WesterplatteTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Westerplatte
Westerplatte
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76,58  61,26 
Westerplatte
Tekst
Westerplatte
E-book
33,68  23,58 
Szczegóły
Westerplatte
Audio
Westerplatte
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
42,90  31,32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział I. Stary świat odchodzi

Rozdział II. 4.48

Rozdział III. A więc wojna...

Rozdział IV. Biała flaga

Rozdział V. Westerplatte jeszcze się broni...

Rozdział VI. Jeszcze będziemy Termopilami...

Rozdział VII. Golgota majora

Najważniejsze osoby dramatu

Karta redakcyjna

Okładka




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział I
Stary świat odchodzi

25 VIII 1939, Gdańsk, Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte, godzina 8.17

Już go widać, już płynie. Prosto na nas. Bach, bach! Zaraz wszystko się zacznie – powiedział podporucznik Kręgielski.

– Forteca pod pełną parą – mruknął Sobociński, jedyny w cywilnym ubraniu wśród wojskowych, a przecież formalnie ich zwierzchnik. – Nie żałują węgla.

– Za pozwoleniem, panie pułkowniku – żachnął się porucznik Grodecki. – Był przestarzały już wtedy, kiedy go zbudowali. Po wojnie Niemcy zrobili z niego hulk, pływające koszary. Dopiero za Hitlera awansował na flagowy okręt Kriegsmarine. Na chwilę! Dziś szkoli uczniaków. I nie chodzi na węgiel, tylko na ropę.

– Nie przeczę, przyjacielu. – Sobociński oderwał oczy od lornetki. – Jednak dali mu eskortę, jakby na pokładzie był sam Führer. Spójrz – wyciągnął rękę – ma dwie wieże, działa ze trzysta milimetrów. Nie licząc kilkudziesięciu pomniejszych, przy których wasza prawosławna siedemdziesiątkaszóstka jest jak packa na muchy.

– Co z tego – Grodecki śledził ruch nadciągającego wroga z taką uwagą, jakby chciał wtłoczyć okulary w oczodoły – skoro z tych dwieścieosiemdziesiątekósemek nigdy w nic nie trafił?

– Naprawdę? – zdziwił się Sobociński.

– Na Jutlandach, albo jak Szkopy mówią: w bitwie na Skagerraku, sam dostał pociskiem.

– Ha, nie taki znowu straszny, jak go malują.

Stali w lasku na północnym brzegu półwyspu, nieopodal chronionych nasypami magazynów amunicyjnych, chłonąc słony oddech morza i pisk mew i wypatrując wroga. A ten widoczny był w całej pełni. Pancernik Schleswig-Holstein szedł równym zachodnim kursem. Zbliżał się – wyniosły, z dwoma kominami, dwoma masztami, nadbudówkami rozszerzającymi się kilkanaście metrów nad pokładem, szeroko osadzony w wodzie. Na pokładzie dostrzec można było szeregi marynarzy Kriegsmarine w białych czapkach i bluzach, wyprężonych w postawie zasadniczej.

Za pancernikiem jak cienie podążały cztery trałowce. W pewnej chwili jednak zrobiły zwrot na wschód – do Piławy.

– Wizyta, jak pewnie wiecie, jest kurtuazyjna – uśmiechnął się Sobociński. – Ma potrwać tylko do niedzieli. Potem może zaczną do was strzelać.

– Z wrodzoną niemiecką kurtuazją: prosto w plecy – rzekł Kręgielski.

– To jak znak rozliczenia – odezwał się milczący dotąd porucznik Pająk. – Nie znamy dnia ani godziny.

– Jesteśmy na to gotowi od trzech lat – uciął kapitan Dąbrowski, opuszczając lornetkę i odsłaniając głębokie, zmęczone oczy. – A za defetyzm w składnicy można zarobić kulę szybciej niż od Niemców – dodał, uśmiechając się samymi kącikami ust. Tylko po tym lekkim drgnięciu warg poznali, że żartował.

– Już po niego płyną. Na wyścigi – zamruczał Grodecki.

Z Neufahrwasser, czyli po polsku z Nowego Portu, wyszły dwa pękate holowniki, upstrzone kolorowymi chorągiewkami na zwisających z masztów linach. Płynęły szybko, pozostawiając smugi dymu.

– Albert Forster i Danzig – ciągnął Grodecki, szef całej techniki składnicy i zarazem adiutant dowódcy. – Diabeł im siedzi w silnikach.

Pancernik szybko zrzucił cumy i dymiące holowniki wciągnęły okręt w głąb portu, mijając molo wschodnie i latarnię morską.

Sobociński obrócił się do oficerów, strzepując igły z nienagannie czystej marynarki.

– Panowie, czas na mnie – powiedział. – Nie mogę pokazać Niemcom, że jestem tu z wami, oficjalnie.

– Nie powinieneś czasem witać szwabskich gości po drugiej stronie kanału? – zapytał Grodecki. – Wizyta kurtuazyjna, więc na pokładzie nie może zabraknąć przedstawiciela naszego Komisariatu.

– Wymigałem się. Zresztą Niemcy i tak nie wpuściliby na pokład takiego starego szpiega jak ja. Minister Chodacki musi sobie poradzić sam. Pójdę już.

– Obejdź nowe koszary lasem, koło wartowni numer cztery – odezwał się Dąbrowski. – Ostatnio Niemcy dzień i noc obserwują plac sportowy zza kanału, mało im ślepia nie wyskoczą. Będziesz tam jak na dłoni.

– Przepuszczą mnie przez bramę kolejową? Zostawiłem samochód w lasku koło Wisłoujścia.

– Dlaczego nie. Najsarek cię zna – mruknął Kręgielski.

– My też chodźmy – zakomenderował Dąbrowski. – Stąd nic już więcej nie zobaczymy.

– Gdzie będzie lepiej widać?

– Ze stanowiska obserwacyjnego albo z nasypu schronu koło drugiej wartowni.

– Zobaczmy.

– Ty, Mały, nie idziesz – powiedział Dąbrowski do Kręgielskiego. – Sprawdź najpierw posterunki czwarty, piąty i szósty. Zbierz meldunki od wartowników, czy nie było niemieckich zaczepek. Dopiero potem wracaj do nas. Na drugą część widowiska.

Neufahrwasser, Nabrzeże Oliwskie, godzina 9.23

Wolne Miasto Gdańsk czekało na okręt jak na zbawcę: z rozwiniętymi, powiewającymi na wietrze czerwonymi flagami z krzyżami i koroną, z budynkami udekorowanymi morzem chorągiewek i proporców z czarnym, łamanym krzyżem. Na zielone trawniki koło Stacji Pilotów i latarni morskiej wyległy całe tłumy gdańszczan. Najpierw szły, potem pędziły, dopadały nabrzeży, krzycząc, wiwatując, pozdrawiając odświętnym Heil! i wzniesionymi rękoma. A potem towarzyszyły Schleswigowi – od kiedy minął boję wejściową do portu i majestatycznie przesuwał się wzdłuż wybrzeża.

Z prawej strony nabrzeża okręt mijał dźwigi i ceglane budynki portowe. Z lewej miał ceglany mur na wzniesieniu, za nim nieprzenikniony las drzew. Zagadka i pułapka. Zielony masyw oblany wodami kanału, za którymi kłębił się gdański tłum. Wojskowa Składnica Tranzytowa. Westerplatte. Lesisty skrawek Polski w sercu wroga.

Na Nabrzeżu Oliwskim, przy solnych spichlerzach, wzniesionych z czerwonej cegły jak krzyżackie kaplice, czekał rozwieszony wielki transparent: Willkommen Schleswig-Holstein. Pod nim zgromadziły się delegacje i poczty sztandarowe, a także kierownictwo gdańskiego NSDAP, zwarte oddziały SA, weterani ze związków, orkiestry. Tłum falował i krzyczał, napierał na kordon policji Schupo w szaro-zielonych czakach na głowach, ozdobionych trupimi główkami, jak u huzarów śmierci. Orkiestra zagrała hymn Wolnego Miasta, „Für Danzig”, powolny, melodyjny, mdły i nudny jak cały status Gdańska, będącego od traktatu w Wersalu czymś dziwnym, bo ani miastem polskim, ani niemieckim, ani tym bardziej suwerennym państwem. Freie Stadt Danzig. Mnogie głosy podchwyciły w uniesieniu:

Kennst du die Stadt am Bernsteinstrand,

umgrünt von ew’ger Wälder Band,

wo schlanke Giebel streben

empor zum Sonnenschein!

Ja, sollt’ ich fröhlich leben,

in Danzig müsst es sein!

Ledwie przeleciały wszystkie zwrotki, wybuchła wrzawa, a muzykanci zaczęli grać hymn Rzeszy. Teraz śpiewali wszyscy:

Deutschland, Deutschland über alles,

über alles in der Welt,

Wenn es stets zu Schutz und Trutze

brüderlich zusammenhält

Von der Maas bis an die Memel,

von der Etsch bis an den Belt.

Deutschland, Deutschland über alles,

über alles in der Welt!

Westerplatte, południowy mur nad kanałem portowym, godzina 9.55

Patrzyli na to wszystko z podwyższenia przy murze, osłoniętego gałęziami młodych dębów, rosnących gęsto po polskiej stronie ogrodzenia. Widzieli, jak na Zakręcie Pięciu Gwizdków holownik Danzig obracał Schleswiga-Holsteina dziobem do wyjścia z portu. Spuszczono z niego dziesięć łodzi, a potem podciągnięto do Nabrzeża Oliwskiego. Było już dobrze po dziesiątej, kiedy dobił do niego lewą burtą. Gdański tłum naciskał na kordony policji. Ci najgorliwsi, którzy nie mogli widzieć ceremonii, przemawiającego prezydenta senatu, parady i defilady oddziałów SA, włazili na latarnie, na dachy magazynów. Czasami wygrażali pięściami, wymachiwali rękami w kierunku składnicy, ale ich okrzyki nie dolatywały przez kanał.

 

– Morze nienawiści – powiedział w zadumie porucznik Pająk. – A my sami, otoczeni ze wszystkich stron.

– Dalej, za Motławą, są nasi – mruknął Dąbrowski. – Nie bójcie się, korpus generała Skwarczyńskiego da popalić, jeśli zrobią jakąś rozróbę.

Zaszeleściły krzaki, poniżej podwyższenia wychyliła się głowa podporucznika Kręgielskiego.

– Melduję: posterunki sprawdzone, żadnych prowokacji.

– Niech pozostaną cofnięte znad kanału – zdecydował Dąbrowski. – Sam zamelduję o tym dowódcy.

– To nie wszystko, panie kapitanie! Senat Wolnego Miasta ustanowił dziś Forstera głową Gdańska. Spotkałem Rasińskiego, właśnie podali przez radio.

– Złamali konstytucję miasta – pokiwał głową Grodecki.

– Nie pierwszy raz, nie ostatni. No, koniec oglądania Szwabów. Do czasu wydania kolejnych rozkazów obowiązuje pogotowie.

Zeszli kolejno z podwyższenia; Dąbrowski na końcu, jak ostatni obrońca placówki. Nie widział już – zresztą nie miał jak – kolejnych aktów ceremonii: przemówień gdańskich senatorów oraz wizyty bladego ministra, komisarza generalnego Rzeczypospolitej w Gdańsku Mariana Chodackiego, prowadzonego pod lufami dział wzdłuż szpaleru prezentujących broń marynarzy. Zaproszono go potem na kieliszek szampana wypity pod drwiącym wzrokiem niemieckich oficerków. Minister pełnomocny milczał, nie uśmiechał się, jakby liczył dni pokoju, które jeszcze pozostały.

Dąbrowski nie widział też, kiedy na ląd zszedł komandor okrętu Gustav Kleikamp, by w asyście kompanii honorowej złożyć wieniec pod głazem-pomnikiem poległych marynarzy z krążownika Magdeburg na Skagerrakplatz. Na cmentarzu garnizonowym w Oliwie, gdzie była ich kwatera i stała poświęcona im tablica, nie pojawił się ani jeden Niemiec.

Nowe koszary na Westerplatte, godzina 11.08

Dąbrowski wracał w cieniu pancernika, którego maszty i wieżyczki wyrosły nagle nad gęstym lasem koło bramy głównej, jakby zazdroszcząc sosnom i dębom. Kapitan szedł pod ostrzałem lornetek niemieckich obserwatorów ulokowanych po drugiej stronie kanału, w spichlerzach firmy Anker, na dźwigach, zapewne też na latarni morskiej. Dzień po dniu ich czujne szkła śledziły teren składnicy. Rozstawianie posterunków, zajmowanie stanowisk, żołnierskie zbiórki i apele – wszystko dostrzegały drapieżne oczy ślepiące z okien i otworów, zza neogotyckich szpikulców i iglic kościoła oraz starych kamienic w Neufahrwasser. Doniesienia były spisywane i wysyłane w raportach szczegółowych jak cyrograf do Abwehry, do Gestapo, do kwatery niemieckiej armii i nie wiadomo dokąd jeszcze.

Dąbrowski szedł obok wartowni numer dwa, szarej betonowej budowli otoczonej klombami kwiatów. Kiedy podążał niczym w kurorcie dróżką wysypaną białym żwirem, jego wzrok łagodziły i przyciągały trawniki, klomby hortensji i gardenii, wysoko pnące się róże przy ścianach wartowni. Przed sobą miał nowe koszary, a znacznie dalej za nimi, pod lasem, gospodarstwo Mikołajewo i sad owocowy, a także ogrody warzywne, założone jeszcze za czasów, kiedy komendantem składnicy był major Stefan Fabiszewski. Dalej, bliżej koszar, po prawej minął plac sportowy – boisko do gry w piłkę i korty tenisowe. Naprawdę całkiem jak na wczasach.

Uśmiechnął się sam do siebie. Róże i inne kwiaty maskowały śmierć – za misternymi oplotami skrywały strzelnice bojowych kabin pod wartowniami, koszarami i willą oficerską. Teraz już nie zwracał uwagi na kwitnące róże, przekwitające hortensje i mieczyki, na wrzosy zapalające się ciemnofioletowymi plamami kwiatów dalej, w lesie oddzielającym bocznicę kolejową od placu przed koszarami. Zamiast nich widział kąty ostrzału: z wartowni numer sześć pod nowymi koszarami na plac sportowy i stare koszary, z wartowni numer dwa na kanał, Nowy Port i bramę główną, a z wartowni numer trzy pod willą podoficerską – na północ i południe. Sam wszystko ustalał z Fabiszewskim. Okrężny system obrony wartowni miał nie przepuścić żadnego Niemca. Zamykał krąg śmierci wokół nowych koszar, pozwalając na sześć godzin obrony. Do odsieczy.

Kapitan wszedł do nowych koszar przez wejście, które z góry osłaniał kamiennymi skrzydłami orzeł, wyrzeźbiony w piaskowcu przez Konrada Srzednickiego. Wspiął się po kilku schodach i znalazł się na podwyższonym parterze, w pomieszczeniach dowództwa. Stał tu wartownik, a przed nim szczupły i wąsaty żołnierz, jakby skrojony do noszenia munduru – tak jest, człowiek do uniformu, nie odwrotnie. Zasalutował przepisowo, stukając obcasami. Dąbrowski odsalutował.

– Panie kapitanie, starszy ogniomistrz Piotrowski melduje kłopot z zaopatrzeniem składnicy.

– Proszę. – Dąbrowski ruchem ręki zachęcił go do wejścia do pokoju dowodzenia.

Zanim jednak Piotrowski ruszył z miejsca, z otwartych drzwi na taras wyszedł oficer o młodym, gładkim obliczu. Wyglądał na wiecznie zatroskanego. Bo takie też było zadanie kapitana Mieczysława Słabego, naczelnego lekarza placówki. Był trochę roztrzęsiony, po drodze zgasił niewypalonego do końca papierosa w metalowej popielniczce na korytarzu. Ale komu nie udzielały się nerwy w tych ostatnich dniach sierpnia.

– Panie ogniomistrzu, poczekajcie. – Dąbrowski pchnął drzwi do pokojów dowództwa.

– Pozwól mówić ogniomistrzowi. Ja potem – rzekł nieoczekiwanie kapitan Słaby. – W cztery oczy.

– Oczywiście. – Dąbrowski wszedł do pomieszczenia, siadł przy dębowym stole i wyciągnął papierośnicę, ale Słaby pokręcił głową. Podobnie Piotrowski, zbrojmistrz składnicy.

– Panie kapitanie – odezwał się – melduję, że Niemcy przejęli na stacji Troyl wagon z uzbrojeniem dla nas. Ten sam, który szykowałem przedwczoraj w polskim Komisariacie w Gdańsku, z majorem Krukierkiem.

– Ktoś zdradził – mruknął Dąbrowski.

– To już nieważne. Masz, czytaj. – Słaby położył na stole szeroką płachtę gazety „Der Danziger Vorposten”, ozdobionej w nagłówku zarówno stylizowanym widokiem katedry miejskiej i herbu Gdańska, jak i łamanymi niemieckimi krzyżami.

– „Czy Polska chce zapowiedzianą przez jej generałów wojnę rozpocząć w Gdańsku?” – Litery artykułu krzyczały i szczerzyły zęby, kiedy kapitan przeleciał po nich wzrokiem. – „Przechwycono wagon broni, który pod pozorem transportu żywności był przeznaczony dla Westerplatte. Do jakiego stopnia mieszkający w Gdańsku Polacy są już zaopatrzeni w broń...” Rozumiem, że mamy ambaras jak jasna cholera?

– Niczego nie rozumiesz – uciął Słaby. – W tym transporcie było wyposażenie mojej sali chirurgicznej. Wszystkie narzędzia, stół operacyjny... Bez tego mogę leczyć bóle głowy, sraczkę i wrzody. Powiedz mi sam: jak zajmować się ludźmi z ranami postrzałowymi? Mam wyjmować kule gołymi rękoma? Czym? Widelcem?

– Nie jestem komendantem składnicy, tylko dowódcą kompanii wartowniczej. Zaraz... to jest dodatek specjalny „Vorpostena”, numer dwunasty, ale z wczoraj. Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?

– Od poniedziałku Niemcy zatrzymują całą naszą pocztę. To przyniósł młody Duzik. Cały Gdańsk o tym trąbi.

– Zatem w Komisariacie też wiedzą.

– Panie kapitanie – meldował Piotrowski – brakuje nam amunicji i elkaemów. Żeby chociaż ze dwa zapasu, bo te, co mamy, ciągle zacinają się od wilgoci. Prawie nie ma też drutu kolczastego. Ale to nie wszystko. Jest za mało zapalników do siedemdziesiątkiszóstki. Bez tego cała armata na nic. Zamienili wtedy, w ostatnim transporcie, pamięta pan, panie kapitanie? Będziemy bez obrony... Wszystkie dodatkowe szły w tym wagonie, który nakryli na stacji w Nowym Porcie.

– Meldowaliście o tym majorowi?

– Był niedostępny. A, za pozwoleniem, panie kapitanie, czas już nie ucieka, tylko leci! Dlatego przyszedłem tutaj.

– Sam mu powiem. I tak trzeba zadzwonić do Komisariatu, a do tego upoważnienie ma tylko Heniek. Dziękuję. Wracajcie do zajęć.

Dąbrowski wstał zza stołu chmurny, ale Słaby wcale nie chciał odchodzić.

– Coś jeszcze?

– Kuba, ja... – Słaby patrzył mu prosto w oczy – ja tylko chcę cię... naprawdę cholernie prosić, żebyś nie lekceważył tej sprawy. Wiem, że wy, frontowi oficerowie, lekceważycie potrzeby zaplecza. Co wam tam jakiś łapiduch. Ale bez narzędzi... Co ja mogę, jeśli wybuchnie wojna? Mam tyle prochów, co apteka na jakimś zapchlonym Berdyczowie. Aspirynę, kogutka i węgiel na sraczkę. Brakuje pierwszej pomocy: kamfory, strofantyny, strychniny, lobeliny! Samej morfiny zostało mi może kilka fiolek. Cholera, aż dziwne, jeszcze dwa tygodnie temu miałem ich pełne pudełko.

– Sugerujesz, że ktoś... Czy mam przeprowadzić śledztwo?

– Nie. – Lekarz spuścił wzrok. – Nie trzeba, nie ma czasu zresztą. Sam sprawdzę. Może dałem Wysockiemu albo zapomniał zwrócić. Na razie nie róbmy z tego sprawy.

– Bądź pewien, że zrobię wszystko, żeby wydobyć od nich ten transport. Głowa do góry, Mieciu. Idę zaraz to załatwiać. Z komendantem.

Pod willą oficerską, pięć minut później

Majora Henryka Sucharskiego nietrudno było znaleźć. Wysmukły, w nienagannym mundurze przyozdobionym krzyżem Virtuti Militari, ściśnięty w talii pasem oficerskim i w naciągniętych na dłonie brązowych, ciasnych rękawiczkach, przechadzał się alejkami wśród kwiatów. W prawej ręce trzymał smycz, na której prowadził ulubionego doga Erosa. Zwierzak był ciemny, prawie czarny; Dąbrowski, miłośnik dobrych koni i jeszcze piękniejszych kobiet, powiedziałby, że kary, ale tak rasowy i wychuchany pies na pewno miał inne, własne określenie na maść. Trzy kroki za majorem dreptał jego ordynans, legionista Józek Kita; co chwila przygryzał wargi, jakby bawiła go ta cała sytuacja.

Mewy łażące po trawie obok alejki zerwały się z łopotem skrzydeł na widok psa. Stojący z boku plutonowy Adolf Petzelt aż podskoczył, zasalutował regulaminowo, a potem niefrasobliwie wytrząsnął z kieszeni garść okruchów, którymi karmił ptactwo. Sucharski nie zwrócił na niego uwagi, dostrzegał tylko Dąbrowskiego. Przełożył smycz do drugiej ręki, podniósł wzrok; coś jakby zdumienie zarysowało się na jego zaciętej twarzy.

– Heniu – powiedział bez ogródek kapitan – Niemcy przejęli nasz transport uzbrojenia na stacji Troyl. Ten, który kazałeś przygotować Piotrowskiemu. Przepadły cekaemy, amunicja, a co gorsza, rzeczy naszego doktorka i zapalniki do prawosławnej.

– Zastanawiałem się już – mruknął major – jakie jeszcze atrakcje przygotowali dla nas Niemcy w dzień tak wielkiego święta – spojrzał w kierunku kanału i sterczących nad lasem masztów pancernika – jakim jest przybycie tej pływającej baterii. Niedobrze, ale cóż, na wszystko trzeba być przygotowanym, jak się jest komendantem takiej placówki. I co w związku z tym?

– Nie rozumiem?

– I co w takim razie wymyśliłeś?

Dąbrowski zgryzł w sobie złość jak orzech. On wymyślił... Dobrze powiedziane, był przecież dowódcą kompanii wartowniczej. I zastępcą. I miał na głowie jeszcze wiele innych zajęć i spraw, którymi nie chciał albo nie miał czasu zajmować się komendant składnicy.

– Wojna wybuchnie lada godzina – odparł – więc każda pomoc się przyda. Musisz zadzwonić do Komisariatu, do Sobocińskiego albo do majora Krukierka, żeby przygotowali nam kolejny transport.

– I myślisz, Kuba, że Niemcy znowu go nie przejmą?

– Tym razem nie damy im takiej możliwości. Sami go odbierzemy.

– Jak?

– Poślemy samochód z dwoma ludźmi w cywilu.

– Tak po prostu? A jak go Niemcy zatrzymają i...

– Nie zatrzymają.

– Jak to?

– Wyślemy takich ludzi, którzy nie dadzą się zatrzymać.

– Kogo mianowicie masz na myśli?

– A choćby Gryczmana. Albo Budera i Trelę.

– Buder jest dziś rozprowadzającym, a Gryczman nie wiem, czy nie na przepustce. Znajdziemy innych, choćby Gawlickiego.

– Podoficera rezerwy? No nie wiem.

– Chorążego Bronę!

– Wiem, twój zaufany człowiek. Ale nie zna Gdańska. I tak trzeba najpierw zadzwonić do Komisariatu, dowiedzieć się, co i jak. Zamówić transport. Tylko ty możesz.

– Wiem o tym lepiej od ciebie.

Major przywołał Kitę, oddał mu smycz psa.

– Kochany, zaprowadź Erosa do pokoju, a potem pędź do centrali w koszarach, niech mnie połączą z Komisariatem w Gdańsku. Na mieszkanie, tak. Spraw się.

 

Wyciągnął dłoń, jakby chciał poklepać... Kitę, ale tylko położył dłoń na głowie doga i skinął na kapitana.

– A gdzie twój drugi pies? – zapytał Dąbrowski. – W niełasce?

– Dokładnie tak jak mówisz. Chciał mnie, drań, ugryźć! Niedobry... no to siedzi. Do mnie, Kuba. No, chodź do mnie. Nie będziemy mówić tu, na oczach...

Nie skończył. Wiadomo, że chodziło o Niemców, choć przecież tutaj, w alejce, tamci mogli co najwyżej śledzić ich przez lornety.

Mieszkanie komendanta w willi oficerskiej, godzina 11.53

To był naprawdę wielki szpas, że Sucharski zaprosił Dąbrowskiego do prywatnego mieszkania na piętrze willi oficerskiej. Otworzył drzwi, przepuścił kapitana do chłodnego, wytwornego wnętrza.

Budynek – wysoki, z balkonem, kryty czerwoną dachówką – przypominał czasy, kiedy Westerplatte było jeszcze pensjonatem. Na dole znajdowały się kasyno oficerskie i mieszkanie Dąbrowskiego, na piętrze zaś, za drzwiami ozdobionymi witrażem – szeroki i jasny apartament komendanta. Dębowe stoły, fotele i mahoniowe szafy na wygładzonych parkietach, żelazne świeczniki i lampiony, choć przecież był tu prąd – wszystko to błyszczało, bez śladu kurzu, i sprawiało, że Dąbrowski, który przyszedł w służbowym mundurze, poczuł się obco, jak jakiś petent. Albo jak... dama zaproszona w gościnę. Nie tak dawno temu, kiedy był jeszcze porucznikiem 29. Pułku Strzelców Kaniowskich, też zapraszali nielegalnie do koszar takie damy, które nie mogły spodobać się dowódcy i wojskowym komisjom. Bez podtekstów, wyłącznie wyzwolone nauczycielki i urzędniczki. Z pewnością czuły się podobnie, wprowadzane po kryjomu do pokojów oficerskich.

Sucharski siadł w fotelu przy okrągłym stoliku, przestawił z szafki czarny ebonitowy aparat telefoniczny, przysunął go bliżej. Czekał. Kapitan siadł na wprost niego.

– Który to już raz szykują prowokację? – zapytał Sucharski.

– Raczej wojnę. Za bardzo się zbroją w Gdańsku. Nie wywiniemy się.

– Nie przeraża cię to?

– Wstąpiłem do wojska, żeby się bić, nie politykować. Bić się o każdy skrawek Polski. Zwłaszcza o ten!

– O kupę piachu.

– Z majorem Fabiszewskim przerobiliśmy ten kurort na twierdzę. Wiele znaczącą dla Niemców. I dla Polski.

Zadzwonił telefon. Odebrał oczywiście Sucharski. Przez chwilę słuchał, potem powiedział płynną niemczyzną:

– Guten Tag. Westen am Apparat. – Przerwał. – Ja, ja, ich habe die Boxen nicht bekommen. – Znów chwila milczenia. – Nach Königsberg geschickt? Großartig! Abholung sofort persönlich. Ja, ja...[1]

Słuchał, słuchał. Wreszcie odłożył słuchawkę, ciągle spokojny i ponury.

– No to mamy naszą dostawę. Pracownicy o wszystkim wiedzieli wcześniej, ale nie chcieli dzwonić, bo wszystkie linie na podsłuchu. Amunicja i lekkie karabiny maszynowe będą przewiezione jeszcze dziś samochodami dyplomatycznymi do budynku Komisariatu. Czekają na odbiór wieczorem. Poślę tam chorążego Bronę i jeszcze kogoś.

– Może jeszcze Kitę! – prychnął kapitan. – I Lemkego z kasyna! Jeśli mam kogoś wybrać, to ludzi, do których mam pełne zaufanie. Gawlicki i Deik. Byli w Gdańsku. I szwargoczą po niemiecku.

Sucharski pokręcił głową i podniósł słuchawkę.

– Centrala? Łączcie z podoficerem dyżurnym. Tak, tu komendant! – rzucił wściekle. – Niech mi się tu zaraz stawi chorąży Brona... Ach tak... – zawiesił głos. – Chory? Nie, nie szarpcie go. Niech zostanie. To kogo proponowałeś? – zapytał, odrywając słuchawkę od ucha. – Kuba, do ciebie mówię!

– Gawlicki i Deik.

– Niech mi się zatem zameldują zaraz w willi oficerskiej Galicki... Gawlicki i ten cały... kapral Deik.

– Sierżant Deik – poprawił dowódcę Dąbrowski.

– Co za różnica?

– Dowódca powinien znać stopnie podkomendnych równie dobrze jak ich kariery.

– Nie pouczaj mnie! Bardzo proszę!

Długą chwilę siedzieli w milczeniu. Czekali. Dąbrowski patrzył po ścianach – wszystko urządzone z przepychem jak w ziemiańskim dworze. Szable skrzyżowane na gobelinach, zdjęcia Sucharskiego z polowania, z psem, w saniach. Jakiś herb – nie rozpoznawał go. Czysty snobizm.

Na ścianach portrety wodzów: prezydent Wojciechowski, z boku Mościcki, dalej generałowie Haller, Sikorski. Brakowało portretu marszałka Piłsudskiego. Czyżby wisiał kiedyś tam, gdzie teraz widniał biały prostokąt między obrazami?

Wreszcie ktoś zastukał do drzwi, delikatnie, bardziej jakby drapał albo pocierał czymś o drewno.

– Wejść! – rozkazał major.

Chwilę później w szparze zamajaczyło gładkie, prawie chłopięce oblicze Kity, ordynansa Sucharskiego.

– Panie majorze, przyszli sierżant Deik i sierżant Gawlicki. Czy...

– Niech zaczekają w przedpokoju – prychnął major. – Sam do nich wyjdę.

Wstawał powoli, jakby w ogóle nie zależało mu na czasie, a ten przecież pędził jak wicher, nie ustawał. Major sięgnął po czapkę, pomału wyszedł, podniósł rękę, przywołując w ten sposób Dąbrowskiego. Wyniosły gest. Kapitan przygryzł wargi; innym razem czułby się urażony, ale taki już był komendant. W przedpokoju Sucharski starannie zamknął za sobą drzwi, jakby nie chciał, żeby jakikolwiek obcy wzrok zaburzył spokój wychuchanego, idealnego wnętrza jego mieszkania.

Sierżanci już czekali: chudy Władysław Deik i postawny Michał Gawlicki, ze szczeciniastym, przyciętym krótko wąsem, kierownik elektrogeneratora do przetaczania wagonów kolejowych. Chcieli się zameldować, ale dowódca uciął to ruchem ręki.

– Spotykamy się tutaj, bo sprawa jest poważna. Panie Gawlicki, proszę przygotować do jazdy furgon, zatankować. Pomoże wam w tym mój kierowca, Cirocki, powinien być w koszarach. Pojedziecie w cywilu do Komisariatu Generalnego w Gdańsku odebrać dla nas transport. Wszystkiego dowiecie się na miejscu od majora Krukierka albo od podpułkownika Sobocińskiego. Jakieś pytania? Broń wyda wam starszy ogniomistrz Piotrowski.

– Wszystko jasne – rzekł Gawlicki. – Sprawa pilna będzie załatwiona.

– Unikajcie zatargów z Niemcami, ale nie muszę chyba dodawać, że nie wolno wam się dać zatrzymać. Nawet gdyby trzeba było użyć broni.

– Tak jest. – Gawlicki się uśmiechnął. – Nie damy Szwabom okazji.

– Coś jeszcze? Odmaszerować! Zaraz... Panie Gawlicki!

– Tak jest?

– Proszę powiedzieć Cirockiemu, żeby przygotował też dla mnie junaka. Niech go zatankuje i sprawdzi. Potem jest wolny. Sam poprowadzę.

– Tak jest!

Gdy na drewnianych schodach zadudniły ich ciężkie kroki, major obejrzał się na Dąbrowskiego. Kapitan nie spuszczał z niego wzroku.

– Wyjeżdżasz, Heniu? Dziś? W taki czas?

– Przecież wrócę. Przekazuję ci dowodzenie. Przez cztery godziny będziesz mógł poczuć się jak prawdziwy komendant.

– W takiej chwili? Wojna idzie.

– Wiem, że wojna, że pancernik... – Głos Sucharskiego był lodowaty. – Dlatego zanim to wszystko się zacznie, muszę... jeszcze coś zrobić. Nie pytaj. Tajemnica.

– Jak tak, to nic nie widziałem.

– Oczywiście. Miej oczy szeroko otwarte. Zobaczymy się wieczorem.

Wszedł do mieszkania, zamykając drzwi. Pół godziny później Dąbrowski oglądał, jak czarny fiat 508 z wojskowym numerem 12938 wyjeżdżał z garażu koło koszar i zmierzał do bramy głównej. Za kierownicą siedział major po cywilnemu, w zamszowych rękawiczkach, bez czapki. Jechał szybko, nie zważał na nic. Nawet na zwalistą, nisko osadzoną w wodzie sylwetkę Schleswiga-Holsteina na drugim końcu kanału portowego.

Pancernik Schleswig-Holstein, mesa oficerska, godzina 16.15

Stara kabina oficerska pamiętała jeszcze czasy kajzera Wilhelma. Wytworne, obite skórą kanapy obiecywały miękki odpoczynek, stoły nakryte były białymi obrusami, tylko na ścianach z drewnianą boazerią wisiały portrety Führera i dowódcy floty Ericha Raedera, dziwnie niepasujące do ciemnych, dostojnych plafonów i gzymsów – stanowczo bardziej na miejscu byłby tu wizerunek wąsatego cesarza i jego oficerów. Mesa zalana była ostrym światłem elektrycznym, najmocniejszym nad stołem, wokół którego zgromadzili się na naradę oficerowie. Na krzesłach zasiadali kolejno: dowódca wszystkich sił niemieckich w Gdańsku generał major Friedrich-Georg Eberhardt, jego pierwszy oficer sztabowy Fett, oficer łącznikowy komandor podporucznik Hans von Davidson i oczywiście dowódca Schleswiga-Holsteina komandor Kleikamp. Był też delegowany przez Forstera były prezydent senatu gdańskiego Arthur Greiser. W swoim czarnym mundurze SS z oznakami RF-SS i opaską z łamanym krzyżem odróżniał się niczym czarna plama od pozostałych wojskowych. Dla dodania sobie powagi na piersi nosił: Krzyż Żelazny, Krzyż Hindenburga, Odznakę za Rany, a także kilka pomniejszych, choćby odznakę Stahlhelmu, dawnego stowarzyszenia weteranów, obecnie wchłoniętego przez SA.

– Panowie! – Generał major Eberhardt, szczupły, niewysoki, wychowany w pruskiej szkole oficerskiej, wyglądał jak uosobienie spokoju i chłodu. – Zebraliśmy się tutaj w sprawie omówienia planów akcji, a przede wszystkim uzgodnienia wsparcia ze strony pancernika. Pan zaś, komandorze, został przysłany nam jako pomoc. Chciałbym zatem użyć pana okrętu do opanowania i uspokojenia sytuacji w Gdańsku.

– Za pozwoleniem, panie generale. – Komandor Kleikamp był suchym i zasadniczym człowiekiem, oszczędnym w słowach i patetycznych gestach. – Przed wyruszeniem ze Swinemünde otrzymałem z dowództwa sił morskich Grupy Wschód dokładne rozkazy dotyczące działania okrętu. I je właśnie zamierzam wykonać.