymi namiotami, to jeszcze nie wiedzieliśmy, że wychowanie polega na stawianiu zadań, a już postawiliśmy zadanie. Przez to budowanie namiotów, prycz, stołów, półek nasze dzieci zrobiły się całkiem inne, polubiły się, nabrały wiary we własne siły – stały się gospodarzami obozu.

[...]

A Gajka w ogóle była najlepsza. I ja to mówiłem stale i stale chodziłem do namiotu jej zastępu, aż wreszcie zrobił się bunt. [...] Czy to był naprawdę najlepszy zastęp, czy może ja ją już kochałem, choć się przed tym strasznie broniłem, bo ona miała przecież piętnaście lat, a ja dwadzieścia jeden? Nie o to chodzi, ile miałem lat, ale jakoś wcześniej zacząłem żyć i byłem już stary, cyniczny i bałem się tego. I zrozumiałem, że nie mogę uwodzić małej dziewczynki.

Uważaliśmy, że ważnym elementem dla klimatu obozu jest przyjaźń kadry. Przez cały dzień nazbierało się jednak sporo konfliktów między nami. Potem odbywała się wieczorem narada kadry i pyskowaliśmy, skakaliśmy sobie do oczu, przepraszaliśmy się. Już w nocy przychodziłem do namiotu kadry żeńskiej, gdzie się wszyscy schodzili, i opowiadałem bajki. Tak się składało, że siadałem zawsze na pryczy Gajki i brałem ją za warkocz, to była jedyna pieszczota, na jaką sobie pozwalałem, i opowiadałem wszystkim, a naprawdę Gajce.

I tak się to ciągnęło. Więc ona rzeczywiście była najlepsza, czy mówiłem, że jest najlepsza dlatego, że już ją kochałem – trudno powiedzieć.

Jest coś takiego między ludźmi, że kiedy zaczyna się miłość, to przylatuje anioł, którego nikt nie widzi na świecie oprócz tych, którzy się kochają. Ja czułem tego anioła, ale nie miałem odwagi powiedzieć, że to tak. Więc się broniłem, jak mogłem. [...]

Mieliśmy mieć w Wolinie dwa obozy, w lipcu i w sierpniu. No ale ona mi oświadczyła, że na sierpień nie może zostać. Więc się wystraszyłem; wszyscy się wystraszyli, bo rzeczywiście Gajka była najlepsza z nas wszystkich, i powiedzieli:

– Pogadaj z nią.

Poszliśmy sobie do lasu, ja ją trzymałem za warkocz i z nią rozmawiałem. Mówiłem:

– Dlaczego nie możesz, przedtem powiedziałaś, że możesz. Powiedz dlaczego.

Inne książki tego autora