Xavras Wyżryn i inne fikcje narodoweTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe
Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 58,80  47,04 
Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe
Audio
Xavras Wyżryn i inne fikcje narodowe
Audiobook
Czyta Adam Ferency
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2004

Wy­da­nie dru­gie, do­druk

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta

Bar­ba­ra Gór­ska, Anna Rud­nic­ka, Ewa Ko­cha­no­wicz

Pro­jekt okład­ki i wy­kle­jek

To­masz Ba­giń­ski

Mi­chał Dzie­kan

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04722-4

Spis treści

  XAVRAS WYŻRYN PRUSY WSCHODNIE–BUKOWINA BUKOWINA–MOSKWA MOSKWA–KRAKÓW KRAKÓW EWANGELIA WG ŚW. JEWRIEJA

  SPRAWA RUDRYKA Z.

  PRZYJACIEL PRAWDY DIALOG IDEI

  GOTYK

XAVRAS WYŻRYN

…za­iste nie w two­jej mocy

prze­ba­czać w imie­niu tych, któ­rych zdra­dzo­no o świ­cie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRUSY WSCHODNIE–BUKOWINA

Z pół­no­cy nad­le­ciał klucz sztur­mo­wych śmi­głow­ców. Wit­sch­ko uniósł rękę i Ame­ry­ka­nin za­marł w pół kro­ku. Ga­pi­li się w sza­re nie­bo przez bez­list­ne jesz­cze ga­łę­zie drzew, w tej czę­ści lasu ro­sną­cych bar­dzo gę­sto. Wą­skie, ciem­ne ma­szy­ny z em­ble­ma­ta­mi re­ich­swe­ry na bo­kach — czar­ny­mi krzy­ża­mi — prze­mknę­ły po­nad nimi w dźwię­ko­wej chmu­rze ro­ze­dr­ga­ne­go grzmo­tu. Je­den, dwa, trzy, pięć, sie­dem. Jak apo­ka­lip­tycz­na sza­rań­cza. Smith ża­ło­wał, że nie ma na gło­wie koł­pa­ka, by­ło­by świet­ne uję­cie. Gdy znik­nę­ły, spoj­rzał na ze­ga­rek. Szó­sta szes­na­ście.

— Czę­sto tak? — spy­tał Ślą­za­ka.

Prze­myt­nik wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Ru­skie ich ostrze­li­wu­ją, ale bez prze­ko­na­nia. Od śmier­ci Sta­li­na nie było na Po­mo­rzu po­waż­ne­go in­cy­den­tu. Prze­cież pan wie. Pre­wen­cja. Prze­kra­cza­ją gra­ni­cę o trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów i wię­cej. Mo­skwa na­wet nie ma pre­ten­sji: strze­la­ją do tych, co trze­ba.

Roz­ma­wia­li po ro­syj­sku, bo Smith w nie­miec­kim był sła­by, a Wit­sch­ko bał się prze­ciw­pie­chot­nych min ję­zy­ko­wych.

Szli la­sem już pięć go­dzin. Gra­ni­cę i pas zmi­li­ta­ry­zo­wa­ny opu­ści­li jesz­cze przed pół­no­cą, lecz z uwa­gi na układ dróg i ukształ­to­wa­nie te­re­nu nie mo­gli kie­ro­wać się bez­po­śred­nio na po­łu­dnie i w efek­cie, za radą Ślą­za­ka, ma­sze­ro­wa­li ja­kimś prze­dziw­nym rów­no­leż­ni­ko­wym hal­sem. Bo tu­taj dro­gi bie­gły nie­mal wy­łącz­nie ze wscho­du na za­chód, Pru­sy nie ist­nia­ły dla ro­syj­skich pla­ni­stów. Smith miał w kom­pu­te­rze mapę, ale już kil­ka­krot­nie zdą­żył się prze­ko­nać, iż od­po­wia­da ona rze­czy­wi­sto­ści w stop­niu da­le­ce nie­za­do­wa­la­ją­cym. Mimo że — zgod­nie z in­for­ma­cją pro­du­cen­ta pro­gra­mu — ak­tu­ali­zo­wa­na była po­dług da­nych z sa­te­li­tów geo­de­zyj­nych za­le­d­wie sie­dem mie­się­cy temu. Czyż­by woj­na po­wo­do­wa­ła prze­miesz­cza­nie się au­to­strad? Wit­sch­ko śmiał się szy­der­czo w od­po­wie­dzi na na­rze­ka­nia Ame­ry­ka­ni­na. Nic nie jest nie­zmien­ne.

Znaj­do­wa­li­by się już znacz­nie da­lej, gdy­by nie noc­na eska­pa­da prze­myt­ni­ka po nowe — to zna­czy sta­re — ubra­nie dla Smi­tha. Zmu­sił Iana do zdję­cia i znisz­cze­nia pa­ra­mi­li­tar­ne­go stro­ju, jaki wy­szy­ko­wa­ła dlań spe­cjal­nie na tę oka­zję głów­na pru­ska eks­po­zy­tu­ra sie­ci w Al­len­ste­in; miast nie­go re­por­ter wdział gru­be, brud­ne i cuch­ną­ce ła­chy, któ­re Wit­sch­ko wy­cy­ga­nił od zna­jo­me­go. Na­wet nie­spe­cjal­nie pa­so­wa­ły na Smi­tha. Do­brze, że bu­tów nie ka­zał mi wy­rzu­cić, my­ślał Ian. Bo tem­po mar­szu oka­za­ło się wprost mor­der­cze. Ple­cak cią­żył Ame­ry­ka­ni­no­wi kan­cia­stym gła­zem. Szli i szli. Już na­wet nie miał siły się bać. Było mu wszyst­ko jed­no. Ga­pił się bez­myśl­nie na ple­cy idą­ce­go przed nim męż­czy­zny i pod­sy­cał w so­bie ir­ra­cjo­nal­ną nie­na­wiść do Ślą­za­ka. On mógł­by być moim oj­cem, dy­szał bez­sil­nie. Czter­dzie­ści, pięć­dzie­siąt lat; chu­dy, ko­ści­sty, czar­no­oki, czar­no­wło­sy, za­ro­śnię­ty, za­wsze z pa­pie­ro­sem w ustach, ustach o nie­rów­nej i szczer­ba­tej li­nii żół­tych zę­bów. Wór na ple­cach, czap­ka na gło­wie, szy­der­stwo na twa­rzy. Może to zdraj­ca, może wty­ka, może po pro­stu chci­wy mor­der­ca, któ­ry za­rżnie mnie pod­czas snu; cho­le­ra go tam wie.

Kwa­drans póź­niej prze­su­nę­ło się po­nad nimi te same sie­dem he­li­kop­te­rów; wra­ca­ły do bazy. Ostat­ni, siód­my, co­kol­wiek spóź­nio­ny wzglę­dem resz­ty, cią­gnął za sobą brud­ny war­kocz dymu. Le­ciał ni­sko, chy­bo­tli­wie. Wi­dzie­li go ze szczy­tu wzgó­rza po­mię­dzy drze­wa­mi. Pod­niósł się jesz­cze raz i dru­gi, za­ję­czał roz­pacz­li­wie wir­ni­ka­mi — i spadł w las. Huk­nę­ło. Go­rą­cy pió­ro­pusz ga­zów i po­pio­łu wy­rósł w bla­do­sza­re nie­bo. Z pół­no­cy za­wró­ci­ły dwie ma­szy­ny, po­ko­ło­wa­ły nad wra­kiem, lecz w koń­cu od­le­cia­ły: wi­docz­nie nie po­zo­sta­ło nic do ra­to­wa­nia. Wit­sch­ko i Smith scho­dzi­li ze wzgó­rza. Wiatr za­marł i czar­ny słup śmier­ci stał pio­no­wo, pro­sto na ich dro­dze. Ian nic nie wi­dzą­cym wzro­kiem spoj­rzał na ze­ga­rek, jak­by ów od­ruch zwy­czaj­no­ści był w sta­nie przy­wró­cić mu daw­no utra­co­ny spo­kój umy­słu. Szó­sta czter­dzie­ści dwa, trzy­dzie­sty mar­ca ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go szó­ste­go roku. Mord o zim­nym po­ran­ku. Niech szlag tra­fi Pol­skę.

Wie­czo­rem, przy ogni­sku, Wit­sch­ko snuł swe prze­myt­ni­cze opo­wie­ści.

— W osiem­dzie­sią­tym dru­gim, w trze­cim mie­sią­cu po jego śmier­ci, tak na po­cząt­ku lu­te­go, za­padł tu gdzieś w oko­li­cy trans­port woj­sko­wych bu­tów. Cię­ża­rów­ka cała. Ka­ma­sze za­raz się po­ja­wi­ły na ryn­ku; wóz po­noć do je­zio­ra po­szedł. Szum taki so­bie, nic spe­cjal­ne­go. Po­tem to samo z mię­sem. A po­tem — uwa­żasz, jaki prze­skok — zwi­nę­li z esze­lo­nu ato­mów­kę. Dasz pan wia­rę? Po­cią­giem ją wieź­li, na bocz­ni­cy sta­ła. Toż do­pie­ro czer­wo­no­ar­miej­ców szlag tra­fił…! Paru lu­dzi pod mur, wię­cej na Sy­bir… ale bomb­ki niet. Cho­dzi­ły tu całe ba­ta­lio­ny z psa­mi, wę­szy­li jak wście­kli, psy i lu­dzie. Wy­kar­czo­wa­li na­wet ka­wał lasu, po­ję­cia nie mam, po jaką cho­le­rę. Ze trzy nie­dzie­le tak to trwa­ło; nie mo­głeś spoj­rzeć w nie­bo, żeby nie zo­ba­czyć he­li­kop­te­rów — jak mu­chy nad tru­pem. Niem­ce po­dob­no się rzu­ca­li, że niby wzmo­żo­na ak­tyw­ność woj­ska i tak da­lej. Na pew­no wie­dzie­li. Zna­jo­my, co sie­dzi w le­śni­czów­ce pod gra­ni­cą, no to on so­bie ła­pał tam ra­dio z Prus, bo tak bli­sko to jed­nak nie dało rady zgłu­szyć, i to ra­dio o wszyst­kim otwar­cie mó­wi­ło, więc stąd że­śmy wie­dzie­li. Już wte­dy za­czę­li lu­dzie coś po­dej­rze­wać, bo nikt nie znał tych gie­ro­jów od bu­tów i mię­sa, a na tru­pa była komu pie­przo­na ato­mó­wa? — ani jej użyć, ani spy­lić — więc po­szła gad­ka, że to nie­tu­tej­si i w ogó­le nie nasi, i że pew­nie po­li­tycz­na spra­wa. No bo jak ka­mień w wodę — a taka bom­ba to jed­nak ka­wał skur­wy­syń­stwa, po­dob­nież dźwi­giem ją wy­cią­ga­li z ja­kiejś ra­kie­ty; dźwi­giem, mi­ster Smith, dźwi­giem. No więc ja my­ślę, że te­raz z tą Mo­skwą — to wszyst­ko praw­da. Oni już wte­dy wie­dzie­li, już so­bie za­pla­no­wa­li. Jak tyl­ko on zdechł.

Śmierć Sta­li­na to wy­znacz­nik no­wej ery, jak na­ro­dzi­ny Chry­stu­sa — wy­star­czy za­imek: „on”, „jego”. Wia­do­mo, o kogo cho­dzi.

Już wcze­śniej to spo­strzegł: tu wszy­scy mó­wią ja­koś tak krzy­wo, w bok, po okrę­gu i pa­ra­bo­li; prze­strzeń ich słów wy­pa­czo­na jest przez wiel­kie, nie­wi­docz­ne masy czar­nych dziur oby­cza­ju, do któ­rych nie­bez­piecz­nie się zbli­żać, bo mogą wcią­gnąć, za­ssać. Wit­sch­ko na przy­kład — o czym on opo­wia­dał? o kra­dzie­ży bom­by? Nie, on mó­wił o Xa­vra­sie Wy­żry­nie. W koń­cu wszyst­ko spro­wa­dza się do nie­go.

 

Xa­vras Wy­żryn, Xa­vras Wy­żryn.

— Spo­tka­łeś go kie­dyś?

Ślą­zak strze­lił spoj­rze­niem po­nad ogniem, wsa­dził w pło­mie­nie pa­tyk.

— Bo co?

— Nic. Cie­ka­wy je­stem.

— Da Bóg, sami go spo­tka­cie, to się do­wie­cie. Wcze­śniej czy póź­niej.

Smith nic już nie rzekł. Prze­wró­cił się na dru­gi bok, ple­ca­mi do prze­myt­ni­ka, i za­su­nął śpi­wór. Przed sobą miał swój roz­tań­czo­ny cień od­pło­mien­ny i las, i noc, i nie­bo bez gwiazd i księ­ży­ca, bo cięż­ko za­chmu­rzo­ne. Aby za­snąć, mu­siał się uspo­ko­ić, ale my­śli wy­my­ka­ły mu się spod kon­tro­li. Znaj­du­ję się w stre­fie woj­ny, du­mał. Tu śmierć. Po­dą­żam ku śmier­ci. Xa­vras Wy­żryn, Xa­vras Wy­żryn. Prze­kleń­stwo na nie­go, prze­kleń­stwo na nich!

Wresz­cie za­snął nie­uspo­ko­jo­ny — zmo­gło go zmę­cze­nie.

Rano, za­nim wy­ru­szy­li w dal­szą dro­gę, wy­słał krót­ki mel­du­nek: parę słów ręcz­nie wkle­pa­nych. PRZEZ GRA­NI­CĘ BEZ PRO­BLE­MÓW. IDZIE­MY KU WI­ŚLE. MOŻLI­WE OPÓŹ­NIE­NIE. DLA­CZE­GO NIE PO­MY­ŚLE­LI­ŚCIE O UBRA­NIU? Szło to wą­skim stoż­kiem do sa­te­li­ty, z nie­go do ko­lej­ne­go i po­tem bez­po­śred­nio do cen­trum WCN w No­wym Jor­ku, więc ra­czej nie ist­nia­ło za­gro­że­nie pod­słu­chem. Zresz­tą gdy­by na­wet — ni­cze­go to nie zmie­nia­ło, Smith po pro­stu nie miał żad­nej in­nej moż­li­wo­ści ko­mu­ni­ka­cji z sie­cią.

Oko­ło po­łu­dnia Wit­sch­ko zde­cy­do­wał, że wyj­dą na dro­gę. Byli już do­syć da­le­ko od gra­ni­cy. Ian nic nie po­wie­dział, ale strach ści­snął mu żo­łą­dek. Te­raz do­pie­ro się za­cznie, po­my­ślał; przy­po­mniał so­bie Fra­ze­ra, McHut­scha, Var­dę; przy­po­mniał so­bie ich fil­my. Ale nic nie po­wie­dział. Jest strach sło­wo­to­ku i jest strach mil­cze­nia, a ten dru­gi nie­po­rów­na­nie głęb­szy, bo już bez­myśl­ny, zwie­rzę­cy, cał­ko­wi­cie ule­ga­ją­cy bez­na­dziei chwi­li.

Wy­szli z lasu na po­bo­cze i z po­bo­cza na szo­sę, wą­ską, sta­rą as­fal­tó­wę, z moc­no wy­bla­kłą bia­łą li­nią. Szo­sa skrę­ca­ła dość czę­sto i wi­dzie­li je­dy­nie jej stu­me­tro­wy od­ci­nek, z obu stron ucię­ty sza­ry­mi ścia­na­mi lasu. Było to miej­sce tak ano­ni­mo­we — żad­ne­go dro­go­wska­zu, na­wet drob­nych śmie­ci w ro­wie, ni­cze­go — że aż ja­koś sym­bo­licz­ne. Smith za­chłan­nie roz­glą­dał się do­oko­ła. Nie ta­kie prze­strze­nie wy­bie­ra­no do ko­lo­ro­wych pa­no­ram „Nie­uchwyt­ne­go Xa­vra­sa”.

Wit­sch­ko wska­zał kie­ru­nek i ru­szy­li. Już nie je­den za dru­gim, ale obok sie­bie, po cy­wil­ne­mu: Ślą­zak z pra­wej, Ame­ry­ka­nin z le­wej. Nie­bo było bla­do­po­pie­la­te i smęt­nie za­cią­ga­ło się po­tar­ga­ny­mi w strzę­py chmu­ra­mi, z któ­rych rzad­ko ska­pie coś wię­cej niż cho­ro­bli­wie ane­micz­ny ka­pu­śniak. Z owej strasz­li­wej nudy ob­ra­zu strach wy­krze­sał Smi­tho­wi okrut­ną za­po­wiedź ry­chłe­go nie­szczę­ścia, zgod­nie z ryt­mem sce­na­riu­szo­we­go prze­kła­dań­ca fil­mo­wych se­kwen­cji na­pię­cia i roz­prę­że­nia; bo ca­łość Smi­tho­wych do­świad­czeń i pa­mię­ci zda­rzeń i za­cho­wań tego świa­ta, w od­róż­nie­niu od świa­ta No­we­go Jor­ku, po­cho­dzi­ła z kina i te­le­wi­zji — a umysł tego prze­cież nie se­gre­gu­je. Sko­ro ci­sza, to przed bu­rzą. Sko­ro spo­kój, to przed bi­twą. Wit­sch­ko pró­bo­wał pod­jąć roz­mo­wę, ale Smith mil­czał.

Prze­je­chał sa­mo­chód i na­wet nie zwol­nił. Prze­myt­nik nie zwró­cił uwa­gi. Po­tem prze­je­chał fa­cet na ro­we­rze. Fa­cet na ro­we­rze był bar­dzo sta­ry, bar­dzo po­marsz­czo­ny; na no­sie tkwi­ły mu oku­la­ry w pęk­nię­tych ro­go­wych opraw­kach, ze szkła­mi, są­dząc po gru­bo­ści, pan­cer­ny­mi; a dło­nie miał — dło­nie i pal­ce to on miał ta­kie, ja­kich Smith w ży­ciu nie wi­dział. Pa­ty­ko­wa­te a gru­zło­wa­te, pla­mi­ście prze­bar­wio­ne, pta­sio szpo­nia­ste a za­ra­zem dzie­cin­nie sła­be; pal­ce o róż­nej dłu­go­ści, pal­ce bez pa­znok­ci, pal­ce bez sta­wów, pal­ce o ko­ści prze­zie­ra­ją­cej przez mię­so. Za­trzy­mał się i po­pro­sił Wit­sch­ke­go o pa­pie­ro­sa i ogień, bo za­uwa­żył, że tam­ten pali. Prze­myt­nik po­czę­sto­wał oku­lar­ni­ka. Za­ku­rzy­li z roz­ko­szą; przez dym wy­mie­nia­li po ro­syj­sku krót­kie, mru­kli­we uwa­gi bez zna­cze­nia, za­do­wo­le­ni z chwi­li. Ian pa­trzył na to z boku, z wła­snej woli od­su­nię­ty poza ich spoj­rze­nia. Pa­trzył, słu­chał. W koń­cu fa­cet wsiadł na ro­wer i od­je­chał. Pod­ję­li marsz. Smith, idąc, zbie­rał się w so­bie i zbie­rał, aż w koń­cu za­py­tał Wit­sch­ke­go, cho­ciaż mimo wszyst­ko nie o to, o co chciał. — Co mu się sta­ło w te pal­ce? — Wit­sch­ko zro­bił zdzi­wio­ną minę. — Skąd mam wie­dzieć? — prych­nął, nie wyj­mu­jąc pa­pie­ro­sa z ust.

Go­dzi­nę póź­niej, po ko­lej­nych dwóch sa­mo­cho­dach (rów­nież na­le­żą­cych do se­rii za­pro­jek­to­wa­nych oso­bi­ście przez Sta­li­na, po­nu­rych, kan­cia­stych mo­nu­men­tów szos, co żrą pa­li­wo ni­czym czoł­gi) mi­nę­ły ich: za­byt­ko­wy trak­tor cią­gnię­ty przez sta­re­go ko­nia oraz fur­man­ka. Wit­sch­ko w mar­szu zga­dał się z woź­ni­cą i ten zgo­dził się pod­wieźć wę­drow­ców. Wsko­czy­li od tyłu. Smith z ulgą wy­pro­sto­wał bo­lą­ce nogi. Woź­ni­ca, mło­dy chło­pak o krzy­wo za­mo­co­wa­nej żu­chwie, obej­rzał się na gło­śne wes­tchnie­nie Iana. — Z da­le­ka? — spy­tał. — Noo — od­mruk­nął Smith. — Może by­ście spu­ści­li ka­wa­łek tego, co tam tar­ga­cie — wska­zał ba­tem na ple­ca­ki. — Le­piej patrz przed sie­bie, synu — włą­czył się Wit­sch­ko — bo ci ko­by­ła zle­zie z dro­gi i w minę wdep­nie. — Iiii-tam, ona na­uczo­na. — Przy­najm­niej tyle, że nie gada. — He, w Wi­lię na krok nie pusz­cza­my ich z za­gro­dy! — za­śmiał się krzy­wosz­czę­ki. Smith nie zro­zu­miał dow­ci­pu. Spoj­rzał na Ślą­za­ka, któ­ry za­pa­lał już ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. — No i cze­mu tak kop­ci­cie bez ustan­ku? — wark­nął Ian, ir­ra­cjo­nal­nie ro­ze­źlo­ny. Wit­sch­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. — Bo mam raka — od­parł. Fur­man za­chi­cho­tał; po chwi­li przy­łą­czył się do nie­go sam prze­myt­nik. Smith od­wró­cił wzrok.

— Pan skąd? — spy­tał go po ja­kimś cza­sie chło­pak z ko­zła. — Z Prus?

Smith nie mógł tego zro­zu­mieć. Jego ro­syj­ski nie róż­nił się ni­czym od ro­syj­skie­go tam­tych, ubiór — je­śli to moż­li­we — był jesz­cze bar­dziej ze­szma­co­ny od Wit­sch­ko­we­go, nie ist­nia­ły też żad­ne iden­ty­fi­ku­ją­ce zna­ki szcze­gól­ne — a jed­nak ów wie­śniak już po kil­ku mi­nu­tach bez­błęd­nie roz­po­znał w nim cu­dzo­ziem­ca. Smith nie mógł tego po­jąć. Spoj­rzał bez­rad­nie na Ślą­za­ka.

— Taa, z Prus, z Ame­ry­ki, z Księ­ży­ca — za­mam­ro­tał ów, w od­po­wie­dzi na tę de­spe­rac­ką proś­bę o ra­tu­nek.

…Wy­tłu­ma­czył mi, że to z uwa­gi na brak ben­zy­ny. Nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak wol­ny ob­rót pa­li­wem; są tyl­ko przy­dzia­ły i czar­ny ry­nek. Od­dzia­ły Ar­mii Czer­wo­nej ope­ru­ją­ce w Eu­ro­pej­skiej Stre­fie Wo­jen­nej po­chła­nia­ją dzie­więć­dzie­siąt pro­cent do­staw ropy. Azja­tyc­kie ru­ro­cią­gi są dziu­ra­we jak rze­szo­to. Na do­da­tek lu­dzie Wy­żry­na wy­sa­dza­ją je z mor­der­czą re­gu­lar­no­ścią — co­raz to inną nit­kę. Do Re­pu­bli­ki Nad­wi­ślań­skiej do­cie­ra już do­praw­dy nie­wie­le. „Póki co — rzekł mi — Kau­kaz i Stam­buł sie­dzą ci­cho, ale niech się tyl­ko od­mro­zi dżi­had, to po tej stro­nie Odry nie uświad­czysz ni kro­pli ben­zy­ny”. Ja się tego uczy­łem jesz­cze w No­wym Jor­ku, z tych nud­nych na­uko­wych opra­co­wań; eko­no­mia woj­ny — to nie jest pa­sjo­nu­ją­ce za­gad­nie­nie, w każ­dym ra­zie nie było dla mnie. Ale te­raz — ale tu­taj — ob­ja­wia­ją mi się owe me­cha­ni­zmy w dzia­ła­niu. Już ro­zu­miem: woj­na to zwie­rzę. To jest żywy or­ga­nizm, pa­so­żyt na cie­le na­ro­dów; on ro­śnie z po­li­ty­ki, eko­no­mii, re­li­gii, stra­chu, z wszyst­kie­go; wszyst­ko po­że­ra, a wy­da­la śmierć i znisz­cze­nie. Jego bio­lo­gia sta­no­wi o ży­ciu tych lu­dzi; te­raz rów­nież moim. Owo zwie­rzę — ono ma swo­ją mło­dość, ma wiek doj­rza­ły, ma sta­rość; ma swe wde­chy i wy­de­chy; ma zimę, ma lato, a nie są to zimy i lata Zie­mi. Ci lu­dzie już in­stynk­tow­nie poj­mu­ją owe cy­kle, po­tra­fią je prze­wi­dzieć i przy­sto­so­wać się do zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków, jak do su­szy, desz­czu czy mro­zu. Zwie­rzę jest ich bo­giem. Z oba­wą i na­dzie­ją spo­glą­da­ją w jego chmur­ne ob­li­cze. Z drob­nych oznak od­czy­tu­ją na­strój bó­stwa. Gdzie pad­nie pa­lą­cy wzrok? Cze­go do­tknie ka­rzą­ca dłoń? Kulą się w swych do­mach, gdy po­nad grzmią bom­bow­ce. Jego ulicz­ni ka­pła­ni w brud­nych mun­du­rach, z kan­cia­sty­mi wło­da­mi w chłop­skich rę­kach, po­sia­da­ją nad nimi wła­dzę śmier­ci: je­den ruch po­ło­żo­ne­go na cyn­glu pal­ca. Zwie­rzę jest zwie­rzę­ciem i nie zna sło­wa „li­tość”. Nie zna żad­nych słów. Żyje. To wy­star­cza. Na wio­snę ru­szy Wschód, rze­cze Wit­sch­ko, któ­ry zdą­żył już do­sko­na­le po­znać na­wy­ki bó­stwa. Na wio­snę ru­szy Wschód i Ru­skie będą mu­sia­ły się prze­rzu­cić za Kau­kaz i Amur, od­pusz­czą so­bie Eu­ro­pę. Wte­dy pod­nie­sie się Wy­żryn. To wszyst­ko jest wza­jem­nie sprzę­żo­ne, po­wią­za­ne, nici bie­gną przez całą kulę ziem­ską, zwie­rzę swy­mi frak­ta­lo­wy­mi mac­ka­mi do­się­ga ostat­nie­go jej za­kąt­ka. Nie by­ło­by Xa­vra­sa, gdy­by nie Syn Ma­ho­me­ta, ale i Syna Ma­ho­me­ta by nie było, gdy­by nie Chi­ny; lecz z dru­giej stro­ny, gdy­by nie Chi­ny, nie by­ło­by rów­nież Trak­ta­tu Ber­liń­skie­go. A Trak­tat Ber­liń­ski, ta mię­dzy­pań­stwo­wa li­cen­cja na za­bi­ja­nie, wy­sta­wio­na dla Mo­skwy przez Ligę Na­ro­dów i sy­gno­wa­na przez USA, Rze­szę Nie­miec­ką, Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo i Dwu­na­stą Re­pu­bli­kę — to jest naj­ohyd­niej­szy do­ku­ment w dzie­jach ludz­ko­ści, rze­cze pierw­sza jej po­ło­wa; to jest bło­go­sła­wień­stwo po­ko­ju, ra­tu­ją­ce nas od nie­uchron­ne­go w in­nym wy­pad­ku wy­bu­chu Dru­giej Woj­ny Świa­to­wej, rze­cze po­ło­wa dru­ga. Ja zmie­nia­łem zda­nie w za­leż­no­ści od to­wa­rzy­stwa i kon­tek­stu roz­mo­wy, tak na­praw­dę nie­wie­le mnie to ob­cho­dzi­ło. Oba­wiam się, że i te­raz jest ono dyk­to­wa­ne wy­łącz­nie przez strach. Lecz po praw­dzie, co mo­ty­wo­wa­ło sa­mych twór­ców Trak­ta­tu, je­śli nie po­li­tycz­ny lęk wła­śnie? Zwie­rzę żywi się wszyst­kim. Oni, któ­rzy żyją w cie­niu jego ciel­ska… Za­czy­na to do mnie do­cie­rać. Wszak to już ósmy rok woj­ny. Ro­śnie tu całe po­ko­le­nie, dla któ­re­go po­kój jest sta­nem nie­na­tu­ral­nym. A na­wet ci, któ­rzy do­brze go pa­mię­ta­ją — oni też inni. Nic dziw­ne­go, że mnie ów wie­śniak roz­po­znał. Nie je­stem z jego świa­ta. Na­wet nie zda­ję so­bie spra­wy, czym się wy­róż­niam; co naj­wy­żej mogę za­uwa­żyć ich — w mo­ich oczach — dzi­wac­twa. A prze­cież to nie tyl­ko woj­na. To tak­że nie­śmier­tel­ny Sta­lin. Bo­go­wie tej zie­mi nie są mo­imi bo­ga­mi. Wit­sch­ko, któ­ry stoi jed­ną nogą tu, a dru­gą po tam­tej stro­nie gra­ni­cy — on też zda­je so­bie z tego spra­wę: po­sia­da ska­lę po­rów­naw­czą. Kie­dy go py­tam, krę­ci gło­wą: nie jest Po­la­kiem, nie jest Niem­cem — jest Ślą­za­kiem. Pasz­port, co praw­da — któ­re­go prze­cież nie ma przy so­bie — oznaj­mia go oby­wa­te­lem Rze­szy, po­nie­waż taka jest te­ry­to­rial­na przy­na­leż­ność Ślą­ska; ge­ne­alo­gia zaś — Po­la­kiem, po­nie­waż wy­łącz­nie taka krew pły­nie w jego ży­łach — ale on prze­czy. Ślą­zak. Brzmi to nie­omal jak wy­zna­nie wia­ry. Po­dob­nie ów jego z bez­czel­nym uśmie­chem ob­wiesz­czo­ny za­wód: prze­myt­nik. Jesz­cze w Pru­sach, le­d­wo nas so­bie przed­sta­wio­no, on po­spiesz­nie do­dał: „Tyl­ko tymi za­ka­za­ny­mi”. Tu obo­wią­zu­je inna gra­da­cja war­to­ści. Je­dy­ny wol­ny han­del, to prze­myt wła­śnie. A po­nad po­ło­wa prze­my­tu do EWZ to broń. Czy Wit­sch­ko han­dlu­je rów­nież tym kon­kret­nym za­ka­za­nym to­wa­rem? Czy to dla­te­go Fra­zer po­le­cił go do prze­rzu­tu oraz jako oso­bę ma­ją­cą bar­dzo do­bre kon­tak­ty z re­be­lian­ta­mi — po­nie­waż to Wit­sch­ko ich uzbra­ja? Trud­no po­wie­dzieć. Prze­cież go nie spy­tam. A może wła­śnie po­wi­nie­nem…? Może to nor­mal­ne, może by się nie ob­ra­ził? Przy­po­mi­na mi się ten fa­cet na ro­we­rze — jego pal­ce — to na pew­no ofia­ra któ­rejś z trzech ato­mó­wek Woj­ny Bol­sze­wic­kiej. Wit­sch­ko tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. Te wszyst­kie zdję­cia, te zdję­cia, co wy­gry­wa­ły wszel­kie moż­li­we kon­kur­sy fo­to­gra­ficz­ne… ja­kie po­two­ry tu jesz­cze zo­ba­czę… Ci wszy­scy dzien­ni­ka­rze, re­por­te­rzy mor­do­wa­ni strza­łem w tył gło­wy, jako szpie­dzy… koł­pak cią­ży mi w ple­ca­ku ka­mie­niem na­grob­nym… strach ni­czym wiel­ka, sza­ra be­to­no­wa rów­ni­na… Wle­cze­my się przez ten kraj tak po­wo­li, jak­by spe­cjal­nie pro­sząc się, by nas zła­pa­no. Wit­sch­ko mówi: „Ju­tro”. Ju­tro do­trze­my do Gru­dzią­dza. Ale omi­nie­my mia­sto. Przy mia­stach blo­ka­dy, kon­tro­le… Gdy­by­śmy tyl­ko mo­gli skom­bi­no­wać skądś sa­mo­chód… Ale nie ma szans, tu oso­by pry­wat­ne nie dys­po­nu­ją wo­za­mi, na­wet tak­sów­ki są z woj­sko­we­go przy­dzia­łu, po zło­że­niu po­da­nia i ła­pów­ki. Wszyst­ko jest po­wią­za­ne ze wszyst­kim: zgi­nę przez brak ben­zy­ny.

 

Czy­tał z uwa­gą swo­je nowe do­ku­men­ty. Na­zy­wał się te­raz Ja­chim We­lt­zmann.

— Je­stem Ży­dem.

— Je­steś Ży­dem.

Na­zy­wał się Ja­chim We­lt­zmann i był Ży­dem świe­żo re­pa­trio­wa­nym z sy­be­ryj­skiej pod­bie­gu­no­wej Pa­le­sty­ny.

— Nie znam he­braj­skie­go ani ji­dysz.

— I bar­dzo do­brze. Ile masz lat? Gdzie się uro­dzi­łeś? Nie masz pra­wa ich znać.

— Czy ja wy­glą­dam na Żyda?

— Tyl­ko się nim po­czuj, a za­czniesz wy­glą­dać.

— Za­nim się na­uczę ca­łej tej le­gen­dy…

— Le­piej na­ucz się szyb­ko. Zro­zum, mi­ster Smith, zro­zum­cie, We­lt­zmann: te, któ­re wam dali w Ra­sten­bur­gu, były do ni­cze­go.

— Mó­wi­li, że ory­gi­nal­ne…

— Nie w tym rzecz.

— A w czym?

Wit­sch­ko wzniósł oczy do nie­ba, splu­nął, prze­su­nął peta na war­gach.

— One ro­bi­ły cię Po­la­kiem. Do lu­ftu taki ka­mu­flaż. Ty na­wet śmier­dzisz in­a­czej. Każ­dy głu­pi by się zo­rien­to­wał po dwóch mi­nu­tach. Z was taki Po­lak, jak ze mnie Ame­ry­ka­niec.

— A Żyd to może być, co?

— A Żyd może być, bo­ście nie na Sy­be­rii; toż na Sy­be­rię dał­bym wam wła­śnie pa­pie­ry Nad­wi­śla­ni­na. Ale tu­taj od pięć­dzie­sią­te­go pią­te­go przez czter­dzie­ści lat nikt Żyda na oczy nie wi­dział, więc je­ste­ście bez­piecz­ni.

— Je­stem bez­piecz­ny.

— Je­steś bez­piecz­ny. Tyl­ko za bar­dzo nie szczerz tych swo­ich śnież­no­bia­łych ząb­ków.

Kłó­ci­li się jesz­cze o szcze­gó­ły. — Prze­cie żem nie ob­rze­za­ny — sar­kał Smith/We­lt­zmann. I całe szczę­ście — Wit­sch­ko na to — bo do­pie­ro brak na­plet­ka na­su­nął­by po­dej­rze­nia: sy­be­ryj­skich Ży­dów obo­wią­zy­wa­ła w tym wzglę­dzie se­lek­cja ne­ga­tyw­na, ku­tas de­cy­do­wał o ży­ciu lub śmier­ci, wszak to rę­ko­ma ob­rze­za­nych wznie­sio­no wszyst­kie trzy ko­smo­dro­my, to mię­dzy in­ny­mi ich nie­wol­nic­two trzy­ma­ło w ry­zach eko­no­mii owe księ­ży­co­we pla­ny pię­cio­let­nie. Ob­rze­za­ny, zna­ją­cy he­braj­ski — mógł­byś być każ­dym, ale nie ra­dziec­kim Ży­dem.

Szli pie­szo; szli na­jąć się do ro­bo­ty na Ślą­sku. — Ja­kiej zno­wu ro­bo­ty? — py­tał Smith. — Byle ja­kiej — wzru­szał ra­mio­na­mi Wit­sch­ko. — I to mam po­wie­dzieć, jak spy­ta­ją? Że byle ja­kiej? — Aha. — Wresz­cie Ian zro­zu­miał, że tu­taj na­wet kła­mie się in­a­czej. Nie po­wi­nien pró­bo­wać łgać sa­mo­dziel­nie: nie zna kry­te­riów, po­dług któ­rych bu­du­je się tu wia­ry­god­ne kłam­stwa. Co gor­sza, sa­mo­dziel­nie nie po­wi­nien rów­nież mó­wić praw­dy, bo mimo jego woli może ona za­brzmieć ni­czym naj­głup­sze kłam­stwo.

Tak na­praw­dę, rzecz ja­sna, nie szli na Śląsk. — A gdzie? — To się zo­ba­czy. — Nie wiesz?? — Się do­wiem — od­po­wia­dał fleg­ma­tycz­nie prze­myt­nik. — Się do­wiem, jak bę­dzie pora. — A cóż to zna­czy, do cho­le­ry?! Jaka „pora”? Pora na co? — Na nie­go, synu, na nie­go. — Ozna­cza­ło to ni mniej, ni wię­cej, iż póki co tak­że Wit­sch­ko nie znał miej­sca po­by­tu Xa­vra­sa Wy­żry­na. Smi­tha to za­ła­ma­ło. — Za­bi­ją mnie, a na­wet nie zdą­żę go zo­ba­czyć — mam­ro­tał wście­kłe prze­po­wied­nie.

Siód­me­go kwiet­nia po raz pierw­szy no­co­wa­li pod da­chem. Było to ja­kieś małe mia­stecz­ko nad wą­skim do­pły­wem Wi­sły; na­wet nie za­pa­mię­tał na­zwy, ani mia­stecz­ka, ani do­pły­wu. Do­tar­li już do stre­fy nie­daw­nej ak­tyw­no­ści AWP, mi­ja­li po­go­rze­li­ska. To nie to samo, co owe he­li­kop­te­ro­we raj­dy nad­gra­nicz­ne: tu­taj trwa­ła woj­na to­tal­na, a lud­ność cy­wil­na sta­no­wi­ła taką samą zmien­ną w jej rów­na­niu co po­go­da, ukształ­to­wa­nie te­re­nu lub ja­kość dróg. Zbun­to­wa­ne dy­wi­zje Wiel­kiej Czwór­ki (Ał­ma­sow, Ruda, Gaj­nicz, Jaw­li­czius) aku­rat na tyle uwa­gi za­słu­gi­wa­ły: sie­dem pru­skich śmi­głow­ców. Tu­taj, na po­łu­dniu, bli­żej go­rą­ce­go ser­ca EWZ, za­czy­na­ła się kra­ina Xa­vra­sa Wy­żry­na. Sta­ra pieśń: im wię­cej gór, tym wię­cej wol­no­ści. Więc ma­sze­ru­jąc ku gó­rom, ma­sze­ro­wa­li pro­sto w pasz­czę Zwie­rzę­cia. Już pierw­sze czoł­gi na dro­gach. Już brud­ne cię­ża­rów­ki z brud­ny­mi żoł­nie­rza­mi. Już świe­że gro­by przy po­bo­czach. Smith szedł i pa­trzył, jak­by miał koł­pak na gło­wie. Dziec­ko bez ręki. Kro­wa bez nogi, z drew­nia­ną pro­te­zą, ku­le­ją­ca po ogro­dzo­nym kol­cza­stym dru­tem pa­stwi­sku; dziec­ko nie ma pro­te­zy, bo nie po­trze­bu­je, a poza tym jesz­cze ro­śnie, a poza tym nie wia­do­mo, czy do­ży­je. Lu­dzie na dro­gach: ma­so­we mi­gra­cje — ru­chy ro­bacz­ko­we Zwie­rzę­cia prze­su­wa­ją ich w dół i w górę jego ukła­du tra­wien­ne­go. — Tak do­brze, tak do­brze — szep­cze Wit­sch­ko — nikt nie kon­tro­lu­je uchodź­ców. Mon­gol­scy dzier­ży­cie­le wło­dów usta­wie­ni przy skrzy­żo­wa­niach od­cho­dzą od ognia je­dy­nie wte­dy, gdy wy­pa­trzą ko­goś z wy­glą­du na tyle za­moż­ne­go, by był w sta­nie za­pła­cić okup, ła­pów­kę, grzyw­nę, man­dat czy jak to się ak­tu­al­nie zwie; ale tu wszy­scy w szma­tach i sami jak szma­ty. Cy­wil­nych sa­mo­cho­dów nie uświad­czysz już w ogó­le. Spo­ro ro­we­rów. W jezd­ni wy­rwy, szra­my po odłam­kach. Cza­sa­mi w za­się­gu wzro­ku ja­kiś sta­ry wrak: ła­zi­ka, trans­por­te­ra opan­ce­rzo­ne­go, czoł­gu; Smith z przy­zwy­cza­je­nia od­pro­wa­dza go płyn­nie spoj­rze­niem. Dwie kon­tro­le, ale prze­cho­dzą bez pro­ble­mu. Roz­ma­wia Ślą­zak, Ian mil­czy. Trze­ba wy­py­ty­wać lu­dzi, bo brak dro­go­wska­zów, po­zo­sta­ły je­dy­nie owe wy­zna­cza­ją­ce gra­ni­ce miast be­to­no­we mo­nu­men­ty, któ­rych nie dało się usu­nąć; ogła­sza­ją be­to­no­wą cy­ry­li­cą obec­ność jesz­cze więk­sze­go be­to­nu. A oni idą, idą. Smith wi­dzi wię­cej, niż ro­zu­mie. — Tu już pra­wie nie ma męż­czyzn. — Ano, nie ma. — Co to jest, ka­plicz­ka? — Taa, Mat­ki Bo­skiej Sa­per­skiej. — Prze­myt­nik wciąż jed­na­ko obcy; kie­dy on żar­tu­je, kie­dy mówi se­rio? Nie spo­sób roz­po­znać. Czy rze­czy­wi­ście ma raka? Po­twier­dził, gdy go Ian spy­tał, lecz ten przy­pusz­cza, że to z prze­ko­ry. Te­raz woli nie py­tać, to go upo­ka­rza. Idzie w nie­zna­ne. Siód­me­go kwiet­nia po raz pierw­szy no­co­wał pod da­chem, da­chem nie­gdy­siej­sze­go Domu Par­tii, te­raz prze­ro­bio­ne­go na schro­ni­sko dla uchodź­ców, bo to już był pierw­szy krąg EWZ, po­ło­wę tego mia­stecz­ka ze­szłej je­sie­ni znisz­czo­no w ano­ni­mo­wym na­lo­cie ano­ni­mo­wych sa­mo­lo­tów z ano­ni­mo­wej jed­nost­ki, a to się sze­rzy jak za­ra­za; mógł wyjść na próg Domu i ob­jąć pa­no­ra­micz­nym spoj­rze­niem ca­łość po­bli­skie­go cmen­ta­rza, dłu­gie rzę­dy gro­bów, po­je­dyn­czych i zbio­ro­wych: ano­ni­mo­we. Rzad­kie za­sie­ki drew­nia­nych krzy­ży wy­zna­cza­ły gra­ni­ce ema­na­cji. Na ścia­nie bu­dyn­ku ktoś na­ba­zgrał kre­dą po pol­sku: ZA­JE­BAĆ WSZYST­KIE WRÓ­BEL­KI. Smith stoi, pali Wit­sch­ko­we­go pa­pie­ro­sa, po­wo­li, ostroż­nie i z nie­sma­kiem; za­cho­dzą­ce słoń­ce wy­cie­ra cie­niem Iana bło­to we­ran­dy. W tej chwi­li po raz pierw­szy od­czu­wa swo­ją tu­taj ob­cość w spo­sób czy­sto fi­zycz­ny, bo ja­kimś zwie­rzę­cym ro­ze­dr­ga­niem in­stynk­tów, dresz­cze prze­bie­ga­ją mu po ple­cach. Je­stem Ży­dem, któ­ry się prze­bu­dził w środ­ku ka­to­lic­kiej mszy. Pod­cho­dzi doń Ślą­zak. — We­lt­zmann… — Co? — Za­bi­li Czer­ni­szew­skie­go.

Wró­ciw­szy do wnę­trza Domu Par­tii (uchodź­cze dzie­ci o brud­nych twa­rzycz­kach plą­ta­ły mu się pod no­ga­mi, ga­nia­jąc z krzy­kiem po ca­łym po­miesz­cze­niu, a to była jed­na wiel­ka hala, bo wy­bu­rzo­no wszyst­kie ścia­ny we­wnętrz­ne bu­dyn­ku), za­czął w my­śli li­czyć, któ­ra to już z ko­lei śmierć nie­le­gal­ne­go pre­zy­den­ta nie­ist­nie­ją­cej Pol­ski. Pią­ta, szó­sta; tak ja­koś — umie­rał on śred­nio raz do roku, ostat­nio tro­chę czę­ściej. Wła­dy­mir Czer­ni­szew­ski, pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki, sa­mo­zwań­czy bo­ha­ter, po­sęp­ny sta­rzec, aja­tol­lah tej ka­to­lic­kiej dżi­had. Smith do­tarł do swe­go ple­ca­ka, usiadł, oparł się ple­ca­mi o zim­ny be­ton. Nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi, w Domu Uchodź­ców kłę­bił się ty­sięcz­ny tłum; krzy­ki, za­mie­sza­nie — cha­os wi­zu­al­ny i dźwię­ko­wy kry­ły każ­de­go sza­rą ma­ską ano­ni­mo­wo­ści. Po­grze­bał w ple­ca­ku, na śle­po, na wy­czu­cie włą­czył kom­pu­ter; ze schow­ka wy­jął skrza­ta i we­tknął go so­bie w ucho, za­sła­nia­jąc dło­nią, pła­sko przy­ło­żo­ną do gło­wy, niby dla opar­cia. Smith tuż po prze­kro­cze­niu nie­miec­ko-ro­syj­skiej gra­ni­cy za­pro­gra­mo­wał był ma­szy­nę na cią­gły mo­ni­to­ring, ar­chi­wi­za­cję i uak­tu­al­nia­nie ser­wi­su in­for­ma­cyj­ne­go WCN, któ­rym sta­cja, za po­śred­nic­twem swych nie­zli­czo­nych „mu­szych” sa­te­li­tów, bez­u­stan­nie bom­bar­do­wa­ła każ­dy za­ką­tek Zie­mi. Te­raz skrzat jął re­cy­to­wać me­cha­nicz­nym szep­tem ostat­nią por­cję new­sów: — …Rzecz­nik emi­gra­cyj­ne­go rzą­du Ja­po­nii przed­sta­wił na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w Ho­no­lu­lu sa­te­li­tar­ne zdję­cia przed­sta­wia­ją­ce mło­de­go ce­sa­rza Ja­po­nii na dzie­dziń­cu chiń­skie­go wię­zie­nia… Sir Geof­frey Risk, mi­ni­ster do spraw ko­lo­nii Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa, po­twier­dził do­nie­sie­nia o wzmoc­nie­niu sin­ga­pur­skie­go gar­ni­zo­nu jed­nost­ka­mi spe­cjal­ny­mi wo­bec za­mie­szek spo­dzie­wa­nych w dzie­sią­tą rocz­ni­cę po­wsta­nia… Pro­wa­dzo­ne w Alu­gei roz­mo­wy per­sko-egip­skie nie za­koń­czy­ły się po­ro­zu­mie­niem, co jesz­cze bar­dziej od­da­la ter­min od­blo­ko­wa­nia Ka­na­łu Su­eskie­go… Na wschod­nim fron­cie woj­ny mek­sy­kań­skiej do­szło do drob­ne­go in­cy­den­tu: dwóch za­bi­tych, licz­ba ran­nych nie­zna­na… Bał­kań­scy ko­re­spon­den­ci sie­ci do­no­szą o po­wszech­nych tam plot­kach o wy­ru­sze­niu na pół­noc od­dzia­łu puł­kow­ni­ka Wy­żry­na… Rzecz­nik Mi­ni­ster­stwa Obro­ny Ro­sji wy­dał oświad­cze­nie pod­trzy­mu­ją­ce twier­dze­nie o śmier­ci Wła­dy­mi­ra Czer­ni­szew­skie­go, przy­wód­cy nad­wi­ślań­skich ban­dy­tów: „Tym ra­zem je­ste­śmy pew­ni, mamy po­twier­dze­nie z sa­te­li­ty; Czer­ni­szew­ski nie żyje, na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak ro­ze­rwa­ło go na strzę­py”… Rzecz­nik nie kry­je, iż po­słu­żo­no się bom­bą im­plan­to­wa­ną w or­ga­nizm jed­ne­go z ban­dy­tów. Bom­ba wy­bu­chła po uzy­ska­niu od­czy­tu ak­tyw­no­ści mó­zgu nie­świa­do­me­go no­si­cie­la ła­dun­ku, od­czy­tu ozna­cza­ją­ce­go bez­po­śred­nią bli­skość Czer­ni­szew­skie­go. Rzecz­nik nie sko­men­to­wał wy­ra­żo­ne­go przez dzien­ni­ka­rzy przy­pusz­cze­nia o prze­ka­za­niu tej tech­ni­ki NKWD przez ame­ry­kań­ską NBI, choć, jak wia­do­mo, je­dy­nie wy­wiad USA dys­po­nu­je po­dob­ny­mi… — Smith wy­jął skrza­ta. Więc żyje? nie żyje? Trud­no orzec, Ro­sja­nie już nie ta­kie dez­in­for­ma­cje pusz­cza­li. Nie moż­na być pew­nym ni­cze­go, nie moż­na wie­rzyć ni­ko­mu. Tu nie cho­dzi o to, że kła­mią; to praw­da się zmie­nia. Jaka jest praw­da o sa­mym Czer­ni­szew­skim? Syn pol­skich apa­rat­czy­ków, zso­wie­ty­zo­wa­nych pro­mi­nen­tów ery wcze­sne­go Sta­li­na. Pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki. Ban­dy­ta. Pa­trio­ta. Sa­mo­zwa­niec. Ma­rio­net­ka Wy­żry­na. Wszyst­ko i nic. Wszak to był nie­mal przy­pa­dek, że wów­czas, po zdo­by­ciu kra­kow­skiej wie­ży te­le­wi­zyj­nej, wła­śnie jego uży­to do od­czy­ta­nia pro­te­stu prze­ciw­ko przy­go­to­wy­wa­ne­mu Trak­ta­to­wi Ber­liń­skie­mu — po­nie­waż od­po­wied­nio do­stoj­nie wy­glą­dał, po­nie­waż miał od­po­wied­nio po­waż­ny głos, po­nie­waż znał nie­miec­ki i an­giel­ski i po­nie­waż był pod ręką. A po­tem ja­koś to już po­szło, za­pew­ne on sam nie do koń­ca wie­dział jak. Pre­zy­dent Pol­ski. Nikt go nie wy­bie­rał na to sta­no­wi­sko, sam się mia­no­wał. Bo i o żad­nych wy­bo­rach nie mo­gło tu być mowy. Pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej. A że śmiesz­nie brzmi? Tyl­ko w ob­cych uszach. Pol­ski nie ma, ale jest jej pre­zy­dent, więc niby Pol­ska jest. Tak wła­śnie wy­glą­da lo­gi­ka tej woj­ny: dzia­ła­nia na po­zór ab­sur­dal­ne oka­zu­ją się po­su­nię­cia­mi bar­dzo prag­ma­tycz­ny­mi, bo ob­li­czo­ny­mi na wy­wo­ła­nie wra­że­nia na tych lu­dziach, a ci lu­dzie mają do­praw­dy dziw­ne wy­czu­cie ab­sur­du. Na­wet gdy­by im po­ka­zać ucię­tą gło­wę Czer­ni­szew­skie­go — nie uwie­rzy­li­by. Ale i sam Smith za­czy­nał już do­strze­gać w tym pew­ną pra­wi­dło­wość. Otóż jest ży­cie czło­wie­ka i jest ży­cie le­gen­dy, a oni tu nie mają swo­je­go Hol­ly­wo­od.