Samozwaniec, tom 2Tekst

Z serii: Orły na Kremlu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec, tom 2
Samozwaniec, tom 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,68  51,74 
Samozwaniec, tom 2
Samozwaniec, tom 2
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Cykl Orły na Kremlu

Epigraf

W gościach u Moskwy

Czarne chmury

Wojenne dzieła Dymitra

Na skrzydłach husarii

Diabelski Chrest

Lodowe pobojowisko

Cień ponurego Dworu

Przypisy

Mapa

Książki Jacka Komudy wydane nakładem naszego wydawnictwa

Jacek L. Komuda

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Orły na Kremlu

1 Samozwaniec – tom 1

2 Samozwaniec – tom 2

3 Samozwaniec – tom 3

4 Moskiewska ladacznica

5 Car z żelaza

Póki kopii i husarza staje,

będzie Polak pan w polu.

Skoro kopia zginie,

zginie i polska cnota.

Andrzej Maksymilian Fredro

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział VIII

W gościach u Moskwy

Basmanow zamyka się w Nowogrodzie • Narada wojenna • Dymitr postanawia oblężenie • Zaproszenie w gościnę • Gość w dom – Bóg w dom • A nie w porę gorszy od Tatarzyna • Wódka albo gorzałka, czyli czym się kończy picie z Moskalami • Zwada • Spalenie bojarskiego dworu • Dydyński na rozdrożach

Die 20 novembris nowego stylu, 10 starego stylu
Anno Domini 1604
Roku 7113 od stworzenia świata
Nowogród na Siewierszczyźnie, około południa

Carski ulubieniec, wojewoda Piotr Fiodorowicz Basmanow, zamknął się w Nowogrodzie Siewierskim z czterema tysiącami strzelców i dworian, spaliwszy przedmieścia i wypędziwszy posadzkich ludzi. Siedział za drewnianymi murami i ziemnymi wałami niczym borsuk w norze, wystawiwszy lufy dział i rusznic. Nie powitał carewicza chlebem i solą; zamiast bić pokłony, zakurzył prochem w nos, posyłając w stronę wojsk Dymitra ołowianych posłańców wojny.

Buczyński i Dworycki łudzili się, że powtórzy się komedia z Morawska i Czernihowa i ludzie z posadu porwą się na wojewodów i strzelców. Ci zaś będą mogli mówić o sobie jako o wybrańcach Losu i Fortuny, jeśli czerń rzuci ich związanych do nóg Dymitra, nie każe zaś tańcować na stryczkach.

To były złudne nadzieje. Basmanow okazał się srogi jak bies, a kilku Dymitriaszkowym krzykaczom, którzy wieszczyli powrót prawosławnego słoneczka rozświetlającego ponurą ruską ziemię, pozwolił zaznajomić się z kompanią wron i kawek na stryczkach szubienicy. Pokazał, że póki trzyma władzę żelazną pięścią i kułakiem, w Nowogrodzie panować będą carskie mroki.

Dymitr wysłał poselstwo – Mateusza Domaradzkiego i Stanisława Borszę, do których dołączył Dydyński z pocz­tem, dla ochrony przed czernią. Basmanow – szczupły, śniady, czarnobrody – przyjął ich na wałach, odziany w aksamitną ferezję i szamerowany żupan. Złudzenia co do tego, że będzie im przychylny, opadły z Lachów równie szybko co czapki z głów podgolonych mieczem. Zacny Piotr Fiodorowicz mowę miał pełną żołnierskich słów zrozumiałych dla każdego Lacha, Kozaka czy Moskala.

– Bladin syny! – zakrzyknął na propozycję poddania grodu. – Po nasze diengi przyjechaliście z tym worem! Prawdziwy car jest w Moskwie, a Łżedymitr na pal zostanie wbity! Czekajcie, Lachy, będziecie wy jeszcze zielem armatnim chrzeczeni, a szablą po łbach bierzmowani!

Po takich słowach deputaci wracali spod wałów, jakby się paliło, potykając się w błocie, niepewni, czy Bosman – jak zwano w taborze polskim wojewodę – nie pośle za nimi ognistego posłańca.

Nie posłał – kawalerska cześć mu za to.

Dymitr przyjął wieść spokojnie, ukazując łaskawą carską, a raczej polską naturę. Oszczędził dworowi tyrady o swych jedynowładnych prawach do Siewierszczyzny i Nowogrodu. I nie tylko nie wzywał na świadków wszystkich brodatych przodków, począwszy od Ruryka, ale nawet nie rzucał gromów na głowę Basmanowa.

– Rozłożyć obóz nad Desną! Otoczyć Nowogród strażami, niechaj mysz się nie prześliźnie, a ptak nie przeleci! Podciągnąć puszki pod wały i oszańcować.

Być może Dymitr nie okazywał gniewu, bo wspominał zasługi rodu Basmanowów, z którego Fiodor, ojciec teraźniejszego Piotra, był powiernikiem jego batiuszki – cara Iwana Groźnego. Czyżby liczył na to, że wojewoda zmięknie, a potem będzie służył Dymitrowi wiernie jak Fiodor Iwanowi? Kto to wie, któż zrozumie duszę Moskala, choćby nawet wychowanego w Koronie Polskiej.

Na razie po rotach krążyła wieść rozpowiadana przez pana Świrskiego, iż ojca teraźniejszego wojewody nowogrodzkiego łączyły z ojczulkiem carem Iwanem podejrzanie bliskie, można by rzec – miłosne więzi, o których wspominał w listach Andriej Kurbski, moskiewski zbieg do Rzeczypospolitej. Jego słowa powtarzał pan Herakliusz w tajemnicy, kładąc palec na ustach dla większej powagi. Była to oczywiście przysłowiowa tajemnica Świrskiego, więc wkrótce wszyscy Polacy w wojsku Dymitra wiedzieli, że car obcował z Fiodorem po turecku. Herakliusz zaś ubarwiał rzecz tak licznymi i pikantnymi szczegółami, że zdawać się mogło, iż sam był świadkiem miłosnych igraszek Iwana. Rozpowiadał wręcz kiedy, gdzie, w jaki sposób i, ma się rozumieć, ile razy. Historia w jego ustach miała oczywiście swój morał. A był on taki, że gdy wielki książę moskiewski znudził się kochankiem, w okrutny sposób rozprawił się zarówno z nim, jak i z jego ojcem – Aleksym. Jak bowiem powiadały ruskie kroniki, Fiodor Basmanow nie został oddany katu tylko dlatego, iż zgodził się ściąć głowę własnemu batiuszce. Co tak rozbawiło cara, że zamiast pod toporem kata pozwolił miłośnikowi dokonać żywota na zesłaniu w Białoozierze na dalekiej północy.

Niezależnie wszakże od tego, jak tam w łożnicy carskiej było: dupczył car Fiodora Basmanowa albo i nie dupczył, dość, że jego syn nie nadstawiał zadku Lachom. Co też zjednało mu ponury szacunek między Polakami.

A Dymitr? Wypłacił następnego dnia zaciężnym polskim rotom kolejną ćwierć – po piętnaście złotych na koń z pieniędzy, które pobrał na kremlu w Czernihowie. A potem zwołał radę wojskową.

Die 21/11 novembris
Obóz wojsk Samozwańca pod Nowogrodem
Godzina piąta po południu

Przyszła odwilż, cieplejszy wiatr z zachodu szarpał połami namiotów, niósł grube krople deszczu. Starczyło kilka godzin, by obozowe ulice zmieniły się w bagniste trzęsawiska, w których wozy grzęzły po osie, kopyta rozchlapywały brunatne błoto na ściany namiotów i szałasów. Kwatery tonęły w błocku i gnoju, mokre, zimne, podtapiane wodą z tającego śniegu – nie były w tym dniu przytulniejszym schronieniem niż beczka postawiona pod drewnianą rynną.

Wiatr wył, a deszcz łomotał, kiedy pułkownicy i rotmistrzowie zeszli się na naradę w wielkim namiocie wojewody sandomierskiego. Dymitr powiódł zmęczonym wzrokiem po wąsatych, poszczerbionych obliczach Lachów i Moskali, jakby chciał w nich wyczytać odpowiedź na pytanie o przyszłość wyprawy. Na drodze do carskiej Czapki Monomacha sterczał niczym cierń w boku Nowogród. Nad nim zaś wznosił się jego ponury pan – wojewoda Basmanow.

Carewicz czekał, przybrawszy maskę ponurego imperatora.

– Nie powinniśmy oblegać miasta – rzekł Dworycki. – Naszym celem jest Moskwa, a każde opóźnienie w marszu może skończyć się klęską.

– W pełni popieram słowa waszej mości – mruknął Jan Buczyński. – Nowogród nie kurnik, nie weźmiemy go w dwa dni, obawiam się też, że przy zaciekłości Bosmana nie mamy co liczyć na to, że mieszczanie otworzą nam bramy.

– Też jestem za dalszym marszem – ozwał się Żulic­ki. – Zostawmy tutaj kozaków i idźmy na Briańsk, gdzie zbiera się armia cara Borysa. Uderzmy na jego wojska i stańmy u wrót Moskwy razem z Nowym Rokiem!

– Powoli, mospanie! – zaoponował Mniszech. – Ja też czytałem żywoty cezarów i Aleksandra Macedońskiego! Moskwa to nie Persja! Nie ryzykujmy marszu w paszczę carskiej bestii, mając za plecami jej szczenię – Basmanowa. I gród, którego załoga prawie dorównuje liczebnością połowie naszej armii!

 

– Waść chcesz go oblegać – prychnął Dworycki – bo to twoja nagroda obiecana od Jego Carskiej Wysokości. Śpieszy ci się do siewierskich włości jak do młodej żony.

– Ja tylko pilnuję dobrego imienia najjaśniejszego carewicza, który przyobiecał oswobodzić całą Siewierszczyznę od tyrana Godunowa.

– Politykowi nie wolno być niewolnikiem swoich własnych słów – mruknął Buczyński. – Co wczoraj zapowiedział carewicz, jutro może odwołać wola koronowanego cara.

– Siły i zwycięstwa nie buduje się na środkach, ale na zwycięstwach. Czy nie tak pisał waszmości patron, Włoch Machiavelli?

– Nasze zwycięstwo utonie tu w błocie! Pod Nowogrodem stracimy czas i fantazję. Dlaczego chcesz, mości wojewodo, oblegać miasto?

– Bo potrzebujemy wiktorii. Jasnego znaku, że nasz prześwietny carewicz równie dobrze szermuje słowem, co i mieczem. Nowogród, zdobyty i złamany, winien stać się symbolem, przestrogą i nauką dla reszty Moskwy – ot, patrzcie, tych, co nie zegną karku przed Dymitrem Iwanowiczem, nasze miecze skrócą o głowę.

Wojewoda uderzył się po pozłocistej szabli, stworzonej raczej do parady niż do wojaczki.

– Ciekawe, czyje głowy będą znosić z pola, jeśli armia Godunowa dopadnie nas pod Nowogrodem? Myślisz waszmość, że zdołamy się obronić przed wojskiem carskim, jednocześnie oblegając miasto?

– Borys nieprędko wyjdzie z Moskwy. O ile w ogóle opuści mury Kremla. Mości panie Chruszczew – Mniszech położył dłoń na ramieniu grubego wojewody, dopuszczonego już do ręki i łaski Dymitra – mów, co tam w stolicy. Jakie nowiny o Godunowie i jego służalcach?

Chruszczew skłonił kark przed carewiczem tak nisko, że brodą omiótł z kurzu blat stołu równie skutecznie co służąca ścierką.

– Wasze Carskie Wieliczestwo – zastękał – źle się dzieje w Moskwie. Źle dla cara Borysa. Dobrze dla naszej sprawy. Dymitrze Iwanowiczu, ojczulku prieswietny, oto ucieszę uszy twoje nowinami, że nieprawy car słabuje na zdrowiu, nie wychodzi z Granitowej Pałaty, a jeśli już, to powłóczy lewą nogą. Wojewodowie buntują się, w miastach wzburzenie, dworianie i strzelcy nie chcą się bić za carskie imię. Źle im, a będzie jeszcze gorzej, bo Borysa ogień trawi na samą myśl, że Wasze Carskoje Wieliczestwo rośnie w siłę i przewagę.

Dymitr wciąż milczał z ponurym i srogim obliczem.

– Na Kremlu – ciągnął Chruszczew, opierając o stół brzuch wydęty niczym tatarski bęben – same swary i spiski. Już nie kniaziowie i diacy, nie Wasyl Szujski i Mścisławski, nie Bohdan Bielski i Romanowowie, ale carowe skaczą sobie do oczu. Kiedy Wasze Prześwietne Wieliczestwo raczył granicę przekroczyć, Godunow kazał przywlec do siebie mniszkę Mafrę, dawną carową Marię Fiodorownę Nagoj, a waszą świątobliwą matkę. Sprowadził ją do carskiej sypialni i kazał mówić prawdę, czy jej syn żyje jeszcze.

Dymitr przymknął oczy i zacisnął zęby. Postronnemu mogło się zdawać, że wcale nie słucha bojarzyna.

– A kiedy odparła, że nie wie, teraźniejsza caryca – Maria Skuratowa, żona Borysa – chciała wypalić jej oczy. Czemu przeszkodził car. Wtedy cisnęła Mafrze w oblicze gorejącą świecę. Z czego wybuchł rozruch na dworze. Bo słyszał kto kiedy – wojewoda zacisnął prawicę w kułak i uderzył się z rozmachem w otwartą lewą dłoń – za batiuszki Iwana Groźnego, za Fiodora Bezumnego, brata waszego, aby na kremlowskich pokojach lżyły się baby?

– Cóż powiedziała moja święta matuszka – odezwał się Dymitr – że wywołało to taki gniew Borysa?

– Powiedziała... – Chruszczew odchrząknął i oblizał wargi – że syn jej... żyje jeszcze. A ludzie, którzy dawno poumierali, uprowadzili go z Uglicza spod noży carskich siepaczy... Bez jej wiedzy.

Dymitr zadygotał. Ci, którzy siedzieli bliżej, mogliby przysiąc, że po jego policzku stoczyła się łza – wytarta naprędce kułakiem. Ci, którzy siedzieli dalej, widzieli tylko, jak carewicz podnosi dłoń do oka.

– Borys Godunow się kończy – rzekł głucho Chruszczew. – Na świętej Rusi wzbiera burza. Dość iskry, a jego władza legnie w gruzach. Tatarski rab, zięć kata Maluty, nie wytknie nosa poza Moskwę. A jego armii nie poprowadzi żaden carski wojewoda.

– Tak więc – zakonkludował Mniszech – mamy czas, by zabawić trochę przy Nowogrodzie. Zdobycie miasta da nam sukces w polu. Ponadto łupy wzięte w kaźni Bosmana zadowolą panów towarzyszy z zaciężnych polskich chorągwi. Nowogród musi zostać zdobyty, aby pokazać innym grodom na Rusi, co czeka niepokornych. Tak powiedziałem. Teraz pokornie czekam na głos Waszej Carskiej Mości.

Dymitr powiódł wzrokiem po obecnych i wyprostował się.

– Wyciągniemy Basmanowa z Nowogrodu jak lisa z nory za ogon! Sypcie szańce, mości panowie, i plećcie kosze do szturmu. Wyprowadźcie działa pod miasto i bijcie w mury! Do broni! Ktoś jest przeciwko?

Było ich dwóch – Dworycki i Żulicki, bo Buczyński umył ręce. Przegłosowano ich większością. No cóż – wojenne rady w Rzeczypospolitej nie były jeszcze sejmikami. Na szczęście dla Litwy i Korony tudzież sprawy Dymitra Samozwańca.

Oblężenie było rozpoczęte.

Die 21/11 novembris
Obóz wojsk Samozwańca, późny wieczór

Jeszcze tego samego wieczora Ostromęcki nakazał podciągnąć artylerię do wałów Nowogrodu, ustawić kilka dział naprzeciwko miasta, a resztę na wprost Spaso-Preobrażeńskiego Monastyru obwarowanego nie tylko wałami i zasiekami, ale także kamiennym murem pamiętającym czasy Włodzimierza Wielkiego. Korzystając z odwilży, usypano szańce i działobitnie, z których spiżowe panie mogły skutecznie popieścić kulami wrogów Dymitra.

Nazwanie wysłużonych wężownic, słowiczków i jaszczurek carską artylerią zakrawało na dobry żart. Osiem działek i sześć śmigownic mogło najwyżej zabawiać Moskali pukaniną, ale nie wystraszyło bynajmniej Basmanowa ukrytego za dębowymi parkanami, wałami i częstokołami. Ostromęcki, a i sam Dymitr liczyli bardziej na zbrojną demonstrację niż zmiażdżenie Nowogrodu tak żałosnym ostrzałem. Starszy nad armatą nakazał dawać ognia nieprzerwanie przez całą noc, bijąc nie w wały, ale w miasto. Osiągnął tyle, że śmiertelnie wystraszył stado wron zasiadających na dachach cerkwi, bo zły los wytrącił mu z ręki najlepsze karty. Najcięższe działo – dwudziestoczterofuntowa Panna – ostało się samotnie w błotach pod Morawskiem.

Piechota stanęła na szańcach. Kozacy, rozdzieliwszy się na sotnie, otoczyli Nowogród, Moskale założyli obóz nieopodal stancji polskich chorągwi.

Ponieważ jazda nie była potrzebna do oblężenia, Dworycki pozwolił zjechać rotom do obozu. Nie wszystkim uśmiechało się nocowanie w błocie i bagnie; wszak towarzysze husarscy i kozaccy nie żaby – nie tylko wody nie piją, ale i w wodzie niemiło im przebywać. Do taboru ściągnęło jednak sporo okolicznego bojarstwa, dworiaństwa i posadzkich ludzi, aby bić pokłony nowemu carowi. A przy okazji napraszać się ze stancjami i gościną dla co znakomitszych rycerzy. Polacy nie dali się prosić – Dworycki wkrótce rozdzielił husarzom kwatery. I tu był pies pogrzebany, jak powiadają Moskale. Niespodziewanie do Dydyńskiego zbliżył się niestary Moskal w szubie i niedźwiedzim szłyku.

– Wasza miłość pozwoli ze mną. Jam sługa bojarzyna Iwana Izmajłowa. Ojczulek Iwan Jakowlewicz prosi was na kwaterę, aby ugościć sprzymierzeńców Jego Carskowo Wieliczestwa. Zaprasza w gościnę z pocztem i czeladzią do dworu pod miastem.

Dydyński zapomniał języka w gębie, bo nie rozumiał, dlaczego Moskal wybrał właśnie jego. Wątpliwości rozwiał Dworycki.

– Chodzą słuchy o tobie – mruknął – że jesteś zaufanym sługą cara. Izmajłow, jak każdy Moskal, chce zaskarbić sobie łaski Dymitra, bo prosił mnie, aby dać mu na stancję tego rycerza, co był z lutrem Buczyńskim pod bramą w Czernihowie. Jedź z nim, będziesz miał jak u Pana Boga za piecem.

– Oby mi poszło na zdrowie – rzekł zmęczony Dydyński. Zgodził się, bo perspektywa spędzenia nocy pod dachem była o wiele bardziej kusząca niż noclegu w zalanym wodą obozie. – Panie Świrski, panie Nieborski! Jedziecie ze mną. A, prawda – przypomniał sobie już na kulbace. – Zabierzcie Borysa i pachołków.

Die 21/11 novembris
Wioska w pobliżu Nowogrodu
Godzina dziewiąta w nocy

Czworoboczny dwór Izmajłowa czerniał w świetle księżyca nad polami jak wojenny okręt na spokojnym morzu. Ponury, o stromym dachu krytym brzozową korą, wzniesiony nieopodal wioski pełnej nędznych kleci i czarnych chat.

Bojarzyn czekał we wrotach z drugim sługą, a może synem – Dydyński równie dobrze wyznawał się w jego koligacjach co w liczbie dworskich dziewek, które zdobywały zasługi w łóżkach jego dziadów. Moskal powitał ich w kołpaku z otokiem, w aksamitnej ferezji haftowanej w kwieciste sztuczki i podbitej wilczym futrem. Sługa chadzał w pikowanym sarafanie, czyli kaftanie otwartym z przodu, w czapce i przy szabli. Pachołkowie, którzy rozwarli wrota, mieli żupany i koszuliny, czyli najtańsze szuby, w jakich Dydyński widywał nawet niewiasty na targu.

Izmajłow skłonił głowę, jeszcze zanim Jacek zeskoczył z kulbaki. Stolnikowic odwzajemnił ukłon hardo. Co, może on, szlachcic polski, miał bić czołem jakiemuś Moskalowi śmierdzącemu dziegciem? Niedoczekanie!

Pachołkowie pokłonili się w pas, ściągając czapki z wygolonych głów. Niespodziewanie również Borys zeskoczył z Myszatego i oddał czołobitny pokłon bojarowi.

– Błagodietielju mojemu czełom kłaniaju1 – rzekł Izmajłow. – Zapraszam do domu, mospan. Wybaczcie mnie głupiemu, ale otczestwa waszewo błagorodia nie znaju2.

– Otczestwa? – Dydyński zdumiony przeniósł wzrok na Borysa. – A to co znowu?

– Jak było na imię ojcu waszej miłości? – zaszemrał Oboleński. – Tak u nas ludzie między sobą rozmawiają.

– Aleksander.

– A zatem, Jacku Aleksandrowiczu, proszę pokornie do górnej izby na wieczerzę. A wcześniej do powałuszy, złożyć łuby.

– Rad z gościny skorzystam.

Weszli na ganek, potem po schodach na podklet, czyli piętro zwieńczone czerdakami – nadbudówkami, w których mieściły się izby. Moskal wprowadził ich na kolejny ganek, potem do przedniej sieni – dla gości i pana domu. Szybko przeszli do gornicy i od razu do bocznej izby, gdzie na ścianach obitych aksamitem i kitajką wisiały dwa rzędy świętych ikon i obrazków, a na półkach pod nimi stały lampki i świece. Przy ścianach ustawiono ławy okryte sukiennymi poławocznikami, z boku stał grubo ciosany stół okryty obrusem, dwie skrzynie, szkatuła. I jeszcze stosy poduszek i pierzyn, dwa wezgłowia, z tego jedno mniejsze – zwane bumażnym. Wysoki lichtarz i dwa zydle. Pieca nie było, zamiast niego przez róg komnaty przechodził gliniany komin pomalowany w kwieciste wzory. Widać palenisko było piętro niżej – w poziemnej izbie, a służba nie żałowała drzewa – w komnacie panowało gorąco, choć z kątów rozchodziła się woń kurzu i stęchlizny.

– Oto wasza kwatera, Jacku Aleksandrowiczu – rzekł bojar. – Ostawcie i ochędożcie się, a zaraz na wieczerzę pokornie prosimy.

Kiedy zostali sami, Dydyński pozbył się z pomocą Nieborskiego obojczyka i naramienników, rozpiął karwasze, wyłuskał się ze zbroi, zdjął husarski szyszak, już bez strusich piór, które sprofanował moskiewski wisielec na bramie w Morawsku.

Dydyński zdjął przeszywanicę zakładaną pod zbroję dla mokrej żołnierskiej roboty, narzucił jedwabny żupan, karmazynową delię i wilczy kołpak. Przypasał starą, dobrą węgierkę.

– Patrzcie – rzekł Świrski, który na trzeźwo miał wzrok wilka, a po pijanemu – sokoli. – Piec świeżo podmalowany. Krew?

Dydyński zatrzymał się w pół kroku. Sięgnął do juków i wydobył kindżał. Przez chwilę ważył go w ręku, potem wsunął za cholewę buta, dla wszelkiego spokoju. A co jeszcze miał zrobić?! Spisać testament? Przecież nie wybierał się na kujawską biesiadę, gdzie szlachtę w tany porywała sama śmierć.

– Chyba nam gardeł nie urezają, mości Świrski. W gościach jesteśmy. Gość w dom, Bóg w dom.

– Znałeś, wasza mość, braci Rosińskich z Teleśnicy nad Sanem? Pan Krogulecki też u nich gość był, a głowę w świetlicy zgubił.

– Idziemy.

Izmajłow czekał na nich w gornicy, pod ścianą zawieszoną ikonami, kłaniając się może nie w pas, ale wystarczająco nisko, aby Dydyński poczuł się jak prawdziwy pan. Jednak po prawdzie nie wiedział, jak odwzajemnić jego honory – czy się po polsku przywitać podaniem ręki, czy może obłapić albo po prostu odkłonić?

 

Z kłopotu wybawił go Borys. Zdjął czapkę, przeżegnał się, spojrzał na ikony i trzykrotnie pokłonił się im, dotykając ziemi palcami, następnie zgiął się w pas.

– Błagodietielju mojemu i kormilicu rabski czełom biju – rzekł – kłaniajus stopam twoim, gosudaria mojewo, prosti memu okajaństwu, dozwol mojej chudosti3.

Stolnikowic spojrzał na niego jak na małpę ze zwierzyńca Jana Zamoyskiego.

– Pokłońcie się trzy razy ikonom, ojczulku – wyszeptał Borys. – A potem gospodarzowi. Taki obyczaj.

Dydyński zdjął kołpak, przeżegnał się, ale po katolicku, skłonił głową gospodarzowi, spojrzał na ikony. I starczy. Nie było nawet mowy o tym, aby on, szlachcic polski, bił czołem Moskalowi, choćby się niebo zapaść miało.

Świrski pokłonił się, a Nieborski, który szedł z tyłu, tak zagapił się na ikony i obcych ludzi, że potknął się o próg, omal nie wyrżnął głową w deski. Wpadł między służbę Izmajłowa jak kula z armaty, ledwie któryś z pachołków ze śmiechem złapał go pod pachę.

Dydyński rozejrzał się ciekawie, bo choć nie pierwszy raz był w dostatnim moskiewskim domu, dopiero teraz miał czas, by przyjrzeć się sprzętom, ludziom i świętym obrazom. Jak się domyślisz bowiem, Drogi Czytelniku, uwaga pana stolnikowica, gdy wraz z panem Przybyłowskim gościł u czernihowskiego kupca, była skupiona na sprawach bardziej przyziemnych – jak skrzynie i sakwy wypełnione brzęczącym grosiwem.

– Jacku Aleksandrowiczu, preswietny sługo gosudara naszego – rzekł bojarzyn – poznakomijże się z gośćmi moimi i druhami – mówił, prowadząc Dydyńskiego do stołu, przy którym zasiadało dwóch Moskali w kołpakach i szubach obszytych tak grubym futrem, że ich rękawy przywodziły na myśl niedźwiedzie łapy. – Oto bojar Mikołaj Siemionowicz Golicyn i poddiaczy Fiodor Iwanowicz Radiszczew.

Pierwszy był stary, z brodą jak wiecheć słomy, a drugi z bródką podgoloną w szpic, po tatarsku. Tak przedstawiała się zasadnicza różnica między Moskalami, bo obaj byli po równo zarośnięci pod oczy i w futrzanych czapach. Podnieśli się ociężale, ale kiedy przyszło do powitań, Dydyński znów miał okazję, aby podziwiać nadzwyczajną giętkość moskiewskich karków. Młody Radiszczew i gruby Golicyn skłonili karki z równą łatwością co młode topole uginające się pod powiewem wichru. Zdaje się, że mieli nawet ochotę obłapić się z Jac­kiem, ale szlachcic jakoś nie był chętny do niedźwiedzich poufałości.

– Bijut4 czołem, Jacku Aleksandrowiczu – rzekł Golicyn, taksując szlachcica bacznym spojrzeniem jak kupiec na targu.

– Siadajże, waszmość panie, koło gospodarza – syknął Borys. – Ja was, dobrodzieju, obsłużę.

Dydyński usiadł u szczytu stołu, na ławie pod rzędami ikon, na wprost Moskali, którzy przyglądali mu się z ukosa, ukrywając wszakże swe zamiary pod gęstymi brodami. Świrskiego i Damiana usadzono w drugim kącie, przy stole dla służby, co trochę nie podobało się Jac­kowi. Borys przycupnął z boku, gotów służyć na każde skinienie szlachcica.

Izmajłow klasnął w ręce siarczyście, aż echo poszło po izbie, i tym znakiem rozpoczął pir, to jest ucztę, a właściwie spóźnioną wieczerzę.

Służba była wyszkolona jak na królewskim dworze w Krakowie. Uwijała się żwawo, podając kolejne potrawy, część stawiając na stół, inne trzymając w rękach, póki goście nie pojedli lub przynajmniej nie pokosztowali.

Porządek uczty w porównaniu z tym, co Jacek pamiętał z Polski, odwrócony był na wspak. Zamiast pieczystego podano wety. Kolejno lądowały przed nimi kołacze brackie z pszennej mąki, potem karabaj, to jest chleb z serem. Kisiele z mlekiem tudzież słodkie szyszki zastąpić miały polskie cukry i marcepany. I nie można powiedzieć, aby Dydyński rad był temu wszystkiemu. Chleb podano tylko Izmajłowowi, który po chwili zaczął wywoływać gości po imieniu i otczestwie, po czym obdarowywał ich grubymi pajdami. Talerzy nie było. Zamiast nich podano po prostu czerstwe kołacze. O noże, a zwłaszcza łyżki, nie warto było nawet pytać. A Jacek z wrodzonej wyrozumiałości dla moskiewskich obyczajów nie wspomniał nawet o nowomodnych widełkach do przytrzymywania mięsa. Jeszcze by się skojarzyły Moskwie z diabelskimi widłami.

– Błagodietielju, Jacku Aleksandrowiczu, czełom biju – zakrzyknął Izmajłow, wznosząc srebrny bratym, czyli puchar, a stolnikowic zdziwił się, że mieszkańcy tego kraju nie mieli guzów na łbie od tego bezustannego czołobicia. – Dobrego zdrowia żełaju5 i wszystkiego, co dobre!

Toast był krótki, ale po Moskalu trudno było spodziewać się retoryki godnej Demostenesa. Szybko osuszył naczynie do dna, lejąc trunek w gardło jak w spróchniałą sosnę. Puchar przeszedł w ręce Dydyńskiego, Borys usłużnie nalał aż po brzegi czerwonego wina, podał panu, trzymając w obu rękach, jak najdoskonalszy sługa. Kto, do diaska, wyuczył go dworskich manier?

– Wielmożni, uprzejmi i wielce mnie mili mości panowie bracia Moskale – rzekł Dydyński staropolskim obyczajem – wielce mnie miły mości panie bracie Iwanie Jakowlewiczu Izmajłowie i wy – zacni i przytomni panowie bojarzy. Będąc tu, w Wielkim Księstwie Moskiewskim, chcę wznieść toast za zdrowie i powodzenie naszego gospodarza. Za wieczny pokój i braterstwo Rzeczypospolitej i Moskwy! Obyśmy was, mości panowie, przypuścili do herbów i godności jak ongiś naszych braci Litwinów. Bodaj teraz, po szczęśliwym zakończeniu ­peregrynacji Dymitra, takich siła i polska, i moskiewska kraina zrodziła przyjaciół! Za przyjaźń. Za szczęście! I za nasze powodzenie.

Wypił do dna, aż zakurzyło mu się z czupryny. Wino jak wino, nie wykrzywiało szlacheckiego gardła, niestety, do uczciwego węgrzyna i pospolitej małmazji było mu równie daleko co kwasowi chlebowemu do ambrozji greckich bogów.

Bojarzy wiercili się jak na rozżarzonych węglach i ledwie doczekali końca przemowy, bo służba podała wreszcie dania główne. W głębokich misach i bliudach, to jest półmiskach, wylądowała przed nimi świńska tłuścizna, zające w rosole i kapłony pieczone na rożnie. A poza nimi pochmielie – baranina podana na zimno, zmieszana z ogórkami i rosołem ogórecznym z pieprzem.

Izmajłow sam osobiście pokroił mięso, nałożył gościowi na chleb. Dydyński uradował się na widok solniczki, pierecznicy i gorczycznicy – jak każdy szlachcic lubił jeść kwaśno, ostro i szafranno, a moskiewski powar, czyli kucharz, gospodarował korzeniami równie oszczędnie co lichwiarz umarłym kredytem.

Mięso nie zostałoby pochłonięte tak szybko, gdyby nie podlewano go winem. I trzeba przyznać, że w spełnianiu kolejnych toastów – coraz bardziej nieskładnych – szlachcic polski dostrzegł w moskiewskich bojarach bratnią duszę. Szacunek dla Bachusa i miłość do mocnych trunków zdawały się wspólną cechą ludów tej części świata. Moskale naprawdę umieli pić! To była cecha, która mogła gwarantować pewne i trwałe postępy w brataniu się obu nacji.

Izmajłow i jego kompani wpatrywali się w Dydyńskiego niczym cielę w malowane wrota. A kiedy wreszcie korowód potraw doszedł do polewek i do izby wniesiono misy pierogów z farszem baranim i zajęczym, kaszą, gryką, a razem z nimi czarną uchę z goździkami, Radiszczew przepił do Jacka winem. Dydyński odwzajemnił toast, gdy zaś bratym przeszedł do rąk Izmajłowa, bojarzyn pochylił się w stronę pana stolnikowica.

– Jacku Aleksandrowiczu, nie gniewajże się na przyjaciół, bo rzadka to rzecz gościć u nas, w carstwie prawosławnym, nie dość, że znamienitego cudzoziemca, to jeszcze Lacha, carskiego łycara i powiernika.

– Słyszałem, słyszałem – odparł Dydyński, próbując uchy tak gęstej, że łyżka stała w niej na sztorc, jak rohatyna wbita w plecy Moskwi... to jest w tych okoliczno­ściach raczej w rzyć martwego pludraka – że wam bez carskiej gramoty nie wolno jechać nie tylko za granicę, ale nawet w odwiedziny do sąsiada. Włos się na głowie jeży, kiedy pomyślę, że żyjecie tu, mości panowie, niczym za murem, odgrodzeni nie tylko od Rzeczypospolitej, ale od całej Europy – ba! – od reszty świata.

– Ha, ha, ha – zaśmiał się Radiszczew i pokiwał głową. Nie czekając na służbę i gospodarza, zagarnął z talerza pokaźną porcję pierogów, jeszcze zanim Dydyński zdołał ich skosztować.

– A cóż dobrego przyjść może – zamruczał Golicyn – z Litwy, z Niemczyzny dla nas, ludu prawosławnego, rabów bożych? Nic, jeno zgorszenie, nieprawość i wszeteczne zaprzaństwo. A dzisiaj pułki Dymitriaszki.

– Wojska Dymitra – rzekł Dydyński, odkładając łyżkę – i my, Polacy, przyszliśmy tu, aby wybawić was od tyranii cara Godunowa. Przynoszę wam wolność, mości panowie!

Chciał skinąć na Borysa, ale ten czuwał i sam dolał mu do pełna. Dydyński wstał, uniósł bratym z równym namaszczeniem jak ksiądz patenę w kościele.

– Za wolną Moskwę! – zakrzyknął. – Za to, abyście zaznali równych swobód co naród polski i litewski! Bez carskiego knuta! Bez tiurmy i kajdan! Wasze zdrowie, mości panowie bracia.

Spełnił toast do dna. Szkoda, że bratym był z metalu, bo chętnie rozbiłby go o swój podgolony łeb.

Moskale powstali, gdy wygłaszał toast, ale słysząc słowa stolnikowica, spojrzeli na siebie z wyrazem nieopisanego zdumienia, jak gdyby w ogóle nie wiedzieli, o czym mówi. Jedynie Radiszczew potakiwał. A przy okazji, kiedy znów usiedli, począł w pocie czoła zmiatać coraz większe porcje jadła.

– A cóż to jest owa wolność? – zapytał Izmajłow. – Cóż ona znaczy? Albo to jakowaś bogini pohańska? Niemiecka? Litewska?

– Wolność? To wolność – odrzekł nieco stropiony Dydyński. – Wolność jest szlachecka, polska. Oznacza swobodę, gdzie każdy człowiek samemu stanowi o swoim losie. Do tej pory wszystko zależało u was od woli jednego tyrana – miasta i ziemia, pole i zboże, woda i powietrze. Bez jego woli nie mogliście nawet pisnąć! Dymitr Iwanowicz wybawi was z niewoli po wsze czasy.