Autopsja czyli Dziennik Kryzysu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Autopsja czyli Dziennik Kryzysu
Autopsja czyli Dziennik Kryzysu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Autopsja czyli Dziennik Kryzysu
Autopsja czyli Dziennik Kryzysu
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99  14,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Refleksja wszechogarniająca. Skąd to jest? Chyba Heidegger. Nie pamiętam. Głowa mnie boli. Kiedy przed wyjazdem byłem w podłym nastroju, chodziłem do Karolka na pijaństwo. Szczególnie chciałem się czegoś dowiedzieć o sierpniowych wakacjach nad morzem. Było to tak, że ja byłem w sierpniu na wczasach w Juracie (tak, w tym słynnym sierpniu osiemdziesiątego roku), a oni, to znaczy Emilia z Misią, Ziuteczka, Sławek (żyjący na koszt Ziuteczki i po części Emilii), Feliks oraz czasowo Karolek, w Jastrzębiej Górze. Okazało się, że był jeden tydzień, podczas którego ja byłem w Juracie, oni w Jastrzębiej Górze, a ponadto między nami w Kuźnicy na Helu Wiesław-Wiesław, Roman od pisma i jeszcze jacyś ludzie. Nie spotkaliśmy się.

Koniec sierpnia był wietrzny, chłodny i deszczowy. W słoneczne dni wypełnione zimnym wiatrem leżałem za domem wczasowym na leżaku słuchając radia. Zaczęto retransmitować wtedy wielogodzinne rozmowy prowadzone w stoczni, ale tylko w programie lokalnym. Po południu stały repertuar. Gazety, pierwszy dziennik w TV, o dziewiętnastej wiadomości lokalne z Gdańska w II programie, potem znowu dziennik, od ósmej stacje zagraniczne. Rano przy stole: Londyn mówił to, Waszyngton tamto, a Wolna Europa jeszcze co innego. Część wczasowiczów wyjechała. Na początku były obawy, czy turnus będzie można wyżywić, ale okazało się, że można. Wstrzymano tylko sprzedaż alkoholu. W Jastarni kilometrowe kolejki po benzynę. Ludzie wyraźnie wiali, zresztą prywatnie trudno było się wyżywić, chociaż jeszcze bywały ciastka i lody. Kiedy dzwoniłem do Łodzi, matka namawiała mnie do przyjazdu obawiając się, że później koleje staną. Nie było jednak mowy o strajku generalnym. Aż mnie dziwił ten spokój.

Trzeba przyznać, że czułem się trochę dziwnie. Coś jak Gombrowicz byczący się w Argentynie, kiedy w Europie rozpoczęła się wojna. Przypomniała mi się wtedy ta historia. Od strony morza widać było cały szereg statków czekających na zakończenie strajku. Od strony zatoki cisza w porcie, woda jakby czystsza, tylko ten wicher wiejący prosto w twarz. Znakomite niedoinformowanie.

Można powiedzieć tak: informowanie o czymkolwiek nie jest zadaniem literatury, natomiast to, że w literaturze zawiera się jakaś informacja, należy przypisać środkom przez nią użytym w celu wywołania zamierzonego efektu ogólnego. Jeżeli literatura o czymś nie informuje, to też jest informacja. Jednak kryteria prawdy i fałszu są wobec niej bezzasadne, jeżeli miałaby pozostać jedynym źródłem przekazującym informację. Informacja o fakcie i sam fakt mają się tak do siebie jak wykonanie symfonii i jej partytura. Utworu można nie wykonywać, nuty pozostają.

Uczepieni radioodbiorników, słuchaliśmy przemówienia Gierka, apeli Pyki o podjęcie rozmów, deklaracji, odezw, ostrzeżeń, kazania Wyszyńskiego z Jasnej Góry. Czekaliśmy, czy ogłosi się stan wyjątkowy. Czekaliśmy, bo zdaje się, byliśmy spokojni, że do niczego takiego nie dojdzie. Albo może brakowało nam, wczasowiczom, wyobraźni i dlatego zostaliśmy do końca turnusu. Strajk komunikacji w Trójmieście, dalsze strajki w całej Polsce. Apele o podejmowanie pracy.

Chodziłem samotnie brzegiem morza, raz w stronę Jastarni, raz w stronę Helu i myślałem o rozstaniu z Emilią. Wracałem do innych moich znajomości, dyskutowałem sam ze sobą... Żeby nie myśleć o niczym, obejrzawszy się, czy nikt za mną nie idzie, wyśpiewywałem na cały głos motywy z symfonii Brucknera. Kilka wierszy, które wtedy napisałem, włączyłem do nieszczęsnego zbioru Exitus, który dostał z wydawnictw trzy recenzje odsądzające wiersze od jakiejkolwiek wartości, a autora od rozumu. Pierwszego września rano wyjechałem zatłoczonym. pociągiem do Łodzi.

W nocy jadę do domu przypadkowo złapaną taksówką na rogu Al. Politechniki i Kopernika. Miał pan szczęście, mówi taksówkarz, od tygodnia komunikacja strajkuje. Nocne powroty do domu. Mam atawistyczną skłonność wychodzenia o drugiej, trzeciej w nocy z naszych przyjęć. Z wewnętrznym przekonaniem o konieczności wyjścia, na rauszu, ale z nieomylną pewnością jadę taksówką lub nocnym autobusem, kasuję bilety, idę ulicą, otwieram kluczem drzwi. Czasami nawet rozmawiam w nocy z matką. Tak wyszedłem z tej stypy po Wojtusiu, tak wyszedłem rano od Emilii, kiedy zerwaliśmy ze sobą, tak wyszedłem w zimową noc z imienin Ziuteczki.

Około dwunastej w nocy. Wpada z drugiego pokoju mamusia Ziuteczki i co widzi. Rabin parzy herbatę w kuchni (to Karolek łysy z żółtą brodą), jakiś goły siedzi w wannie (to ja). Dopiero przyszedł, a już się kąpie, woła z oburzeniem mamusia Ziuteczki i ze złości myli krople, które miała zażyć. Niech pan stąd zaraz wyjdzie. Ja, spowity w piany i zapachy wszystkich pachnideł i szamponów, płynów do kąpieli, perfum, dezodorantów, przysłaniam ręką goliznę. Potem kłótnia Karolka z Baśką Glizdą. Usiłuję wyciągnąć z przyjęcia Emilię, ale ona chce zostać. Ona zawsze musi wszędzie zostawać do końca, kiedy robi się już nieprzyjemnie i wszyscy rzygają. Nie ma odruchu wychodzenia w najlepszym momencie. Pijany, odurzony kąpielą, wychodzę w nocy. Kopy śniegu oświetlone niebieskim światłem latarń. Białosrebrny blask. Chyba jest strasznie zimno, ale nie czuję chłodu.

Inne wyjście. Kurwa w podcieniach na rogu Piotrkowskiej i Zielonej namiętnym głosem: Chodź... Obciąga purpurową sukienkę. Nie opodal na przystanku jakiś facet w aksamitnym, czarnym garniturze, z teczką, zalany: Chodź, jestem inżynierem, wszystko ci załatwię. Ja też jestem inżynierem, mówię. Widocznie nie zauważył, ile mam lat.

Wtedy po przyjeździe poszedłem rano na spacer, żeby zobaczyć, jak nie jeżdżą tramwaje i autobusy. „E” jedzie ode mnie do Emilii. Teraz w wolne soboty i niedziele nie jeździ. Tramwaje co pół godziny. Wsiadam w jedenastkę, potem w „M”. W autobusie obok mnie siedzi dziewczyna o idealnie wymakijażowanej twarzy. Na lalkę. Mocno wyczernione oczy, różowe policzki, ciemnoczerwone usta. Siedzi sztywno, nie poruszając głową. Młoda, tak z osiemnaście. Obok stoją dwie w tym samym wieku. Jedna szczupła, włosy zaczesane na bok, brązowe usta, ciemna sztruksowa kurtka, piaskowe spodnie pumpy, wąziutkie w kostkach. Rozchyla usta, podnosi głowę, lekko skręcając szyję. Wciąż ten sam gest. Nie znane mi podobieństwo do nieznanej aktorki, może piosenkarki. Wysiadają na rogu Mickiewicza i Sienkiewicza. Po drugiej stronie w oknie pawilonu przy wysokościowcach zapalają się i gasną czerwone litery DISCO.

Mania palenia świec w ciemnym pokoju. U Anki na spotkaniach musi być nastrój. Palą jeszcze w kominku klepki ze starego parkietu. Upał nie do wytrzymania. Jakaś wrzaskliwa muzyka ze stereofonicznego adapteru. Może być także Streisand albo Cohen. Ania pochylona nad biurkiem. Papieros za papierosem. Karolek siedzi na podłodze, chyba lekko podcięty, Roman milczek w fotelu przegląda „Newsweek”. Anka była z mężem trzy tygodnie w Stanach i przywiozła: zabawkę dla dzieci — czarne rosówki w klejowatej mazi, „Newsweeki”, „New York Times”, „Dziennik Polski”, paryskie (a może amerykańskie) wydanie wierszy Miłosza po polsku. Przeglądam. Bardzo drobny druk i rozczarowanie przy czytaniu. Kilka miesięcy potem wiadomość o nagrodzie Nobla. Miłosz na wieczorze autorskim w Krakowie: Jeżeli nie przestaniecie mnie fotografować, to nie będę czytał. U Anki od czasu do czasu narzekania na prasę i wydawnictwa. Wszyscy oglądają „Życie Literackie”, gdzie w „Poczcie” wydrukowano Bolowi, który pisze i drukuje od kilku lat: „Na druk jeszcze za wcześnie”. Ogólna uciecha. Wszyscy piją mocną herbatę. Głodno. Jak zwykle nie mogę się dogadać z Feliksem. Pisze tę swoją powieść, ale wymiguje się, żeby coś o niej powiedzieć. Zaczynamy się wygłupiać robiąc ze wszystkiego aluzje erotyczne. Miał przyjść Wiesław - Wiesław. Ania i Roman potrafią wysiadywać u Anki godzinami. Anka pozą zachwycającymi ogólnikami niczego konkretnego o Stanach powiedzieć nie potrafi.

Może wtedy także Anna czytająca z ekspresją swoje wiersze. Od razu zacząłem podejrzewać ją o ściągi z Eliota i od razu przyznała się. Eliot nie jest zbyt szeroko znany. Anna w aurze uznanej artystki. Czyta lekko ochrypłym głosem i robi wrażenie. Potem ja: Traktat o melancholii, część pierwsza Samotność jesienią. Wiesz, mówi Emilia, myślałam, że Anna objedzie cię na funty. Że też to jej się podobało...

Miłosz wydaje się nam sztywny i nudny. Wiersze Anny pisane z talentem, lecz bez samokontroli. Moje zagmatwane, przeładowane zawiłą metaforyką. Wiersze Anki płaczliwe i sentymentalne. Wiersze Ani wtórne. Wiersze Romana nieudane. Wiersze Karolka nijakie. Wszystko złe. Wszystko źle. Wszyscy źli. Ja nie wiem, jak ty możesz zaplanować sobie wiersz, mówi do mnie Anna. Po prostu chcę napisać taki wiersz. A ona: Ja to siadam i piszę. A ja: O nie, ja to muszę robić szkice, kreślę, poprawiam, przerabiam... Gadanie. Wtrąca się Feliksisko. „Brahma” — co mu znowu strzeliło. Jakaś sekta, czy chce założyć sektę, a może już założył. Albo wymyśla jakieś abstrakcyjne terminy i usiłuje dyskutować. Bawi się rozmowami o niczym. Ciągle kogoś udaje, ciągle się maskuje, pozuje. Strzyże się krótko. To jeszcze wtedy, teraz nosi długie włosy i rzadką, czarną bródkę. Na spotkaniu w klubie zapytał poetę S.: Co by pan zrobił, gdyby na ulicy spotkał pan jednego z braci Marx? Tępy S. odpowiedział coś chamskiego. Wygadujemy z Feliksem niestworzone głupoty.

Przyłącza się Karolek. Gra, ale na inny sposób. Odczuwa bezustanną potrzebę aktorstwa. U niego to naturalne. Karolek: „przyszła baba do lekarza...” albo „naciągnął sobie napletek na głowę”, albo „nie rżnij dziada”. To ostatnie mówią razem z Agatką (z tą, której jeszcze tu nie znamy, a która później zamieszka z Anią, ostrzyże się na jeża, nauczy Karolka miłości francuskiej, której skrytykuję wiersze, a później będzie się witać ze mną, rzucając mi się na szyję, taka będzie malutka, czarna Agatka w okularach).

Przychodzi Kicia z Edkiem i od razu zaczynają wygadywać świństwa o miesiączkach, członkach, wargach, upławach. Kicia pokazuje majtki w biało-czerwone paski. Kicia czekała w cnocie cały rok na swojego chłopaka, który wyjechał do Stanów na robotę. Kiedy wrócił, po kilku tygodniach rozstali się. No i co, Kiciuniu, pytam. Wiesz... dobrze. Teraz już jest dobrze. Pogadałam sobie sama ze sobą i jestem spokojna. Tak, zupełnie dobrze, a ty? Odpowiedziałem jej na imieninach Ani: Ciągle coś jest nie tak. Tłum nieznanych ludzi. Bezustannie ktoś wchodzi i wychodzi. Po kryjomu Ziuteczka, Emila i ja pijemy wódkę w łazience. Rozmawiam z Murzynem po polsku o Etiopii.

 

Niespodziewana wizyta w domu podczas obiadu. Ciotka Eugenia, Michał (mój kuzyn) z malutką córeczką i dziewczyna około dwadzieścia osiem w białej bluzce, okulary, zbyt czerwona na twarzy, częstuje mnie marlboro. Okazuje się, że ani ja, ani matka nie wiemy dokładnie, kim ona jest. Po ile te marlboro, pyta Michał. Za czekoladę, odpowiada. Myślę początkowo, że ta dziewczyna to jego żona. Przecież jego żona jest blondynką, a ta czarna, krótko strzyżona. Szaroniebieskie, luźne spodnie. Ciotka Eugenia o niej, że kroi tkanki na żywych i nieboszczykach. Przecież to jej córka po medycynie. Bezustannie usiłuje mnie z nią swatać oraz z jej trzypokojowym mieszkaniem. Ona zna wszystkie utwory na pamięć, mówi ciotka Eugenia, a w filharmonii to czekają, aż ona przyjdzie, i dopiero wtedy zaczynają grać. Ale ciotka ma dwie córki. Nie pamiętam ich imion. Matka też. Pytam dziewczynę o Warszawę. Przypominam sobie, że koronka mi z zęba spadła. Matka mówi, że jeszcze się nie ożeniłem. Kiedy wychodzą, mam wyrzuty sumienia, że okazywałem tej dziewczynie za mało zainteresowania. Przez cały czas rozmawiałem z Michałem o rozkręcaniu prywatnych interesów, akwizycji... Mamy się skontaktować. Michał zaczyna lekko łysieć na czubku głowy. Wysoki, brązowe oczy, brązoworude wąsy. Ziuteczka, gdyby go zobaczyła, to „kompletny orgazm” (wyrażenie Kici, gdy oglądała w TV spoconych, tańczących Murzynów). Matka potem: Taka ładna dziewczyna, a ty nic. A co, miałem ją szczypać w kolana?

Najgorsze jest to, że zupełnie nie umiem rozmawiać z takimi ludźmi albo wstyd mi przed sobą w środku, że plotę z nimi głupoty (bo oni nie wiedzą, że plotą głupoty). Wczoraj u Emilii: Rysiek, nasz dawny znajomy, Helenka ze swoim Romanem. Nakupował w Turcji tandentnej skóry. Opowiada rozmowę podsłuchaną w sklepie w Stambule. Za kotarą. Ona (Polka): Sto pięćdziesiąt. On (sprzedawca Turek): Tak, ale trzy razy. Potem stękania. Roman wyszedł ze sklepu, bo go obrzydzenie brało. Wszyscy strasznie wrzeszczymy. Mamy zakładać prywatne przedsiębiorstwo. Rysiek będzie kradł ze swojej pracy tworzywa, ja ze swojej przekaźniki, Roman blachę i jakiś super drut japoński. Helenka (radca prawny) będzie broniła nas, gdy nas wsadzą. Emilka jest kryta jako jedyna żywicielka dziecka.

W telewizji festiwal w Opolu i występ znanej „monologistki”. Helenka: Pieprzy i pieprzy, a śmiać się nie ma z czego. Emilia: Przecież to człowieka szlag trafia. Jedni piszą, drudzy mówią, i jedni, i drudzy na tym zarabiają, tylko ci, co patrzą, wystawieni są tyłem do wiatru. Powinni dopłacać do słuchania takich bredni. Chcą ludziom zupełnie w głowach pomącić, odzywa się Rysiek. Opowiada o jednej aktorce. Na kartce miała spisane różne „numery”, które stosowała podczas występów niezależnie od treści sztuki, aby tak skołować publiczność, żeby nie zauważyła, jakie to beztalencie. Pierwsze rzędy, mówi Rysiek, to jeszcze mogły dojrzeć, że jest bez majtek, ale ci z końca sali byli tylko zdenerwowani tym, z czego się cieszą ci, siedzący na początku.

Roman na granicy bułgarsko-tureckiej. Po pięć dolarów łapówki. Jak te kurwy się puszczały, a z jakimi tobołami poprzyjeżdżały. Emilia pokazuje Ryśkowi, jak się robi spinacze z suraliny. Helenka mówi, że na działce mają dwa prosiaki. Teściowie doglądają. Potem znowu festiwal. Uciszam ich na chwilę, gdy śpiewa Hanna Banaszak.

Kiedy powiedziałem Emilii, że zacząłem pisać powieść o naszym towarzystwie wzajemnej adoracji, odparła że to był jej pomysł. Ale dobrze, pisz, pisz, ja napiszę po swojemu. Obawiam się, mówię, że ci, co w niej występują, obrażą się tak jak ci, których pominąłem. Ja już sobie wyobrażam, co tam nawypisywałeś... Będzie to moje dzieło pośmiertne. Ona jest egoistką, ja egocentrykiem. Czasami zupełnie nie mamy na siebie ochoty.

Kiedyś Emilia była wściekła na mnie, że wymogłem na niej stosunek, a ja na nią, że nie chciała drugi raz. Było to na tym łożu małżeńskim Anki, kiedy już Feliks z Bożenką sobie poszli. Rok temu ja na tym samym łóżku z Ireną. I zawsze ta sama plama na przykryciu. Irenę przywlokła ze sobą z Baranowa Anka, żeby u niej mieszkała i zdawała do szkoły plastycznej. Ale wtedy, gdy Anka podeszła do mnie w klubie i powiedziała, żebym przeczytał na następnym spotkaniu jej wiersze, nic nie wiedziałem o istnieniu Ireny, nie wiedziałem, że będę jej kupował smakołyki na Wielkanoc i że potem, potem będziemy dostawać oboje histerii na swój widok. Ja, kiedyś wysłuchujący jej zwierzeń na temat nieudanego małżeństwa, teraz patrzyłem w ciemne okulary Anki (które nosiła ze względu na tajemniczość) i mówiłem, oczywiście, jeśli chcesz, umówmy się na wtorek, a gdzie mieszkasz... dobra, będę. Wtedy Emilę znałem z widzenia. Chodziła w ostatnich miesiącach ciąży. Feliksisko uważałem za idiotę. Znałem trochę Bola (tego od odpowiedzi w „ŻL”).

Wielbiłem wtedy muzykę Cezara Francka, z którą zaznajomił mnie Jakub. Irenie bardzo podobał się poemat Psyche. Ja mogłem co dzień słuchać kwintetu f-moll. Będąc jeszcze na studiach, szliśmy ulicą z Jakubem pogwizdując motywy z symfonii d-moll. Jest taki rzewny, powiedziała o Francku Ania. Och, kwintet, kwintet... Polubiła tę muzykę. Za najlepszego interpretatora dzieł Francka uważam Marcela Prousta.

Podczas wojny doktor F. przystanął przed wystawą sklepu muzycznego, zasłuchany w sonatę Francka, płynącą z głośnika. Było mi wszystko jedno, mówi, co się za chwilę stanie. Chciałem tylko do końca wysłuchać tej sonaty.

Doktorostwo F., rodzice Jakuba, zajmowali trzy, nie, cztery pokoje z kuchnią z dwoma wejściami i dwiema ubikacjami na drugim piętrze nowego domu. Przez dłuższy czas łączyła mnie osobliwa, korespondencyjna przyjaźń z siostrą matki Jakuba, Anitą. To ona, znowu korespondencyjnie, poznajomiła mnie z jej byłym narzeczonym — pianistą, który w latach pięćdziesiątych nie powrócił ze stypendium zagranicznego. To on przysłał mi biografie Francka i Brucknera. Czytałem je przez jakiś czas w pracy uważając, żeby mnie szef nie nakrył.

A jak tam nasz redaktor naczelny, pyta mnie szef, który czyta moje recenzje muzyczne w tygodniku kulturalnym. Wcześniej Irena ze mną i ciotką Jadwigą na koncercie. Ciotka Jadwiga: Nie mogłam się zorientować, jak to z wami jest, ale kiedy zobaczyłam, jak ją czule ująłeś pod ramię, wtedy już wszystko wiedziałam. Ja z Teresą na koncercie. Teresa: Och, dziękuję ci, to była prawdziwa uczta duchowa (o koncercie d-moll Wieniawskiego). Ciotka Jadwiga, Emilia i ja na koncercie. Emilia: Musiałam zatykać sobie uszy, jak tak głośno ryczeli. Ciotka Jadwiga à propos Emilii: No dobrze, dobrze, ale co dalej? Ja z Lucyną na koncercie. Lucyna obwieszona złotem. Spotykamy Jakuba w szarym garniturku z zaniedbaną żoną w drugiej ciąży. Ciotka Jadwiga i ja na koncercie. Cały czas mi tłumaczy, żebym zerwał z Ireną. Ania ze mną na koncercie. Ten Brahms strasznie mi się podobał, mówi o jego IV symfonii. Ja sam na koncercie. Spotykam Eulalię z koleżanką.

Kiedy ślub z Eulalią, pytają mnie w pracy. Jak tylko pan przyszedł do nas, szef od razu powiedział, że jest pan protegowanym inżyniera O., z którego córką ma pan się niedługo ożenić. Jeśli pana to tak męczy, to dlaczego pan pisze, spytała matka Eulalii. U Jakuba na Sylwestra z Eulalią pierwszy pocałunek, muśnięcie. Potem w ciemnym pokoju siedzimy niezgrabnie na kanapie. No i co będziemy robić, pyta Eulalia. Wychodzimy. Inżynier O. podczas wizyt u nich opowiada mi trzykrotnie o sposobach parzenia herbaty. Wychodzimy z matką z przyjęcia śmiejąc się w kułak.

Eulalia nic nigdy nie miała do powiedzenia. Eulalia oczywiście zaciągnęła mnie do kina na Przeminęło z wiatrem, chociaż widziałem już ten film dwa razy i byłem nim ciężko znudzony. Seans odbywał się w obskurnym kinie w dzielnicy studenckiej. Ludzie poprzychodzili z własnymi krzesłami, z jedzeniem i piciem, w piecach było napalone (chyba to była późna jesień) i wszyscy czuli się jak w rodzinie. Po kilkunastu minutach projekcji okazało się, że kopia jest w fatalnym stanie, taśma rwie się co chwila, a na dodatek pomylona jest numeracja aktów. To jeszcze nie teraz, odzywały się głosy z sali, najpierw jej się oświadczy, a później będą się całować. Kiedy jednak jeden z nieboszczyków po kilku minutach zmartwychwstał i dopiero zaczął wybierać się na wojnę, sala zaczęła tak głośno protestować, że zapalono światło, a co bieglejsi w akcji polecieli do operatora, aby ułożyć rolki. I wtedy, z początku nieśmiało, potem coraz głośniej zaczęło się publiczne opowiadanie kawałów — począwszy od ogólnospołecznych, poprzez polityczne, dochodząc wreszcie do świńskich. Ja bym powiedziała jeden kawał, ale się wstydzę, zawołała jakaś dziewczyna. No mów, stara, gadaj, zachęcały głosy kolegów. Ryfka, ty jesteś jak kryształ. Z powodu piękna linia?... Ale ja się wstydzę dalej, skrewiła dziewczyna, a cała sala chórem dopowiedziała: Nie, bo tyle razy rżnięta!

Wychodzę w niedzielne popołudnie. Nagły upał. Powietrze gorące i wilgotne. Rażące słońce w oczy, asfalt parzy w stopy. Ja na sobie: półbuty mokasyny jasnobrązowe, welwetowe brązowe spodnie niebieska koszula, na ręku beżowa kurtka na ekspres, na ramieniu mała skórzana torebka, na nogach jasne skarpetki, na tyłku majtki z polską metką w obcym języku.

Co mi opowiada Emilia. Anka przyjechała z Warszawy z jakimś aktorem pochodzenia arabskiego, który podobno grał w Hollywood. Poleciała z nim do Ani i Agatki i siedzieli tam (pili też) całą noc. One mają zdrowie, mówię. Plotki. Na Piotrkowskiej, gdzie trwa nieustanna rewia mody i ekstrawagancji, facet w krwiście czerwonym pajacu z czarnymi aplikacjami. Na plecach szwedzki napis. Emilia w jasnozielonej bluzce z tetry. Czerwone i zielone hafty przy szyi i mankietach. Ciemnozielona spódnica, plisowana. Beżowe lekkie buciki na niezbyt wysokim obcasie. Torba jamnik na ramię. Ja cały spocony. Ona pije przed wyjściem Alka-Prim. Ja palę. Ona maluje sobie usta ciemną pomadką. Mówię jej, że Michał, ten mój kuzyn disc-jockey, włókiennik, robi coś z kazeiny i szuka akwizytora. W telewizji odsłonięcie w Poznaniu pomnika ku czci poległych w pięćdziesiątym szóstym roku. Jakiś ksiądz, chyba biskup, krzykliwie wygłasza kazanie. Z podwórka: Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! Może popiją się wcześniej i nikt w nocy nie będzie mi ryczał pod oknami, mówi Emilia.

Refleksja wszechogarniająca (skąd mi się przyplątało to określenie?): że w literaturze antynomia prawdy i kłamstwa jest, bezsensowna. W literaturze jest ważny fakt literacki, jego obecność w dziele, a nie jak się on ma do — właśnie, do czego? Eulalia nie rozumiała nic z Schulza, Emilia nie znosi Manna (nie mogła przeczytać Faustusa), ciotka Jadwiga nie umie czytać dramatów, ja nie cierpię Dostojewskiego. Założę się, że nikt z naszego towarzystwa nie przeczytał Ulissesa.

Ulissesa zapiszę ci w spadku, powiedziała kiedyś ciotka Jadwiga, kiedy prosiłem ją, żeby sprzedała mi tę książkę. A może ciocia wreszcie przeczyta? Nie, ja tego nie mogę. A jak tam Proces? Wiesz, ale to wszystko takie okropne u tego Kafki. To musiał być chory człowiek. Ciotka Jadwiga jest moją najukochańszą ciotką. Jej dziewięćdziesięciosześcioletnia matka pamięta całą genealogię naszej rodziny od strony mojej matki. Jacyś przodkowie z Austrii. Ciotka Jadwiga słuchając VII symfonii Brucknera: Jak do was przyszłam, to mnie tak głowa bolała, a teraz mi przeszło. Ta muzyka tak płynie, płynie... U niej w domu zawsze czuję bezpieczne ciepło, które przenika mnie i uspokaja. Ona jedna nie namawia mnie do ożenku. Co czytasz? Ona jedna zawsze — co czytasz?

Pierwsze pytanie inżyniera O.: Jakie pan sporty uprawia? Po pewnym czasie pytanie Emilii: Ile miałeś dziewczyn przede mną? Bezustanne pytania matki: Idziesz już spać? O której cię obudzić? Czy przyjdziesz normalnie na obiad? No i co tam mówili w pracy?

Moje wieczne pytania do Łucji. Ale dlaczego nie chcesz? Nie kończące się dyskusje o Bogu, wierze, świecie, seksie, miłości, ożenku, ciąży. Wreszcie ja z Łucją w górach. Łucja rozpala w lesie ognisko i pali w nim moją podkoszulkę ze śladami krwi. Było to tak dawno, że zupełnie nie pamiętam, co wtedy pisałem. Oczywiście po nocach, gorąco było nie do wytrzymania. Sierpień. Świerszcze w skoszonych trawach. Spadały meteory.

Dzisiaj postanowiłem pisać bardzo długo w noc, lecz czuję, że gasnę. Koniec czerwca. Przejeżdżające tramwaje. Za szybami zupełnie czarno. Wziąłem pastylkę od bólu głowy. W telewizji Prońko: „Bądź jak kamień, stój, wytrzymasz!”

 

Słowa Brylla. Bryll często jako Miłosz dla mas. Jednak te masowe masy w ogóle nie wiedząc, kto to Bryll, zdecydowanie wolą nic. Najwyżej jakiś western.

Po sierpniu (a może jeszcze wcześniej) wyszedł na światło dzienne termin „robole”. Ciągnie się to od dawna, jeszcze od czasów Tuwima i szarego człowieka. Leśmian walczył z „rozpanoszoną zmorą szarego człowieka”. Krytyki Sandauera dały właściwą, wysoką pozycję Leśmianowi. Sandauer jeździł na rowerze z Sambora do Drohobycza, żeby zobaczyć się z Schulzem. Schulza Noc lipcowa, Ta czerń za szybami. Zupełnie czarny jest dla mnie początek koncertu fortepianowego d-moll Brahmsa. Od tego koncertu zacząłem słuchać muzyki. Inspiracja muzyką bardzo silna. Wiersze jak muzyka — wieczne marzenie. Nie bardzo już umiem pisać wiersze. Nie bardzo umiem marzyć. Marzeniem jest albo wydana książka, albo pełno wszystkiego w sklepach, albo dom ze starą biblioteką. Książka jak dotąd nie może się zdarzyć, w sklepach pustki, tego domu nigdy nie będzie. Jedyna książka, której zazdroszczę — proza Schulza. Czego można zazdrościć jak nie wyobraźni? Jak można cierpieć na niemożliwość? Można wiedząc, że jutrzejszy poniedziałek to tylko poniedziałek i nic więcej. Jak można cierpieć na myśli? Można wiedząc, że nie trzeba myśleć, żeby ten poniedziałek minął, chociaż można by o nim napisać gruby tom powieści, rozprawę naukową, symfonię czy też namalować panoramę pod tytułem Poniedziałek, wystawiając ją w specjalnie zbudowanym pawilonie. To w związku z rekonstrukcją Panoramy Racławickiej. Matka widziała ją przed wojną we Lwowie. O Boże, jęknęła ciotka Jadwiga przed wystawą sklepu cukierniczego w Atenach, takie same ciastka jak przed wojną na Piotrkowskiej. Cukiernia ciast trujących — rysunek Wojtkiewicza do książki Jaworskiego.

Pracownia nieżyjącego ojca Ani — plastyka. Za wielkimi szybami czarna noc. Skołowany jak zbity pies. Nie będziesz się chyba rzucał z balkonu. Dziś jeszcze nie. Jeszcze mało. Zbyt mało, żeby umrzeć pełnią śmierci. Raczej bezustanne czuwanie. Sztuka jest czuwaniem. Przecież właśnie stąd Finnegans Wake. Tam gdzie czas się zupełnie nie liczy. Czuwanie nie zna czasu, gdy sen umierającego i sen czuwającego dzieją się jednocześnie. Gdy to, co jest, staje się jedynie materiałem do przypuszczeń o czymś zupełnie inaczej skonstruowanym. O nie wymyślonych możliwościach rozgrywania się pewnych historii. Wzruszenie na myśl, że można wszystko wywrócić na drugą, trzecią, n-tą stronę. Czuwanie i nasłuchiwanie. I nagle zestrzelenie w jednym wyrazie. Mozart powiedział, że przed napisaniem nowej symfonii widzi cały utwór jak na dłoni. Tylko to zapisać. Tylko zacząć. Nigdy dokładnie nie wiadomo, jak się w sobie samym przeprowadza selekcję. Co odrzucić? Siebie odrzucić. Opuścić. Wyjść w noc. Starożytni Babilończycy wierzyli, że zaraz po śmierci cień człowieka przenika przez grób i zstępuje do Arallu — krainy, skąd nie ma powrotu. Znajduje się tam wielkie miasto, pokryte popiołem i spowite w ciemności. Zmarli, nadzy jak ptaki, pożywiają się gliną, pijąc brudną wodę. W życiu tym mogą im ulżyć jedynie ofiary krewnych i przyjaciół. Ci, którzy nie mają już nikogo, wraz z nie pogrzebanymi bez spoczynku błądzą, od czasu do czasu powracając jako złośliwe demony między żywych, aby ich dręczyć.

Ania, że początek IX symfonii Mahlera przypomina jej pożegnanie. Karolek: A jeśli będę chciał całą noc włóczyć się po ulicach. Emilia: Dlaczego ty nigdy nie piszesz o miłości? Feliksisko jak zwykle przesadza: Ty piszesz czasem o rzeczach, o których my wcale nie wiemy. Zaprzeczam. Ależ, mój drogi... Feliks wypina siedzenie, strojąc głupie miny. Karolkowi nie podoba się zwrot „na peryferiach snu Boga”. Odpowiadam Emilce, że o miłości ani nie lubię pisać, ani czytać. Zresztą nie umiem.

Otóż okazuje się, że nikt z nas właściwie nie pisze z tłem. Współczesność, historia — stoją gdzieś z boku. Albo się nie umie, albo jest to niepotrzebne. Same prywatności bez zaplecza. Może to tylko symptom, a może nieuleczalne schorzenie. Jeszcze jedno przypuszczenie: tło w tej materii nic nie znaczy. Czyżby zatem nasze czasy były zbyt błahe?

Młodzi pisarze powinni pisać o budowie socjalistycznej ojczyzny. To jeszcze słyszałem dwa lata temu na spotkaniu w Malinie. Byli młodzi pisarze, byli starzy pisarze, byli sekretarze, był minister. Kryzys, jaki kryzys, u nas nie ma żadnego kryzysu. Inflacja, jaka inflacja, ekonomika socjalistyczna nie zna inflacji. Zadłużenie, jakie zadłużenie? Trzy dni bezpłciowej gadaniny. Na śniadanie szynka. Kawa o jedenastej i piątej po południu. Schaby na obiad. Rozkosze kulinarne odwrotnie proporcjonalne do intelektualnych. Ach, ten „język giętki”... Znowu szynka na śniadanie. Auderska, Kuśniewicz, Bereza. Prosimy na kawę. Sandauer nie przyjedzie, szepcze mi do ucha Janusz. Prosimy na obiad. Prosimy na kawę. Gogolewski czytający wiersze młodych. Prosimy na kolację. Przed premierą projekcja filmu Amator. Prosimy jutro na nowy dzień. Zapewniamy zwrot kosztów podróży.

Po trzech dniach z bolącą głową i zwrotem za przejazd wracam z Januszem pociągiem do Łodzi. Janusz, mocne plecy, młodszy ode mnie o pięć lat. Dostrzegł rytmikę Sępa-Szarzyńskiego w jednym moim wierszu (polonista). Akurat wtedy czytałem: „Eheu, jak wiatrem pędzone obłoki”. Ach wiesz, w tym zarządzie, mówi ze znudzeniem, opierając nogę o grzejnik na korytarzu pociągu, byłem niedawno na konferencji, ale nudy. Nie podejmuję dyskusji. Znam jego artykuły o żniwach. On przedtem w hotelu: Nawet dobra herbata ta popularna. Nie podejmuję dyskusji. Janusz odnowiony po odnowie pisze artykuły o strajkach studentów i o Gdańsku. Pewnego dnia spotykam go na ulicy. Mówi: Idź do telewizji, powiedziałem Fredkowi, że przyniesiesz wiersze.

Fredek to mój kolega z ogólniaka. Chodziliśmy do równoległych klas. Fredek na dole w hallu gmachu telewizji: Tylko powiedz mi, czy te wiersze nie były drukowane w innej gazecie. Zaprzeczam. Na pewno? Na pewno. No, bo wiesz, łeb by mi urwali.

To samo redaktor naczelny tygodnika na spotkaniu w Klubie: Z zasady nie drukujemy tych, których drukują gdzie indziej. Uważamy, że trzeba mieć jednego mecenasa. Mały, drobny, nijaki. Nie zauważył, że istnieje tylko jedna literatura. Podobno ma za sobą ciężkie przeżycia. Plotka jako wbijająca się w pamięć charakterystyka.

Bolo (ten od odpowiedzi w „ZL” i od zabierania głosu w kwestii formalnej) zaczepia nas na Piotrkowskiej, kiedy wracamy z obiadu abonamentowego w „Savoyu”, które to obiady Emilia ma załatwione przez Ziuteczkę. W „Savoyu” kelnerzy od rana pijani. Bolo ogłasza nam najnowszą wiadomość literacką Łodzi: jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie — albo coś w tym rodzaju. Dalej Bolo opowiada nam, jak założył nową grupę literacką, jak sfałszowano wybory na naszego przewodniczącego klubu (chodzi o Wiesława-Wiesława), jak się Bolo odwołał, co on im powiedział, a co oni jemu powiedzieli i że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Odbija mi się starym tłuszczem. Bolo ma żonę dwa razy większą od siebie, która się roztyła i jest w premanentnej ciąży. Nie, niemożliwe, żeby mi się wtedy odbijało. Wtedy była wolna sobota i nie wydawano obiadów. Bolo z siatką kartofli odchodzi, przechodząc na ukos jezdnię.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?