BanitaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Banita
Banita
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,08  48,86 
Banita
Banita
E-book
26,18  18,85 
Szczegóły
Banita
Banita
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział I. Ars moriendi

Rozdział II. Pokuta pana Potockiego

Rozdział III. Upadek pana stolnikowica

Rozdział IV. Bieta

Rozdział V. Polowanie

Rozdział VI. Ars amandi

Rozdział VII Bez przebaczenia

Rozdział VIII. Moja bardzo wielka wina

Przypisy

Karta redakcyjna

Okładka


Rozdział I
Ars moriendi

Do ostatniego szeląga • Nieziemska metresa • Żałobne treny pana Potockiego • Rachmet-Gerej • Oględziny ciała • Wieża Przemyska • Niespodziewana wizyta • Jam to, nie chwaląc się, sprawił • Danse macabre, czyli ostatnia droga Roksolanki • Propozycja Cwajnosa • Na Tatarskim Kopcu • Na niepoświęconej ziemi


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pili, jakby jutro miał być potop. Golili kielichy niczym panowie szlachta tureckie łby pod Chocimiem. Smoktali węgrzyna i małmazję jak wawelskie smoki. To była hulanka do ostatniego szeląga, do ostatecznego kredytu, do zastawu szabli, czapki czy sygnetu. Ze wszystkimi za pan brat i bez opamiętania.

Mieli mocne łby; choć zgięty wpół Żyd pachciarz wytoczył z loszku już trzecią beczkę wina, oni wyglądali dopiero na szlachciców pod dobrą datą, ale bynajmniej nie pijanych jak bela. Ich gardła były przepaściste, głowy mocne jak głaz; potrzeba było morza trunku, aby zmienić ich w bandę hałaśliwych moczygębów i opilców objawiających wszem wobec zawartość swego szlachetnego wnętrza.

Panowie bracia, którzy tego wieczora zajęli karczmę Utrata na Zasaniu, na stoku Lipowicy i Winnej Góry, pod sławetnym miastem Przemyśl, nie wyglądali na byle hałastrę z gościńca. To była służba i czeladź możnego pana, który sam osobiście zasiadał między nimi jak równy z równymi, pił taką samą miarą i wznosił toasty za zdrowie i gardła kompanów. Z pijackich toastów wynikało, że zwał się Mikołaj Potocki. A choć jego przodkowie senatorzy obrośli jak susły w tęgie brzuchy, starostwa, wsie i królewszczyzny, on przecież był zwinny, szczupły. Chadzał w karmazynowym żupanie spiętym w talii złotolitym pasem rycerskim. Sakiewkę miał ciężką jak worek grzechów sodomity i pewnie dlatego lekką ręką rozrzucał talary i dukaty.

Nietrudno było odkryć, że ci, którzy tak gorliwie stukali się pucharami w imię Potockiego, siedzieli w jego kabzie aż po same uszy, tylko im wystawały czuby i podgolone czupryny. Schlebiali mu tak nisko, kłaniali się tak uniżenie, że choćby skropił któregoś kijem albo dwóm pijącym zetknął głowy aż do wytryśnięcia guzów, mógł być pewien, iż zostanie to przyjęte żałosnym biadoleniem, ale nie gniewem.

Widać było jak na dłoni, że wieszali się u boku Potockiego nie tylko dla talarów z pańskiej szkatuły, ale też dla jego fantazji. Przy takim karmazynie przygód było jak mrówków, a okazji do zasług nagradzanych tłustymi wioskami i dzierżawami więcej niż murew na Krakowskim Przedmieściu podczas sejmu walnego.

Wreszcie jeden z kompanów – z wygolonym łbem, na którym jakaś szlachecka szabla wypisała pro memoria[1] głęboką bliznę, skłonił się do ucha Potockiego. Uczynił to z równą pieczołowitością co grzesznik klękający przed proboszczem w czasie wielkanocnej spowiedzi.

To, co powiedział panu, zginęło w pijackich krzykach. Nie było jednak niemiłe Potockiemu, bo ten roześmiał się od ucha do ucha, klepnął starego w zapadły policzek, pieszczotliwie poszarpał za siwego wąsa, a potem wstał.

Towarzystwo zaraz zerwało się na nogi, gotowe do spełniania nowych toastów. Potocki otrząsał się od nich jak od pcheł. Wychylił ostatniego kuśtyka za swe zdrowie i budząc wesołość panów braci, roztrzaskał naczynie na łbie jednego ze swoich – z takim rozmachem, że niski, kędzierzawy szlachetka aż przysiadł na ławie. A salwy śmiechu słychać było bodaj i w Kijowie.

Potocki przeszedł do drzwi wiodących do alkierza ścigany wiwatami kompanów. Po drodze przybił jeszcze kielich do gęby młodziankowi, klepnął w plecy innego, a stojąc prawie na progu, odwrócił się roześmiany.

– Mości panowie! Tylu do jednej panny?

– Uuuu-ha, ha! – zagrzmieli towarzysze Potockiego.

– Mój ty Kurdwanosiu, gdzie Rachmet-Gerej?

Można by sądzić, że chodziło o jakiegoś sługę, Murzyna albo Turczynka. Ale stary rękodajny Kurdwanowski podał panu długi, pleciony ze skóry bicz o rękojeści zwieńczonej gałką w kształcie ptasiej głowy.

Potocki potrząsnął nahajką, a wówczas korbacz zwinął się w jego ręku jak jadowity wąż.

Pan Mikołaj i sługa porozumieli się wzrokiem niczym król z rajfurem.

– To... bawcie się dobrze! – Kniaź błysnął w uśmiechu zębami. Znikł w alkierzu, a Kurdwanoś zamknął za nim drzwi, stanął na progu z miną cerbera i położył dłoń na szabli.

W narożnej izbie płonęły świece i latarnia. Łoże zaścielono poduchami i pierzynami. Jednak byłoby ono żałośnie puste, gdyby brakowało w nim nadobnej służki i nieodrodnej córy Kupidyna, pocieszycielki polskich rycerzy z ukrainnych stanic. Niewiasty zwanej miłośnicą lub skortezanką, lecz nie białogłową ani żoną, tych bowiem rycerze polscy jeszcze od czasów Bolesławów zażywali wyłącznie w celu przedłużenia rodu, pozostawiając sobie na uciechę wszelakie dziewki, przechodki, nałożnice i metresy.

Kurdwanoś, dawniej ogier sławny w całym powiecie, a dziś grzyb stary niczym świat, tym razem wybrał swemu panu inamoratę cudną jak niebiańska klacz. Doskonałą niczym wcielenie Cnoty Platona zamknięte w niewieścim ciele.

Czekała na łożu, z koroną kwiatów i warkoczami zaplecionymi na głowie. Półnaga, w zwiewnej koszuli, spowita w muślinowy welon. Jej oczęta były jak kruki, zęby niczym perły, a usta jakoby dorodne korale. Potocki pokiwał głową i pożałował, że nie ma talentu pana Daniela Naborowskiego, aby urodę tej dzierlatki opisać we fraszce albo figliku. Niestety, był aż zanadto dobrze świadom, że kiedy siadał do pisania na ciele kobiety, koniec końców – wychodziły mu tylko i wyłącznie pogrzebowe treny.

Na razie jednak rozpiął hak rapci od szabli, odstawił broń pod ścianę. Za chwilę miał wszak użyć tego oręża, w które hojny Pan Bóg wyposażył każdego męża niezależnie od stanu, urodzenia i powagi (choć oczywiście nie wszyscy potrafili zeń korzystać).

Zbliżając się wolno do łoża, wbił wzrok w kurtyzanę i powiedział:

– Ukaż mi się, panno, ukaż twarz swoję. Oblicze, które prawie wyraża różą oboje.

A potem rzucił się w jej stronę, chcąc chwycić za welon, ale wymknęła mu się z chichotem niemal w ostatniej chwili. Wyłożył się jak długi na stosie poduszek, przetoczył na bok.

– Stój! Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa. Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa... Zgodzi się znamienicie...

A jednak umknęła, kiedy ruszył w jej stronę. Przeskoczyła przez łoże, cisnęła mu w gębę poduszką; ledwie jej uniknął, opadając na kolana. Poducha wpadła na ławę, narobiła hałasu między dzbanami. Strąciła naczynie z winem; rubinowa struga rozlała się po świeżo wyszorowanych deskach.

– Nie igraj z ogniem, moja krasawico! – zawołał. – Prawda, że niewiasty są po aniołach najdoskonalsze. Jednak pamiętaj, że twój nadobny widok przywodzi mnie do rozpaczy.

– Zatem złap mnie i ukarz, mój wielki panie. – Zachichotała, prężąc piersi rozfiglowane niczym para jagniąt z zielonej łączki rozkoszy.

– Pijany byłem, ale wzięłaś mi sen cały oczu twych czarami! – wydyszał i rzucił się, by ją wreszcie pochwycić.

Na próżno!

Poderwała róg pierzyny w górę, cisnęła mu ją na łeb, a potem uciekła spod ręki niczym przepióreczka. W ostatniej chwili złapał za muślinowy welon. Rozległ się trzask, kiedy rozdarł materiał na pół, zatrzymując dziewczę dwa kroki od siebie. Niestety, zanim zdołał do niej dobiec, wyrwała się jak fenicka klacz, pozostawiając welon w ręku pana Mikołaja, stanęła pod oknem zziajana, z włosami, po których osypywały się kwiaty z rozerwanego wianka.

Chciała pomknąć dalej. A wtedy Potocki strzelił kańczugiem, rzemień świsnął w półmroku, oplótł się wokół jej kibici.

Szerokimi ruchami, jak rybak wybierający sieć, przyciągnął ją do siebie.

 

– Dziś się złościsz, jutro będziesz się uśmiechała. I żal ci będzie, żeś tak długo próżnowała...

Wzbraniała się i szarpała, udając opór. Prawie uwierzył w jej starania. Szarpnął prawą ręką za kańczug, popchnął skortezankę, pozwalając, by wymknęła się na wolność. Dopiero po chwili pogonił za nią ciężko jak buhaj z wywieszonym językiem.

Kiedy pisnęła i chciała przeskoczyć nad łożem, strzelił z bicza po raz drugi. Złapał ją w locie, lekko jak turkawkę. Choć spadła na puchowe poduchy i pierzynę, uderzyła głową o drewniane wezgłowie łoża. Krzyknęła z bólu.

Tym razem już jej nie puścił. Dotarł do ladacznicy jak pająk po nitce. Chwycił za giezło, przytrzymał, osadził w miejscu niepokorną klacz.

Z metalicznym chrzęstem wysunął z rękojeści kańczuga sztylet. Trzymał go w prawej ręce.

To była jedna chwila. Jak uderzenie żmii...

Chlasnął ją po plecach, przecinając giezło na pół, zahaczając o jedwabistą skórę dzierlatki. Dziewczyna wrzasnęła, wygięła się w łuk. W jej ciemnych oczach dostrzegł strach, więc uśmiechnął się łagodnie.

– Mój panie! Nie! Nie tak się umawialiśmy!

– Serce moje, oczy twe są jak narzędzie grzechu – wymamrotał ponuro. – Nie oczy, lecz pochodnie dwie nielitościwe. Palą na popiół serca nieszczęśliwe.

Kiedy podniósł rękę z puginałem, zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Szarpnęła się na łóżku, ale Potocki chwycił ją za gardło, obalił na śnieżnobiałe poduszki, na jaśki i wałki. Przycisnął jej plecy kolanem, unieruchomił.

– Nie, pomyliłem się – wydyszał schylony nad nią, rozgorączkowany, jakby właśnie brała go febra. – Nie oczy to, nie pochodnie... Gwiazdy, których jasne zorze błagają nagłym blaskiem rozgniewane morze. No, popatrz na swego Jachniczka. Patrz po raz ostatni!

Wzniósł ostrze do góry...

– U-ha, ha, ha, ha! – zarechotał Kurdwanoś w głównej izbie. Kompanija weseliła się i swawoliła. Krzyk, który rozległ się w alkierzu, nie wywołał zgoła żadnych komentarzy. Jedynie młody szlachetka, któremu pan Potocki przybił wcześniej kielich do gęby, poderwał się, łapiąc za szablę.

Jeszcze szybciej usiadł, kiedy Kurdwanoś położył mu na ramieniu rękę ciężką niczym głaz i zadławił wszystkie protesty jak absolutum dominum[2] wolność szlachecką. Sługa uśmiechnął się żółtym, poszczerbionym uśmiechem i sięgnął po dzban z winem.

– Polej, Jasiek – zakrzyknął wesoło. A pochylając się do ucha sługi, wyszeptał: – Siedź i milcz. Musisz się jeszcze wiele nauczyć.

Kompania rżała i bawiła się. Jedynie rozparty na ławie Hiszpan z rapierem długim niczym rożen z kuchni wychylił kubek aż do dna w ciszy. On jeden z całej kompanii nie zdradzał chęci do śmiechu.

A może po prostu lubił pić w milczeniu?


– Odsłońcie ciało. A wy, panie Damazy, czyńcie zadość prawu.

Przemyski kat wypożyczony z Biecza szarpnął za płachtę z przeworskiego płótna. Na całej długości znaczyły ją ciemne zacieki i plamy od łoju.

Burgrabia Zygmunt Cichowski nawet nie mrugnął okiem. Woźny chrząknął, podniósł rękę i ukrył nos w zgiętym łokciu. Od Zielonych Świątek panowały gorąca; ciało zmarłej ladacznicy poczynało roztaczać aż nadto dobrze wyczuwalną słodkawą woń rozkładu. Kat – zacny, pracowity i skromny Niemiec, stał nieruchomo jak pręgierz albo spiżowy pomnik okrutnej magdeburskiej sprawiedliwości.

Burgrabia postąpił krok bliżej, pochylił się nad nieboszczką pokrytą plamami krwi i siatką nacięć.

– Kto to zrobił? Człowiek czy zwierzę?

– To uczyniono żelazem – wymamrotał woźny Damazy, burcząc przez zatkany nos. – Znaleźli ją trzy dni temu na śmieciowisku, koło Zasania.

– Możesz waść rozpoznać broń?

– Kindżał albo kord. Krótki. Prosty. O, tu wbił ostrze. A tutaj, o – patrzcie, gardło podcięte. Równa linia. Gdybym nie widział poprzedniej rany, myślałbym, że szabla.

– Skąd tyle krwi?

– Długo ją męczył. Na koniec wypatroszył żywot i łono. Chce wasza mość zobaczyć? Możemy odwrócić ciało.

– Nie. Starczy to, co widzę.

– Na plecach... Popatrzcie, mistrzu Jakubie. Sam byś jej lepiej nie sprawił.

– Ja, gut. To topra ropota.

– Po co to uczynił? Dla pieniędzy? Z zemsty? Przecież nie z miłości!

– To ladacznica. Wołali na nią Roksolanka. Rozpoznały ją nasze miejskie przechodki. Szczęściem zabójca nie odrąbał głowy, jak Rosińscy panu Kroguleckiemu.

– Kto mógł ją zabić?

– Bóg to wie, a prędzej diabeł. Kimkolwiek był, uszedł. Rzucił ciało. Wiadomo – szukaj igły w stogu siana. Zaraz, zaraz, a to co znowu?! – Woźny pochylił się nad raną na pośladku zmarłej. – Mości panowie, tu coś jest... Znamię diabelskie!

Mistrz Jakub przeżegnał się tak zamaszyście, że rzekłbyś – wiatr powiał po izbie.

– Ślad wyrżnięty... Może wypalony. Mospanowie, czekajcie, bo mi już siarką wszystko pachnie...

– Jesteście pewni, panie Damazy?

– Jako amen w pacierzu, a anioł w niebie.

– Kto to mógł zrobić?

Drzwi otwarły się z trzaskiem i do izby wpadło – zapierając się dzielnie na podkówkach butów, krzycząc, wygrażając – dwóch hajduków starosty. Nie na wiele zdał się ich opór. Chociaż bronili dostępu jak lwy, ludzie pana Potockiego dosłownie wnieśli ich do wnętrza, wepchnęli bezradnych jak owieczki. Co więcej, wcale nie musieli przy tym dobywać szabel, po prostu torowali sobie drogę pięściami i kułakami.

A potem rozstąpili się przed swoim patronem.

– Mości panie burgrabio przemyski – pan Potocki szedł z otwartymi ramionami ku Cichowskiemu jak na powitanie najwierniejszego kompana – wybacz, proszę, to najście, ale mam sprawę niecierpiącą zwłoki. Mówiąc prosto – musimy pogadać.

– Nie widzisz waszmość, że oglądamy ciało?

– To się dobrze składa. Bo o nim właśnie chcę dyszkursować[3].

– O zmarłej? – Podstarości wskazał kciukiem zabitą murwę. – Znasz zabójcę?

– Ja ją zabiłem, mości panie bracie. Tymi oto rękoma. – Podniósł dłonie do góry i zademonstrował staroście jak skarb. – Cztery dni temu w karczmie Utrata na Zasaniu.

Oczy pana Cichowskiego były okrągłe jak dwa dukaty. Otwarta gęba woźnego przypominała studnię bez dna. Z kolei oblicze małodobrego mistrza Jakuba miało wyraz lichy i durnowaty.

– Ja... Jak to? Ja nie rozumiem. Zabiłeś ją i co?

– Jam to, nie chwaląc się, sprawił. Przyszedłem, bo chcę się przyznać. Sam, z własnej woli.

Burgrabia spojrzał na Damazego, ale ten bezradnie rozłożył ręce.

Zerknął zatem na kata, ale ten przeżegnał się po raz wtóry.

– Dlaczego waszmość to zrobiłeś?

– Uraziła mnie. – Gdzieś pod wąsem Potockiego błąkał się lekki uśmieszek.

– I to starczyło... By ją zabić?!

– Przecież to tylko kurwa. – Magnat łypnął boleśnie oczyma na Cichowskiego.

– I myślisz waść, że to godne szlachcica... Zabić ladacznicę?! To podłe! I nikczemne!

– Chyba mi wolno, może nie? Prawda, panie burgrabio?! – Potocki zadygotał, zupełnie jakby podstarości nadepnął mu na odcisk. – Jestem szlachcicem. Polonus nobilis sum[4]!

– Jesteś mordercą. – Burgrabia podniósł wzrok znad ciała okrwawionej, pociętej Roksolany. – Jesteś psim synem, szelmą i tylko katu cię oddać!

– Przecież się przyznaję.

– Oszczędzisz nam fatygi! Trzymajcie go!

– Chyba nie trzeba. – Potocki spojrzał na dwóch posiniaczonych pachołków i swoją wilczą kompanię otaczającą ludzi burgrabiego półksiężycem niby tatarski zagon. – Przyszedłem tu z własnej woli. Zapłacę za głowę tej dzierlatki. I odpokutuję karę w wieży.

– Nie wykpisz się gadaniną. Dasz gardło na szafocie za zabójstwo!

– To nie takie proste, panie burgrabio – cmoknął z przejęcia Potocki. – Nie złapaliście mnie in recenti crimine[5], na miejscu zbrodni. A tymczasem minęły dwa dni. Spóźniłeś się z mieczem, mospanie. O całe czterdzieści osiem zegarowych godzin.

– Łżesz!

– Gdzieżbym śmiał... Panie Damazy, potwierdźcie moje słowa, powiedzcie, co mnie czeka podług prawa i konstytucji anno 1588?

– Umyślne morderstwo... Zbrodnia pospolita.

– Jaka pospolita? Jaka zbrodnia! To tylko zabójstwo... Kurwy. A kurwa, rozumiecie waszmościowie, to takie stworzenie, które nie ma duszy! Jest pusta, rozumiecie? Pusta w środku. Sam sprawdzałem.

– Zapłacisz jak za głowę mieszczanina. Trzydzieści grzywien. Parę niedziel w wieży.

– Tak właśnie będzie. Dokładnie tak! Szczęść Boże, dobry człowieku. Panie woźny, będziesz miał talara, a może i dwa na przepicie.

– Nie piję – odrzekł ponuro Damazy.

– Ze mną się nie napijesz? Co, może kłamią księgi sądowe? – Potocki pogroził palcem Damazemu. – Alboś to nie krzyczał w sanockiej karczmie: Pal, bracie, aby do mnie! I multos quatircos et półgarnczków gorzałki ebibit[6]? Albo to nie prawda, żeś grywał w karty i kości ante stajniam cum masztalerzibus[7]? I że są pozwy przeciw tobie wniesione w grodzie? Księgi sądowe samą prawdę w oczy mówią. A prawda często w oczy kole.

Damazy cofnął się o krok.

– O, tu są pieniądze. – Potocki cisnął na katowską ławę parciany, brzęczący miło mieszek. – Równo trzydzieści grzywien za głowę tej tam... Zapomniałem, jak jej na imię. Ale to tylko ladacznica. W dobrej monecie, w talarach toruńskich i czerwonych złotych, w ortach gdańskich, broń Boże nie oberżniętych. Cóż jeszcze, mospanie? Główszczyzna jest. To pójdę do wieży, wyrezyduję, ile trzeba, i załatwione. Prawda, panie burgrabio?!

– Myślisz waść, że wszystko da się załatwić pieniędzmi?

– Wcale nie! – Potocki uderzył się w piersi. – Ja chcę odpokutować za grzech. Zgodnie z prawem i sumieniem. Nie uciekam, nie musisz ganiać za mną, mości burgrabio, po czerszlach, stepach i poharach. Przyszedłem sam, z własnej woli, aby poddać się karze.

– Dlaczego ją ubiłeś?

Pan Mikołaj uśmiechnął się lekko. Spojrzał w lewo, potem w prawo.

– Wiesz, mości burgrabio, po prostu chciałem zobaczyć, jak to jest, kiedy zabija się niewinnego. Na wojnie usieczesz Turka, ubijesz Moskala szablą, kopią – to żołnierska rzecz. Uderzasz na niego, ale on się broni, bo też ma szablę. A ja chciałem zobaczyć, jak to jest zabić... niewinnego. Takiego, co nie podniesie na ciebie ostrza. A jedyne, co czuje, to strach i łzy.

– I dlatego wybrałeś tę nieszczęsną dziewkę?!

– Przecież to zwykła murwa. Wszetecznica pańska. Kurwa, bestyjka, pisał o niej święty Jan w Apokalipsie. Królowa nierządnica. Mająca dziesięć rogów i siedem głów, a na nich bluźniercze imiona. Powinniście nagrodzić mnie za pokaranie tej przechodki. Nie będzie już wodzić dobrych chrześcijan na pokuszenie. Nie nabawisz się od niej francy, mości panie burgrabio.

– Nic ci nie uczyniła.

– Miałem wybrać kogoś innego? Zabić na ten przykład szlachcica? Toż to kryminał. Pachołka? Zbrodnia! Kto się o sługę nie ujmie, ten się o żonę nie ujmie, a ja nie chciałem, że tak powiem – podawać w wątpliwość i wystawiać na szwank małżeńskich uczuć panów braci z ziemi przemyskiej. Poczciwego chłopka miałem zabić? Chyba tylko po to, aby jego pan ciągał mnie po sądach i trybunałach?

– Myślisz, że jak zapłacisz i odsiedzisz, będziesz miał czyste sumienie? To zdarza ci się nie pierwszy raz.

– Ja wszystko wyjaśnię, jak na spowiedzi. Patrz, zacząłem od pleców, tutaj. – Pokazał dłonią, skąd zaczął pierwsze cięcie. – Wbiłem Rachmeta w to właśnie miejsce. Potem pociągnąłem po gardle. Niedużo, z lekka, by nie skończyła za szybko.

– Rachmeta?

– To jest mój brat i druh. – Kniaź uniósł do góry zwinięty w okrąg nahaj z okutą rączką. – Mój sługa, mój rab. Jesteśmy jak dwaj przyjaciele. Jak Kastor i Polluks. Jak Polak i Węgier – dwa bratanki.

– Ten stygmat diabelski? Skąd się wziął? – zapytał Damazy.

– Jaki stygmat? A, ten? To Pilawa.

– Co za piława?

– To mój herb. Nie wyszedł, niestety. Kiepski ze mnie snycerz. Ale cóż – ja do szabli, nie do rzemiosła stworzony.

 

– Panie Potocki! – krzyknął podstarości. – Nie wykpisz się tak łatwo. Pójdziesz na sam dół sanockiej wieży. Gdzie błoto, szczury i robactwo. Żebracy i szelmy. Nie weźmiesz ze sobą służby! Nie będziesz miał wina, miodu ani wesołego towarzystwa. A światło ujrzysz dopiero wtedy, kiedy pachołek zejdzie do ciebie z kagankiem.

Potocki uśmiechnął się i wyciągnął ręce zaciśnięte w pięści.

– Jakoś wytrzymam te sześć niedziel. Jestem twój, mości panie burgrabio. Zatem na co jeszcze czekasz?


Miłosierdzie mistrza Jakuba warte było pięć szelągów. Za tyle kat pomógł im włożyć do trumny ciało nieszczęsnej Roksolanki, a samą trumnę załadować na kolasę ciągniętą przez kościstego, poszerszeniałego konia. Ponury i małomówny pachołek bez litości chlastał szkapinę batem, gdy droga wznosiła się w górę. Klął zaś pod nosem, przytrzymując lejce, kiedy zjeżdżali krętą drogą z zamku starościńskiego ku szerokiej, krytej dwuspadowym dachem bramie grodzkiej. Koń zadzierał wówczas głowę, zwalniał, czując na chomącie ciężar kolasy, nieuchronnie staczającej się w dół z gliniastego wzgórza.

We cztery szły pieszo obok wozu. Zarówno najbogatsza i najśmielsza – Bieta, która przybyła do miasta przed miesiącem, przyjmowała gachów i wielkich panów w swej własnej komnacie, jak i jej służka Rachela, a także szpetna Kleszyna i stara Doboszanka. Szkapa, która ciągnęła kolasę w pojedynczym szorze, pochylała nisko szyję i potykała się na każdym kamieniu – jakby lada chwila miała wyciągnąć kopyta.

Ladacznice szły w sukniach i kazjakach nakrytych opończami, z odkrytymi głowami i upiętymi wysoko włosami. Dekolty i kolory tych szat były zaś tak bezwstydne i kurewskie, że wianuszek jakiejś cnotliwej panny zwiądłby od przypadkowego dotknięcia. Bieta stąpała we francuskiej atłasowej alamodzie, unosząc ją czasem do góry, kiedy przyszło jej wędrować nad śmieciami i kupami końskiego łajna zalegającymi na ulicy.

– Trzydzieści grzywien – mruknęła Doboszanka, kiedy weszli w gwarną ulicę Grodzką, wiodącą na przestrzał przez całe miasto.

– Idzie ku lepszemu – odparła Kleszyna.

Spojrzały na nią, jakby była pijana o dwunastej w południe.

– Za poprzednią... Za Jagienkę. Co ją zabił w Sanoku... Nic nie zapłacił. Wystarczyło, że dał na mszę. Dwie noce leżał krzyżem.

– Myślisz, że za ciebie da więcej? Albo nie starczy mu kabzy i odpuści?

– Zabije znowu – rzekła ponuro Kleszyna. – Jak amen w pacierzu.

– Jaśnie oświecony wojewodzic Mikołaj Potocki. Możny pan. Syn senatora, krewny i imiennik hetmana polnego.

– Która – prychnęła jak kocica Bieta – będzie następna? Która z nas?

– Ja do niego nie pójdę. Choćby mi obiecywał złote góry, a po nich Niderlandy.

– Ja też – mruknęła Doboszanka. – Co to, życie murwy mniej warte jak zwykłej dziewki?

– Dla pana burgrabiego tyle co nic.

– Przecie sąd go skaże.

– Na co?! – mruknęła Bieta. – Potocki zapłaci główszczyznę. Odsiedzi sześć niedziel w wieży. A potem wyjdzie i zajdzie w odwiedziny do mnie. Albo do ciebie. Oto sprawiedliwość.

– Burgrabia obiecał mu dolną wieżę.

– Wy głupie murwy! – wysyczała Bieta. – Na co liczycie? Że go święty Antoni oświeci? To senatorski syn, hetmański krewny, a my jesteśmy zwykłe skortezanki. Naczynia grzechu i rozpusty. Ja wam powiadam, że jeśli Potocki będzie miał chęć i fantazję, to zacznie strzelać do nas jak do kaczek. I co mu zrobią? Tyle co nic! Znowu zapłaci główszczyznę. Znowu odsiedzi swoje. Trzydzieści grzywien. Tyle kosztują nasze głowy. A jego stać na dużo więcej.

– Co mamy robić, siostrzyczko? – mruknęła Doboszanka. – Zabić go? Jak i czym? Mogę mieć co noc nawet dziesięciu gachów, moje śliczności, ale z piczki strzelać nie potrafię!

– Potocki możny pan. Posesjonat. Jak podniesiesz na niego rękę, to najpierw zabawi się z tobą mistrz Jakub. A potem popieści miejska szubienica.

– Panie Boże w Trójcy Świętej jedyny – żegnała się Kleszyna wolno i z namysłem. – Jeśliś kiedy różnymi plagami karał złych i niesprawiedliwych ludzi, wydzierców, szarpaczy, krwie ludzkiej niewinnych rozlewców, dziś pokaż sprawiedliwość twoją nad panem Potockim. Żeby pioruny go z jasnego nieba strzaskały, żeby go ziemia żywo pożarła, żeby go pierwsza kula nie minęła, żeby wszystkie plagi, które dopuściłeś na faraona, na głowę mu spadły. Aby mu flaki do reszty wygniły, franca kusia zżarła...

– Nie bluźnij – ostrzegła Bieta. – Ksiądz kanonik jedzie.

Miała rację, drogą z przeciwka jechała kolasa, a w niej zasiadał Piotr Gembicki, szlachcic, sekretarz króla, a przy okazji kanonik włocławski i administrator diecezji krakowskiej.

– Pomagaj Bóg, ojcze dobrodzieju! – Bieta skłoniła głowę przed duchownym. Ladacznice zawtórowały jej chórem.

A ksiądz kanonik, skonfundowany przez rozpustne baby, obrócił oczy ku niebiosom, dając niewymowny znak, że prędzej zostanie nowym świętym Szczepanem, niż przyzna się do znajomości i konfidencji z przemyskimi ladacznicami.

– Pojechał – rzekła Kleszyna. – Teraz mnie nie widzi. Za to w nocy i na ślepo by do mnie trafił.

Przez chwilę szła w milczeniu.

– Nie uwierzycie, jaką kuśkę ma cudaczną. Wygląda jak członek świętego Franciszka, co go stary Matyjasek przywiózł z Ziemi Świętej.

– Mógłby choć klątwę rzucić na pana Potockiego. Fiat, fiat, anatema, anatema[8]. Co poczniemy, siostry?

– Ja się wynoszę z miasta – rzekła Kleszyna. – Wyjeżdżam.

– Dokąd?

– A choćby do Lublina.

– Chyba po to, żeby ci głowę zgolili na rynku i wyświecili z gołym tyłkiem z miasta! Mijaj Lublin o dziesięć mil, bo tam trybunał. A jak nie trybunał, to zwodnicy, pachołkowie przekupni. Pomnisz Jantoska, co cię kijem bijał, ostatni grosz zabierał? Tam takich pełno w każdej karczmie. A bez rajfura ani wyjdziesz na ulicę, bo zaraz cię inne kurwy ze skóry obedrą.

Szybko minęli katedrę Jana Chrzciciela, a z lewej niski i przysadzisty kościółek Świętego Rocha ze szpitalem dla ubogich. Wkrótce kopyta załomotały na drewnianym moście nad fosą, po drugiej stronie wysokiej Bramy Lwowskiej, zwanej także Senatorską, ślepiącej do nich wąskimi źrenicami strzelnic. Kondukt ladacznic skręcił w prawo, przed kościołem Ojców Reformatów – drewnianym, lecz obwarowanym ostrokołami i parkanami.

– Patrzcie, ktoś na nas oczy wytrzeszcza.

– Hej, mości kawalerze, dziś nie dajemy.

– Nie oglądajcie się – syknęła Bieta. – To Cwajnos. Rajfur. Psi syn.

– Czego chce?

– Na pewno nie twojej starej piczki. Chce pieniędzy. To jasne.

– Za co?

– Za obronę!

– Jebał go pies.

– Nawet dziesięć kundli.

Przez chwilę szły obok wozu, udając, że nie dostrzegają zwodnika, czyli mówiąc po niemiecku – rajfura, prowadzącego sławny zamtuz za mostem przemyskim. Bieta miała nadzieję, że Cwajnos pójdzie swoją drogą, ale ten, choć łysy i garbaty, wzrok miał jastrzębi. Przyskoczył bliżej, zrównał się z nimi, przez chwilę szedł obok wozu.

– Pochwalony i na wieki – zagadał.

– Pomagaj Bóg – odparła Kleszyna; towarzyszki zawtórowały jej pomrukiem.

– Bieta!

– Czego?

– Coś ty mnie unikasz.

– Nie ja jedna w województwie.

– A ty myślałaś o tym, co mówiłem?

– Nie.

– Obronię cię przed Potockim. Starczy, że powiesz słowo. Nikt cię nie ruszy, klnę się na Święty Krzyż.

– Powiedziałam: nie!

– Oddasz mi tylko połowę. A ja nasprowadzam ci gachów. Samych możnych panów ślachciców. Będziesz miała jak w niebie.

– Precz!

– Kurwo, jebicho, gamratko, narożnico końską pytą chędożona. Myślisz, że jak nie ja, to kto? Co ty, przechodko francą podszyta, myślisz, że znajdziesz sobie ślachcica do obrony?

– Jak będzie trzeba, to znajdę. Lepszego niż ty, Cwajnos.

– Kurwo ty! – Skoczył do niej z wyciągniętą pięścią. Bieta skuliła się, ale nie uciekła. Kleszyna wrzasnęła, zawtórowała jej Doboszyna:

– Gwałtu! Napadł!

– Szelma! Dziad!

– Pomocyyyy!

– Zostaw ją, pokrzywniku!

Cwajnos pomiarkował, bo byli blisko przedmiejskiej cerkiewki Świętej Trójcy, przed którą zgromadziły się spore tłumy. Już zza parkanów i płotów wyjrzało kilka głów, woźnice i kozacy stojący przed karczmą Rozdroże obrócili znudzone spojrzenia na ladacznice. Słyszeli podniesione głosy, zatem ciekawi byli, co nastąpi. Rajfur jednak nie poważył się na żadne awantury. Został w tyle i pogroził im kułakiem.

– Jeszcze do mnie wrócisz! Pamiętaj, Bieta!

– Pocałuj psa w rzyć!

Zostały same. Wóz turkotał po drodze, trumna kołysała się. Szły teraz pod górę, na wzniesienie zwane Kopcem Tatarskim – z powodu straży, które często stawiano tam dla wypatrywania Ordy. Koń potykał się w błocie, szedł z opuszczoną głową, ciągnąc z trudem trzeszczącą ruską kolasę i chybocącą trumnę.


– Nie pójdę do Cwajnosa, choćby Potocki przyszedł do mnie w nocy.

– Lepiej pakujcie manatki razem z Rachelą i uciekajcie, póki siedzi w wieży.

– Nie będę uciekać! – rzekła Bieta, a gniew wykrzywił jej piękne oblicze. – Ledwie tu przyjechałam i co... Niby dlaczego mam się bać? Co to ja, niewolnica? Płacę pogłówne? Płacę! Płacę podymne? Płacę! Daję na biednych? Daję! I jeszcze opłacam hycla i ofiarowuję co tydzień grosz na ratusz miejski. Panowie rajcy i prawo powinni mnie bronić.

– Prawo jest jak pajęczyna – bąk się przebije, a na muchę wina.

– Ja stąd nie wyjadę! – Bieta uderzyła w gniewie pięścią o burtę kolasy.

– Prawo jest dla Potockiego, nie dla ciebie. On możny pan, a ty kto? Niewiasta publiczna? Każdy, kto chce, może do woli heblować cię na ławie!

– Wcale nie każdy! – zakrzyknęła Bieta. – Panu Stadnickiemu nie dałam skosić łączki. Nie poszłam do łaźni z Czeczotką, bo śmierdział! Jak mi chłop podejdzie, daję mu z kopią do pierścienia gonić, ale jak nie – fora ze dwora! To tylko ty rozkładasz nogi przed każdym! Pod starym, pod obmierzłym, a nawet pod francowatym!

– Zobaczymy, co powiesz w moim wieku – odcięła się Kleszyna. – Czy będziesz czekać na ogiera, kiedy głód zajrzy ci w oczy. Myślisz, że za parę lat młode chłopy będą latać za tobą czy prędzej ty za nimi?!

– Młody czy stary, pan, wójt albo pleban – wszystkich nas Pan Jezus stworzył jednakowych.