W kraju niewiernych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ofi­cer dy­żur­ny po­le­cił Ge­ne­ra­ło­wi i Za­kra­cy wpi­sać się na li­stę przy­by­łych i wska­zał dro­gę do lą­do­wi­ska ry­dwa­nów, nie­po­trzeb­nie zresz­tą, bo za­rów­no Ge­ne­rał, jak i ma­jor orien­to­wa­li się w roz­kła­dzie bu­dyn­ków Mni­cha nie go­rzej od sa­me­go dy­żur­ne­go. Ta na­zwa — Mnich — wzię­ła się od kształ­tu ska­ły gó­ru­ją­cej nad bazą: ska­ła przy­po­mi­na­ła za­kap­tu­rzo­ną, zgar­bio­ną po­stać. O pew­nej po­rze try­bo­we­go dnia kry­ła swym cie­niem cały te­ren bazy.

Ge­ne­rał i Za­kra­ca nie skie­ro­wa­li się od razu ku ry­dwa­nom, naj­pierw wstą­pi­li do jed­ne­go z są­sied­nich han­ga­rów, któ­ry wy­peł­niał w ca­ło­ści „Jan IV”. „Jan IV” w ni­czym nie przy­po­mi­nał wa­ha­dłow­ców w ro­dza­ju „Czar­no-czer­wo­ne­go”. Był po­nad dzie­sięć razy więk­szy. Co do kształ­tu, to trud­no było w jego przy­pad­ku mó­wić o ja­kim­kol­wiek: przy­wo­dził na myśl ra­czej cha­otycz­ny zle­pek kil­ku­dzie­się­ciu bu­dow­li, pod­nie­sio­nych ja­kimś cza­rem wzwyż, wy­obra­ca­nych na wszyst­kie stro­ny bez re­spek­tu dla gra­wi­ta­cji i scze­pio­nych ze sobą w bez­ce­lo­wej kon­fi­gu­ra­cji. Ster­cza­ły z tej drew­nia­no-me­ta­lo­wo-ka­mien­no-płó­cien­no-szkla­nej kon­struk­cji na wszyst­kie stro­ny: wiel­kie masz­ty z ża­gla­mi wy­ko­na­ny­mi z dziw­ne­go, lu­strza­ne­go ma­te­ria­łu, krzy­we wie­życz­ki, szkla­ne ko­pu­ły, krysz­ta­ło­we kule, na­wet coś jak­by żywe ro­śli­ny, bez­list­ne drzew­ka o bia­łej ko­rze, ro­sną­ce na boki, w dół, w górę, w skos. „Jan IV” zo­stał zbu­do­wa­ny z roz­ka­zu Lu­cju­sza, ojca Bo­gu­mi­ła Warz­ha­da, z prze­zna­cze­niem eks­plo­ra­cji po­zo­sta­łych pla­net ukła­du oraz ukła­dów są­sied­nich. Roz­pię­to go na sa­mo­dziel­nej sie­ci ży­wo­kry­sta­licz­nej, aby bez­pu­ła­po­wym po­bo­rem ener­gii umoż­li­wić roz­wi­nię­cie w jego kon­struk­cie mak­sy­mal­nie po­tęż­nych za­klęć. Sta­no­wił sa­mo­wy­star­czal­ny ha­bi­tat dla po­nad stu lu­dzi; mo­gli w nim żyć do­wol­nie dłu­go, mo­gli nim po­dró­żo­wać w do­wol­nie od­le­głe miej­sca wszech­świa­ta, mo­gli w nim sta­wić czo­ło do­wol­ne­mu prze­ciw­ni­ko­wi. Nie­roz­gry­zal­ny orzech ży­cia w oce­nie zim­nej śmier­ci. Ścier­nik — mag, któ­ry wy­ko­nał „Jana IV” — w dzie­wi­czym lo­cie stat­ku, dla prze­te­sto­wa­nia, a ra­czej udo­wod­nie­nia nie­za­wod­no­ści swe­go dzie­ła, prze­szył, za­mknię­ty w jego wnę­trzu, ją­dro Słoń­ca: kon­strukt pom­po­wał przez żywe dia­men­ty ener­gię w od­wrot­ną stro­nę, wy­da­la­jąc żar.

— Zo­stań — rzekł Ge­ne­rał do Za­kra­cy. — Zaj­mij się wszyst­kim. Za­ła­duj lu­dzi i sprzęt. Sprawdź sta­ry pro­wiant. Jak tyl­ko wró­cę — od­la­tu­je­my. Blo­kuj łącz­ność z Zam­kiem. Lu­dziom też przy­każ ci­szę. Roz­kaz był otwar­ty?

— Nie. Za­rzą­dzi­łem wer­bu­nek na śle­po; to nie ma zna­cze­nia, lu­dzie idą na pana na­zwi­sko, Ge­ne­ra­le, pan wie. Le­gen­da.

— Nie kadź, nie kadź. Cel i ko­or­dy­na­ty tyl­ko Gou­l­de’owi. Po­zo­sta­łym sam po­wiem, jak wyj­dzie­my poza lu­ster­ka.

— Tak jest.

— Na Boga, prze­stań mi wresz­cie sa­lu­to­wać!

— We­dług roz­ka­zu.

— Jaki sta­ry, taki głu­pi. — Ge­ne­rał, krę­cąc gło­wą i mam­ro­cząc coś pod no­sem, ru­szył ku ry­dwa­nom. Po ska­le pły­nę­ły za nim cie­nie: od Zie­mi — wiel­kiej, zie­lo­no-rdza­wej na gwiaź­dzi­stym nie­bie Try­ba — oraz nie­zli­czo­nych błęd­nych ogni szy­bu­ją­cych le­ni­wie pod sfe­rą her­me­ty­zu­ją­cą bazy.

Dżinn ry­dwa­nu był w do­brym hu­mo­rze.

— Toż to sam Że­la­zny Ge­ne­rał! Za­szczy­co­nym, za­szczy­co­nym.

— Za­mknij się i leć.

Wy­sko­czy­li po­nad sfe­rę i ry­dwan oto­czył się sa­mo­dziel­nym bą­blem Kra­fta II. Rów­no­cze­śnie po­krył go zwier­cia­dla­ny czar ma­sku­ją­cy, prze­ko­pio­wa­ny z pół­s­fe­ry bazy: du­chy szpie­gow­skie były wszę­dzie i nie na­le­ża­ło uła­twiać im spra­wy, do­bro­wol­nie do­star­cza­jąc in­for­ma­cji o po­by­cie na Try­bie kon­kret­nych osób oraz ich po­czy­na­niach.

Po raz pierw­szy na dłuż­szy czas ob­ję­ła Żar­ne­go mięk­ka nie­waż­kość i jego ar­te­fak­tycz­na ręka strzyk­nę­ła mu w or­ga­nizm se­rię krót­kich klątw fi­zjo­lo­gicz­nych, by zneu­tra­li­zo­wać nie­przy­jem­ne skut­ki re­wo­lu­cji gra­wi­ta­cyj­nej.

Ry­dwan le­ciał tuż nad grun­tem, ska­cząc w nie­spo­dzie­wa­nych szarp­nię­ciach po­nad ko­lej­ne jego wy­pię­trze­nia i spa­da­jąc ni­czym głaz w ob­ni­że­nia. Cień od Zie­mi su­nął po ska­le jak wier­ny pies, krót­ka fala nocy. Wiel­ka pla­ne­ta wi­szą­ca nad gło­wą Ge­ne­ra­ła — jak ba­lon, jak ma­lo­wa­ny lam­pion — nada­wa­ła ca­łej sce­ne­rii rys nie­re­al­no­ści: baj­ko­we, oni­rycz­ne kra­jo­bra­zy.

Ry­dwan spadł w ko­lej­ny try­bo­wy niby-wą­wóz. Bły­snął w nim po­dwój­nie od­bi­tym świa­tłem lu­strza­ny bą­bel, w trzech czwar­tych skry­ty w cie­niu. Ge­ne­rał rzekł: — Stop — i kie­ro­wa­ny przez do­myśl­ne­go dżin­na ry­dwan opadł ku bą­blo­wi, bez pro­ble­mu prze­ni­ka­jąc zwier­cia­dla­ną pół­s­fe­rę, jako że cza­ry ma­sku­ją­ce — sta­cjo­nar­ny oraz po­jaz­du — roz­po­zna­ły na­wza­jem za­szy­fro­wa­ne sy­gna­tu­ry iden­ty­fi­ku­ją­ce: „swój/obcy”.

We­wnątrz bą­bla sta­ło kil­ka­dzie­siąt osób, sku­pio­nych przy dwóch gru­pach ry­dwa­nów. Dżinn wy­lą­do­wał przy gru­pie ka­pi­ta­na Kuzo.

Ge­ne­rał wy­sko­czył, ka­pi­tan pod­szedł doń szyb­ko.

— Prze­czy­ta­łem — rzekł Żar­ny. — Po­do­ba mi się. Mam kil­ka po­mniej­szych uwag, ale waż­niej­sza jest te­raz szyb­kość de­cy­zji niż praw­ni­cze de­ta­le, więc ak­cep­tu­ję w ca­ło­ści. Re Quaz jest już go­tów?

— Ee… tak.

Ru­szy­li we dwój­kę ku gru­pie ksią­żę­cych. Im­pe­rial­ni urwi­ci oglą­da­li się za nimi — gdy Ge­ne­rał uniósł w po­zdro­wie­niu swą ma­gicz­ną rękę, od­po­wie­dzie­li sa­lu­ta­mi.

— Ja­kie na­stro­je? — spy­tał te­le­pa­tycz­nie ka­pi­ta­na pod men­tal­ną blo­ka­dą, od któ­rej Kuzo aż lek­ko zbladł i zmy­lił krok.

— U ksią­żę­cych? Po­nu­re. Nie są za­chwy­ce­ni. Nikt by nie był. Na­le­ga­li na kon­sul­ta­cje z Pli­są.

— I co?

— Pan so­bie zda­je spra­wę, Ge­ne­ra­le, że dla Pta­ka Nowa Pli­sa jest jak ze szkła, du­chy tam cho­dzą na wskroś…

— Więc?

— Ka­za­łem ich za­głu­szyć — wy­znał po chwi­li Kuzo, mimo wszyst­ko do­ło­żyw­szy do ge­ne­ral­skiej swo­ją wła­sną blo­ka­dę.

— Bar­dzo do­brze — po­chwa­lił Ge­ne­rał, śląc mu w my­ślach tak­że pół­u­śmiech i gest/wra­że­nie ak­cep­tu­ją­ce.

— Są­dzą, że to Ptak. Da­łem im ter­min do pana przy­lo­tu; wciąż utrzy­mu­je­my to za­głu­sza­nie.

— Nie zdej­muj go, aż się wszyst­ko wyda. Po ewa­ku­acji i tak będą ko­rzy­stać z na­szych pasm.

— Tro­chę to wszyst­ko nie fair — krzy­wił się w my­śli Kuzo.

— Cóż ci mogę od­rzec? My­śle­nie boli; po­wy­żej pew­ne­go stop­nia w hie­rar­chii nie moż­na już tyl­ko wy­ko­ny­wać roz­ka­zów, ma­jo­rze Kuzo.

— Mhm, dzię­ku­ję.

— Mam szcze­rą na­dzie­ję, że rów­nie przy­ło­ży­li­ście się do eg­zor­cy­zmów, bo nie chciał­bym być w wa­szej skó­rze, je­śli prze­do­sta­nie się tu choć je­den duch Pta­ka lub, co gor­sza, Bi­rzin­nie­go.

Re Quaz wy­szedł im na­prze­ciw. To­wa­rzy­szył mu czar­no­skó­ry ad­iu­tant z re­ge­ne­ro­wa­nym jed­nym lub obo­ma oczy­ma, co się po­zna­wa­ło po nie­zgod­no­ści barw ich tę­czó­wek.

Ge­ne­rał uści­snął dłoń re Qu­aza; w tej sa­mej chwi­li doj­rzał przez dym­nik od­cho­dzą­cą od le­we­go oczo­do­łu ad­iu­tan­ta bocz­ną wstę­gę.

— Kto za­bez­pie­cza tę trans­mi­sję? — za­py­tał te­le­pa­tycz­nie ka­pi­ta­na (jesz­cze ka­pi­ta­na) Kuzo. — My czy oni?

— Oni.

— Cho­le­ra.

— Szko­da, że po­zna­je­my się w tak przy­krych oko­licz­no­ściach — mó­wił re Quaz. — Hi­sto­ria, cóż, hi­sto­ria… — Pod­krę­cił wąsa, mru­gnął, za­ło­żył ręce za ple­cy. — Taak. Jest pan za­tem go­tów, Ge­ne­ra­le, wła­snym sło­wem gwa­ran­to­wać do­trzy­ma­nie wa­run­ków ukła­du? — Nie na­zy­wał tego ka­pi­tu­la­cją, jako że Księ­stwo nie znaj­do­wa­ło się w sta­nie woj­ny z Im­pe­rium; dzię­ki temu po­ro­zu­mie­nie za­cho­wy­wa­ło wszel­kie po­zo­ry tym­cza­so­we­go uzgod­nie­nia wa­run­ków współ­pra­cy przez są­sia­du­ją­ce ze sobą pla­ców­ki za­przy­jaź­nio­nych państw — nie było prze­cież ak­tem praw­nym sen­su stric­to, nie zmie­nia­ło po­dzia­łu te­ry­to­rial­ne­go Try­ba ani nie po­ru­sza­ło żad­nych kwe­stii po­li­tycz­nych: sta­no­wi­ło do­bro­wol­ną de­kla­ra­cję pew­nej licz­by pod­da­nych księ­cia Fer­dy­nan­da o przy­ję­ciu przez nich okre­so­we­go pro­tek­to­ra­tu Im­pe­rium, roz­cią­ga­jąc to w roz­sze­rze­niu na po­wie­rzo­ne ich pie­czy mie­nie ru­cho­me i nie­ru­cho­me. Po praw­dzie — po­sia­da­ło wszel­kie ce­chy zdra­dy i przez ksią­żę­cych ka­zu­istów z całą pew­no­ścią mo­gło za nią zo­stać uzna­ne. Jed­nak­że wszy­scy tu obec­ni zda­wa­li so­bie spra­wę, iż ta­kie kon­se­kwen­cje po­dej­mo­wa­nej wła­śnie de­cy­zji są skraj­nie mało praw­do­po­dob­ne: Księ­stwo Spo­ko­ju de fac­to — bo jesz­cze nie de iure — nie ist­nia­ło.

— Tak — od­parł zde­cy­do­wa­nie Że­la­zny Ge­ne­rał re Qu­azo­wi.

— Cie­szę się. Cie­szę się. — Re Quaz wes­tchnął i ski­nął na ad­iu­tan­ta. Ad­iu­tant po­dał mu tecz­kę z umo­wą, Kuzo zaś wy­cią­gnął swój eg­zem­plarz. Nie było pul­pi­tu. Ge­ne­rał sfan­to­mi­zo­wał ma­ho­nio­we biur­ko, usta­la­jąc jego blat na po­zio­mie za­fik­so­wa­nej krót­ką klą­twą płasz­czy­zny te­le­ki­ne­tycz­nej. Roz­ło­ży­li więc pa­pie­ry na nie­ist­nie­ją­cym me­blu, wy­cią­gnę­li pió­ra i w se­le­dy­no­wym świe­tle szyb­ko ob­ra­ca­ją­ce­go się po­nad nimi glo­bu pod­pi­sa­li układ. Róż­no­oki ad­iu­tant za­glą­dał im przez ra­mio­na.

Po­cią­gnąw­szy ostat­nią kre­skę, Żar­ny wy­pro­sto­wał się. Od stro­ny ry­dwa­nów z Mni­cha roz­le­gły się nie­pew­ne okla­ski. Re Quaz po­słał im­pe­rial­nym me­lan­cho­lij­ne spoj­rze­nie.

 

— Chciał­bym móc te­raz zaj­rzeć do wy­da­ne­go za sto lat pod­ręcz­ni­ka hi­sto­rii — rzekł.

— Ja nig­dy nie za­glą­dam — stwier­dził Ge­ne­rał, na szczę­ście ła­miąc swo­je pió­ro.

Gene­rał roz­po­czął był swą kam­pa­nię na rzecz po­szu­ki­wa­nia w ko­smo­sie dru­giej Zie­mi w re­ak­cji na skon­stru­owa­ny przez In­ni­stro­un­ce’a z Wysp, el­fie­go mi­strza ma­gii, Czar Koń­ca Świa­ta. In­ni­stro­un­ce, pra­cu­jąc na zle­ce­nie Kom­pa­nii Po­łu­dnio­wej nad prze­my­sło­wym wy­ko­rzy­sta­niem ży­wych dia­men­tów dla bez­piecz­nej i opła­cal­nej trans­mi­sji do ma­nu­fak­tur po­bie­ra­nej ze Słoń­ca ener­gii, opra­co­wał sche­mat ta­kie­go przy­ło­żo­ne­go do nich ma­ge­okon­struk­tu, któ­ry, uru­cho­mio­ny, pro­wa­dził­by nie­uchron­nie do eks­plo­zji gwiaz­dy, któ­rej wnę­trza się­ga­ły przez wyż­szy wy­miar qu­asi-bi­lo­ko­wa­ne dia­men­ty. Peł­ny Czar Koń­ca Świa­ta — zwa­ny rów­nież Sło­necz­ną Klą­twą — wy­ma­gał, co praw­da, dwóch par ży­wo­kry­sta­licz­nych ukła­dów i dwóch gwiazd (aby móc prze­pom­po­wy­wać w cza­sie rze­czy­wi­stym ener­gię z jed­nej do dru­giej), wszyst­ko to jed­nak były kosz­ty po­mi­jal­ne w ze­sta­wie­niu ze spo­dzie­wa­nym skut­kiem. Za­gła­da Zie­mi! Czy­li wła­śnie ko­niec świa­ta. In­ni­stro­un­ce sprze­nie­wie­rzył się Kom­pa­nii i roz­gło­sił swo­je od­kry­cie; wie­lu mia­ło o to do nie­go pre­ten­sje, lecz Ge­ne­rał uwa­żał, że bez­za­sad­nie: prę­dzej czy póź­niej uczy­nił­by to ktoś inny, moż­li­wo­ści za­wsze nie­uchron­nie cią­żą ku sa­mo­speł­nie­niu, wszyst­ko, co nie jest, chcia­ło­by być — a co zo­sta­ło po­my­śla­ne, ist­nie­je już w dzie­wię­ciu dzie­sią­tych. Tak ob­ra­ca­ją się żar­na hi­sto­rii. Więc nie miał pre­ten­sji do In­ni­stro­un­ce’a. Za­czął na­to­miast od razu prze­my­śli­wać nad tar­czą od­po­wied­nią dla tego mie­cza. Tak zro­dzi­ła się idea po­szu­ki­wa­nia pla­net bliź­nia­czych Zie­mi i ich ko­lo­ni­za­cji. Ge­ne­rał miał jed­nak wiel­kie kło­po­ty z prze­pchnię­ciem pro­jek­tu przez ar­mij­ną biu­ro­kra­cję, jako że dal­wi­dze, pod­wład­ni puł­kow­ni­ka Or­wi­da, sze­fa sek­cji ob­słu­gi ope­ra­cyj­nej Szta­bu Ge­ne­ral­ne­go (czy­taj: wy­wia­du woj­sko­we­go), pod­le­ga­li bez­po­śred­nio Szta­bo­wi, z po­mi­nię­ciem struk­tur do­wód­czych urwic­kiej Ar­mii Zero Żar­ne­go — a poza hra­bią chy­ba nikt nie wie­rzył, iż kie­dy­kol­wiek fak­tycz­nie znaj­dzie się ktoś na tyle sza­lo­ny, by uru­cho­mić ku tak­że wła­snej zgu­bie Czar Koń­ca Świa­ta. Po­ja­wi­ły się na­wet gło­sy, że wszak do­pie­ro zna­le­zie­nie dru­giej Zie­mi może ko­goś spro­wo­ko­wać do ini­cja­cji Sło­necz­nej Klą­twy, bo stwa­rza mu już moż­li­wość prze­ży­cia mimo eks­plo­do­wa­nia Słoń­ca; Ge­ne­rał wska­zał jed­nak, iż w ta­kim ra­zie to Zjed­no­czo­ne Im­pe­rium po­win­no być tym, kto pierw­szy ową Zie­mię-bis znaj­dzie, in­a­czej nie­chyb­nie samo sta­nie się obiek­tem szan­ta­żu. W koń­cu Sztab ja­koś to prze­łknął.

Za­nim jesz­cze „Jan IV” wy­szedł poza za­sięg cza­rów ko­mu­ni­ka­cyj­nych lu­ster dy­stan­so­wych oraz za­klęć sztucz­nej te­le­pa­tii, do­tar­ły do jego za­ło­gi wie­ści o ge­ne­ral­nym sztur­mie Pta­ka na Nową Pli­sę i uciecz­ce Fer­dy­nan­da do Zam­ku w Czur­mie, gdzie te­le­por­to­wa­li go jego urwi­ci. Było to już osta­tecz­ne po­twier­dze­nie upad­ku Księ­stwa. Urwi­ci Ligi naj­wi­docz­niej prze­ła­ma­li obro­nę i szy­ko­wa­li się do po­ło­że­nia klątw blo­ku­ją­cych, in­a­czej Fer­dy­nand nie zgo­dził­by się na te­le­por­ta­cję, bo to wciąż był ha­zard: po­mi­mo wie­lo­let­nich sta­rań ma­gów, naj­wy­żej co dru­gi de­li­kwent do­cie­rał na miej­sce prze­zna­cze­nia, resz­ta gi­nę­ła gdzieś w prze­strze­niach cu­dzych my­śli. Ksią­żę Fer­dy­nand do­tarł. Po­pro­sił o azyl. Do chwi­li gdy urwa­ła się łącz­ność Zie­mi i Try­ba z „Ja­nem IV”, Bo­gu­mił nadal nie pod­jął w tej kwe­stii de­cy­zji. Jego wa­ha­nie wzbu­dzi­ło na po­kła­dzie stat­ku spo­re zdu­mie­nie.

— Czy on się aby nie prze­stra­szył? — za­gad­nął Ge­ne­ra­ła puł­kow­nik Gou­l­de, gdy ten za­szedł do ko­pu­ły ki­ne­ty­ków.

— Po­li­ty­ka, Max, po­li­ty­ka — mruk­nął Żar­ny, sia­da­jąc w wol­nym fo­te­lu. — Za­ło­żę się, że to, jak za­wsze, Bi­rzin­ni śli­ski­mi gier­ka­mi pró­bu­je coś zy­skać.

— Z dru­giej stro­ny — włą­czył się inny ki­ne­tyk, nie­wi­docz­ny, bo za­głę­bio­ny w rzeź­bio­nym we lwie gło­wy fo­te­lu pierw­sze­go pi­lo­ta — przy­zna­nie mu tego azy­lu może zo­stać przez Pta­ka ode­bra­ne jako wy­po­wie­dze­nie Li­dze woj­ny.

— Ty się nie od­zy­waj — rzekł mu Gou­l­de, na­bi­ja­jąc faj­kę. — Le­piej pil­nuj, że­by­śmy się nie wpa­ko­wa­li w ja­kąś gwiaz­dę.

— Gno­ma mógł­byś tu po­sa­dzić; praw­do­po­do­bień­stwo niż­sze, niż że pod­pa­lisz so­bie od tej fai bro­dę — od­mruk­nął pod­wład­ny.

Gou­l­de po­krę­cił gło­wą, skrze­sał pi­ro­ki­ne­zą kil­ka­na­ście iskier, za­cią­gnął się i wy­dmuch­nął ciem­ny dym. Po­chy­liw­szy się ku Ge­ne­ra­ło­wi, wska­zał wzro­kiem przez prze­zro­czy­stą ko­pu­łę.

— To ma być pod­bój? — spy­tał.

— Pod­bój?

— Spo­dzie­wasz się opo­ru miej­sco­wych? Tam, na tej pla­ne­cie.

Żar­ny wzru­szył ra­mio­na­mi.

— Ja w ogó­le nie wiem, czy są tam ja­cyś „miej­sco­wi”.

— Bru­da nie za­gląd­nął?

— Wi­dzia­łeś, co zdję­li ilu­zjo­ni­ści ze spoj­rze­nia dal­wi­dzów. Wszyst­ko to po­szło z dnia na dzień, jak­by się pa­li­ło. Oczy­wi­ście, że Bru­da po­wi­nien był mi wpierw przed­sta­wić peł­ną do­ku­men­ta­cję glo­bu i oko­li­cy, lo­gi­ka na­ka­zy­wa­ła­by prze­pro­wa­dzić na­wet ostroż­ny zwiad… Ale nie było cza­su, Bi­rzin­ni pod­pu­ścił kró­la i za­nim się obej­rza­łem, mia­łem roz­kaz. Sko­ro tak, to wolę się za­bez­pie­czyć.

— Też po­li­ty­ka? Nie wie­rzę. To ja­kaś za­ra­za.

— Kwe­stia ob­se­sji. Jak Bi­rzin­nie­mu skrzat prze­bie­gnie dro­gę, to dla nie­go to też bę­dzie spra­wa po­li­tycz­na.

— Dla skrza­ta? — za­śmiał się nie­wi­docz­ny pi­lot.

Obej­rze­li się na nie­go.

— Czy to nie pod­pa­da przy­pad­kiem pod brak sza­cun­ku?

— Ka­za­łeś mu się za­mknąć: nie­sub­or­dy­na­cja.

— Zła­mał roz­kaz. Ze­tnę i zde­gra­du­ję.

— A co. Niech zna­ją mo­res.

— …i jesz­cze raz ze­tnę.

Ge­ne­rał znał Gou­l­de’a dłu­żej na­wet niż Za­kra­cę: mo­gli so­bie tak żar­to­wać, dla po­stron­ne­go słu­cha­cza — jak ów pi­lo­tu­ją­cy sta­tek ki­ne­tyk — zu­peł­nie bez­tro­sko; w oto­czo­nych kłę­ba­mi dymu z Gou­l­de’owej faj­ki męż­czy­znach wzbie­ra­ło jed­nak po­wo­li na­pię­cie. Gou­l­de czy­tał je ze spo­ko­ju w ciem­nych oczach Ge­ne­ra­ła. Ge­ne­rał naj­wy­raź­niej ocze­ki­wał — prze­czu­wał, do­my­ślał się — nie­bez­pie­czeń­stwa. Sta­ry puł­kow­nik usi­ło­wał wy­son­do­wać ot­chłan­ne to­nie — tu­byl­cy? po­li­ty­ka? — bez­sku­tecz­nie. Być może Żar­ny sam nie wie­dział, cze­go się lęka. Gou­l­de w za­my­śle­niu ssał ust­nik. Po prze­kro­cze­niu pew­ne­go wie­ku prze­czu­cia zy­sku­ją wagę de­duk­cji — Że­la­zny Ge­ne­rał prze­kro­czył każ­dy ludz­ki wiek.

Wkrót­ce uj­rzą pla­ne­tę na wła­sne oczy, wkrót­ce się­gną jej zwia­dow­cze pod­klą­twy ma­ge­okon­struk­tu „Jana IV”. Le­cie­li już pią­ty dzień. Świa­tło­chra­py stat­ku czer­pa­ły z pust­ki za­błą­ka­ne pro­mie­nie i ma­lo­wa­ły nimi po­wierzch­nie prze­zro­czy­stych i nie­prze­zro­czy­stych ścian. Wi­dzie­li więc, jak roz­jeż­dża im się przed dzio­bem na wszyst­kie stro­ny gwiaz­do­zbiór Śle­pe­go Łow­cy; po­szcze­gól­ne punk­ty ja­sno­ści bie­gły na boki od osi „Jana IV” wy­ce­lo­wa­ne­go w słoń­ce ozna­czo­ne w Atla­sie Ut­tle’a nu­me­rem 583, a że róż­ni­ce w pręd­ko­ści ich ucie­czek były ogrom­ne, kon­ste­la­cja ry­chło utra­ci­ła dla pa­sa­że­rów stat­ku ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do fi­gu­ry zna­nej im z map ziem­skie­go nie­bo­skło­nu.

Ko­pu­ła ki­ne­ty­ków, jak całe wnę­trze „Jana IV”, urzą­dzo­na była z za­iste kró­lew­skim prze­py­chem: zło­ce­nia, rzeź­bie­nia, je­dwa­bie, go­be­li­ny, dy­wa­ny i bo­aze­rie, mar­mu­ry i mo­zai­ki, fre­ski, ka­se­to­ny, ob­ra­zy, po­pier­sia. Je­dy­nie „dol­na” część stat­ku, gdzie znaj­do­wa­ła się zbro­jow­nia, spi­żar­nia, kon­ser­wa­to­rium ży­wych krysz­ta­łów i sy­pial­nie, je­dy­nie ona po­sia­da­ła pe­wien po­zór funk­cjo­nal­no­ści, cho­ciaż Żar­ny i tak chęt­nie wy­mió­tł­by stam­tąd z set­kę zbęd­nych bi­be­lo­tów. Nic by to jed­nak nie dało; „Jana IV” za­pro­jek­to­wa­no dla sta­re­go Lu­cju­sza Wa­rza­ha­da w ma­nie­rze wy­ciecz­ko­wej ka­ra­ki mo­nar­chy, i ja­kie­kol­wiek prze­rób­ki mu­sia­ły­by oka­zać się te­raz znacz­nie bar­dziej szko­dli­we dla es­te­ty­ki niż ko­rzyst­ne dla er­go­no­mii.

Gdy kon­strukt dał znak, że pla­ne­ta zna­la­zła się w za­się­gu jego pod­klątw, Gou­l­de i Ge­ne­rał prze­szli do gór­nej mesy. Sala ta była gra­wi­ta­cyj­nie zo­rien­to­wa­na prze­ciw­nie do ko­pu­ły ki­ne­ty­ków i po dro­dze tra­fi­li na prze­gub cią­że­nia, puł­kow­ni­ko­wi roz­sy­pał się ty­toń z faj­ki, mu­siał go my­ślą ścią­gać z po­wro­tem grud­ka po grud­ce, wszedł do mesy, klnąc pod no­sem.

Pla­ne­ta, wiel­ko­ści smo­cze­go jaja, wi­ro­wa­ła po­wo­li po­środ­ku po­miesz­cze­nia. Stał przy niej ro­ze­spa­ny Za­kra­ca z kub­kiem go­rą­cej jur­gi w gar­ści i szep­tał coś do trój­ki urwi­tów o otwar­tych oczach z wy­wró­co­ny­mi biał­ka­mi, któ­rzy sie­dzie­li, sztyw­no wy­pro­sto­wa­ni, na od­su­nię­tych od sto­łu krze­słach. Dwóch in­nych pra­co­wa­ło przy za­wie­szo­nym nad ich gło­wa­mi krysz­ta­le ope­ra­cyj­nym; czwór­ka przy bocz­nym sto­li­ku za­kli­na­ła zaś gro­ma­dę du­chów o nie­ludz­kiej au­rze.

— Ja­kaś mała mo­bi­li­za­cja — uniósł brwi Ge­ne­rał.

Za­kra­ca siorb­nął jur­gi, za­ma­chał ręką.

— Wła­śnie po­sła­łem panu, Ge­ne­ra­le, po­lte’a.

— Mu­siał się gdzieś zgu­bić. Ra­por­tuj.

— Ta­jes. Wy­su­nę­li­śmy ni­sko­ener­ge­tycz­ne­go Folt­zman­na — ma­jor wska­zał kub­kiem ko­lo­ro­wą ilu­zję pla­ne­ty. — Po­rucz­nik Łuta, wach­to­wy, pu­ścił to na krysz­tał i ścią­gnął czło­wie­ka do ana­li­zy. De­mo­ny chcia­ły rzecz ro­ze­brać in­te­rak­cyj­nie na skan wie­lo­wy­mia­ro­wy, bo za­dał im peł­ną to­po­gra­fię pod chmu­ra­mi i za ter­mi­na­to­rem. Ale Folt­zmann się roz­ło­żył. Kon­strukt prze­szedł w tryb alar­mo­wy i pod­niósł po­bór do trzech koma osiem. Łuta po­słał mi po­lte’a i we­zwał peł­ną ob­sa­dę. Ka­za­łem uśpić pod­klą­twy ak­tyw­ne i wszyst­kie cza­ry in­ge­ru­ją­ce. Te­raz je­dzie­my na mak­sy­mal­nym bier­nym Da­abrze-Ko­siń­skim, wer­sja pli­so­wa, z po­czwór­nym wy­tłu­mie­niem. To — zno­wu wska­zał ilu­zję — to jest pę­tla ob­ra­zów zar­chi­wi­zo­wa­nych. De­mo­ny sor­tu­ją te­raz ze­bra­ne dane i pró­bu­ją mimo wszyst­ko zło­żyć z nich mapę, a tych tu trzech sklę­ło się na dal­wi­dzów, mają wspo­ma­ga­nie ży­wych dia­men­tów.

— A te du­chy?

— Chcę je pu­ścić na śle­po z jed­nej dzie­sią­tej szło­ga.